Recenzja czytelnika granice.pl

Kup Teraz

Drżące ciała. Rozmowy z artystami

Artur Żmijewski

Ocena ( 0 osoby )
Wydawnictwo: Korporacja Ha!Art
Data wydania: 2006-06-07
Kategoria: Inne
ISBN: 83-89911-66-3
Liczba stron: 365
Dodał/a książkę:
Dodał/a recenzję: mh

W tej sztuce nie sposób znaleźć pozytywnych motywacji. Motywacji negatywnych jest za to pod dostatkiem, ale spośród nich podstawową wydaje się negacja wartości: zarówno światopoglądowych, społecznych i kulturowych, jak i estetycznych. Artyści kopulujący na krucyfiksie i zajmujący się penisami doczekali się swojej apologii. Książkę „Drżące ciała” śmiało można uznać za czarną księgę polskiej sztuki współczesnej. „Drżące ciała” to zbiór wywiadów, jakie Artur Żmijewski przeprowadził z ludźmi uważanymi za artystów. Książkę wyprodukował swoisty „tercet egzotyczny”. Ukazała się bowiem w serii lewicowego pisma „Krytyka polityczna”, zaś współwydawcami są bytomska (utrzymywana przez samorząd) galeria „Kronika” i krakowska (prywatna) korporacja „Ha!art”. Pierwsza zasłynęła w maju, kiedy kilka dni przed rozpoczęciem pielgrzymki Benedykta XVI do Polski zezwoliła na wywieszenie fotomontażu, pokazującego papieża wznoszącego gestem barbarzyńcy urwaną i ociekającą krwią głowę piosenkarza Eltona Johna. Z kolei „Ha!art” podejmuje inicjatywy typu ogłoszenie konkursu na krytyczną powieść o polskim katolicyzmie. Krytyczną – czyli taką, która udowodni, że jest płytki, odpustowy, pełen hipokryzji i w ogóle niepotrzebny.



Ale wróćmy do wywiadów Żmijewskiego. Kim są rozmówcy? Paweł Althamer wypalił cygaro z marihuany. Katarzyna Górna sfotografowała mężczyzn mierzących sobie linijką penisy i nazwała ich imionami apostołów. Sparodiowała też wyobrażenie Piety. Andrzej Karaś bardzo naturalistycznie opowiada o uprawianej przez siebie pederastii. Katarzyna Kozyra przyczepiła sobie protezę penisa i penetrowała męską łaźnię. Zbigniew Libera napis z bramy niemieckiego obozu Auschwitz „Arbeit macht frei” przeistoczył w „Christus ist mein Leben” (Chrystus jest moim życiem). Jacek Markiewicz nagi kładł się na krucyfiksie. Monika Zielińska zdjęcie wydepilowanej waginy opatrzyła podpisem „To nie jest muszelka”. Cóż, każdemu wolno uprawiać rozmaite dewiacje. Lepiej jednak, gdy pozostają one w domowym zaciszu dewianta – na tym polega społeczna umowa o tolerancji. Problem zaczyna się, gdy ktoś próbuje wmówić ludziom, że tego rodzaju działalność jest sztuką. Tymczasem w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z mocną kampanią propagandową, podnoszącą rozmaite dewiacje do rangi sztuki. Wspomnijmy chociażby histeryczną obronę Doroty Nieznalskiej – ta akcja dowiodła, że jednym z kanonów politycznej poprawności stało się przyzwolenie na prowadzenie pod ochronnym płaszczykiem sztuki dość plugawej działalności: obrażania i wulgarnego wykpiwania wartości, na których zasadzają się fundamenty naszej kultury. I tutaj dochodzimy do sedna rzeczy: sztuka, czy też raczej swoista antysztuka, stała się jednym z oręży trwającej wojny, jaką postmodernizm wypowiedział tradycji. Sztuka postmodernistyczna na tle sztuki tradycyjnej wydawać się może jedynie miałka i nieciekawa jak klozetowa muszla Duchampa na tle fontanny di Trevi. Jedyną szansę na swoje przetrwanie upatruje więc w zniszczeniu, a przynajmniej ośmieszeniu punktów odniesienia. Ta metoda przeniesiona została także na płaszczyznę duchową: moralny nihilizm wydaje się mało atrakcyjny wobec heroizmu jako modelu wypracowanego w kręgu cywilizacji chrześcijańskiej. Dlatego jej wartości należy zniszczyć i wyrugować. Wówczas już bez przeszkód będzie się mogła panoszyć postmodernistyczna odmiana hedonizmu. Na to, że jej uprawianie prowadzi i jednostkę, i cywilizację ku samozagładzie – już się nie zwraca uwagi.



„Drżące ciała” to czarna księga polskiej sztuki współczesnej. Nie przeczę – co jakiś czas pojawiają się w jej kręgu realizacje frapujące pod względem estetycznym. W całej swej masie jednak działalność rozmówców Żmijewskiego pokazuje, że wolność sztuki może przerodzić się w terror. Staje się tak, gdy odrzucone zostają systemy etyczne i estetyczne. Po ich zanegowaniu można budować nowe systemy – ale do tego trzeba posiadać osobowości na miarę Chrystusa czy Caravaggia. W innym wypadku pozostaje tworzenie antyetyki i antyestetyki. Sztuka odrzucająca sacrum – stacza się w profanum. Nic więc dziwnego, że produkty przedstawione na łamach „Drżących ciał” łączy tak naprawdę jedna tylko cecha wspólna: porażająca wulgarność. Jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku Waldemar Łysiak pisał w eseju „Quo vadis, ars?”: „Dzisiaj pewne jest tylko jedno: jeśli sztuka będzie próbowała osiągnąć cel w taki sposób, w jaki stara się to uczynić – za pomocą wulgarnej kontestacji – bez wątpienia to się jej nie uda.” Podejrzewam jednak, iż pisząc te słowa Łysiak nie podejrzewał, że sztuka tak długo będzie zniżała się do „wulgarnej kontestacji”. I że zacznie kontestować nie tylko kanony estetyczne, ale również etyczne, sprzeniewierzając w ten sposób bodaj najważniejszemu swemu powołaniu: przekazywaniu prawdy. Warto odnotować, że książka „Drżące ciała” ukazała się przy współudziale środków ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Czyżby minister rozdawał pieniądze tak hojną ręką, że nawet nie zwraca uwagi na co daje?


szara_linia
Opinie
Ocena 1 2 3 4 5 6
Komentarz
gendun Linia koment
Na półkach: Chcę przeczytać,
ajrin Linia koment
Na półkach: Chcę przeczytać,
break
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów