Quantum of Solace czyli stary-nowy Bond. Recenzja

Sławomir Krempa
« powrót

Publicystyka - Obrazek

Pisząc z perspektywy miłośnika – jeśli nawet nie cyklu o Jamesie Bondzie, to przynajmniej solidnego kina kryminalnego czy sensacyjnego – mogę powiedzieć jedno: Bond wrócił. I choć tak bardzo różni się od lalusiów, kreowanych na ekranie przez Pierce’a Brosnana i Rogera Moore’a, w rzeczywistości jako jeden z niewielu superbohaterów dzisiejszego kina w gruncie rzeczy pozostaje sobą. I to chyba jedna z jego największych zalet. 

Bohaterowie czasu kryzysu…

…a może raczej – bohaterowie kryzysu wieku (najczęściej średniego) zaludnili nasze ekrany. Dawni twardziele dziś mają coraz większe dylematy moralne, wahają się, cierpią. Batman zmienił się nie do poznania, a mocno wykrzywiony obraz superbohatera sięgnął szczytu (albo – dna) w świetnym „Hancocku”. Tyle, że wielu widzów odczuwa już przesyt tego sposobu ujmowania swych ulubionych bohaterów.


Trudno się więc dziwić, że w obliczu bohaterów mięknących w oczach, twórcy ostatnich dwóch obrazów z serii o Jamesie Bondzie („Casino Royale” oraz „Quantum of Solace”) zdecydowali się „usztywnić kurs”. Bond o twarzy Daniela Craiga stał się więc twardzielem, najmocniej chyba przypominającym Seana Connery’ego. Tyle, że „nowy” stary Bond coraz częściej obrywa. Oblewa się potem, broczy krwią, a w niektórych przypadkach nie jest nawet w stanie wcisnąć przycisku (znakomita scena w „Casino Royale”, w której Bond nie jest w stanie sam siebie reanimować). W dodatku nieco rzadziej i jakby mniej chętnie sypia z kobietami, mocniej się za to czasem angażując.


Nie idźmy jednak za daleko. Bond nadal zawsze wygrywa. Zawsze wie, w którą stronę strzelić, by solidna ściana zawaliła się i utworzyła przejście dla niego, za sterami samolotu czuje się równie pewnie, co prowadząc samochód czy płynąc łodzią motorową. I potrafi bezbłędnie się uśmiechnąć, by uwieść pracownicę linii lotniczych, która za jedno spojrzenie błękitnych oczu zgodzi się oszukać władze, czy też agentkę wywiadu, która po kilku sekundach zamiast pilnować 007, z ochotą wskoczy z nim prosto do łóżka.



Najpierw strzelaj…

…potem myśl. Nowy Bond owładnięty jest gorącym pragnieniem zemsty za śmierć kobiety, którą – jak się zdawało – naprawdę pokochał. Momentami sprawia wrażenie, jakby osobistą vendettę przedkładał nad przydzielone mu zadania. Mniej ufa swoim współpracownikom i przełożonym – wydaje się nawet, że bardziej ufać może niedawnym wrogom i ludziom, których skrzywdził, niż tym, których uważał za przyjaciół. Trudno się więc dziwić, że gdy pociągnie za spust o jeden raz za dużo i sporo zbyt szybko, przełożeni pokażą mu czerwoną kartkę. Ale Bond, niezależnie od tego, co nim kieruje, i tak musi przecież „uratować świat”. A kiedy już to uczyni – biada tym, którzy nie zechcą przyjąć go ponownie w szeregi MI6.



Świetna rozrywka…

… nieco gorsze kino. O ile bowiem „Casino Royale” było ogromnym powiewem świeżości, więcej w tym filmie było spraw do przemyślenia, prawdziwego dramatu, o tyle w „Quantum of Solace” dominuje akcja.

Tym razem agentowi Jej Królewskiej Mości podążającemu po trupach i kierowanemu rządzą zemsty przychodzi zmierzyć się z nieszczególnie sympatycznym ekologiem oraz wspomóc pewną kobietę (Olga Kurylenko) również w pomszczeniu śmierci bliskich na obalonym dyktatorze, który pragnie powrócić do władzy.


Widać więc w „Quantum of Solace” solidne, choć może nie całkiem czytelne dla przeciętnego widza akcenty polityczne. Widać nieufność, wobec nurtów, które dziś są tak bardzo „trendy” – globalizacji i ekologii. Wiadomo – niewielu ludzi dziś pozostaje prawdziwymi idealistami. Większość woli łączyć walkę o wielkie idee z dobrym biznesem. A na takim połączeniu najczęściej cierpią te pierwsze. Obecnie „czarne charaktery” to nie potwory z rozoranymi bliznami twarzami, lecz eleganccy biznesmeni – jak właśnie znakomicie grany przez Mathieu Almarica ekolog Dominic Greene (nazwisko o silnym zabarwieniu ironicznym). Zło to nie diabły i demony – najczęściej przypomina ono dobrze działającą korporację z bardzo rozbudowaną siecią powiązań. Z pewnością powiązania te przyjdzie Bondowi (a wraz z nim i widzom) badać w kolejnej części cyklu, który miłośnicy zdołali już ochrzcić „trylogią zemsty”.


Mimo tych wszystkich akcentów jednak chwile przeznaczone na zastanowienie, poświęcone rysowaniu psychologicznych portretów poszczególnych bohaterów i budowaniu relacji między nimi są niezmiernie rzadkie. Reguła wydaje się prosta: 5 minut spokoju – 20 minut akcji. Działa. Ale niedosyt pozostaje.

Od pierwszej sceny zwracają uwagę znakomite zdjęcia Roberto Schaefera – „brudne”, bardzo dynamiczne, momentami prowadzone trzęsącą się ręką operatora. Kamera porusza się wraz z bohaterami, najczęściej pozostając niemal w centrum akcji, a całości dopełnia dynamiczny, z pozoru – chaotyczny, a tak naprawdę najgłębiej przemyślany montaż.



Głos artysty…

… czy może dowód na sprawność rzemieślnika-filmowca? Reżysera tej części cyklu, Marca Forstera, kojarzyć należy raczej z kinem kameralnym, filmem artystycznym. Tu właściwie artysta tkwiący w Forsterze dochodzi do głosu tylko w kilku scenach – może w świetnej sekwencji podczas inscenizacji opery „Tosca”, może w kilku innych dekoracjach. Poza tym reżyser wydaje się mocno przytłumiony wymaganiami producentów, którzy przecież w Stanach mają władzę niemal nieograniczoną. Ci zaś dbają wyłącznie o akcję oraz rozrywkę. I tę dostarczają widzowi – w najlepszym wydaniu.



Syndrom serialu…

…daje o sobie niestety znać i w przypadku tego filmu. Wiadomo – pragnący zarobić producenci chcą skłonić publiczność do śledzenia dalszych losów ulubionych bohaterów masowej wyobraźni. Stąd też wiele scen będzie nie do końca jasnych bez obejrzenia poprzedniej części (a może ktoś kupi DVD?), zakończenie zaś „Quantum of Solace” również pozostaje otwarte. Bond dowiaduje się, czym jest tajna organizacja, której przedstawicielami byli zarówno demoniczny Le Chiffre z „Casino Royale”, jak i „ekolog-idealista” Greene. Niestety, widzowi na poznanie tajemnic Quantum przyjdzie poczekać dopiero do premiery kolejnego filmu z serii. To zrozumiałe, że twórcy pozostawiają w publiczności niedosyt – problem w tym, że „Quantum…” nieco brakuje solidnego, mocnego akcentu na zakończenie. Bo słów M, która potwierdza, że po zmianie, jaka się w nim dokonała, Bond może wrócić do pracy, ten zaś oświadcza, że tak naprawdę nigdy z niej nie zrezygnował, tak naprawdę spodziewamy się od samego początku.

poprzednia
- [1] -


Zobacz też:

Publicystyka - Pijąc wódkę z Agnieszką Osiecką Pijąc wódkę z Agnieszką Osiecką Alkohol pali od środka, ściany naginają się do nowej rzeczywistości, a czwarta nad ranem nie jest już żyletką, która bezkarnie rozcina dobę na noc i dzień. więcej...
Publicystyka - Rachunek prawdopodobieństwa sercem oszukany, czyli Madrygał probabilistyczny Stanisława Barańczaka. Rachunek prawdopodobieństwa sercem oszukany, czyli Madrygał probabilistyczny Stanisława Barańczaka. Miłość. Ilu twórców starało się zdefiniować to uczucie? Czy kiedykolwiek tworzył poeta, który choć raz nie próbował wyrazić niewyrażalnego? więcej...
Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
slk2008-11-08 00:06:43
avatar
test
odpowiedz
tired2008-11-08 00:06:43
avatar
Przyznaję, że zawiodłem się na filmie i to właśnie dlatego, że był to powrót do tego, czym były stare "bondy". Jestem fanem "Kasyna" i to dlatego, że wyłamuje się z pozostałych.
odpowiedz
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów