Różne odcienie błękitu

mrowka
« powrót

W tekście „Nierówny” Sebyła („Topos” nr 4 2006) Redaktor Krzysztof Kuczkowski protestuje niezbyt umiejętnie i zupełnie nieprzekonująco przeciwko używaniu określenia „nierówny” jako wartościującej tomiki poetyckie noty. Niestety, w szkicu swym popełnia Autor tak wiele błędów, że artykuł wymaga sprostowania. A raczej – tylu sprostowań, że – wbrew wymogom prawa – zajmą one dużo więcej miejsca niż pierwotny tekst. Z uwagi na polemiczny a nie złośliwy charakter mojej wypowiedzi, skupię się na prostowaniu niedociągnięć i przekłamań merytorycznych, ocenę zaś wielu błędów stylistycznych i ortograficzno-interpunkcyjnych (choć ranią wrażliwość językową) pozostawię korekcie.

Zdumiewa mnie, jakim sposobem do czasopisma, pretendującego przecież do miana literackiego, trafił tekst, będący jedynie powierzchowną próbą prześlizgnięcia się po zjawiskach zachodzących w świecie literatury. Próbą – co muszę z przykrością dodać – zdradzającą niekompetencję literacką Autora artykułu, bądź też niezrozumienie zasad rządzących twórczością. Chciałoby się zacytować Leca – „czy można do platfusów nosić ostrogi? Można. Ale nie należy nimi dzwonić”.

Pisze Krzysztof Kuczkowski:
„dobrze, że obok Prousta jest też Chmielewska, i Grochola obok Dostojewskiego. Prawda, że ciarki idą po plecach, kiedy tak wymieniać jednym tchem?!”
Potwierdza on tym samym, że jego tekst składa się przede wszystkim z szeregu chwytów erystycznych, nieprzemyślanych w dodatku. Prawda, że na zasadzie analogii porównać można wszystko ze wszystkim (dzięki temu Brzechwa mógłby stwierdzić, że koziołek i chusteczka to jedno i to samo – skoro mają rogi). Ale jeśli porównaniem chce się cokolwiek udowodnić, należałoby przemyśleć istotę zestawienia. Twórczość Chmielewskiej i Grocholi należy do literatury popularnej. Ich książki mają więc przede wszystkim dostarczyć Czytelnikom rozrywki. Proust i Dostojewski to jednak (dodam, specjalnie dla Autora artykułu cudzysłów o wymowie ironicznej – „jednak”) tzw. „literatura wysoka”. Zestawianie Chmielewskiej z Agathą Christie miałoby sens. Połączenie z Proustem zdradza tylko bezradność Autora, który nie potrafi celnie uargumentować swego stanowiska. Ma Pan rację – „ciarki idą po plecach” (na marginesie – słownik frazeologiczny dopuszcza zastosowanie formy „przechodzą”, „idą” – już nie) przy tych wyliczeniach. Ale, niestety, nie ze wskazanego przez Pana powodu – a za sprawą absurdalności pomysłu podobnego zestawienia.

Ubolewa Kuczkowski nad odwróceniem proporcji, dotyczącej niewspółmiernej ilości arcydzieł do liczby wytworów sztuki masowej (zacytuję, bo wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie: „w życiu jak to w życiu, proporcje są zwykle odwrócone i "samych arcydzieł" jak na lekarstwo, a owoce "średniej krzątaniny literackiej" są wyzywająco obfite”). A skąd wzięła się teoria o nadwyżce literatury wysokiej w stosunku do – jak Autor to określa – „owoców średniej krzątaniny literackiej”? Wszak nie od dziś wiadomo, że arcydzieł zawsze było mniej niż wytworów klasyfikowanych niżej. Zjawisko to zostało jeszcze spotęgowane w wieku XX i XXI – kiedy dzięki rozwijającej się technice nastąpił nagły rozkwit rynku wydawniczego. Upraszczając sprawę: dzisiaj każdy może wydać książkę (bądź co bądź należącą do literatury), która jednak nie powiększy zbioru arcydzieł. Chciałabym też przypomnieć, że epokę sobie współczesną człowiek zawsze określa (mniej lub bardziej górnolotnie) mianem „epoki tryumfu muzy przeciętności”. Do prawidłowej oceny wartości powstałych dzieł potrzebny jest dystans historycznoliteracki. Czas pozwoli odrzucić utwory słabe i złe, podkreśli natomiast wartość arcydzieł.

Skoro Autor przywołuje opinię Ignacego Krasickiego na temat Szekspira, opinię, w której – notabene – występuje potępiane przez niego słowo „nierówny”, to czy mam przez to rozumieć, że stawia się wyżej od autora Monachomachii i chce prawić mu morały, czy może autorów przytoczonych fragmentów recenzji stawia na równi z twórcami arcydzieł? Tak w jednym, jak i w drugim przypadku odnalezienie cytatu świadczy przeciwko Redaktorowi – słowa Krasickiego oznaczają bowiem, że postponowane przez Kuczkowskiego określenie „nierówny” funkcjonuje w obiegu krytycznoliterackim od „dosyć” dawna.

Nie sposób pominąć milczeniem również postulatu o graficznych wyróżnikach nietrafnego określenia: „Bywa też tak, że autor recenzji zdaje sobie sprawę z uproszczenia jakie stosuje, pisząc o "nierówności" poety i stąd wprowadzona do tekstu kursywa podkreślająca umowność zastosowanego kryterium”. Ciekawe, na jakiej podstawie Autor artykułu wnioskuje, że brak kursywy oznacza nieświadomość. Pozwolę sobie przytoczyć nieco dłuższy fragment dotyczący wyróżników ironii (artykuł Allemana: O ironii jako o kategorii literackiej):
„Istnieją oczywiście niektóre znaki interpunkcyjne, które między innymi mogą oznaczać ironię (…). Ale nie jest wcale przypadkiem, że takie pomoce informacyjne używane chętnie już w dawnej literaturze (…) przeszkadzają dziś zblazowanemu i wymagającemu czytelnikowi tekstów ironicznych i poważnie zmniejszają przyjemność uczestniczenia w grze ironicznej. Ironia literacka jest tym bardziej ironiczna im bardziej zdecydowanie potrafi zrezygnować z ironicznych sygnałów, nie tracąc swej przejrzystości”. Nie trzeba więc bezpośrednich sygnałów graficznych, by wychwycić specyficzne „mrugnięcie okiem” do odbiorcy i ustalenie z nim pewnej płaszczyzny porozumienia. Tak właśnie ma się sprawa z owym „nierównym”, które prócz krytykowanego przez Krzysztofa Kuczkowskiego przeczenia posiada też właściwości kreacyjne – wywołuje mianowicie w wyobraźni odbiorcy proste skojarzenie z niejednolitą pod względem artystycznym czy – niekiedy – merytorycznym zawartością tomiku. Użycie wyróżnika w postaci kursywy, czy – częściej – cudzysłowu – zdradzać może nieporadność językową autora wypowiedzi, brak trafniejszego określenia, niekiedy – ubóstwo leksykalne. Posługiwanie się tego typu zabiegami nie musi wcale świadczyć o zdolnościach piszącego.

Zgodzić się nie mogę również ze stwierdzeniem Autora, jakoby każdy tomik dało się określić jako „nierówny”. Sformułowanie to (czyli epitet „nierówny tomik”) zasadne jest w przypadku, gdy pomiędzy utworami zbiorku zachodzą wyraźne różnice w jakości, w literackim i artystycznym poziomie utworów. Innymi słowy – kiedy amplituda wahań tekstów jest wysoka (zbyt wysoka, jak na odczucia przeciętnego czytelnika). Określenie „nierówny” wydaje się w tym przypadku jak najbardziej trafne.

Formułowanie sądów na skróty jest najwyraźniej ulubionym zabiegiem Krzysztofa Kuczkowskiego. W obu przytoczonych przypadkach (a piszę tu o recenzji swojej i Marcina Hałasia) „nierówność” została podbudowana logicznym wywodem, wyjaśniającym zasadność użytego w puencie stwierdzenia. Trudno mi natomiast zrozumieć, jak w dwu- trzylinijkowej ocenie książki czy notce można wykorzystać słowo „nierówny”. Ekonomia ekonomią, jednak czytelnik – nawet ten „internetowy”, którym Pan wyraźnie gardzi, wymaga od notki konkretów o danej publikacji. Wykorzystanie zatem niefortunnego epitetu wymaga doprecyzowania, dookreślenia: co i dlaczego autor wypowiedzi uznaje za nierówne. Jeśli tego zabraknie – określenie „nierówny” rzeczywiście nie ma racji bytu. Pisze Kuczkowski: „Kiedy zawiodą już wszystkie środki deprecjacji danego utworu, zawsze jeszcze można powiedzieć, że jest on nierówny”. Dlaczego w takim razie przeoczył Pan fakt, że użyte w mojej


poprzednia
- [1] [2] -


Zobacz też:

Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów