Okładka książki - Kalendarze

Kalendarze

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2015-09-24
Kategoria: Literatura piękna
ISBN: 9788308060100
Liczba stron: 285
Tytuł oryginału:
Język oryginału:
Tłumaczenie:
Ilustracje:
Dodał/a recenzje: Katarzyna Krzan

Ocena: 4.8 (10 głosów)

Czas płynie nieubłaganie. Świadczą o tym zmieniające się kalendarze, świadczy o tym nasza twarz, nabierająca coraz dojrzalszych rysów. Ale przecież na co dzień tego nie dostrzegamy, żyjąc chwilą, planując przyszłość i tak naprawdę nie zastanawiając się nad przeszłością.

 

Kalendarze Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to bardzo osobista, wspomnieniowa książka. Autorka próbuje w niej przywołać na nowo minione chwile, zagrzebane w pamięci wspomnienia. Rzecz dzieje się w dwóch planach czasowych. Jeden – współczesny – to "tu i teraz". Obserwujemy pisarkę, jej codzienne obowiązki, proces twórczy, a także dostrzegamy pewien smutek. Zbliża się jesień, pewnie także jesień życia. Młodzi wyfrunęli już prawie z rodzinnego gniazda, pozostawiając dorosłym więcej czasu na myślenie, refleksję. Przychodzi czas wspomnień, porównań, podsumowań.

 

W drugim planie bohaterką jest mała dziewczynka, dorastająca na wsi, głównie pod opieką wiecznie zajętej gospodarstwem babci. Centralnym wydarzeniem, niejako katalizatorem wspomnień, są narodziny siostry dziewczynki, można by je porównać do słynnej magdalenki Prousta. Babcia dostarcza do szpitala rosół w słoiku, potem organizuje świniobicie - trzeba przecież wzmocnić dietę świeżo upieczonej matki. We wszystkich wydarzeniach uczestniczy dziewczynka, starając się pomagać. Szczegółowe opisy, przywoływane z pamięci przedmioty, miejsca, pewne punkty wspólne nam wszystkim sprawiają, że jako czytelnicy także zaczynamy przypominać sobie własne dzieciństwo - albo raczej nasze wyobrażenie o nim.

 

Nikt przecież na bieżąco nie zapisuje w kalendarzu prozaicznych zdarzeń, które tworzą naszą historię. Gdy się dzieją, nie przywiązujemy do nich aż tak dużej wagi. Nabierają one znaczenia dopiero po latach, gdy usilnie próbujemy nadać im sens. Narratorka wciąż ubolewa nad tym, że ukochana babcia nie przekazała jej żadnej przestrogi, porady na życie. Po prostu była, wykonując swoje obowiązki, a potem najzwyczajniej w świecie odchodząc, nie pozostawiając zbyt wiele po sobie. Czy po opowiadającej tę historię także nic nie pozostanie? Czy pozostaną po niej tylko niewypełnione kalendarze?

 

Opowieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk pochłania czytelnika, który wraca, chcąc nie chcąc, do własnych wspomnień, dobudowując niejako swoje zapamiętane historie na bazie tych wygrzebanych z przeszłości przez autorkę. Lektura to nostalgiczna, przepełniona refleksją nad przemijaniem, nad trudną do przyjęcia prawdą, że po nas przyjdą następni - niezależnie od tego, jak mocno trzymać się będziemy życia. Kalendarze to lektura dla osób starszych, pamiętających trudne czasy PRL-u, ale i dla młodszych, dla których będzie to niezwykła wyprawa do przeszłości.

przesuń

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Nidaba
Nidaba
Przeczytane:2015-09-26, Przeczytałem,

Kiedy kończy się dzieciństwo?

 

Albo inaczej: kiedy wchodzimy w dorosłość? A w którym momencie zaczyna dominować starość, tak jawnie i nieodwołalnie uświadamiająca naszą przemijalność?

 

To kilka spośród wielu pytań przewijających się przez Kalendarze Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Pytań, pozwalających po trosze zrozumieć (czy może raczej - wyczuć) charakter książki, jej znaczenie. Bez nich trudniej byłoby pojąć, dlaczego narratorka – matka, która mierzy się z dorosłością opuszczającego dom syna – tak szczegółowo opowiada o dniu narodzin swojej młodszej siostry, o własnym dzieciństwie. Dlaczego nie przywołuje wspomnień związanych z życiem syna – nie wspomina dnia jego narodzin, pierwszych kroków i słów, pierwszych rozstań, wspólnych chwil i rozmów?

 

Może opuszczony pokój, brudne ubrania w koszu na pranie czy pozostawiony w szafie garnitur wywołują nie tylko tęsknotę? Wydają się też pobudzać główną bohaterkę do refleksji nad własnym życiem. Bo skoro dotarła już aż tu – do momentu, w którym zaczyna oczekiwać pojawienia się wnuków, tym samym zaliczając siebie do pokolenia babć – to znaczy, że jej czas nieubłaganie przemija… Wobec dorosłości syna musi stawić czoła myśli, że kalendarz jej życia wyraźnie „schudł”, że większość jego kartek została zerwana.

 

Co może wobec tego zrobić? Gdy liczba wyznaczanych celów, marzeń, pragnień i oczekiwań maleje, autorka wraca do czasu, kiedy wszystko – całe życie – stało przed nią otworem. Z zadziwiającą szczegółowością odtwarza rzeczywistość lat 60., patrząc na świat uważnymi oczami sześciolatki. W dniu narodzin Uli, młodszej siostry, obserwuje obszywanie na maszynie do szycia tetrowych pieluszek i dzielenie mięsa ze świni. Wspomina swoje zabawki, ulubione podwórkowe zabawy, przeglądane książeczki, telewizyjne programy, ozdoby choinkowe, ubrania. Opisuje chyba każdy sklep znajdujący się wówczas w jej rodzinnym Mińsku, ulice wiodące ją do przedszkola, drogę do lodziarni, a nawet przypuszczalną trasę pochodów majowych. Odtwarza szczególny klimat Święta Zmarłych, świąteczne zwyczaje, rodzinne powiedzonka oraz wielki problem całowania wśród przedszkolaków.

 

Przywołuje miejsca, ludzi, przedmioty – trochę tak, jak gdyby mocą zapisanych słów chciała przywrócić je życiu. Ale przecież to się nie może udać – czasu nie da się cofnąć. A jednak: niejeden czytelnik, zwłaszcza rówieśnik autorki, odnajdzie tu fragmenty rozbitego lustra przeszłości, odbijającego dawno minione dzieciństwo. Ówczesna kultura PRL-u, pełna szarości i niedoborów, ujednolicała wnętrza domów, oglądane przez dzieci programy, otrzymywane słodycze czy zabawki. Tyle, że nie każdy w tej ubogiej – przynajmniej według dzisiejszych standardów – codzienności odnajdywał tak wiele miłości, radosnych momentów czy choćby poczucia bezpieczeństwa...

 

Szczegółowe, detaliczne opisywanie zwyczajnych chwil to pretekst do życiowych podsumowań, do rozliczania z przeszłością, a poniekąd także – tworzenia dla przyszłości. W przeplatających wspomnieniowe, „teraźniejszych” rozdziałach, pisarka zwraca się bezpośrednio do opuszczającego dom syna. Czy to dla niego odtwarza ten szczególny rok swojego dzieciństwa? Chce ocalić to, co wraz z nią może zostać zapomniane, podważając znaczenie jej istnienia (jak podsłuchana w dzieciństwie rozmowa o przypadkowości pierwszego spotkania rodziców)? Jak gdyby próbowała przekazać dalej, w przyszłość swoje wspomnienia.

 

Czyni to bez fajerwerków, zapierających dech wydarzeń, a nawet bez prywatnych zdjęć. Wystarcza jej refleksyjna, niespieszna narracja.

 

Chcecie posłuchać?

Link do recenzji
Avatar użytkownika - catarina78
catarina78
Przeczytane:2015-09-21, Przeczytałem,

Czas płynie nieubłaganie. Świadczą o tym zmieniające się kalendarze, świadczy o tym nasza twarz, nabierająca coraz dojrzalszych rysów. Ale przecież na co dzień tego nie dostrzegamy, żyjąc chwilą, planując przyszłość i tak naprawdę nie zastanawiając się nad przeszłością.

 

Kalendarze Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to bardzo osobista, wspomnieniowa książka. Autorka próbuje w niej przywołać na nowo minione chwile, zagrzebane w pamięci wspomnienia. Rzecz dzieje się w dwóch planach czasowych. Jeden – współczesny – to "tu i teraz". Obserwujemy pisarkę, jej codzienne obowiązki, proces twórczy, a także dostrzegamy pewien smutek. Zbliża się jesień, pewnie także jesień życia. Młodzi wyfrunęli już prawie z rodzinnego gniazda, pozostawiając dorosłym więcej czasu na myślenie, refleksję. Przychodzi czas wspomnień, porównań, podsumowań.

 

W drugim planie bohaterką jest mała dziewczynka, dorastająca na wsi, głównie pod opieką wiecznie zajętej gospodarstwem babci. Centralnym wydarzeniem, niejako katalizatorem wspomnień, są narodziny siostry dziewczynki, można by je porównać do słynnej magdalenki Prousta. Babcia dostarcza do szpitala rosół w słoiku, potem organizuje świniobicie - trzeba przecież wzmocnić dietę świeżo upieczonej matki. We wszystkich wydarzeniach uczestniczy dziewczynka, starając się pomagać. Szczegółowe opisy, przywoływane z pamięci przedmioty, miejsca, pewne punkty wspólne nam wszystkim sprawiają, że jako czytelnicy także zaczynamy przypominać sobie własne dzieciństwo - albo raczej nasze wyobrażenie o nim.

 

Nikt przecież na bieżąco nie zapisuje w kalendarzu prozaicznych zdarzeń, które tworzą naszą historię. Gdy się dzieją, nie przywiązujemy do nich aż tak dużej wagi. Nabierają one znaczenia dopiero po latach, gdy usilnie próbujemy nadać im sens. Narratorka wciąż ubolewa nad tym, że ukochana babcia nie przekazała jej żadnej przestrogi, porady na życie. Po prostu była, wykonując swoje obowiązki, a potem najzwyczajniej w świecie odchodząc, nie pozostawiając zbyt wiele po sobie. Czy po opowiadającej tę historię także nic nie pozostanie? Czy pozostaną po niej tylko niewypełnione kalendarze?

 

Opowieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk pochłania czytelnika, który wraca, chcąc nie chcąc, do własnych wspomnień, dobudowując niejako swoje zapamiętane historie na bazie tych wygrzebanych z przeszłości przez autorkę. Lektura to nostalgiczna, przepełniona refleksją nad przemijaniem, nad trudną do przyjęcia prawdą, że po nas przyjdą następni - niezależnie od tego, jak mocno trzymać się będziemy życia. Kalendarze to lektura dla osób starszych, pamiętających trudne czasy PRL-u, ale i dla młodszych, dla których będzie to niezwykła wyprawa do przeszłości.

Link do recenzji
Avatar użytkownika - helena610
helena610
Przeczytane:2017-04-23, Ocena: 5, Przeczytałem, 52 książki (2017),
Sentymentalna podróż do... przeszłości. Książka, której tempo jest powolne, ale takie jest przecież zwyczajne życie. Przyjemna pozycja tych, którzy mają ochotę zanurzyć się we wspomnieniach i poczuć klimat PRL-u.
Link do opinii
Avatar użytkownika - maja_klonowska
maja_klonowska
Przeczytane:2017-04-27, Ocena: 5, Przeczytałem, 26 książek 2017, Mam,
Czas biegnie nieubłaganie dla każdego. Mija kolejny dzień, tydzień, miesiąc... Pory roku następują sobie, dzisiaj planujemy wakacje, jutro już szykujemy choinkę. Czas przecież tak szybko ucieka. Jako dziecko człowiek ma go tak dużo, na starość zastanawia się czy zdąży ze wszystkimi swoimi planami. Rodzimy się, dorastamy, by w końcu odejść na zawsze... Książka ,,Kalendarze" Magdaleny Gutowskiej - Adamczyk jest zapisem jej prywatnej wyprawy w przeszłość. Powodem jej powstania było opuszczenie przez synów autorki rodzinnego gniazda. Są dorośli, dawno już rozpoczęli życie na własny rachunek, mają swoje sprawy i pewno wkrótce założą własne rodziny. Dla matki to dobry czas, by zrobić pewne podsumowanie, by spojrzeć nie tyle w dzieciństwo swoich dzieci, ale dalej - w swoje własne. Przypomnieć sobie, że był taki czas, że sztuczna biżuteria mamy była cenniejsza niż skarby sezamu, a zabawki towarem tak luksusowym, że stawały się zapamiętanym na zawsze prezentem. Wraz autorką cofamy się do jej dzieciństwa, kiedy to miała sześć lat i właśnie w jej rodzinie pojawia się owy członek - siostra Urszulka. Mała Małgosia w swoich oczach staje się na tyle dorosła, że czuje się odpowiedzialna za siostrę. Wierzy, że to ona - jako ta starsza- kiedyś wprowadzi ją w dorosły świat. Jednak w tle tych rozważań autorka kreśli świat lat sześćdziesiątych - tak jak go zapamiętała. Jednak to nie tylko wspomnienia, ale autorka równocześnie porównuje tamten świat ze współczesnością. Zapracowani rodzice (matka była nauczycielką, ojciec pracował na kolei i jeszcze się dokształcał), którzy ,,dorabiali się wszystkiego" szanowali pieniądz, ale zawsze mieli czas dla swoich dzieci. Któż, jak nie tata umiał rozwiązać przedszkolne problemy Małgosi - Chudusia ( tak dziewczynkę nazywali rodzice)? Kto, jak nie mama, umiał wyleczyć paskudne przeziębienie i pozwolił zostać w domu zamiast pójść do przedszkola? Mieszkanie Gutowskich było małe, pozbawione wygód, jednak swoje miejsce znalazła tam kuzynka mamy, ciocia Ania, kiedy zapragnęła uciec ze wsi do miasta i potrzebowała na początku pomocy. Zaś w starej kamienicy wszyscy sąsiedzi się znali i nikt nie bał się zostawić bez opieki dziecka na podwórku. Dziadkowie z kolei mieszkali na wsi. Ich dzieci były pierwszym pokoleniem, któremu udało się osiąść w mieście. Oni sami zaś pracowali na roli ( chociaż dziadek również pracował na kolei). Nie mieli długów, kredytów, nie stać ich było na luksusowe rzeczy i wczasy w kurorcie. To do nich przyjeżdżało się na wakacje. Rozbicie namiotu na pobliskiej czy wyprawa do lasu stawało się epokowym wydarzeniem w życiu wnuków. Pozornie w książce nie ma akcji, spektakularnych zwrotów, ot zwykłe życie, sama autorka pisze przecież: ,,Zapamiętałam tak niewiele! Ale cóż miałam zapamiętać, skoro w moim życiu nic się nie działo? Dni spokojnie mijały jeden za drugim, czasem przedzielone świętem lub jakąś maleńką burzą". Jest takie powiedzenie, że ,,czas uszlachetnia wspomnienia". Może autorka trochę koloryzuje swoją przeszłość, jednak wspomina i o trudnych aspektach ówczesnego życia ( np. wyjazd ojca zagranicę), ale odniosłam wrażenie, że ludzie kiedyś byli bardziej szczęśliwsi. Sama pisarka zresztą też się nad tym zastanawia. Dlaczego tak się działo? Czy byli bliżej ziemi, żyli w rytmie przyrody - jak jej dziadkowie? A może tajemnica kryje się w tym, że po prostu kontakty międzyludzkie były bardziej szczere i prawdziwe? Nie było telefonów komórkowych, Internetu i rozwiniętych mediów społecznościowych, jednak paradoksalnie ludzie żyli bliżej siebie. Dzisiaj mamy rozwiniętą technikę, nie ograniczają nas granice państw, ale bywa, że więcej wiemy o znajomych z facebooka niż o sąsiedzie zamieszkującym obok. Mamy świat pełen pośpiechu, pobieżnych relacji i ... samotność w tłumie. Książka napisana jest piękną polszczyzną, aż się prosi by wziąć do ręki ołówek i zaznaczyć, co niektóre fragmenty, pełne przemyśleń i cennych uwag o przemijaniu, dorastaniu, doświadczeniu, które nabywamy wraz z wiekiem. Pisarka wspomina swoja przeszłość, ale czyni to w taki sposób, że i mnie, jako czytelnikowi, zaczęły nasuwać obrazy z dzieciństwa. Co pamiętam, jakie jest moje najstarsze wspomnienie, co się stało z ukochaną zabawką? Książkę ,,Kalendarze" poleciłabym osobom, które lubią literaturę zmuszająca do zadumy, refleksji, wewnętrznej analizy. To wymarzona lektura dla tych, którzy chcą cofnąć się w czasie, wywołać jakieś wspomnienie, przypomnieć chwilę, kiedy było się dzieckiem i wszystko wtedy zdawało się być możliwe.
Link do opinii
Avatar użytkownika - jusia
jusia
Przeczytane:2016-06-11, Ocena: 3, Przeczytałem, 52 książki - 2016,
Książka podzielona jest na dwie narracje, pierwsza jako dorosłej kobiety, która stara sobie poukładać życie na nowo po wyprowadzce dzieci. Małgorzata nie potrafi pogodzić się z samotnością, która ją otacza, a pusty dom wzbudza w niej lęk i nostalgię, dlatego powraca do wspomnień. Tutaj rozpoczyna się druga narracja, jako mała dziewczynka wraca do czasu, kiedy została starszą siostrą i siłą rzeczy przestała być oczkiem w głowie rodziców. Od tej pory całą uwagę i miłość przelewa na swoją babcię, która zastępuje jej matczyne uczucia. Beztroskie wakacje na wsi, pierwsze obowiązki, ale również przyjemności, specyficzne powietrze i niezwykłe krajobrazy przyrody to cały urok wsi tam właśnie przenosi nas autorka w swojej osobistej książce.
Link do opinii
Avatar użytkownika - leonia
leonia
Przeczytane:2016-10-30, Ocena: 5, Przeczytałem, 52 książki 2016,
Autorka ukazana w dwóch odsłonach - jako mała sześcioletnia dziewczynka, która właśnie zostaje starszą siostrą i jako dojrzała kobieta, żona i matka, której synowie wyfruwają z gniazda. Wspomnienia z dziecięcych lat, z okresu przedszkolnego i szkolnego, który dla małej Małgosi przypadł w czasach PRL-u. Są to wprawdzie nie tak bardzo odległe lata, ale jednak całkiem inna epoka. Inne priorytety, inne ideały, inna technika, inne wartości. Lepsze czy gorsze? Trudno ocenić,gdyż wspomnienia z dzieciństwa często są wyidealizowane. Książka taa może być powrotem do przeszłości dla wielu czytelników.
Link do opinii
Avatar użytkownika - atena
atena
Przeczytane:2015-11-05, Ocena: 4, Przeczytałem, 52 książki 2015,
Kalendarze to wspomnienia z przeszłosci dla wielu czytelników, również moje, z tą tylko różnicą, że kobieta była tą "starszą siostrą",a ja tą "młodszą". Akcja toczy się leniwie (może to było charakterystyczne dla PRL-u). Jeżeli ktoś chce powspominać dawne czasy, to polecam.
Link do opinii
Avatar użytkownika - KsiazkowoLC
KsiazkowoLC
Przeczytane:2015-10-28, Ocena: 5, Przeczytałem, 2015, Mam, Recenzenckie/Autorskie, Wyzwanie 2015,
Powieści autorstwa Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk mają już rzesze wiernych czytelników, a mało tego wciąż zdobywają nowych. Sama zaliczam się do tego grona i zawsze z ogromną niecierpliwością czekam na kolejną książkę Pani Małgorzaty, po którą rzecz jasna sięgam, gdy tylko jest to możliwe. Najnowsze ,,Kalendarze" są zupełnie inne niż to, co do tej pory proponowała nam autorka, jednakże i tym razem się nie zawiodłam. Bohaterką powieści jest Dziewczynka, alter ego autorki, którą poznajemy w przełomowym dla niej momencie - w pewien październikowy poranek dowiaduje się ona, iż właśnie została starszą siostrą. Dzięki wspomnieniom autorki, bo to one są główną bazą ,,Kalendarzy" czytelnik ma szansę dokonać swego rodzaju retrospekcji. Zobaczyć oczyma Dziewczynki świat, którego dzisiaj już nie ma. W owym świecie, choć nie brak codziennego trudu, znoju, a niejednokrotnie również biedy wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Istnieją pewne praktyki, które charakteryzowały okres PRL-u. Dzięki niniejszej książce nieco starsi czytelnicy będą mieli okazję odrobinę powspominać tamte czasy. Młodsi odbiorcy natomiast będą mieć szansę przeczytać np. o tym, jak odbywało się świniobicie bardzo popularne w owym okresie, gdyż dawało ono pewien rodzaj samowystarczalności konsumpcyjnej. Jak również o tym, że dawniej pościel zanoszono do magla - o czym dzisiaj w dobie niemnących materiałów etc dziś już mało kto pamięta. Na tle bardzo wielu różnorodnych obrazków z dawnych lat obserwujemy jak Dziewczynka dorasta, staje się coraz bardziej dojrzała i odpowiedzialna. Autorka w sposób bardzo barwny ukazuje jej ciekawość świata, a także pełne ciepła relacje rodzinne. W opowieści nie brakuje także fragmentów rzec można humorystycznych. Natrafiamy na epizody z czasów przedszkolnych, kiedy to Dziewczynce np. wręcz nie mieści się w głowie co przyjemnego jest w całowaniu i jak dorośli mogą robić coś tak odrażającego. Cała powieść jest pełna ciepła i nostalgii za mimo wszystko beztroskim czasem dzieciństwa, a także za najbliższymi, którzy odeszli... Należy również zwrócić uwagę na wplecione w snutą przez autorkę opowieść, króciutkie rozdziały dotyczące teraźniejszości. Chociaż według mnie są one dosyć melancholijne i przepełnione zadumą nad nieustannie mijającym czasem, to zapewne właśnie te fragmenty w dużej mierze stały się jedną z przyczyn powstania ,,Kalendarzy" w takiej formie jaką otrzymaliśmy do ręki jako czytelnicy. Polecam. Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. * https://www.facebook.com/Ksiazkowoczyta * http://ksiazkowoczyta.blogspot.com/2015/11/wspomnienia-upiekszaja-zycie.html
Link do opinii
Avatar użytkownika - Daisy
Daisy
Przeczytane:2015-10-31, Przeczytałem, Mam, Wpisz nazwę półki,
Sentymentalna autobiograficzna podróż przez życie,od małej dziewczynki po dojrzałą kobietę..Opis czasów PRL starszym przypomni młodość,a młodym histori. Wpowieści jest wiele znaków zapytania więc radzę uważnieczytać. Polecam.
Link do opinii
Okładka książki "Kalendarze", zachwyca swoją kolorystyką. Nie tylko grafika zwróciła moją uwagę. Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Gdzieś już chyba słyszałam to nazwisko. No tak, przecież ta Pani napisała scenariusz do kultowego serialu "Tata, a Marcin powiedział". Realizowany był w latach 1994-1999. W rolę taty wcielił się Piotr Fronczewski, natomiast syna grał Mikołaj Redwan. Tak się składa, że jestem z rocznika '85, więc coś niecoś pamiętam. Ale z książką autorstwa Pani Małgorzaty spotykam się po raz pierwszy. Czy to spotkanie należało do udanych i czy zechcę takowe jeszcze powtórzyć?? Do czego służą kalendarze chyba każdy wie. Przybierają różną formę. Posiadają w sobie kartki, które dzień po dniu wyrywamy, przypominają notatniki, w których zapisujemy ważne dla nas informacje. Gdy traci swoją ważność wyrzucany jest przez nas do kosza, a potem kupujemy nowy. Co robimy w tym czasie ze wspomnieniami. Też się ich pozbywamy jak starego kalendarza? Na szczęście zostają w nas na długie lata i w każdej chwili możemy do nich wrócić. W świat swoich wspomnień zaprasza Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Poznajemy ją jako małą dziewczynkę, która spędzała wakacje na gospodarstwie swoich dziadków. Mimo młodego wieku, starała się pomóc w różnych pracach związanych z jego prowadzeniem. Praca na roli nie należy do lekkich i przyjemnych, ale mała Małgosia dawała sobie świetnie radę z obowiązkami, które przydzielała jej babcia. Była dzieckiem, więc potrzebowała również czasu, który mogła wykorzystać na zabawę i odpoczynek. A jak wiemy wyobraźnia u dziecka nie zna granic. Pojawienie się w domu nowego członka rodziny spowodowało, że jej pozycja nagle się zmieniła. Stała się starszą siostrą. Poczuła się dojrzalsza i bardziej odpowiedzialna. Lata dziecięce przeplatają się z życiem dorosłej już kobiety, która zmaga się z domową ciszą. Każda matka przeżywa na swój sposób dorosłość swoich dzieci. Kiedyś musi nadejść taki czas, gdy będą chciały zamieszkać na swoim. Ta chwila staje się dla Małgorzaty impulsem, aby otworzyć drzwi do przeszłości i przekroczyć ich próg. Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisząc swoją najnowszą książkę podarowała czytelnikom bilet, który pozwoli odbyć podróż w czasie. Wgłębiając się w treść książki poznajemy cienie i blaski Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Warszawa w tym okresie miała swój klimat, który w cudowny sposób został przedstawiony przez autorkę książki. Odbyłam bardzo pouczający spacer, zaglądając w sklepowe okna. Sklepowy asortyment jak i wystawy bardzo różniły się od obecnych. W dzisiejszych czasach wystarczy pójść do pierwszego lepszego hipermarketu lub centrum handlowego i mamy wszystkie produkty pod ręką. Idziemy do kasy, pani kliknie czytnikiem i już. Kolejki również się zdarzają, szczególnie w okresie przedświątecznym. W czasach PRL-u miały zupełnie inne znaczenie. Czekało się na zrzut produktu całymi godziny, aby potem dowiedzieć się, że niestety ktoś przed nami zakupił ostatnią paczkę cukru lub papieru toaletowego. Pomarańcze i mandarynki były towarem luksusowym. Trudno jest sobie teraz coś takiego wyobrazić, prawda? PRL to nie tylko sklepowe kolejki, miał także specyficzny urok. Szklane butelki na mleko, maszyna do szycia typu singer, kanapa zwana pieszczotliwie amerykanką. Nie było telefonów komórkowych, komputerów i internetu. Więc w jaki sposób swój wolny czas spędzały dzieci. Teraz przecież trudno jest odciągnąć nasze pociechy od światła monitora. Pamiętam do dziś, jak bawiłam się drewnianymi klockami. Miałam również paczuszkę z bierkami. Na półce leży jeszcze w dobrym stanie zestaw do gry w "Chińczyka". Natomiast na strychu przechowuję dla potomnych rzutnik "Ania", który służy do wyświetlania bajek na prześcieradle. Muszę sprawdzić, czy jeszcze działa. Wiedziałam, że tak będzie. Teraz i mnie wzięło na wspominki... Taka jest właśnie książka "Kalendarze". Wypełniona po brzegi wspomnieniami i nostalgią. Nastraja, wprowadza czytelnika w magiczny klimat. Sprawia, że samemu wracamy do chwil, które zostały głęboko zakorzenione w naszych sercach. Przywołujemy w myślach lata gdy byliśmy dziećmi. Beztrosko spoglądaliśmy w niebo oglądając przepływające białe obłoczki przypominające bitą śmietanę. Z dala od trosk i problemów dorosłych. "Szczęśliwe dzieciństwo, to najlepsze wiano na dorosłe życie". Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Stwórzmy naszym dzieciom dom wypełniony ciepłem i miłością, do którego będą mogły wrócić. Nawet wtedy gdy ściany budynku przemienią się w gruz. Bo: | "Dom to miejsce, do którego wraca się we wspomnieniach. Tych najtrwalszych, z najwcześniejszego dzieciństwa. Kiedyś, w przyszłości, nie będziemy pamiętać, co stało się wczoraj, ale dom naszego dzieciństwa będzie wciąż pamiętany ze szczegółami, jakbyśmy dopiero co zamknęli za sobą drzwi. Będziemy do niego tęsknić, gdy poczujemy się źle. Błądząc po nim myślami, dotykając sprzętów, których już od dawna nie ma, wrócimy do najszczęśliwszego i najważniejszego okresu w życiu. O ile łatwiej byłoby umierać, gdyby nam ktoś zagwarantował, że po śmierci tam właśnie trafimy". ( cyt. s. 159 ) PS. We wstępie do recenzji zadałam sobie samej dwa pytania. Książka "Kalendarze" wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Pani Małgorzata wie jak pisać, aby przyszły czytelnik nie został zniechęcony, a tym bardziej znudzony lekturą. Ja nie poczułam nudy ani przez moment. Wspomnienia pisarki wciągnęły mnie bez reszty i z przyjemnością sięgnę po inne książki autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk.
Link do opinii
Avatar użytkownika - jeke5
jeke5
Przeczytane:2015-09-30, Przeczytałem,

Dzieciństwo to najważniejszy czas w życiu i ma ogromny wpływ na dorosłe życie. Każdy pamięta je inaczej. Ta sama sytuacja zapisuje się w inny sposób, ma inne zabarwienie emocjonalne, inne kolory.Małgorzata Gutowska-Adamczyk właśnie dzieciństwo obrała za temat przewodni swojej najnowszej książki pt.,,Kalendarze".
W powieści przeplatają się wydarzenia z życia dwóch głównych bohaterek: dojrzałej kobiety-matki i małej dziewczynki.Matka, której dorośli synowie wyprowadzili się z domu próbuje przyzwyczaić się do nowej sytuacji budzącej w niej lęk.W pustym domu kobieta czuje się samotna, boi się nocy, wciąż kupuje za dużo jedzenia, nie może skupić się na pracy. 
,,Kontakt z wami mam coraz rzadszy, coraz luźniejszy, dopuszczam do siebie absurdalne myśli, z których kiedyś pewnie bym się śmiała. Po raz pierwszy w życiu przychodzi mi do głowy pytanie, czy mnie jeszcze kochacie. Zastanawiam się nad istotą naszych więzi, Nigdy dotąd nie było mi to potrzebne."
Wspomina dawne czasy i swoje dzieciństwo, które było dla niej szczęśliwym okresem, gdy czuła się bezpieczna przy rodzicach i babci. W ten sposób stara się oswoić z nową codziennością.
Sześcioletnia dziewczynka z małego podwarszawskiego miasteczka z czasów wczesnego PRL-u cieszy się z narodzin siostrzyczki, chodzi do przedszkola, odwiedza babcię i dziadka na wsi, boi się czarnej wołgi, śpi na rozkładanym łóżku amerykance, ogląda czarno-białe bajki...
Małgorzata Gutowska-Adamczyk odtwarza dawne, bardzo często już zapomniane, powtarzające się rytuały dnia codziennego: oprawianie kury i gotowanie rosołu, ćwiartowanie świni, jazdę furmanką-głównym środkiem lokomocji, rozpalanie w piecu kaflowym.Większość jest znana z obserwacji lub opowieści, ale przyznam się, że niektóre były dla mnie nowością, jak np. oddawanie firanek do naprężania. Siatkowe firanki, by ładnie wyglądały w oknie powinny wyschnąć napięte na drewnianą ramę o wielkości tkaniny. Ze względu na rozmiary nikt nie mógł tego robić w ciasnym mieszkaniu, więc oddawano do naprężenia.
Okładka książki, na której wykorzystano obraz Jacka Yerki doskonale oddaje ducha tej pięknej i mądrej powieści o dzieciństwie, ale też o syndromie opuszczonego gniazda. Autorka zamieściła w niej wiele osobistych wątków z życia jej rodziny. Obrazy przesuwają się leniwie, codzienne czynności pokazują upływający czas, jak zrywana kartka z kalendarza...ale w tej zwyczajności mieści się czar życia.Starsi czytelnicy odnajdą w tej powieści wspomnienia także ze swojego dzieciństwa, a inni przeszłość swoich dziadków i rodziców.
Zachęcam do zanurzenia się w świat bezcennych wspomnień z powieścią ,,Kalendarze":)http://magiawkazdymdniu.blogspot.com/

Link do opinii
Czas płynie ,codziennie jest inna data, wszystko przemija,ale warto żyć tak,żeby było co wspominać dobrego.
Link do opinii
Avatar użytkownika - Nidaba
Nidaba
Przeczytane:2015-09-26, Przeczytałem,

Kiedy kończy się dzieciństwo?

Albo inaczej: kiedy wchodzimy w dorosłość?

A w którym momencie zaczyna dominować starość, tak jawnie i nieodwołalnie uświadamiająca naszą przemijalność?

To kilka spośród wielu pytań przewijających się przez Kalendarze Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk. Pytań, pozwalających po trosze zrozumieć (czy może raczej wyczuć) charakter książki, jej znaczenie. Bez nich trudniej byłoby pojąć, dlaczego narratorka – matka, która mierzy się z dorosłością opuszczającego dom syna – tak szczegółowo opowiada o dniu narodzin swojej młodszej siostry, o własnym dzieciństwie. Dlaczego nie przywołuje wspomnień związanych z życiem syna – nie wspomina dnia jego narodzin, pierwszych kroków i słów, pierwszych rozstań, wspólnych chwil i rozmów?

Może opuszczony pokój, brudne ubrania w koszu na pranie czy pozostawiony w szafie garnitur wywołują nie tylko tęsknotę? Wydają się też pobudzać główną bohaterkę do refleksji nad własnym życiem. Bo skoro dotarła już aż tu – do momentu, w którym zaczyna oczekiwać pojawienia się wnuków, tym samym zaliczając siebie do pokolenia babć – to znaczy, że jej czas nieubłaganie przemija… Wobec dorosłości syna musi stawić czoła myśli, że kalendarz jej życia wyraźnie „schudł”, że większość jego kartek została zerwana.

Co może wobec tego zrobić? Gdy liczba aktualnie wyznaczanych celów, marzeń, pragnień i oczekiwań maleje, wraca do czasu, kiedy wszystko – całe życie – stało przed nią otworem. Z zadziwiającą szczegółowością odtwarza rzeczywistość lat 60., patrząc na świat uważnymi oczami sześciolatki. W dniu narodzin Uli, młodszej siostry, obserwuje obszywanie na maszynie do szycia tetrowych pieluszek i dzielenie mięsa ze świni. Wspomina swoje zabawki, ulubione podwórkowe zabawy, przeglądane książeczki, telewizyjne programy, ozdoby choinkowe, ubrania. Opisuje chyba każdy sklep znajdujący się wówczas w jej rodzimym Mińsku, ulice wiodące ją do przedszkola, drogę do lodziarni, a nawet przypuszczalną trasę pochodów majowych. Odtwarza szczególny klimat Święta Zmarłych, świąteczne zwyczaje, rodzinne powiedzonka oraz wielki problem całowania wśród przedszkolaków.

Przywołuje miejsca, ludzi, przedmioty – trochę tak, jak gdyby mocą zapisanych słów chciała przywrócić je życiu. Ale przecież to się nie może udać – czasu nie da się cofnąć! A jednak: niejeden czytelnik, zwłaszcza rówieśnik autorki, odnajdzie tu fragmenty rozbitego lustra przeszłości, odbijającego dawno minione dzieciństwo. Ówczesna kultura PRL-u, pełna szarości i niedoborów, ujednolicała wnętrza domów, oglądane przez dzieci programy, otrzymywane słodycze czy zabawki. Tyle, że nie każdy w tej ubogiej – przynajmniej według dzisiejszych standardów – codzienności odnajdował tak wiele miłości, radosnych momentów czy choćby poczucia bezpieczeństwa....

Szczegółowe, detaliczne opisywanie zwyczajnych chwil to pretekst do życiowych podsumowań, do rozliczania z przeszłością, a poniekąd także – tworzenia dla przyszłości. W przeplatających wspomnieniowe, „teraźniejszych” rozdziałach, pisarka zwraca się bezpośrednio do opuszczającego dom syna. Czy to dla niego odtwarza ten szczególny rok swojego dzieciństwa? Chce ocalić to, co wraz z nią może zostać zapomniane, podważając znaczenie jej istnienia (jak podsłuchana w dzieciństwie rozmowa o przypadkowości pierwszego spotkania rodziców)? Jak gdyby próbowała przekazać dalej, w przyszłość swoje wspomnienia.

Czyni to bez fajerwerków, zapierających dech wydarzeń, a nawet bez prywatnych zdjęć. Wystarcza jej refleksyjna, niespieszna narracja.

Chcecie posłuchać?

Avatar użytkownika - catarina78
catarina78
Przeczytane:2015-09-21, Przeczytałem,

Czas płynie nieubłaganie, świadczą o tym zmieniające się kalendarze, nasza twarz nabierająca coraz dojrzalszych rysów. Ale przecież na co dzień tego nie dostrzegamy, żyjąc chwilą, planując przyszłość i tak naprawdę niewiele zastanawiając się nad przeszłością.

 

„Kalendarze” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to bardzo osobista, wspomnieniowa książka. Autorka próbuje w niej przywołać na nowo minione chwile, zagrzebane gdzieś w pamięci wspomnienia. Rzecz dzieje się w dwóch planach czasowych. Jeden – współczesny – dzieje się tu i teraz. Widzimy pisarkę, jej codzienne obowiązki, proces twórczy, a także dostrzegamy pewien smutek. Zbliża się jesień, pewnie także jesień życia. Młodzi wyfrunęli już prawie z rodzinnego gniazda, zostawiając dorosłym więcej czasu na myślenie, refleksję. Przychodzi czas wspomnień, porównań, podsumowań.

 

W drugim planie bohaterką jest mała dziewczynka, dorastająca na wsi, głównie pod opieką wiecznie zajętej gospodarstwem babci. Centralnym wydarzeniem, niejako katalizatorem wspomnień są narodziny siostry dziewczynki. Wokół tego zdarzenia wszystko się obraca. Można by je porównać do słynnej magdalenki Prousta. Matka dostarcza córce do szpitala rosół w słoiku, potem organizuje świniobicie, trzeba przecież wzmocnić dietę świeżo upieczonej matki. We wszystkim uczestniczy dziewczynka, starając się pomagać. Szczegółowe opisy, przywoływane z pamięci przedmioty, miejsca, pewne punkty wspólne nam wszystkim, sprawiają, że jako czytelnicy także zaczynamy przypominać sobie swoje dzieciństwo, albo raczej nasze wyobrażenie o nim.

 

Nikt przecież na bieżąco nie zapisuje w kalendarzu prozaicznych zdarzeń, które tworzą naszą historię. Gdy się dzieją, nie przywiązujemy do nich aż tak dużej wagi. Nabierają znaczenia dopiero po latach, gdy usilnie próbujemy nadać im sens. Narratorka wciąż ubolewa nad tym, że ukochana babcia nie przekazała jej żadnej przestrogi, porady na życie. Po prostu była, wykonując swoje obowiązki, a potem najzwyczajniej w świecie odchodząc, nie zostawiając wiele po sobie. Czy po opowiadającej tę historię także nic nie pozostanie? Tylko niewypełnione kalendarze?

 

Opowieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk pochłania czytelnika, który wraca chcąc nie chcąc do własnych wspomnień, dobudowując niejako swoje zapamiętane historie na bazie tych wyciągniętych z przeszłości przez Autorkę. Lektura nostalgiczna, przepełniona refleksją nad przemijaniem, nad trudną do pojęcia prawdą, że po nas przyjdą następni. Niezależnie od tego, jak mocno trzymać się będziemy życia. Lektura dla osób starszych, pamiętających trudne czasy PRL-u, ale i dla młodszych, dla których będzie to ciekawa wyprawa do przeszłości.

Inne książki autora
Top 5 książek
Złodziejka książek
Markus Zusak
Okładka książki - Złodziejka książek
Ostatnia królowa
Gortner C.W.
Okładka książki - Ostatnia królowa
Dziewczyny z Syberii
Anna Herbich
Okładka książki - Dziewczyny z Syberii
Reklamy