Odczytywanie Afryki. Wywiad z Marcinem Kydryńskim

Autor: slk
Okładka publicystyki dla Odczytywanie Afryki. Wywiad z Marcinem Kydryńskim z kategorii Brak kategorii

Czy można jeszcze pisać o Afryce po Ryszardzie Kapuścińskim?

Można - a nawet trzeba. Ale pod warunkiem, że zna się jego książki. Wówczas poprzez swą twórczość "rozmawia się" z dziełami dawnych mistrzów. Taka właśnie eseistyczna forma pisania o podróżach, mocno osadzona w literaturze jest mi najbliższa. W każdym rozdziale Bieli odnoszę się do bliskich mi autorów, reporterów, historyków czy poetów - nie tylko zresztą piszących o Afryce. Wpisanie reportażu czy eseju podróżniczego w szeroko pojętą kulturę wydaje mi się ważne.

 

Taką właśnie literacką podróż po Czarnym Ladzie warto zacząć od…

Kapuścińskiego, oczywiście. Najpewniej od Hebanu, ale nie wolno zapominać o książce Jeszcze dzień życia czy o Wojnie futbolowej. Potem - przynajmniej ta metoda sprawdziła się w moim przypadku - warto sięgać coraz głębiej, powracać do pism pierwszych podróżników. Jest więc Mungo Park, jest relacja Stanleya, są także żyjący już w XX wieku historycy, którzy potrafili fantastycznie przybliżyć czytelnikowi dzieje Afryki, jak choćby Alan Moorehead (Nad Nilem Błękitnym i Białym). Można też poszperać we współczesnej literaturze afrykańskiej. Nie mówię tylko o Coetzeem czy Doris Lessing, którzy są dla mnie jest jednak silnie zakorzenieni w kulturze europejskiej. Ciekawsi jeśli chodzi o szansę na poznanie Afryki są autorzy z Maroka, z Mozambiku. Co ważne, ich książki dostępne są również w języku polskim. Po Biel czytelnicy sięgnąć mogą właściwie na końcu, może wcześniej przeglądając przedrukowane w tej książce fotografie. 

 

Dlaczego właśnie Biel? Nie jest to kolor, który od razu kojarzy nam się z Afryką.

A powinien. Człowiek na co dzień nie myśli o swoim kolorze skóry. Zaczyna go sobie uświadamiać dopiero wówczas, gdy otoczony jest ludźmi, którzy nijak go nie przypominają. W Afryce - niezależnie od naszej empatii czy serdeczności wobec jej mieszkańców - kolor skóry natychmiast niesie poczucie wyobcowania. W tym sensie moja Biel jest właśnie historią wyobcowania, jest spojrzeniem na Afrykę z pewnego dystansu. Bo mimo, że od 25 lat stale odwiedzam kontynent, nie mogę powiedzieć, że w jakimkolwiek stopniu stałem się dla jej mieszkańców „swoim”. Tam biel natychmiast stygmatyzuje, w pewnym sensie „świeci” od razu, gdy tylko wchodzę do wioski. Tego nie sposób uniknąć. W Afryce człowiek zawsze musi pamiętać o tym, że jest inny. Musi ćwiczyć empatię, zmierzać do dialogu, otwierać się na drugiego człowieka w nadziei na porozumienie.

 

kydrynski

fot. Magdalena Galiczek-Krempa 

 

Ujęła Pana przede wszystkim uroda tego kontynentu?

Podczas podróży do Afryki interesuje mnie przede wszystkim człowiek - i to tym bardziej, im mniej jest skażony, dotknięty kontaktem z naszą cywilizacją. Ale można go jeszcze spotkać - zazwyczaj pośrodku pustyni lub w samym sercu głębokiej, mrocznej puszczy. Parę lat temu - opowiadam o tym zresztą w dwóch rozdziałach Bieli - wybrałem się w taką cudowną, mistyczną niemal podróż do wnętrza ostatniego dziewiczego lasu, do Lasu Ndoki na granicy Konga, Kamerunu i Republiki Środkowoafrykańskiej. To miejsce praktycznie niedostępne dla ludzi - poza niewielką liczbą tubylców, którzy rzeczywiście zasługują na miano prawdziwych „ludzi puszczy”. Spotkanie z nimi było dla mnie jednym z najbardziej niezwykłych przeżyć.

Takie miejsca jak właśnie Ndoki w Afryce interesują mnie najbardziej. Ciągnie mnie tam właśnie przez nieprzenikalność tego kontynentu. Nieprzenikalność, która jeszcze 20 lat temu była wręcz ostentacyjna. Dziś świat niewiarygodnie przyspieszył, przez co bliższa stała się nam także Afryka, ale z uwagi na to, że kontynent ten niesie dla podróżników spore wyzwania - chociażby w kwestii klimatu - wciąż są miejsca, gdzie biały człowiek, reprezentant naszej europocentrycznej, kończącej się cywilizacji, nie dotarł lub do których dociera ogromnie rzadko. Takich miejsc poszukuję. I takich przeżyć, obrazów, jakie znamy z książek napisanych przez pierwszych odkrywców. W tym sensie jestem poniekąd wędrowcem romantycznym.

Gdy trafiam w najbardziej dzikie zakątki Namibii czy Konga, mam wrażenie, jakby patrzył na stworzenie świata. To zawsze mnie najbardziej kusiło.  Dziś nieuchronnie mniej doświadczam tej pierwotnej urody kontynentu, bo zawiesiłem te naprawdę długie, samotne podróże. Wciąż jednak prowadzę w Afryce warsztaty fotograficzne z niewielkimi grupami. Wówczas wspólnie wędrujemy, rozmawiamy o Afryce i odkrywamy ją dla siebie na nowo. W najbliższych miesiącach będziemy w Maroku, w Serengeti, objedziemy Etiopię, zajrzymy na Zanzibar.


Próbował Pan odkrywać te miejsca z synami? 

Tak, choć nie byli zachwyceni tymi podróżami. Może po prostu są zbyt młodzi. Parę razy byliśmy we wschodniej Afryce na bajecznym safari, wyjechaliśmy samochodem daleko w step, ale to ich męczyło. Cóż, to jest pokolenie które może świat zobaczyć za sprawą map Google’a. Niektórym z nas to wystarcza. Każdy z nas jest inny, więc nie będę miał do synów żalu, jeśli nie będą chcieli podróżować w sensie dosłownym. Odkrywać świat można także w literaturze czy w spotkaniach z drugim człowiekiem - i jest to równie fascynujące. 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy