Lincoln - sceny z życia pomnika

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Lincoln - sceny z życia pomnika z kategorii Brak kategorii

Oczywiście, "Lincolna" miłośnicy kina obejrzą z prawdziwą pasją. Wszystko tu pod względem warsztatowym dopięte jest na ostatni guzik. John Williams to kompozytor z ogromną już renomą, a jego muzyka doskonale obraz Spielberga dopełnia, równocześnie go nie przytłaczając. Zdjęcia Janusza Kamińskiego są perfekcyjne. Szczegóły i scenografia - dopracowane do granic. "Lincoln" mógłby być też prawdziwą szkołą dla twórców scenariuszy. Tony Kushner, wykorzystując nieznaną w Polsce książkę Doris Kearns Goodwin, scenariusz swój osadza niejako w dwóch planach. Przede wszystkim mamy tu konwencję dramatu parlamentarnego. Film opowiada o tym, jak Lincoln doprowadził do uchwalenia regulacji de facto znoszącej niewolnictwo, jednak by to uczynić, posłużył się korupcją. Z drugiej strony mamy tu osobisty dramat i życie rodzinne samego prezydenta. Prezydenta, który mimo nieczystych środków stosowanych do osiągnięcia celu, pozostaje jednak postacią jak ze spiżu. 

Fragmenty dotyczące politycznej gry, trudno to kryć, nie porywają. Zrealizowane sprawnie, przeciętnego widza, niestety, raczej pozostawią obojętnym. Wszyscy znamy tę historię, wszyscy wiemy chyba, jak się skończyła - nie ma o czym dyskutować. Można by było powtórzyć za jednym z widzów, który po wyjściu z kina powiedział: "To najnudniejszy film, jaki w życiu widziałem". Tyle, że byłaby to nieprawda.

O wiele bowiem bardziej interesujący jest dramat Abrahama Lincolna - męża i ojca. Daniel Day-Lewis przebił wszystkie chyba dotychczasowe swoje osiągnięcia aktorskie. On nie gra brawurowo - on na dwie godziny staje się prezydentem Abrahamem Lincolnem, a wszystkie przeżycia i emocje, przez jakie musiał przejść Lincoln, stają się jego udziałem, a za jego pośrednictwem - również udziałem widzów. Day-Lewis kradnie prawie każdą scenę, w tym filmie istnieje właściwie tylko on. Chyba, że na ekranie pojawia się Sally Field - wybitna w roli małżonki prezydenta. Chyba, że pojawia się Tommy Lee Jones, który pokazuje, że płynące lata wcale mu jako aktorowi nie szkodzą. 

I tu, paradoksalnie, upatrywałbym największej słabości filmu Stevena Spielberga. Nie ogląda się go jako kinowego dzieła, które wgniata widza w fotel, które zapewnia mu niezwykłą głębię przeżyć. Nie można też traktować "Lincolna" jako szczególnie interesującej historii. Ogląda się go dla perfekcyjnego warsztatu i wybitnej gry aktorskiej. W ten sposób to, co jest największą siłą filmu Stevena Spielberga, staje się zarazem jego największą wadą. Po prostu wobec dokonań znakomitych współtwórców filmu praca samego Spielberga wydaje się jedynie tłem. Co nie przesądza o braku szans na Oscara dla jednego z ulubieńców Akademii. 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy