Studium żałoby. Recenzja filmu „Jackie"

Sławomir Krempa
« powrót

Publicystyka - Obrazek

Krótko po śmierci JFK dziennikarz magazynu „Life” przeprowadził wywiad z Jackie Kennedy, który ukazał się pod tytułem „Epilog”. Prezydencka małżonka próbowała wówczas dokonać swoistego podsumowania tragicznie zakończonej prezydentury, ukazując ją jako czas świetności Ameryki, porównując Stany Zjednoczone za rządów JFK do Camelotu, który króciutko „błyszczał, by przeminąć”. Opublikowany tekst był bardzo krótki - zajmował zaledwie dwie strony. Przypuszczano wówczas, że podczas rozmowy była Pierwsza Dama powiedziała zdecydowanie więcej niż autoryzowała. Wokół tego właśnie wywiadu skupione są sceny, które składają się na treść filmu „Jackie” w reżyserii Pablo Larraína. Dlaczego piszę o „treści”, nie o fabule? O tym za chwilę.   

Jeśli oczekujecie filmu, który przybliży Wam życie tragicznie zmarłego prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego małżonki, oglądając „Jackie” będziecie rozczarowani. Jeśli chcielibyście obejrzeć film o ikonie stylu, jaką była Jackie Kennedy, w obrazie Larraína wątku mody nie odnajdziecie. Jeśli spodziewacie się kolejnej hollywoodzkiej produkcji biograficznej, kolejnej z tych, które na początku roku zgarniają Oskary i Złote Globy… Cóż - „Jackie” nie jest takim filmem. „Jackie” rozsadza ramy kina biograficznego, skupiając się na minutach, godzinach, wreszcie - dniach tuż po śmierci Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Czy raczej skupiając się na przeżyciach i emocjach jego żony.



Opowieść o emocjach


W przypadku filmu Larraína trudno mówić o fabule w sensie linearnym. Jego opowieść to raczej zbiór scen czy impresji, powiązanych osobą Jackie Kennedy. Nie są one ułożone chronologicznie - sceny zamachu, realizacja nagranego wcześniej filmu, opowiadającego o przebudowie Białego domu, przygotowania do pogrzebu, fragmenty wywiadu i scena wyprowadzki z prezydenckich apartamentów przeplatają się ze sobą, tworząc swoisty kolaż. Nie do takich opowieści przyzwyczaiło nas kino (szczególnie to hollywoodzkie), stąd też wielu widzów początkowo może poczuć się nieco zbitych z tropu. O wiele ważniejsze niż wydarzenia rozgrywające się na ekranie jest bowiem to, co dzieje się we wnętrzu tytułowej bohaterki filmu.






twarz






Ukazaniu przeżyć, emocji, reakcji Jackie na wydarzenia, w których uczestniczyła, podporządkowany jest sposób prowadzenia kamery. W filmie przeważają zbliżenia i półzbliżenia, twarz Natalie Portman właściwie dominuje w kolejnych ujęciach. Nawet, jeśli w kadrze pojawia się w retrospekcjach prezydent, szybko schodzi on na dalszy plan (dobrze pokazuje to scena koncertu, który wspomina prezydentowa). W tym sensie zresztą twórcy filmu po raz kolejny przełamują konwencję, skupiając się nie na ważnej postaci historycznej (Kennedy’m), lecz na najbliższej osobie z jej otoczenia. Często też Jackie pojawia się w zupełnie pustych przestrzeniach, mała w zderzeniu z wielkością choćby prezydenckich apartamentów i bardzo, bardzo samotna.





samotnosc






Aktorski koncert Natalie Portman


„Jackie” jest więc popisem aktorskim niemal jednej tylko osoby. Popisem na absolutnie najwyższym poziomie. Zaznaczmy, że Portman znakomicie naśladuje sposób mówienia prezydentowej. Bywa, że przekonująco odtwarza jej gesty, sposób poruszania się - i radzi sobie z tym znakomicie. Wystarczy porównać filmowe sceny, w których Portman w roli Jackie oprowadza filmowców po Białym Domu z oryginalnymi kadrami dokumentalnymi. Nie na tym jednak polega wielkość jej roli.





woalka






Bardzo szybko bowiem Portman „wychodzi z roli" Jackie, jaką znamy z dokumentów, znakomicie ukazując dramat kobiety rozdartej między żałobą a chęcią utrwalenia pamięci o tragicznie zmarłym mężu. W jednej scenie ledwo broni się przed płaczem, by w następnym twardo manipulować innymi, by tylko osiągnąć zamierzony cel.


Nade wszystko jednak rzuca się w oczy wspomniana już jej dojmująca samotność w tych chwilach. Polityków - w tym następcę Kennedy’ego - interesuje tylko to, by jak najszybciej zeszła ze sceny, nie sprawiając zbyt wielu kłopotów. Wobec dzieci jest bardzo troskliwa i opiekuńcza, lecz po chwili oddaje je w ręce innych ludzi, by tylko móc dokończyć swą misję. Najbliżej jej do brata zmarłego prezydenta (świetna rola Petera Saarsgarda), który wspiera ją w realizacji jej misji tworzenia mitu JFK. Ale i Robert Kennedy w gruncie rzeczy jest jej obcy.





pogrzeb






Niejednoznaczne oceny


Bardzo ważne jest to, że twórcy „Jackie” nie idealizują prezydentowej. Jej ból uznają za prawdziwy - to bez wątpienia, w to wątpić nie można. Ale po chwili zadają pytanie: na ile sama Jackie wierzyła w wielkość prezydentury swojego męża? Czy starannie reżyserowała spektakl, jakim okazał się jego pogrzeb, by oddać mu hołd, czy też by przykuć uwagę mediów do… siebie? Czy rzeczywiście powinna była wciągać w ten spektakl dzieci, czy nie mogła ich bardziej chronić? Łzy Jackie to łzy tęsknoty za mężem czy łzy żalu, że właśnie kończy się najjaśniejszy okres w jej życiu, że właśnie dobiega kresu jej wielkość? Twórcy unikają łatwych odpowiedzi na powyższe pytania, jednocześnie podsuwając delikatną sugestię, że takie właśnie zachowanie pierwszej damy było potrzebne w czasach wielkiej niepewności. Że tego właśnie potrzebowali wówczas Amerykanie. Ale to widz musi zdecydować, jak oceni działania Jackie. Czy stwierdzi - czego zresztą bohaterowie się obawiają - że ona i jej mąż byli wyłącznie pięknymi ludzi, w których wielkość wszyscy chcieli wierzyć? Czy Kennedy zostanie zapamiętany wyłącznie jako człowiek, który zażegnał kryzys, jaki sam stworzył?





koncert







Pytania bez odpowiedzi


Z tymi pytaniami z kina wyjdą widzowie, którzy zdecydują się obejrzeć „Jackie”. Z tymi pytaniami wyjdą z kina Ci z Was, którzy pójdą na ten film pomimo tego, że - zaznaczam uczciwie - może on Wam się nie spodobać. „Jackie” pozostawi Was z bliżej nieokreślonym niepokojem. Niepokojem wywołanym zupełnie innym spojrzeniem na historię, która nam, Polakom, jest w sumie dość obca. Niepokojem wywołanym zupełnie niesztampową realizacją kina biograficznego - z realizacją niemal zupełnie pozbawioną błyskotek i fajerwerków. Ten film pozostawi Was z pamięcią o świetnej muzyce Miki Levi, która buduje nastrój filmu, „grając w nim” na przemian z równie niepokojącą ciszą. „Jackie” nie jest filmem, o którym można łatwo zapomnieć. To chyba w ostatecznym rozrachunku większe zwycięstwo niż Oskarowa nominacja w głównej kategorii, której ostatecznie nie dostał.


poprzednia
- [1] -


Zobacz też:

Publicystyka - „Riverdale „Riverdale". Recenzja serialu (nie tylko) dla nastolatków Wiecie, kim jest Archie Andrews? Jeśli nie, nie martwcie się - to tylko jeden z najbardziej popularnych bohaterów komiksowych w Stanach Zjednoczonych. To nastolatek, który od 77 już lat mieszka w więcej...
Publicystyka - Nie dla baranów. Recenzja filmu Nie dla baranów. Recenzja filmu "Barany. Islandzka opowieść" 90 minut filmu opowiadającego o tym, jak w obliczu ryzyka epidemii mieszkańcy małej wioski muszą wybić wszystkie barany w okolicy. 90 minut filmu o tym, jak dwaj bracia, których dzielił zadawniony spór więcej...
Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
azetka792017-02-09 18:03:39
avatar
nie mogę się doczekać, kiedy uda mi się obejrzeć ten film... zwiastuny są mega, a historia też wcale nie bajkowa, choć mogła się taką wydawać
odpowiedz
blackolszi2017-02-09 18:03:39
avatar
noo... chyba się skuszę :P
odpowiedz
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Cień jabłoni
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów