Okładka książki - Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 2016-03-30
Kategoria: Literatura faktu
ISBN: 9788380492561
Liczba stron: 200
Dodał/a recenzje: Katarzyna Kurowska

Ocena: 2 (1 głosów)

Stereotypowa wizja amerykańskiego Południa. Wyobrażamy je sobie jako region z farmerski gospodarstwami, zarządzanymi przez czarnoskórych ludzi o prymitywnych zwyczajach. To właśnie obraz wyniesiony z powieści Faulknera czy O'Connora. Podobną wizję miał Dennis Covington, który na bazie przeczytanych książek wielkich autorów Południa napisał opowiadanie Zbawienie na Sand Mountain. Dopiero później postanowił sprawdzić, czy kraina, o której pisze, w ogóle istnieje. Według Hoddinga Cartera III mitycznego Południa już nie ma. Dennis Covington przekonuje w swoim reportażu, że ten eseista się myli, że społeczność Południa wciąż cechuje specyficzna osobowość, czy wręcz nasila się w swej rozpaczliwej próbie przetrwania. Rozpoczynając książkę o drzewach duchów, autor pokazuje, jak żywe w tym regionie są zabobony i wierzenia w ponadludzkie moce. Być może właśnie to pozwoliło tym ludziom przetrwać biedę i wiele wojen.

 

Covington zainteresował się „wężownikami” podczas przygotowywania relacji z procesu Glenna Summerforda, który był pastorem i kaznodzieją w Kościele Jezusowym ze Znakami. Duchowny został skazany na 99 lat więzienia za próbę zamordowania żony, narażając ją na ukąszenie grzechotników. Branie węży do rąk jest częstym elementem nabożeństw w Kościele Jezusa ze Znakami. Ten rytuał zwykle poprzedza kazanie oraz śpiewy. Co się czuje podczas trzymania węża? Czujesz się wtedy jakiś inny. Wiesz, że panujesz nad wężami (...) Trudno to wyjaśnić (…) Jesteś pogrążony w modlitwie. Nie możesz myśleć o niczym innym. Duch mówi ci, co robić. Lepiej zrozumieć dobrze tego Ducha - w przeciwnym razie wąż kąsa. Nie ma zasady, która głosiłaby, że tych bardziej wprawionych węże nie kąsają. Niektórzy kaznodzieje mają na swoim koncie kilka ukąszeń. Potrafią się z nich wyleczyć – pod warunkiem, że poddadzą się leczeniu. Trudno przewidzieć, które nabożeństwo i ukąszenie będzie tym ostatnim.

 

Zaskakujący jest stosunek „wężowników” do ukąszenia i ponoszenia śmierci z tego powodu. Jeden z kaznodziejów stwierdził, że śmierć od ukąszenia jest lepsza od śmierci krzyżowej - i tu dla przykładu wymienił męczeńską śmierć św. Piotra. Dostrzegacie jakąś różnicę przemawiającą na korzyść jednej z nich? Dennis Covington też nie. Tymczasem śmierć od ukąszenia podczas nabożeństw nie jest rzadkim zjawiskiem. Najczęściej następuje wskutek odmowy przyjęcia pomocy medycznej, bo to mogłoby oznaczać utratę wiary przez ukąszonego. Przykładem może być Ruthie Craig, której zgon w 1951 roku był pierwszym tego rodzaju - a później miało miejsce więcej podobnych wypadków.

 

Trudno odejść od chrześcijańskiej symboliki węża i dopatrywania się w opisywanych praktykach religijnych nie wiary w Boga (czyż branie węża do rąk nie jest wystawianiem Boga na próbę?), lecz jakiejś formy opętania. Stosunek tych ludzi do innych czy do węży potęguje wrażenie, że Kościół Jezusowy ze Znakami to rodzaj satanistycznej sekty. Podczas lektury czytelnikowi nasuwa się pytań, a odpowiedzi, jakie uzyskujemy, tylko potwierdzają obawy. Na ile modlitwy towarzyszące rytuałowi brania węży do rąk można porównać do procesu egzorcyzmu? Następująca blokada wyciąganych ze skrzynek węży, które zdają się tworzyć w tej chwili jedną całość z trzymającym je człowiekiem, wygląda jakby rzucono na nie urok. Czasami ten nie działa - wówczas gady kąsają. Uprzedzenie do tej religijnej wspólnoty bierze się nie tylko z ich niebezpiecznych rytuałów, ale też z hipokryzji postaw życiowych pastorów, którzy w jednej godzinie głoszą Słowo Boże, a w drugiej biją żonę, każąc jej włożyć rękę do klatki z grzechotnikiem… Oni okazują się niezastąpionymi autorytetami wspólnoty. Są jednak ludzie, którzy - dostrzegając tę hipokryzję - odchodzą od owego Kościoła Nie chcieliśmy chodzić do takiego kościoła, w którym kaznodzieja robił jedno, a głosił co innego - mówi jeden z nich. O pewnym transie, by nie rzec opętaniu, w jakim tkwią uczestnicy nabożeństwa, świadczy też ich reakcja na określone słowa kaznodziei. Tu nie ma miejsca na kreatywność, bo wierni reagują tylko na stałe, przebrzmiałe zwroty.

 

Zbawienie na Sand Mountain nie jest suchym zbiorem faktów związanych z wspólnotą „wężowników”. Ta praca reporterska była pełna szczególnych doświadczeń dla Denisa Covingtona, stała się też okazją do poszukiwania własnej tożsamości i korzeni (wertując rodzinne dokumenty, autor dotarł do wzmianki sugerującej, że jego pradziadkowie również uczestniczyli w nabożeństwach z wężami). Z tej książki dowiadujemy się wiele o samym autorze, o tym, co go ukształtowało, obserwujemy jego wewnętrzną przemianę, bowiem zainteresowanie się takim tematem również od reportera wymaga od reportera pewnego duchowego zaangażowania.

 

Niektórzy członkowie wspólnoty traktowali pisanie Covingtona jako jedną z form szerzenia Słowa Bożego. Reporter jednak w pewnym momencie dokonuje zwrotu, wyciąga konkluzje z duchowych doświadczeń oraz wielomiesięcznych obserwacji tego kościoła i w żadnym razie nie można tej książki przypisać do kategorii świadectw religijnych, mających na celu przekonanie czytelnika do określonych wartości. Dennis Covington przez większą część książki jest sceptykiem, którego krytyczne komentarze do wypowiedzi i zachowań duchownych są wyrażone wprost (np. brat Carl jest stuknięty), zabarwione ironią i humorem. To mocno rozładowuje powagę tematu i jest tym elementem, którym autor z pewnością zjedna do siebie czytelników.

Kup książkę

przesuń

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Opinie

Avatar użytkownika - elfijka
elfijka
Przeczytane:2016-04-19, Ocena: 2, Przeczytałem, 52 książki 2016, Mam,
Ta książka to jedno wielkie rozczarowanie. Gdy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, byłam zła, że ma tylko 200 stron, ale już po kilku pierwszych rozdziałach wiedziałam, że jednak to i tak za dużo. Ludzie, którzy biorą węże do rąk podczas swych nabożeństw, którzy doszukali się w Biblii fragmentu uzasadniającego ich działania, są niesamowicie fascynującym pretekstem do napisania o nich książki. A tu niestety są pretekstem do tego, by pod przykrywką opowieści o nich autor mógł zalać nas strumieniem wypocin głównie o sobie. Czy autor pofatygował się, by zapytać poszczególne osoby z tego Kościoła dlaczego to robią? Co to dla nich znaczy? Nie, po co? Katuje nas za to ciągłym wspominaniem o Duchu Świętym, który nawiedził również jego, oraz zapisem kazań z nabożeństw, które głównie sprowadzają się do zdań typu "Ta rzecz jest prawdziwa. Amen" - i tak w kółko. Mało tego, autor dołączył do wężowników i przestał być obiektywnym obserwatorem. Nadal jednak nie wie, po co to wszystko i nie ma to dla niego większego znaczenia, jedynie ekscytuje się braniem węży do rąk i konsekwentnie zanudza nas opowieściami o swoim nieciekawym życiu.
Link do opinii
Reklamy