Okładka książki - Małe wielkie rzeczy

Małe wielkie rzeczy

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2017-04-11
Kategoria: Obyczajowe
ISBN: 9788380971127
Liczba stron: 608
Tytuł oryginału: Small Great Things
Język oryginału:
Tłumaczenie:
Ilustracje:
Dodał/a recenzje: rudarecenzuje

Ocena: 5.33 (6 głosów)

Ruth jest ciemnoskóra. Dla niektórych to wystarczający argument, by odsunąć ją od opieki nad dzieckiem. I bez znaczenia jest w tym przypadku fakt, że to pielęgniarka z dwudziestoletnim doświadczeniem. Tylko czy to jeszcze może ją dziwić? Przecież niejednokrotnie spotykały ją przykrości wywołane kolorem jej skóry.

 

Jodi Picoult wielokrotnie udowodniła, że jest królową powieści kobiecych. Jej książki dotyczą ważnych i absorbujących tematów, w swoim realiźmie ukazują prawdziwe życie, a bohaterowie są tak dobrze zarysowani, jakby autorka opisywała ludzi doskonale jej znanych. Podobnie jest i tym razem.

 

Najnowsza książka Picoult przede wszystkim szokuje. I choć autorka przyzwyczaiła do tego swych czytelników, tym razem wybrany przez nią temat uderza w nas szczególie mocno, zmuszając do refleksji, a także (a może - przede wszystkim) nie pozwala nam milczeć i pozostać obojętnym. Bo autorka zwraca się w stronę tego, co na co dzień często bywa przemilczane, pomijane, uznane za nieistotne. Tymczasem uprzedzenia mogą nie tylko ranić, ale też prowadzić do prawdziwych tragedii. Właśnie o tym opowiada ta powieść.

 

-Myślisz, że rasizm kiedyś wyginie?

- Nie, bo wówczas biali musieliby zaakceptować równość. Kto by rozwalał system, który ich wyróżnia?

 

Ciemnoskóra pielęgniarka, której zlecono opiekę nad maleńkim chłopcem i jego ojciec - rasista, nie pozwalający kobiecie zbliżyć się do siebie na krok. Czy bohaterów można było bardziej skontrastować i poróżnić? Kolejne rozdziały naprzemiennie ukazują historię życia tych dwojga ludzi, wydarzenia, które doprowadziły ich do miejsca, w którym się znaleźli, lata krzywd i rodzących się uprzedzeń. Picoult bardzo wyraźnie zarysowała charaktery postaci i świetnie udało jej się wczuć zarówno w psychikę Ruth, jak i Turka. Oboje są charyzmatyczni, odważni i silni, dążący do celu z premedytacją. I choć mogłoby się wydawać, że podział na „dobrych" i „złych" został z góry ustalony, to przewrotnie dodam, że niekoniecznie i nie do końca tak jest. W tej powieści nic nie jest takie, jakim się wydaje. W postaciach stworzonych przez Picoult nie ma wyłącznie bieli lub tylko czerni - zwłaszcza, kiedy na chwilę zapomnimy o ich kolorze skóry.

 

Motyw przewodni Małych wielkich rzeczy to rasizm - i to wokół niego zbudowana jest ta historia. W tej powieści Picoult wznosi się na wyżyny swoich pisarskich umiejętności. Ta książka stanowi połączenie literackiego talentu, solidnego przygotowania i wielkich emocji, towarzyszących zapewne autorce przy okazji pisania i zbierania informacji. To wszystko znać w trakcie lektury. Rasizm uderza w czytelników, uprzedzenia Turka dotykają ich osobiście, a każde kolejne wydarzenie zdaje się jeszcze bardziej dramatyczne. Każdy z nas wie, czym jest rasizm. Ale czy kiedykolwiek zastanawiliśmy się nad jego istotą? Czy kiedyś pomogliśmy komuś, kto zmagał się z tym problemem? Czy kiedykolwiek rasizm dotknął nas osobiście?

 

Na jednej szali spoczywa moje wykształcenie. Mój licencjat. Dwadzieścia lat pracy w szpitalu. Mój schludny domek. Syn prymus. Tyle ważnych elementów mojej egzystencji, a czynnik na drugiej szali wciąż przeważa: moja brązowa skóra.

 

Jeden poważny temat to jednak w przypadku twórczości Picoult zbyt mało. Tym razem również znaleźć można w jej powieści solidną porcję wzruszeń, refleksji, wspomnień. Picoult tka swoją opowieść, opierając się na prawdziwym życiu i czerpiąc z niego całymi garściami. Wplata w nią głęboką miłość, prawdziwą przyjaźń, rodzicielską troskę czy potrzebę bezpieczeństwa. Pisarce udaje się ująć w powieści prawdziwe emocje. Picoult nie szuka na siłę sensacji. Robi to, w czym jest po prostu najlepsza. Pisze, wykorzystując swój talent i życiową mądrość.

 

Mimo trudnego tematu, Małe wielkie rzeczy czyta się błyskawicznie. Picoult sprawnie operuje słowem, z lekkością składając kolejne zdania i subtelnie snując historię, która do lekkich jednak nie należy. To autorka, którą doskonale znamy, w najwyższej formie. 

przesuń

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - agusia97
agusia97
Przeczytane:2017-07-05, Ocena: 5, Przeczytałem, 52 książki 2017,
Na Jodi Picoult natrafiłam przypadkiem i to w zasadzie już jakiś czas temu. Nigdy nie myślałam, że jej książki aż tak bardzo przypadną mi do gustu. Jeśli chodzi o "Małe wielkie rzeczy" to już od dłuższego czasu nie mogłam się doczekać aż wreszcie zabiorę się za tą powieść. Nie dość, że genialna autorka to jeszcze bardzo ciekawiący mnie problem nierówności społecznych i dyskryminacji. Może właśnie przez to nadmierne podekscytowanie początek trochę mnie rozczarował. Główna bohaterka - Afroamerykanka - przez kilka pierwszych rozdziałów bardzo mnie irytowała, wydawało mi się, że wszędzie doszukuje się rasizmu. Ktoś był dla niej niemiły? Wszystko przez jej kolor skóry. Nie chciał z nią porozmawiać? Jak powyżej. Jednak poznając historię Ruth coraz lepiej, zaczęłam się do niej powoli przekonywać. Bo tak naprawdę to jej przewrażliwienie w niektórych sytuacjach jest całkowicie uzasadnione. Już dzieciństwie spotykała się z niemiłymi sytuacjami, tylko dlatego, że miała trochę inny odcień skóry niż pozostali. Jako jedyna kolorowa w szpitalu musiała się zmagać z kłopotliwymi sytuacjami. Nie pasowała do białej części społeczeństwa, a przez swój awans społeczny (w postaci skończenia dobrej szkoły i uzyskania zawodu położnej) również do środowiska, w którym się wychowała. Czytając tą powieść, byłam mocno zaskoczona. Nie myślałam, że w Stanach problem rasizmu jest tak poważny. Zaskoczyło mnie również to, że w sądzie nie powinno się używać rasy jako argumentu. Zawsze mi się wydawało, że sprawy na tle rasizmu są najłatwiejsze, bo wszyscy są teraz bardzo przewrażliwieni na tym punkcie i nikt nie chce zostać posądzony o dyskryminowanie innych. Drugie zaskoczenie dotyczy białej supremacji. Nie zdawałam sobie sprawy, że współcześnie istnieje taka grupa ludzi o tak radykalnych poglądach. Może i nie ujawniają swoich przekonań każdej napotkanej osobie, ale nawet pomimo to, samo istnienie takiej organizacji jest przerażające. Podsumowując, pomimo początkowego rozczarowania, moja niechęć bardzo szybko minęła. Książka jest napisana w rewelacyjny sposób i porusza wiele istotnych kwestii i problemów. Może nam się wydawać, że problem rasizmu zniknął, ale wcale tak nie jest i choć sytuacja wygląda lepiej niż w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku to i tak obecnie daleko nam do ideału.
Link do opinii
Avatar użytkownika - KaSta
KaSta
Przeczytane:2017-05-12, Ocena: 5, Przeczytałem, Mam,
Gdy zaczynałam czytać najnowszą powieść Jodi Picoult "Małe wielkie rzeczy", nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo zmieni się moje dotychczasowe zdanie na temat rasizmu i sposób postrzegania osób o odmiennym od mojego kolorze skóry. Im więcej stron było za mną, a niemal same się przewracały, tym bardziej docierała do mnie przykra prawda zawarta w książce: rasizm to nie tylko jawna nienawiść do innych ludzi, ale istnieje też zjawisko zwane rasizmem biernym. Oznacza to, że to do jakiej należymy rasy, ustawia nas z góry na wygranej lub przegranej pozycji. I wcale nie chodzi o to, że trzeba nie lubić, żywić niechęć. To są czasem najzwyklejsze sytuacje, w których możemy wykorzystać nasze przywileje bo mamy taki, a nie inny kolor skóry. A poza tym, gdy ktoś nas pyta o to czy jesteśmy tolerancyjni, odpowiadamy "Jasne, nie mam z tym problemu"? No właśnie. MY z tym nie mamy problemu i to MY jako większość akceptujemy kogoś innego od nas, nie odwrotnie. Taki właśnie przypadek autorka pokazała w swojej najnowszej powieści. Narracja w książce jest prowadzona przez trzy osoby: Ruth - afroamerykańską pielęgniarkę, oskarżoną o zabicie noworodka, Turka - członka białej supremacji i ojca dziecka oraz Kennedy - prawniczkę, która podejmuje się obrony Afroamerykanki przed sądem. Powieść jest podzielona na rozdziały, których nazwy wzięły się od kolejnych faz porodu. Wchodząc w świat czarnoskórej Ruth, można odnieść wrażenie, że to nieustanna walka. Walka z uprzedzeniem, podejrzliwością, nienawiścią. Walka o lepszy byt dla syna, walka z samą sobą. Oszukiwanie się, że nie ma podziałów i różnic. Ruth i jej siostra stanowiły w tym przypadku świetny kontrast . Adisa nie próbowała, tak jak Ruth, żyć wśród białych i udawać, że jest taka sama jak oni. Nie chciała narażać się na upokorzenia, takie jak np. przeszukiwanie torby po zrobieniu zakupów czy ostentacyjne odsuwanie się od niej w komunikacji publicznej. Takie sytuacje nierzadko spotykały główną bohaterkę, mieszkającą w dzielnicy gdzie przeważającą część mieszkańców stanowili biali, co sprawiało, że jeszcze bardziej chciała udowodnić, że to czysty przypadek i nikt wobec niej nie zachowuje się tak z powodu uprzedzeń. A te właśnie uprzedzenia, a raczej silna nienawiść, zapoczątkowały wydarzenia, których finał rozstrzygnął się w sądzie. Rozdziały, w których narratorem jest Turk Bauer to po prostu morze nienawiści. Ziarno gniewu zostało w jego przypadku zasiane w dzieciństwie, kiedy jako jedenastoletni chłopiec uczestniczył w rozprawie o zabicie brata - Tanner zginął w wypadku, w którym brał udział czarnoskóry mężczyzna. Potem życie Turka to niemal nieustanne pasmo agresji. Bauer, często za pomocą pięści, prezentował innym swoje poglądy. To właśnie sprawiło, że mimo tragedii jaka go dotknęła, nie potrafiłam współczuć mu straty syna. Kennedy z kolei to jedna z moich ulubionych postaci w tej książce (oprócz jej męża Micaha, który, mimo bycia na drugim planie, wzbudził moją absolutną sympatię). Jej zmiana sposobu postrzegania rasizmu sprawiła, że się z nią bardzo utożsamiłam. Bo ona też myślała, że nie jest rasistką, że jest tolerancyjna. Ale gdy przeniknęła głębiej do świata Ruth, zrozumiała w jakim jest błędzie. Ta powieść jest ważna. Doskonale ukazuje jak funkcjonują rasistowskie ugrupowania, jak wygląda życie osoby, której jedynym "grzechem" jest kolor skóry i jest też pewnym drogowskazem, impulsem do przemyśleń na temat uprzedzeń. Cieszę się, że powstała i że mogłam ją przeczytać, a czytało się wybornie, po prostu płynęłam. Żałuję, że wcześniej nie przeczytałam żadnej książki Jodi. Jeśli pozostałe są napisane takim stylem, to się za nie biorę!
Link do opinii
Avatar użytkownika - agnik66
agnik66
Przeczytane:2017-05-08, Ocena: 6, Przeczytałem, 52 książki 2017,
kingaczyta.blogspot.com Jodi Picolut to jedna z moich ulubionych autorek. Cenię sobie jej twórczość za dojrzałość i tematykę, która zawsze zmusza mnie do refleksji i wywołuje szereg emocji. Jej książki zdecydowanie zapadają w pamięć. Ruth Jefferson od dwudziestu lat pracuje w szpitalu jako położna. Kobieta uwielbia swoją pracę i wykonuje ją z największą starannością i zaangażowaniem. Jest lubiana przez swoje współpracownice, cieszy się ich szacunkiem, a pacjentki ją uwielbiają. Pewnego dnia wszystko się zmienia. Rodzi się Davis, a jego rodzice, Turk i Brit, nie życzą sobie, by Ruth zbliżała się do ich syna, bo kobieta jest czarnoskóra. Ich życzenie zostaje spełnione, co mocno uderza w Ruth, która czuje, że jest dyskryminowana. Gdy Davis przechodzi rutynową operację, zostaje, przez braki w personelu, pod opieką Ruth. Nagle dziecko staje się sine i pomimo lekarskiej pomocy umiera. Zrozpaczeni rodzice oskarżają o śmierć ich syna Ruth. "Małe wielkie rzeczy" to książka, której nie czytało mi się łatwo. Z jednej strony ciekawa byłam rozwoju sytuacji, ale z drugiej czułam jakąś blokadę, zbyt dużo myśli kumulowało się w mojej głowie i domagały się uwagi, dogłębnego przemyślenia. Autorka porusza tutaj temat rasizmu, który, niestety, jest nadal w XXI wieku aktualny. Chociaż świat idzie do przodu, rozwija się technika to niestety niekoniecznie idzie to z rozwojem człowieka, który często nadal ogarnięty jest różnymi uprzedzeniami. Wyznajemy, że wszyscy jesteśmy równi, że jesteśmy tolerancyjni, a kolor skóry to tylko kolor skóry, ale czy na pewno? To nie jest książka, którą można sobie czytać tak po prostu, bez emocji. To nie jest książka, po którą warto sięgać w autobusie czy miejscu publicznym. Ona zasługuje na spokojną degustację w domowym zaciszu, bez zbędnych przerywaczy. U mnie wywołała szereg emocji i zmusiła do refleksji. Obudziła coś we mnie, pozwoliła mi inaczej spojrzeć zarówno na siebie, jak i na otaczający mnie świat. Dodam też, że kilka razy prawie się rozkleiłam, zwłaszcza podczas czytania scen ze szpitala. Książka ta pokazała, jakim cudem jest nowe życie i jak ważna jest praca położnej. Coś pięknego. Jednak "Małe wielkie rzeczy" to nie tylko temat dyskryminacji rasowej i rasizmu. To także historia o najpiękniejszej miłości - matczynej, która przezwycięży wszystko, pomimo bólu i cierpienia. Pokazuje, jak wiele jest w stanie zrobić matka dla swojego dziecka, by zapewnić mu godne życie i bezpieczeństwo. Przeczytałam praktycznie wszystkie książki Jodi Picoult i co łatwo zauważyć, są one w pewien sposób schematyczne. Autorka zabiera czytelników na salę sądową, często też do szpitali. Tak jest i w tym przypadku. Ja, jako fanka zagadnień sądowych i amerykańskich rozpraw, nie mam nic przeciwko. I chociaż ta schematyczność może dla niektórych być wadą, to dla mnie jest pewną gwarancją, bo wiem, czego oczekiwać i wiem, że raczej się nie zawiodę. Dla tych, którzy jeszcze z twórczością Jodi Picoult nie mieli do czynienia, napiszę, że sprawa sądowa gra tutaj, można powiedzieć, pierwsze skrzypce. Są przesłuchania świadków, jest wybór ławników, jest i prawnicze spojrzenie na proces oraz sztuczki sądowe. W posłowiu sama Jodi Picoult przyznaje, że pisanie tej książki nie było dla niej łatwe, wahała się, czy powinna to robić. Ja jednak cieszę się, że tytuł ten wyszedł spod jej pióra, bo przyznać muszę, że to jedna z lepszych jej książek w moim osobistym rankingu. Widać, że autorka porządnie do jej pisania przygotowała, że korzystała z pomocy wielu osób, co czyni ten tytuł jeszcze bardziej profesjonalnym i rzetelnym. Jestem przekonana, że "Małe wielkie rzeczy" będzie jedną z najważniejszych książek 2017 roku.
Link do opinii
Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Przeczytane:2017-05-03, Ocena: 6, Przeczytałem, "52" Czytanie to drugie życie,
To jest książka która na długo zostanie w mojej głowie.. Kurcze niesamowita książka. Ok jedyny minus tej książki iż na początku wg mnie jest trochę sucha a że temat jest ciężki wiec jest trochę męcząca. Plusy hmm najbardziej mi sie podobało rozegranie tej książki na trzy osoby Ruth afroamerykanka i jej punkt widzenia świata ... Turk biała rasa i jego nienawiści oraz Kennedy adwokat i każda ta osoba pokazuje swój punkt widzenia na rasizm...Po tej książce tak naprawdę uświadomiłam sobie że jestem biernym rasistą.. żyję w swojej bańce mydlanej w której nie ma czarnoskórych osobników i nie wiem jakie mam udugodnienia bo nigdy nie miałam do czynienia z afroamerykaninem... To jest tak jak z chorobą kiedyś widziałam w telewizji choroby dzieci i smuciło mnie to ale żyłam dalej... dopiero jak sama urodziłam wcześniaka który ważyl 1 100 gram zrozumiałam co to znaczy ból...więc dopóki nie przeżyjesz tego ból czy prześladowania niemasz zielonoge pojęcia o tych zjawiskach. Polecam ta książkę jest na 6+
Link do opinii
Avatar użytkownika - majkanew
majkanew
Przeczytane:2017-04-26, Ocena: 6, Przeczytałem, 26 książek 2017,

W najnowszej książce Jodi Picoult sięga do ulubionych motywów i charakterystycznego dla siebie schematu fabularnego. „Małe wielkie rzeczy” to swoista wisienka na torcie w jej dorobku artystycznym – bodaj najbardziej dojrzała powieść, będąca także podsumowaniem stylu amerykańskiej pisarki.

Autorka powraca m.in. do wątków medycznych, wyszukuje mało znane przypadłości, operuje terminologią z tego zakresu.  Jednym z miejsc akcji jest szpital, w którym od dwudziestu lat Ruth Brooks wzorowo wykonuje swoje obowiązki. Jest jedyną czarnoskórą położną w niewielkiej placówce. I nigdy sprawa jej koloru skóry nie była źródłem nieprzyjemności. Aż do narodzin maleńkiego Davisa. Rodzice chłopca, zdeklarowani supremacjoniści, nie życzą sobie opieki Afroamerykanki dla swojego dziecka. Dyrekcja zgadza się na warunki klientów. Ruth głęboko przeżywa przejaw nienawiści rasowej i dyskryminacji w miejscu pracy.
Los jednak bywa przewrotny. Po rutynowym zabiegu Davis musi być pod stałą kontrolą, w szpitalu panuje kocioł i jedynie Ruth może kontrolować noworodka. Dziecko nagle zaczyna sinieć i tracić oddech. Kobieta staje przed dramatycznym wyborem (również znamienny element w fabułach Picoult) – ratować chłopca łamiąc zakaz pracodawcy i stracić posadę czy postąpić zgodnie z wytycznymi, ale wbrew swoim przekonaniom i pielęgniarskiej przysiędze?
Chłopiec umiera. Rodzice Davisa, Turk i Brittany, nie mają wątpliwości – ich syna zabiła Ruth (w akcie rzekomej zemsty), rozpoczynają swoistą wendetę. Bohaterka traci licencję, zostaje aresztowana, przeciw niej rozpoczyna się sprawa o morderstwo. I tak trafiamy w drugie ulubione miejsce akcji Picoult – na sale sądową. Tu znów przyjrzymy się działaniu amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, żmudnemu procesowi doboru ławników, prawniczym sztuczkom i wreszcie właściwej rozprawie (z wszystkimi jej elementami).
Ruth reprezentuje obrońca z urzędu, Kennedy. To dla młodej prawniczki pierwsza tak poważna sprawa. Kobieta nie ma jednak wątpliwości, że świetnie sobie poradzi. Za wszelką cenę unika kwestii dyskryminacji rasowej, uważając, że taka linia obrony nie przyniesie jej klientce oczekiwanego werdyktu. Ruth prosi o prawo głosu, co wywołuje konflikt między bohaterkami. Kennedy nie może uwierzyć, że swoim emocjonalnym wystąpieniem czarnoskóra pielęgniarka chce przekreślić całą ich dotychczasową pracę.
W „Małych wielkich rzeczach” autorka porusza wiele istotnych tematów. Obok tych naczelnych mówi m.in. o sile rodziny, wsparciu i miłości, które mogą przezwyciężyć największe tragedie. Pisarka wielokrotnie podkreśla, że bardzo ważne są poprawne relacje z drugim człowiekiem, jaką stanowią wartość. Miłość i szacunek do ludzi czyni nas lepszymi. Najpełniej wyraża to swoją postawą główna bohaterka. Ruth jest pielęgniarką z powołania, swoją pracę traktuje jako misję, każde nowe życie to dla niej najwyższy dar. Przede wszystkim jednak dba o pacjentki. Doskonale zna i rozumie kobiety, w mig potrafi odgadnąć ich potrzeby. Tworzy wyjątkową więź z rodzącymi, otacza je przyjacielską opieką.
Picolut wykreowała trzech bohaterów-narratorów i z ich perspektywy obserwujemy wydarzenia, oni także charakteryzują siebie oraz inne postaci, ale przede wszystkim każdy pokazuje odrębne środowisko i różne spojrzenie na temat tolerancji lub jej braku. Ruth na co dzień spotyka się z rozmaitymi (mniej lub bardziej przykrymi) formami rasizmu. Turk, jego żona, przyjaciele, bracia i siostry z Ruchu to aktywni neofaszyści. Kennedy zaś to łącznik między tymi dwoma, skrajnymi, światami. Kobieta uważa, że jest wolna od uprzedzeń – tak, jak deklaruje to większość białych. Dopiero Ruth uświadamia jej, jak bardzo się myli. Niechęć do inności jest w nas mocno zakorzeniona i często przejawia się nieświadomie, w drobnych gestach czy choćby grymasach.
„Małe wielkie rzeczy” to przede wszystkim powieść o rasizmie, ale jej wymowa jest o wiele bardziej uniwersalna. Dotyczy wszelkich uprzedzeń i ich rozmaitych form. Ruth została wychowana w duchu społecznej sprawiedliwości i zwykłej, ludzkiej, przyzwoitości. Tak też edukuje swojego syna. Wychodzi światu naprzeciw, ale świat białych okazuje się bezwzględny, szczególnie gdy na drodze stają bojownicy Białej Supremacji.
Fenomen Jodi Piocult nie polega tylko na znakomitym stylu i poruszającej historii, nawet nie na naturalnych, szczerych relacjach między prawdziwymi, pełnokrwistymi ludźmi (autorka każdego obdarzyła własną historią, indywidualnym językiem, odrębną osobowością). Jej geniusz tkwi w umiejętności zatrzymania czytelnika – proza amerykańskiej autorki wymusza wręcz refleksje, zadaje nam pytania typu: co ja bym zrobił/a na miejscu bohaterki, czy ja także zmagam się z tymi problemami, a może mnie akurat nie dotyczą. Historie Picoult są tak rzeczywiste, tak bliskie, że automatycznie przestają być wyłącznie literaturą, a stają się częścią otaczającej nas rzeczywistości.

„Małe wielkie rzeczy” to literacka lekcja tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Konstrukcja utworu podporządkowana została cyklom porodu – w fazie utajonej poznajemy problematykę powieści, faza przejściowa to ukazanie różnych punków widzenia na temat rasizmu (i jemu pochodnych), potem następuje parcie i rodzi się – w intencji autorki – społeczna świadomość. Picoult wykonała tytaniczną pracę, tworząc jedną z najważniejszych amerykańskich książek ostatnich lat. 

Link do opinii
Avatar użytkownika - Puchatka
Puchatka
Przeczytane:2017-04-24, Ocena: 5, Przeczytałem, Mam,
Znacie już twórczość Jodi Picoult? Jeśli mieliście do czynienia z jej powieściami, z którąkolwiek z nich, to z pewnością wiecie, że ta kobieta potrafi wywrócić świat do górny nogami. Stawia przed czytelnikiem taki problem, którego nijak nie da się rozwiązać, a przy tym zwraca uwagę na sprawy, których się głośno nie mówi. "Dla większości z nas wyraz "rasizm" jest synonimem wyrazu "uprzedzenia". Ale rasizm to coś więcej niż dyskryminacja na podstawie koloru skóry. To również kwestia tego, w czyich rękach spoczywa władza instytucjonalna. Tworzy utrudnienia dla czarnych, białym z kolei wiele ułatwia. Ciężko dostrzec te ułatwienia, a co dopiero się do nich przyznać. I dlatego ta książka musiała powstać." W "Małych wielkich rzeczach" autorka nas prowokuje, tak nakreślając sytuację, że nie sposób wskazać jednej, właściwej i konkretnej odpowiedzi. Połączenie uprzedzeń rasowych ze śmiercią dziecka nie może nieść prostych odpowiedzi. "Małe wielkie rzeczy" to taka opowieść, która nie pozostawia nas obojętnymi. Z jednej strony mamy do czynienia z afroamerykańską pielęgniarką, która wprowadzi nas w swój świat - czasem aż trudno było mi uwierzyć, że mimo tego XXI wieku i wszechobecnej tolerancji, którą się szczycimy, kolorowych spotykają takie rzeczy. Z drugiej strony widzimy rodziców, którzy tracą dziecko - to chyba największa tragedia, z którą nie sposób dyskutować. A jednak tu podejmiemy dyskusję, bo czy mają prawo obwiniać kogoś za śmierć dziecka, tylko dlatego że są uprzedzeni? I ostatnia odsłona, czyli Kennedy, chyba mi najbliższa. Kobieta jak inne, która żyje, korzystając ze swoich praw, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że ktoś może takowych nie posiadać. Jedno tragiczne zdarzenie odmieni losy tej trójki, ale też uzmysłowi wiele, bardzo wiele osobom z ich otoczenia. Ta sprawa poruszy opinię publiczną, chociaż przecież "lepiej o tym nie mówić", wprowadzi podziały, ale też zacieśni więzi, wywlecze na światło dzienne to, czego staramy się nie zauważać, czego nie chcemy widzieć, bo przecież nie jesteśmy rasistami... Od tej historii trudno się oderwać. Nie znajdziecie tu pędzącej na łeb, na szyję akcji, ale doskonale zarysowane postacie, które przeprowadzą Was przez tę sprawę, pokazując swój punkt widzenia (narracja jest zróżnicowana, a przy tym pełna odniesień do przeszłości bohaterów). Szczerze, z wyczuciem i z drugiej strony - tam, gdzie to było potrzebne, nie obeszło się bez mocnego tąpnięcia. Co jeszcze? Warto zaznaczyć, że Picoult potrafi odpowiednio budować napięcie, a przy tym każdy rozdział przynosi nowy materiał do przemyśleń. Autorka po prostu obraża wszystko, co większość chce ukryć, ale robi to w naprawdę dobrym stylu i, co ważne, ocenę pozostawia nam. Nie ma tu jednak łatwych decyzji. Kiedy już myślimy, że wszystko wiemy, że to dla nas jasne i jesteśmy pewni, w jaki sposób skończy się ta historia, autorka wytacza potężne działo i burzy to, co udało nam się do tej pory poskładać. "Małe wielkie rzeczy" dotykają niesamowicie ważnej tematyki w sposób ciekawy, szczery (autorka zrobiła porządny research) i niekonwencjonalny - to cieszy najbardziej. To wszystko w połączeniu z potężną dawką emocji (sceny w szpitalu rozklejają) tworzy niesamowity obraz, któremu warto poświęcić dłuższą chwilę. Mądra, wartościowa i rozbrajająca opowieść o miłości i nienawiści.
Link do opinii
Avatar użytkownika - RudaRecenzuje
RudaRecenzuje
Przeczytane:2017-04-03, Przeczytałem,

Ruth jest ciemnoskóra. Dla niektórych to wystarczający argument by odsunąć ją od opieki nad dzieckiem. I bez znaczenia jest w tym przypadku fakt, że to pielęgniarka z 20-letnim doświadczeniem. Tylko czy to jeszcze może ją zdziwić? Przecież nie raz spotykały ją przykrości związane z kolorem jej skóry.

Jodi Picoult wielokrotnie udowodniła, że jest królową powieści kobiecych. Jej książki dotyczą ważnych i absorbujących tematów, swoim realizmem przypominają prawdziwe życie, a bohaterzy są tak dobrze zarysowani, jakby autorka przenosiła do powieści ludzi znanych jej z codzienności. Tym razem nie mogło oczywiście być inaczej.

Najnowsza książka Picoult przede wszystkim szokuje. I choć autorka przyzwyczaiła nas do tego już wcześniej, tym razem wybrany przez nią temat uderza w nas jako ludzi, zmusza do refleksji, a także (a może przede wszystkim) nie pozwala nam milczeć i pozostać obojętnym. Bo autorka zwraca się w stronę tego, co na co dzień często zostaje przemilczane, pominięte, uznane za nieistotne. Tymczasem uprzedzenia mogą nie tylko ranić, ale prowadzić do prawdziwych tragedii i właśnie o tym opowiada ta powieść.

„-Myślisz, że rasizm kiedyś wyginie?

- Nie, bo wówczas biali musieliby zaakceptować równość. Kto by rozwalał system, który ich wyróżnia?”

Ciemnoskóra pielęgniarka, której zlecono opiekę nad maleńkim chłopcem i jego ojciec rasista, niepozwalający kobiecie zbliżyć się do niego na krok. Czy bohaterów można było jeszcze bardziej skontrastować i poróżnić? Kolejne rozdziały naprzemiennie ukazują nam historię życia tych dwojga ludzi, wydarzenia, które doprowadziły ich do tego miejsca, lata krzywd i rodzących się uprzedzeń. Picoult bardzo wyraźnie zarysowała charaktery postaci i świetnie udało jej się wczuć zarówno w Ruth, jak i Turka. Obydwoje są charyzmatyczni, odważni i silni, dążący do celu z premedytacją. I choć mogłoby się wydawać, że podział na dobrych i złych został z góry ustalony, to przewrotnie dodam, że niekoniecznie i nie do końca, a w powieści nic nie jest takie jakim się wydaje. Ciężko doszukiwać się bieli i czerni, zwłaszcza, kiedy na chwilę zapomnimy o kolorze skóry bohaterów.

Motyw przewodni „Małych wielkich rzeczy” to rasizm i to wokół niego zbudowano historię. Choć Picoult przyzwyczaiła nas już do trudnych tematów, moralnych dylematów i rodzinnych dramatów, w tej powieści wznosi się na wyżyny swoich pisarskich umiejętności. Ta książka stanowi połączenie literackiego talentu, solidnego przygotowania i wielkich emocji towarzyszących zapewne autorce przy okazji pisania i zbierania informacji. I to wszystko czujemy w trakcie lektury. Powieściowy rasizm w nas uderza, uprzedzenia Turka dotykają nas osobiście, a każde kolejne smutne wydarzenia zdaje się jeszcze bardziej zagłębiać w naszej psychice i sercu. Każdy z nas wie, czym jest rasizm, ale czy kiedykolwiek się nad tym zastanowiliśmy? Choć przez chwilę? Czy kiedyś pomogliśmy komuś, kto zmagał się z tym problemem?

„Na jednej szali spoczywa moje wykształcenie. Mój licencjat. Dwadzieścia lat pracy w szpitalu. Mój schludny domek. Syn prymus. Tyle ważnych elementów mojej egzystencji, a czynnik na drugiej szali wciąż przeważa: moja brązowa skóra”.

Autorka przyzwyczaiła nas do tego, że w jej książkach jeden poważny temat nie wystarczy. Tym razem również otrzymujemy solidną dawkę wzruszeń, refleksji, wspomnień. Picoult tka swoją opowieść opierając się na prawdziwym życiu i czerpiąc z niego pełnymi garściami. Przywołuje głęboką miłość, prawdziwą przyjaźń, rodzicielską troskę czy potrzebę bezpieczeństwa. I jest w tym wszystkim szczera, przekazuje nam prawdziwe emocje, nie szuka na siłę sensacji. Ona po prostu robi to, w czym jest najlepsza. Pisze, przekazując czytelnikom swój talent i życiową mądrość.

Mimo ciężkiego tematu, powieść pochłania się w rekordowym tempie. Picoult przepięknie operuje słowem, lekko składając kolejne zdania i subtelnie snując historię, która do lekkich bynajmniej nie należy. To autorka, którą znamy, w swojej życiowej formie. Królowa powieści o kobietach i dla kobiet. 

 

Reklamy