Koniak za matematykę. Lwowska szkoła matematyczna

Adrianna Michalewska
« powrót

Publicystyka - Obrazek

Niezliczona jest ilość błędów, które popełniłem, ale skromność powstrzymuje mnie od ich wymieniania. (Hugo Steinhaus, za: Genialni. Lwowska szkoła matematyczna) Bezsprzecznie byli genialni. Grupa matematyków lwowskich, zgromadzona wokół profesora Hugona Steinhausa i jego największego ucznia – profesora Stefana Banacha, która spotykała się w lwowskiej kawiarni Szkocka przed II wojną światową, poruszyła i zrewolucjonizowała nowoczesną matematykę.  Łączyły ich pasja i przyjaźń, choć dzieliły doświadczenia i pochodzenie społeczne. Jak stwierdził jeden z nich, Stanisław Ulam, który pracował w USA przy tworzeniu bomby atomowej, nigdy i nigdzie na świecie nie było takiego ducha twórczej rywalizacji.  Walczyły o nich największe uczelnie świata. Uniwersytety w Europie, Ameryce i Rosji kusiły niewyobrażalnymi sumami. Tylko kilku zdecydowało się na opuszczenie Polski. Większość została, czasami płacąc za swój wybór życiem.  Wybuch wojny i zbrodnicza polityka faszystowskich Niemiec zakończyły istnienie Lwowskiej Szkoły Matematycznej. Fenomen ludzi, którzy ją stworzyli, przetrwał. A wraz z nim poczucie, że Polacy bywają genialnymi matematykami. 

Między duchem a materią pośredniczy matematyka – z nagrobka profesora Hugona Steinhausa na wrocławskim cmentarzu



Zima, 1972. Puste korytarze szpitala lśnią. Jeszcze mokra podłoga, przed chwilą umyta przez salową, odbija słabe, styczniowe słońce.


- A co to za hałas? - siostra przełożona w pośpiechu poprawia czepek. Zsuwa jej się nieustannie z włosów, niedawno ondulowanych. Przecież ledwo co minęły Święta i potem zabawa sylwestrowa. Upina starannie spinki i zerka w lusterko. Wszystko dobrze. Ordynator szpitala nie toleruje nowoczesnej mody, która każe pielęgniarkom chodzić bez czepków.


Tymczasem z sali na piętrze dobiega jakiś gwar.


- Co się dzieje? - oddziałowa rzuca pytanie i szybkim krokiem rusza w kierunku sali. Tuż za nią drepcze pielęgniarka, młoda dziewczyna, po szkole, i salowa. Obie zaniepokojone. Czyżby coś się stało? Ale nikt nie wołał pomocy...


W białym pokoju stoją dwa łóżka. Na jednym leży starszy mężczyzna, przygotowuje się do badań, ma jeszcze kilka dni. Drugie jest puste. Pacjent wstał i chodzi po sali, założywszy ręce za plecy. Mówi powoli i spokojnie, jakby cierpliwie coś tłumaczył. Od czasu do czasu uśmiecha się i rozgląda wokół.


- Panie profesorze, co pan wyprawia – oddziałowa szybko daje znak salowej i podchodzi do pacjenta. - Teraz nie pora na wykład, jeszcze się pan profesor przeziębi i będą problemy.


Profesor zatrzymuje się i spogląda na przybyłą z dezaprobatą.


- Problematy, moja pani, problematy. - rzuca głośno. A po chwili twarz rozjaśnia mu się w uśmiechu. - Ale tym zawsze możemy się zająć. Trzeba tylko wezwać Banacha. Jak się nazywasz? - zwraca się do pielęgniarki.

Młoda kobieta niepewnie patrzy na profesora. Jest onieśmielona. Taka sława, taki wielki człowiek.


- Nowak Zofia... - mówi cicho.


- Jesteś Węgierką? – uczony przygląda jej się podejrzliwie.


- Skądże. Z Wrocławia...


- To zapamiętaj sobie, moja droga, że Polka przedstawia się najpierw imieniem. Żona, czy córka Nowaka?


- Córka.


- Wobec tego nazywasz się Zofia Nowakówna.

Surowy profesor Hugo Steinhaus znany jest w całym szpitalu. To mistrz, geniusz matematyczny, ale i człowiek wielkiej kultury osobistej. Wymagający wobec siebie i innych. Żywa legenda świata nauki.


Słynie z aforyzmów, które jego uczniowie nazywają hugonotkami. Ukazują się w „Wiadomościach Matematycznych”, „Problemach” i „Szpilkach”. Wydane drukiem w 1980 roku nakładem Ossolineum robią furorę. Niektóre tępiła cenzura:


Nasi przywódcy – nasi przy wódce. Mniemanie, jakoby każdy oficer był głupi – generalizacja.



Tylko w Warszawie „posiadają”, w reszcie Polski po prostu „mają”. (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)


Sam będąc pochodzenia żydowskiego, nie stronił od dowcipów o Żydach. Redaktor naczelny „Problemów” (pisze Mariusz Urbanek w książce Genialni...), Józef Hurwic wspominał taki żart profesora: Co pięciu Żydów dało ludzkości. Pierwszy, Mojżesz – dał prawo. Drugi, Chrystus – miłosierdzie. Trzeci, Marks – świadomość. Czwarty, Freud – podświadomość. A piąty, Einstein powiedział, że to wszystko jest względne.


Podobno listy adresowane „Steinhaus Hugo” odsyłał bez czytania. Nie brał udziału w uroczystościach, jeżeli w nadesłanym mu zaproszeniu dopatrzył się błędu. A język urzędowy drażnił profesora szczególnie. Nie bywał na przyjęciu, jeżeli zaplanowano je przy ulicy Podwale, zamiast przy Podwalu. Jak pisze Mariusz Urbanek, podobno przez wiele lat spierał się ze swoim sąsiadem, profesorem Bronisławem Knasterem o odmianę jego nazwiska. Bronisław Knaster obstawał przy dopełniaczowej formie Knastra, ale profesor Steinhaus nie przyjmował tego do wiadomości. Szydzono nawet, że u Steinhausów w ogródku rosną astry a u Knasterów astery...


A nade wszystko wspominał Stefana Banacha.


Panowie poznali się w 1916 w Krakowie. Hugo Steinhaus miał wówczas 29 lat a Stefan Banach o pięć mniej. Ten pierwszy za sobą studia w Krakowie i Getyndze, życie uczonego, gry w tenisa, kajaki, drugi maturę w humanistycznym gimnazjum, do której z trudem go dopuszczono, dzięki nauczycielowi, doktorowi Kamilowi Kraftowi z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przypuszczalnie to on, jako pierwszy, dostrzegł geniusz młodego matematyka.


Po maturze wyjechał do Lwowa i rozpoczął studia na politechnice. Jako nieślubny syn niepiśmiennej praczki, wychowywany przez niespokrewnioną z nim kobietę, nie mógł sobie na wiele pozwolić. Dorabiał zatem pracując jako statysta w operze. Jak pisze Urbanek, ojciec nie wspierał młodego studenta, bo we wsi, z której pochodził by obyczaj pomagać finansowo jedynie przyszłym medykom. Stefan Banach udzielał więc korepetycji.


W 1914 z nieznanego powodu wrócił do Krakowa. Tam, dwa lata później, podczas jednego ze spacerów poznał Hugona Steinhausa. Uczonego zainteresowała rozmowa, którą toczyło dwóch młodych ludzi. Dotyczyła mało znanego wówczas zagadnienia matematycznego jakim była całka Lebesque'a.


Do grona miłośników matematyki szybko zaczęli dołączać też inni. Uczeni i studiujący. Władysław Ślebodziński, Włodzimierz Stożek, Leon Chwistek. Kiedy we Lwowie zabrakło wykładowców, znalazło się tam miejsce dla Steinhausa i dla Banacha. Z tym drugim był spory kłopot, bowiem matematyk wyrażał wielką niechęć do żmudnej pracy naukowej. Potrafił dyskutować, bez trudu analizował skomplikowane zagadnienia, rzucał pojęcia, wyciągał wnioski. Słynął z błyskotliwego umysłu i otwartego rozumu. Po latach studenci wspominali, że egzamin z profesorem Banachem był rozmową, wspólną pasją, poszukiwaniem nowych dróg. Skarżyli się także, że często, ku ich zaskoczeniu, otrzymywali oceny niedostateczne.


Tymczasem Banach nie kwapił się do zapisania swoich rozważań i przystąpienia do egzaminu doktorskiego. Profesor Stanisław Ruziewicz nakazał swojemu asystentowi spacery z Banachem i spisywanie wszystkich myśli uczonego. Banach zajrzał potem do notatek i potwierdził ich zgodność ze swoimi rozważaniami. Praca została opublikowana w języku francuskim w „Fundamenta Mathematicae” i miała kluczowe znaczenie w historii najnowszej matematyki. Podobno do obrony doktoratu, napisanego pod przewodnictwem profesora Hugona Steinhausa, przygotował się wyśmienicie. Niestety, nie miał ani czasu, ani woli aby do obrony pracy naukowej przystąpić. Musiano użyć fortelu. Nieświadomy podstępu Banach tłumaczył zainteresowanym uczonym, przybyłym celowo z Warszawy, swoje tezy. Nie wiedział, że stoi przed komisją egzaminacyjną.



Wiem, gdzie nie będę – powiedział kiedyś (Banach) Ulamowi, otrzymawszy kolejne zaproszenie, oczywiście z apelem o „niezawodne przybycie”. (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)


W 1922 habilitował się. Był już żonaty i ukończył trzydzieści lat. Po latach profesorowa Łucja Banachowa ujawniła synowi prawdę. Profesor Stanisław Banach nie skończył studiów. Oczywiście, ukrywano to przed Stefanem juniorem, aby przypadkiem nie poszedł w ślady ojca. Zarówno młody Steinhaus, jak i jego przyjaciel, pomimo błyskotliwej kariery, nie mieli dobrej sytuacji finansowej. Asystentury były niepłatne, dopiero nominacja na profesora zwyczajnego wiązała się z uzyskaniem pensji, pozwalającej na utrzymanie rodziny.


W 1923 roku Hugo Steinhaus został mianowany profesorem zwyczajnym. Polskie uczelnie zdominowane


poprzednia
- [1] [2] [3] [4] -


Zobacz też:

Publicystyka - Gęś za rozwiązanie! Hugo Steinhaus i początki Lwowskiej Szkoły Matematycznej Gęś za rozwiązanie! Hugo Steinhaus i początki Lwowskiej Szkoły Matematycznej Przy marmurowych blatach niewielkich kawiarnianych stolików siedzi grupa elegancko ubranych mężczyzn. Garnitury, dobrze dobrane krawaty, nierzadko kamizelki, tylko jeden ma koszulę z krótkim rękawem więcej...
Publicystyka - Panny w cieniu Panny w cieniu "Wesela". Maria, Zofia i Eliza Pareńskie Miłość, namiętności, zdrady, narkotyki, samobójstwo, skandale oraz wielka Sztuka i Historia - to wszystko naznaczyło i składało się na losy trzech sióstr, które zostały okrzyknięte zaszczytnym więcej...
Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
violabu2015-01-16 09:35:51
avatar
Matematyka - królowa nauk. To fakt.
odpowiedz
nureczka2015-01-16 09:35:51
avatar
Tekst zachęcił mnie do kupienia książki. Czekam teraz na przesyłkę.
odpowiedz
jaszczowka2015-01-16 09:35:51
avatar
Tekst bardzo zachęcająco ( na książke ) napisany :)
odpowiedz
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów