Okładka książki - Tysiąc dni w Toskanii

Tysiąc dni w Toskanii

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2009-11-25
Kategoria: Obyczajowe
ISBN: 978-83-08-04400-1
Liczba stron: 365
Tytuł oryginału:
Język oryginału:
Tłumaczenie:
Ilustracje:
Dodał/a recenzje: Justyna Gul

Ocena: 5.5 (4 głosów)

Skrawek nieba Toskanii Bruschette skropione oliwą i posypane solą bądź podane z pomidorami i czosnkiem, płaski chleb toskański o wdzięczne, melodyjnej nazwie Schiacciata Toscana czy duszona wieprzowina o smaku dziczyzny serwowana z listkami sałaty oraz dobrym czerwonym winem. A może castagnaccio z orzeszkami piniowymi czy słodkie paczki frittelle pachnące skórką pomarańczową oraz wanilią, nadziewane ricottą, marmoladą lub delikatnym rumowym kremem? Wbrew pozorom, to nie menu z wykwintnej włoskiej restauracji, ale smakowita literacka podróż po Toskanii.

 

Autorka opowieści o urokach życia w tym romantycznym zakątku Italii, Marlena de Blasi, jest ekspertem kulinarnym, a jej podniebienie pieściło już wiele smaków. Dlatego też, kiedy w książce „Tysiąc dni w Toskanii” zachwyca się regionalną, domową kuchnią, w pełni możemy jej zaufać. Najnowsza książka de Blasi to esencja wyciśnięta z pobytu w San Casciano dei Bagni, gdzie w stajni przycupniętej u stóp wzgórza , w domu Luccich, swoją oazę spokoju odnalazła autorka wraz z mężem. Dla Toskanii porzucili Wenecję (o której możemy przeczytać w książce „Tysiąc dni w Wenecji”), by w wędrówce poprzez kolejne miasta, wsie i oczywiście restauracje, szukać prawdy o szczęściu i poznawać siebie wzajemnie.

 

„Tysiąc dni w Toskanii” nie jest jednak romansem ani kulinarnym przewodnikiem. Książce bliżej jest raczej do popularnych już na rynku pozycji jak „Rok w Prowansji” czy „Pod słońcem Toskanii”. I choć na kartach opowieści nie brak przepisów na potrawy, od których ślinka zaczyna raptownie napływać do ust, to jest to raczej poradnik mówiący o tym, jak żyć, by odnaleźć smak w każdej chwili. Proste czynności, obcowanie z naturą, godziny spędzone na rozmowie z fascynującymi ludźmi przy kieliszku wina bądź filiżance aksamitnej kawy – oto momenty warte celebrowania. Wraz z Marleną i Fernandem uczestniczymy zarówno w tych ważnych, jak i pomniejszych wydarzeniach, poznajemy rodzime zwyczaje regionu, gdzie rytuały pogańskie przeplatają się z chrześcijańskimi, a śmiech ze łzami. Uczestniczymy w vandemmiamo, czyli winobraniu, w zbiorze oliwek, wraz z przyjacielem pary – Barlozzo wędrujemy szukając drogocennych trufli (znakomitych zresztą w omlecie), ale przede wszystkim ogrzewamy się w ogniu miłości i przyjaźni. Bo to właśnie wzajemne relacje, drobne gesty świadczą o prawdziwym bogactwie i szczęściu.

 

Za sprawą Marleny de Blasi utwierdzamy się w przekonaniu, że treścią życia nie jest pełne konto i kawior spożywany w samotności, ale zwykły chleb z oliwą i solą w otoczeniu bliskich sercu ludzi. Oby to przesłanie znalazło odzwierciedlenie w naszym życiu, bo (zgodnie z tym co twierdził ojciec Barlozzo) „piekło jest tam, gdzie się nic nie gotuje i nikt nie czeka”. Zatem wędrujmy w stronę nieba, niezależnie od tego, czy będzie ono polską wsią, wielkim miastem czy też znajdziemy je w książce de Blasi. Jeżeli ta zachłanność życia i smaków zagości w naszym sercu, to skrawek raju zabierzemy ze sobą wszędzie.

 

Justyna Gul

przesuń

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - justa21
justa21
Przeczytane:, Ocena: 6,

Skrawek nieba Toskanii Bruschette skropione oliwą i posypane solą bądź podane z pomidorami i czosnkiem, płaski chleb toskański o wdzięczne, melodyjnej nazwie Schiacciata Toscana czy duszona wieprzowina o smaku dziczyzny serwowana z listkami sałaty oraz dobrym czerwonym winem. A może castagnaccio z orzeszkami piniowymi czy słodkie paczki frittelle pachnące skórką pomarańczową oraz wanilią, nadziewane ricottą, marmoladą lub delikatnym rumowym kremem? Wbrew pozorom, to nie menu z wykwintnej włoskiej restauracji, ale smakowita literacka podróż po Toskanii.

 

Autorka opowieści o urokach życia w tym romantycznym zakątku Italii, Marlena de Blasi, jest ekspertem kulinarnym, a jej podniebienie pieściło już wiele smaków. Dlatego też, kiedy w książce „Tysiąc dni w Toskanii” zachwyca się regionalną, domową kuchnią, w pełni możemy jej zaufać. Najnowsza książka de Blasi to esencja wyciśnięta z pobytu w San Casciano dei Bagni, gdzie w stajni przycupniętej u stóp wzgórza , w domu Luccich, swoją oazę spokoju odnalazła autorka wraz z mężem. Dla Toskanii porzucili Wenecję (o której możemy przeczytać w książce „Tysiąc dni w Wenecji”), by w wędrówce poprzez kolejne miasta, wsie i oczywiście restauracje, szukać prawdy o szczęściu i poznawać siebie wzajemnie.

 

„Tysiąc dni w Toskanii” nie jest jednak romansem ani kulinarnym przewodnikiem. Książce bliżej jest raczej do popularnych już na rynku pozycji jak „Rok w Prowansji” czy „Pod słońcem Toskanii”. I choć na kartach opowieści nie brak przepisów na potrawy, od których ślinka zaczyna raptownie napływać do ust, to jest to raczej poradnik mówiący o tym, jak żyć, by odnaleźć smak w każdej chwili. Proste czynności, obcowanie z naturą, godziny spędzone na rozmowie z fascynującymi ludźmi przy kieliszku wina bądź filiżance aksamitnej kawy – oto momenty warte celebrowania. Wraz z Marleną i Fernandem uczestniczymy zarówno w tych ważnych, jak i pomniejszych wydarzeniach, poznajemy rodzime zwyczaje regionu, gdzie rytuały pogańskie przeplatają się z chrześcijańskimi, a śmiech ze łzami. Uczestniczymy w vandemmiamo, czyli winobraniu, w zbiorze oliwek, wraz z przyjacielem pary – Barlozzo wędrujemy szukając drogocennych trufli (znakomitych zresztą w omlecie), ale przede wszystkim ogrzewamy się w ogniu miłości i przyjaźni. Bo to właśnie wzajemne relacje, drobne gesty świadczą o prawdziwym bogactwie i szczęściu.

 

Za sprawą Marleny de Blasi utwierdzamy się w przekonaniu, że treścią życia nie jest pełne konto i kawior spożywany w samotności, ale zwykły chleb z oliwą i solą w otoczeniu bliskich sercu ludzi. Oby to przesłanie znalazło odzwierciedlenie w naszym życiu, bo (zgodnie z tym co twierdził ojciec Barlozzo) „piekło jest tam, gdzie się nic nie gotuje i nikt nie czeka”. Zatem wędrujmy w stronę nieba, niezależnie od tego, czy będzie ono polską wsią, wielkim miastem czy też znajdziemy je w książce de Blasi. Jeżeli ta zachłanność życia i smaków zagości w naszym sercu, to skrawek raju zabierzemy ze sobą wszędzie.

 

Justyna Gul

Link do recenzji

TYSIĄC DNI W TOSKANII Marleny de Blasi to Toskania ukazana niejako ze strony podwórka (poszukiwania trufli, zbiory oliwek, winobranie- jako że wszystkie plony napełniają Toskańczyków niekłamanym entuzjazmem którym tryskają na wszystkie strony niczym kilkuletnie dzieciaki, doprowadzając nowych przyjaciół do stanu przedzawałowego:

“Któregoś dnia kiedy jeszcze śpimy Barlozzo natarczywie dzwoni do drzwi. A gdy zwlekamy z otwarciem zaczyna walić w nie pięściami. Musiało stać się coś bardzo złego. Moje serce wali tak mocno jak pięści Barlozza....Fernando otwiera mu drzwi...-Le erbe sono cresciute! Młode zioła wyrosły!- krzyczy Barlozzo, jakby oznajmiał że nadciągają z odsieczą Brytyjczycy”)

acz przede wszystkim od kuchni.

Uczestniczymy w ogromnym obżarstwie mieszkańców regionu, przyłączając się do nich radośnie i z podziwem patrząc na jedzenie będące treścią ich życia- oni bowiem w ten sposób celebrują żywot.

Wszak podszytym obawą respektem napawa nas pojemność ich żołądków, ponieważ:

“Zaraz po wstaniu z łóżka Toskańczyk szykuje sobie caffe ristretto coretto con grappa (zakrapiana wódką kawa z cykorii). Butelkę z alkoholem trzyma w lewej ręce nad malutką filiżanką, w której są co najwyżej dwie łyżeczki gęstego jak syrop espresso. Gorące mleko, chleb albo rogaliki z marmoladą przerywają nocny post. Około dziewiątej, po trzech godzinach pracy w polu, przychodzi kolej na kieliszek czerwonego wina na poprawienie nastroju. Do tego okrągła chrupiąca bułeczka przełożona mortadelą. Potem kolejne espresso. Do południa nic więcej, aż przychodzi pora na aperitivo- campari z wodą sodową, aperol połączony z białym winem albo nawet mały kieliszek prosecco (odmiany win i in. alkoholi). Z wbiciem pierwszej siada się do stołu. W zasięgu rękistoi butelka czerwonego wina. Główny posiłek dnia  trwa długo; jest bardzo urozmaicony, choć niezbyt obfity {uwaga!} Zwykle składa się nań talerz z crostini- grzanek- z salame (tj. nie salami tylko kiełbasą) lub kawałek orzeźwiającego melona, albo też koszyczek fig, do tego duszony koper włoski, cebula lub bakłażan. Do tego miseczka gęstej zupy albo talerz pachnącej szałwią fasoli. Następnie gulasz z królika z dodatkiem oliwek albo cielęcina z karczochami, a niekiedy także porchetta, pieczone prosię, jeśli jest akurat czwartek. Pieczone ziemniaki, szpinak i botwina zasmażane z czosnkiem i papryczką chili są zawsze na stole. Dalej una grapinna, czyli dosłownie kieliszeczek grappy, ale Toskańczycy nie są drobiazgowi, napełniają szklankę aż po brzegi. Wszystko to ma rzecz jasna dopomóc w trawieniu. O trzeciej trzydzieści albo o czwartej znowu espresso i powrót do pracy w polu, co trwa aż do siódmej. Potem wystarczy wskoczyć do furgonetki i podjechać do baru na parę kieliszków białego wina i talerzyk dorodnych soczystych oliwek. Następnie focaccia, chrupiący podpłomyk posypany kryształkami soli morskiej, a do tego dzbanek oliwy którą można lekko skropić ciasto.  Całkiem niezłe preludium do kolacji {sic!}.Na stole znowu pojawi się czerwone wino, aczkolwiek będzie go mniej niż poprzednio, bo kolacja jest nieco skromniejsza od obiadu. Kilka ręcznie krojonych plasterków prosciutto z combra przypominającego kształtem mandolinę, który zwisa swobodnie u sufitu spiżarni. Nie za duży, może dziesięciocentymetrowy kawałek kiełbasy. Pod ręką jest też chleb. Potem zupa z farro lub soczewicy, potem ceci z tłuszczem oraz grubo krojone tasiemki makaronu zwanego maltagliati. Leggera- lekka zupa, a po niej jeszcze una bistecca- befsztyk pieczony na ruszcie nad paleniskiem, albo pierś z kurczaka duszona na kuchennym piecu z dodatkiem czerwonej i żółtej papryki oraz liści szałwi. Do tego kilka listków dzikiej sałaty. Do tego malutki kawałek pecorino. Obrana ze skórki gruszka, pokrojona na soczyste białe cząstki, które przenosi się do usta na czubku noża. Twarde słodkie ciasteczko z odrobiną vin santo. Kropelka grappy dolana dla kurażu do ostatniego tego dnia espreso. Koniec końców, całkiem niezła uczta.”

Biesiadujemy wspólnie, pomimo że:

“C’e solo una porzione di pollo con i pepperoni, pappa al. Pomodoro, ciciora da saltare, e la panzanella. Come carne  c’e bistecca di vitello e agnello impanato da friggere. Jest tylko jedna porcja kurczaka z papryką, gęsta zupa pomidorowa, smażona cykoria i sałatka chlebowa.”

Tak oto podczas zanurzenia się w tę toskańską opowieść:

“Zaczynamy od kurczaka duszonego z czerwoną papryką, jedynej porcji jaka pozostała. Gdy tylko Giangiacomo stawia danie na stół, Barlozzo spryskuje mięso kilkoma kroplami białego wina, tego samego którego użyto do duszenia. Na każdego z nas przypadają co najwyżej dwa lub trzy soczyste kąski. Następnie nasz kelner przynosi miseczkę sałatki chlebowej. Wygląda inaczej niż tradycyjna panzanella. Piękny kolor bordeaux podpowiada nam w jaki sposób została przyrządzona- nie tak jak zwykle, czyli z czerstwego chleba maczanego w wodzie, lecz w czerwonym winie (vino rosso). Do sałatki dodano siekane pomidory, poszatkowany ogórek, drobną zieloną cebulkę i całe kistki bazylii skropione oliwą. Zanim potrawa trafiła na stół, przez jakiś czas stała na boku, by wszystkie składniki odpowiednio się połączyły. Kolejnym daniem jest świeżo przyrządzona zupa pomidorowa, zagęszczona chlebem i podawana w małych miseczkach z dodatkiem tartego, ostrego sera pecorino (z owczego mleka). Zaraz potem na stole ląduje półmisek pełen cieniutkich kotletów jagnięcych, panierowanych i smażonych, obłożonych listkami dzikiej sałaty. Oprócz tego dostajemy też steki cielęce z grilla opalanego węglem drzewnym, serwowane z pokrojoną w ósemki cytryną. Z dodatków i przypraw na stole pojawia się butelka oliwy, młynek do pieprzu i miseczka soli morskiej. Pupa (z wł.: ‘lalka’) osobiście przynosi nam z kuchni owalną miedzianą patelnię ze smażoną cykorią przyprawioną czosnkiem i papryką chili. Na zakończenie dostajemy rocottę di pecora, ricottę (twarożek) z owczego mleka, serwowaną w filiżankach do herbaty. Pupa okrąża stół i polewa ricottę świeżo zaparzonym espresso, które nalewa z małego czajniczka. Stawia na stole także cukierniczkę i kakao w pojemniczku z dziurkami.” (...)

Weźmiemy też udział w ożywionym sporze, a może raczej wymianie zdań, czy kwiaty cukini “faszerować czy nie? A jeśli tak, to mozarellą i solonymi sardelami czy może niewielką ricotta salata (słonej/ solonej ricotty)? Do ciasta dodać piwo i białe wino, a może oliwę? I najważniejsze pytanie- smażyć kwiaty w oleju arachidowym, czy oliwie extra virgin?”

Posłuchamy Marleny, gdy będzie snuła przed nami historię z przeszłości, mocząc nogi w gorącym źródle z czasów Etrusków, podjadając ciasteczka, i spoglądając na rozgwieżdżone przy pierwszych jesiennych przymrozkach niebo:“-Byłam z wizytą u przyjaciół albo dalekich krewnych mojej babci, na wybrzeżu liguryjskim, nieopodal Genui. Raczej nie bardzo mi się tam u nich podobało. Tak czy inaczej, wyruszyłam na spacer po plaży, niedaleko domu naszych gospodarzy i spotkałam pewną kobietę, piekącą ziemniaki w ognisku rozpalonym z kawałków drewna wyrzuconych przez fale. Miała na sobie kilka warstw długich spódnic, cała była owinięta szalami i chustami. Uśmiechnęła się do mnie, a ja usiadłam obok niej na piasku i zaczęłam ją obserwować. Wyciągnęła z kieszeni małą srebrną butelkę, ujęła moją rękę i nalała na nią kilka kropli gęstego, ciemnozielonego płynu. Następnie wypiła odrobinę tajemniczego napoju, uśmiechając się i zamykając z lubością oczy. Ja zrobiłam to samo. Najpierw pomyślałam że ten zielony syrop jest okropny-zupełnie jakbym piła krople żołądkowe. Jednak gdy go przełknęłam, poczułam właściwy smak i wtedy na mojej twarzy również pojawił się uśmiech. Pierwszy raz w życiu skosztowałam oliwy. Otóż ta Ziemniaczana Dama przykucnęła na pisaku podobnie jak ty przed chwilą, na nogach miała grube kalosze widoczne spod spódnic.  Wpatrywała się w ogień i co jakiś czas wstawała, żeby cisnąć w morze jakiś kamień albo kawał drewna. A gdy ziemniaki przypiekły się na złoty kolor, obróciła je i namaściła oliwą. Rzuciła też garść soli którą wyjęła z innego magicznego schowka, rozniecając wielkie płomienie. W końcu wsadziła dwa albo trzy kawałki ziemniaka na patyk i podała mi. Zdążyłam nabrać na nie tak wielkiej ochoty, że jadłam parząc sobie usta- nie mogłam się nasycić ani pieczonymi ziemniakami, ani tą chwilą. Chciałam wtedy być nią. Kobietą z plaży. Nosić takie spódnice, szale chusty i mieć srebrną buteleczkę. Też chciałam umieć sprawić że kartofel smakuje lepiej niż czekoladowe ciasteczko. To właśnie ona, bardziej niż ktokolwiek inny, pozwoliła mi poznać samą siebie. Niekiedy zastanawiam się czy ta Ziemniaczana Dama nie była jakimś duchem, który pojawił się by przekazać mi jedną z największych tajemnic- że o urodzie życia decyduje umiejętność cieszenia się chwilą. Tylko że ta kobieta istniała naprawdę, Flori. I gdy myślę o niej teraz, uświadamiam sobie, że na pewno miała swoje zmartwienia. Ale znalazła sposób na to by jej życie mimo wszystko było piękne, tak jak tamtego popołudnia. Przyszło jej to tak samo łatwo jak wyciągnięcie z kieszeni tej srebrnej flaszeczki. To był jej dar dla mnie. Pokazała, że szczęście jest kwestią wyboru.”

To właśnie w szczęściu nie sposób nie zasmakować czytając tę książkę. Przeczytaj ją; nie musisz być Italofilem, wystarczy że masz nieposkromiony apetyt na życie.

 

Link do opinii
Avatar użytkownika - joakrz1983
joakrz1983
Przeczytane:2015-03-27, Ocena: 6, Przeczytałem, 52 książki - 2015,
Moja pierwsza książka tej autorki i jestem bardzo zachwycona. Ciepła, kojąca, cudowna. Te trzy słowa mówią same za siebie. Książka, przy której śmiałam się do łez i wzruszałam. Autorka opowiada o codziennym życiu w San Casciano dei Bagni, toskańskiej miejscowości liczącej niewiele ponad tysiąc siedmiuset mieszkańców, w której zamieszkała wraz z mężem po opuszczeniu Wenecji. Opowiada z urokiem i pasją, nie zanudzając ani nie popadając przy tym w banał. Opowieści o przyrządzaniu regionalnych potraw, wspólnym jedzeniu z przyjaciółmi, uczestnictwie w winobraniu, zbieraniu oliwek, szukaniu trufli, pieczeniu kasztanów i wypieku chleba "przetykane" są życiowymi maksymami, jak ciasto rodzynkami. Książką powinni być zachwyceni przede wszystkim miłośnicy Włoch i języka włoskiego. Znajdą w niej wiele zdań i wtrąceń po włosku, oczywiście z tłumaczeniem na polski. Wielbiciele kuchni włoskiej tez nie będą rozczarowani. Autorka wzbogaciła książkę kilkoma ciekawymi przepisami na regionalne dania.
Link do opinii
Avatar użytkownika - ManicPixieDreamG
ManicPixieDreamG
Przeczytane:2014-04-25, Ocena: 6, Przeczytałem, Czytam regularnie w 2014,
Znakomita, ba, wyśmienita powieść. http://www.granice.pl/recenzja,tysiac-dni-w-toskanii,10518
Link do opinii
Avatar użytkownika - iwona-w
iwona-w
Przeczytane:2012-12-05, Ocena: 5, Przeczytałem, Książki na długi wieczór,
Spędziłaś z Marleną i Fernandem Tysiąc dni w Wenecji, masz ochotę na podróż do Toskanii? Jeśli tak, to sięgnij po "Tysiąc dni w Toskanii".
Link do opinii
Avatar użytkownika - alosa
alosa
Ocena: 5, Przeczytałem, Mam,
Bardzo sympatyczna książka, można zakochać się we Włoszech...
Link do opinii
Inne książki autora
Top 5 książek
Złodziejka książek
Markus Zusak
Okładka książki - Złodziejka książek
Ostatnia królowa
Gortner C.W.
Okładka książki - Ostatnia królowa
Dziewczyny z Syberii
Anna Herbich
Okładka książki - Dziewczyny z Syberii
Reklamy