
„Święty Wrocław” to powieść przedziwna. Z jednej strony mocno przykuwająca uwagę gęstniejącą ze strony na stronę mroczną atmosferą horroru, której podstawą nie są ograne chwyty i tysiące atakujących bohaterów (a przy okazji i czytelników) groteskowych potworów, oraz oscylującymi wokół ironii i absurdu narracyjnymi komentarzami. Z drugiej – to powieść, której autor ma o wiele większe ambicje, niż stworzenie dobrej powieści rozrywkowej, jednak gubi się w wieloznacznościach, tonie w mnogości możliwości interpretacyjnych.
Pewnego dnia na ulicach Wrocławia poczynają znikać psy i koty. Fakt ten pozostaje niezauważony do czasu, gdy obok zwierząt znikają również i ludzie. Wówczas rodzi się Święty Wrocław – osiedle, którego ściany po oderwaniu tynków okazują się wzniesione z dziwnej, ciemnej, niby-organicznej substancji. Substancja ta w dotyku sprawia wrażenie ciepłej, co budzi podejrzenia, że stanowi „żywą” tkankę. Nic dziwnego, że miejsce to przyciąga wszelkiego rodzaju wyrzutków i włóczęgów – gorzej, że z czasem i tak zwani zwyczajni obywatele wyruszają tam na pielgrzymki. A ze Świętego Wrocławia nie można już powrócić.
Łukasz Orbitowski napisał książkę, którą bardzo trudno nie tylko ocenić, ale choćby wstępnie sklasyfikować. Z pozoru to horror, tyle że pozbawiony typowych, nierealnych zabiegów, tonący w szarościach, czerniach i cieniach, nie zaś pogrążony w morzu krwi. W życie mieszkańców zwykłego miasta wkracza po prostu coś, co nieznane i nienazwane – na takim pomyśle stara się Orbitowski zbudować swą powieść, nawiązując mocno do wcześniejszych książek.
Pierwiastek realistyczny jest tu jednak bardzo silny, stąd podejrzenie, że pisarz pragnie po prostu całkiem wiarygodną powieść obyczajową wzbogacić o elementy „miejskiej legendy”, uzupełnić o plan fantastyczny i ukazać, jak zwykli ludzie zachowaliby się w sytuacjach skrajnych. Związek dwojga młodych ludzi, ich spory z ojcem dziewczyny, zawiść jej koleżanek, konieczność ukrywania się i zwieńczenie tej historii ogromnie zaskakującym zakończeniem – to elementy przedstawione w sposób jak najbardziej realistyczny i wnikliwy.
Uważny czytelnik odnajdzie jednak i w „Świętym Wrocławiu” zaskakujące z pozoru elementy… eposu! Orbitowski opiewa piękno, siłę, potęgę Świętego Wrocławia niby od jego początków, od jego powstania, ale przede wszystkim – u kresu jego istnienia. Opisuje nie zawsze heroiczne czyny swoich bohaterów, by doprowadzić ich w końcu do uczestnictwa w wielkiej bitwie, nieodmiennie przywodzącej na myśl Apokalipsę – tym bardziej, że zwiastuje ją wielu proroków, „kapłanów” i „bożych szaleńców”.
Autor napięcie buduje wyjątkowo sprawnie – z każdą stroną akcja przyspiesza, nie pozwalając miejscami oderwać się od lektury. Atmosfera gęstnieje z każdą w chwilą, światło niknie, a powieść staje się coraz bardziej mroczna. Wieńczący całość wybuch przemocy zdaje się nieuchronną konsekwencją misternej intrygi.
Nie można jednak powiedzieć, by „Święty Wrocław” był powieścią całkowicie udaną. Autor, który „terminował u fantastów, awangardzistów i realistów” usiłuje wpleść w swą książkę tak wiele odniesień i nadać jej tak wiele znaczeń, że ostatecznie nieco gubi się i on, i czytelnik. Próba interpretacji powieści kończy się uderzeniem głową w mur wieloznaczności, nieuchronnie przeradzając się w bełkot. W dodatku miejscami cała ta „filozofia” nieco przeszkadza w odbiorze warstwy opartej na grozie, napięcie opada i pojawia się nuda. Zamierzony absurd przeradza się w zwyczajną bzdurę.
Tkwi więc w tej powieści spory potencjał, lepiej jednak traktować „Święty Wrocław” jako horror i literaturę rozrywkową, lepiej bawić się i cieszyć dobrze budowanym napięciem czy ironiczną nieco grą z konwencją, niż wikłać się w próby dostrzeżenia czegoś więcej. Niestety bowiem musiałoby się to skończyć rozczarowaniem.