Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

GIPS - DYLEMATY DNIA POWSZENIEGO
Notatkę dodano:2018-03-06 18:20:11

Każdy tegoroczny miesiąc ma w sobie daty, które podkreślam jaskrawym kolorem w kalendarzu. Dla własnej wiedzy, zupełnie nie świadczą te moje tajne znaczki jakichś szczególnych świąt czy uroczystości. Ten rok po prostu jest dla mnie szczególne naszpikowany kontaktami niejako intymnymi w gabinetach lekarskich. Z każdej strony mnie oglądają, badają, wydają diagnozy i każą robić coś, co jest mi nie na rękę. Mam wbrew sobie przyjąć do wiadomości, że szlachetne zdrowie zostało przeze mnie stracone. Wbrew, na przekór, było i nie ma. Znaleźli przyczynę, a ja aby sobie samej pomóc powinnam się zastosować do nakazów. Odrzucić to co lubiłam, zapomnieć o samowolce żywieniowej, o procentowych rozpustach, o lekkości podejścia. Albo - albo. Nie mogę sobie pozwalać na zapominanie o pigułkach, mam trzymać reżim, mam zmienić podejście i podejść ochoczo do zmian. Zapewne ta forma ujarzmienia niepokornej osoby, którą niewątpliwie jestem przytrze mi nosa i spowoduje sporo zmian. Tylko czy się nie zbuntuję w którymś momencie i nie tupnę nogą nawet kosztem komfortu istnienia? . Tego już tak do końca pewna nie jestem. Tak strasznie nie lubię przymusu. Przymusu do robienia czegoś wbrew. Wbrew sobie, aby sobie pomóc. Kłóci się to we mnie i nie poddaję się bez buntu. Kubek z zakazaną kawą o poranku powinien być wykluczony, co przecież wcale nie wykluczyłoby poranka. Śniadanie z zabronioną czarną herbatą, którą mam zastąpić jakimś zielskiem spod płotu przecież dalej pozostanie śniadaniem. Otóż wcale nie, bo to moje śniadanie ma być pozbawione wszystkiego, co dotychczas zupełnie mi nie przeszkadzało. Gluten – nie, laktoza – nie, przetworzone wędliny -nie,cukry - nie. To choć zagryzę to całe „nie” jakimś pomidorem. Cała ironia polega na tym, że ten pomidor to też jest na nie. Śniadanie – nieśniadanie, życie – nieżycie. Zastanawiam się całkiem poważnie nad rozpatrzeniem możliwości jedzenia gipsu. Pozbawiony jest glutenu, laktozy raczej też nie powinien mieć, to może się nadać. A przy okazji zapewne na długo pozostawi sytość, dzięki czemu nie będę musiała martwić się o wybór produktów na obiad. Na frasunek dobry trunek powiadali. Przecież przysłowia ludowe to mądrość narodowa. Cóż i wbrew mądrościom muszę być, bo frasunek prawdziwie mam, ale trunku zabraniają. Mam wszystko przyjmować na trzeźwo. Kolejna rzecz, która jak tylko pozostaje mi zabroniona zaczyna prześladować jakimś niedorzecznym pragnieniem użycia. Widać jakaś zwichrowana jestem, jeśli tylko czegoś nie mogę zaczynam tego podświadomie żądać. Staje się to tym przysłowiowym zakazanym owocem, który smakuje najbardziej nie dlatego, że sam w sobie jakoś szczególne wykwintny jest. Jego smak to właśnie ten zakaz. A ze mną zaczyna się dziać coś, czego strasznie nie lubię. Skoro już jestem uświadomiona o wszelkich zakazach, znam skutki ich nieprzestrzegania, włącza się we mnie czerwona lampka czystego sumienia. Zeżrę tę nieszczęsną słodką czekoladę – która oczywiście też jest zabroniona i zaczynam się tym co zgryzłam gryźć wewnętrznie. Pochłonę plasterek konserwowej szynki, a on urasta do rangi kataklizmu mającego zniszczyć mnie niczym wybuch atomowy Nagasaki. I jak ja, taka ruina niegdysiejszej wspaniałości będę żyć. Szczególnie, że perspektywicznie nie ma szans na odbudowę. W tym wypadku ruina pozostanie ruiną. Pozornie mam więc wybór. Mniej za więcej i dłużej lub więcej za mniej i krócej. Ograniczenie wszystkich zabronionych konsumpcyjnych szaleństw może dać mi dłużej nie popaść w całkowitą ruinę. Tylko takie wyrzeczenie sporo kosztuje uparciucha jakim jestem. I nie wiem czy chcę tak do końca poddać się tym restrykcjom. Jestem na krawędzi. Nim podejmę decyzję po-balansuję sobie na niej, wahając się to w tę, to w drugą stronę. Zapewne podejmę decyzję ograniczającą mnie a zarazem otwierającą drzwi do dalszych pomieszczeń życia, których jeszcze nie zdążyłam zwiedzić. Ale to za chwilę, teraz jeszcze troszkę się wbrew wszystkiemu pobuntuję, aby pozostać w zgodzie z własną durnowatą naturą.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SEKRETY
Notatkę dodano:2018-01-18 13:23:59

Dwa miesiące nieobecności nie sprawiły, że czas przestał płynąć. Że znikły problemy, coś zmieniło się na tyle by przestało zaprzątać głowę. Czas biegnie nieubłaganie bez względu na to czy tego chcemy czy nie. Zupełnie to nie odkrywcze ani zaskakujące. Ot, norma z którą godzimy się choćby najbardziej wbrew sobie.

Czterdzieści lat temu małe dziewczynki, które jeszcze nie obrażały się na takowe nazewnictwo. Zupełnie nie przywiązując wagi do możliwych wariantów zrozumienia zwyczajnego słowa, swój wolny czas w szarej rzeczywistości spędzały w różnoraki sposób, bardzo odmienny tego jak ich rówieśniczki spędzają obecnie. Te umorusane, przyszłe poważne kobietki z włoskami rozwiewanymi wiatrem, z podrapanymi kolanami, brudnymi paznokciami żyły zupełnie innymi problemami. Ich obute jednakowymi tenisówkami stopy biegły w przyszłość, która jawiła się nieprawdopodobnie przyziemnie, a ta przyziemność w swojej normalności była również całkowicie odmienna niż to bywa obecnie. Zajęcia młodych istotek choć nie pozbawione różnorakich trosk, z perspektywy czasu jakoś prawdziwie dziecinne się wydają. Nieletnie istoty, jak to bywa w każdym pokoleniu nieprzewidywalne, bez proroczej wyobraźni czy też czarnowidztwa dostępnego dorosłym. Siedziały te stworzenia letnią porą po piaskownicach, stalowo urządzonych placach zabaw prowadzących niejednokrotnie do kontuzji spowodowanych brakiem jakichkolwiek atestów, dopuszczających do użytku i żyły całkiem innymi problemami niż współczesne im rówieśniczki. Żyły stadnie, radośnie, awanturniczo na swój wiek, ot tak jak obyczaje dzieciom pozwalały. Miewały koleżanki, piaskownicowe przyjaciółki, sekretnie wielbionych kolegów obserwowanych spod przydługich grzywek, czy zakurzonych rzęs. I życie dla nich, dzieci było niczym innym niż dzieciństwo miało być. Z dziecięcymi problemami, daleką niewiadomą przyszłością prowadzącą w dorosłość, która miała być podobna do dorosłości ich rodziców. Praca, szybkie zakupy, jakiś obiad upichcony naprędce. Codzienny kołowrotek prawie u każdego podobny. W odskakiwaniu od rzeczywistości w piaskownicach odbywały się potyczki, ucieczki do odrobinę innego świata, snuły się opowieści straszne lub śmieszne, bywające zamiennikiem obecnych komputerowych gier czy przesyconych dziwactwem filmów. Nie było współczesnych dziwactw co wcale nie spowodowało, zubożenia umysłowego czy też braków emocjonalnych. Były emocje i piękne umysły, tak jak bywają w każdym pokoleniu, podobnie jak i miernoty mniejsze lub większe,które zawsze gdzieś są.

W tych zamierzchłych czasach w sezonie letnim wspomniane wcześniej małe dziewuszki prócz zabaw w sklep, berka czy też jazdy na wrotkach poświęcały czas na coś co nazywało się : „sekrety”. Ni mniej ni więcej polegało to na wykopaniu niewielkiej jamki w podłożu, im głębiej tym lepiej. Wyłożeniu dna jakimiś skrawkami kolorowych złotek po cukierkach, kwiatkami, źdźbłami traw, pokruszonymi odłamkami kolorowego szkła, i wszystkim co mogło przydać urody w oczach właścicielki grajdołka. Następnie cały różnobarwny melanż przykrywało się kawałkiem przeźroczystego szkła i zasypywało wcześniej wykopaną ziemią. Ręczna robota przydawała brudu za paznokciami, zabierała czas i „ubogacała” w ten ukryty skarb właścicielkę dumną z włożonego w wykonanie trudu. Czasami bywało chwalenie się przed zaufanymi koleżankami swoim dziełem, a niejednokrotnie pozostawianie w wielkiej tajemnicy schowanego pod kilkunastocentymetrową warstwą piasku skarbu. Z okna mieszkania brutalnym wołaniem: „do domu!” przerywana była piaskownicowa praca, a właścicielki pozostawionych w piaskownicy dzieł ze spuszczonymi nosami wracały do domów. Kiedy następnego dnia próbowały odszukiwać pozostawione wcześniej skarby, nieodmiennie zaskoczone jak już coś odnalazły, okazywało się to chaotycznym bohomazem niewiele mającym wspólnego z tym, co w przeddzień było pozostawione. Kwiatki traciły swoją jędrność, trawki zmieniały kolor, listki zupełnie nie chciały przypominać soczyście zielonych plamek. Kolorowe papierki pozostawały tylko papierkami pobrudzonymi piaskiem i odgniecionymi przez jego ziarenka. Gdzieś znikał czar, pryskała intensywność barw i całe dzieło traciło swoją pierwotną wartość. Czasami właścicielka ponawiała próbę tworzenia i ponownie kolejnego dnia doznawała zawodu z nietrwałości tego, co dziś było tak piękne. Mała dziewczynka nie zdawała sobie sprawy, że ten skarb to będzie prześladujący ją przez całe życie stan odbierania nietrwałości tego, co przydarza się w teraźniejszości. Piękne przyjaźnie stają się obdarte z pierwotnego piękna. Wielkie miłości okazują się wydmuszkami uczuć, prowadzącymi do obojętności i wrogości. Fizyczna gładkość z każdym rokiem zamiera w coraz głębszych bruzdach i zmarszczkach. Czasami wołanie :”do domu!” odwraca na chwilę uwagę od tej nietrwałości by za czas jakiś ponownie do niej powrócić z niejaką nostalgią może już tylko za niegdysiejszą beztroską wobec przemijania.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CORAZ DŁUŻSZE WCZORAJ
Notatkę dodano:2017-11-22 20:58:08

Jeśli ta notatka powstałaby za parę godzin czas sprawiłby zdezaktualizowanie paru dla mnie istotnych danych. Nie miewam ostatnio zbyt wielkiej presji „Pani Weny”. Nie wynurzam się ze swoimi skąpymi rewelacjami chłonąc codzienność, przeżywając własne kryzysy. Zdrowotny kryzys wieku średnio podstarzałego, kryzys odbioru otaczającego świata, kryzys wytrzymałości do zmagań ze wszystkim. Sterta kryzysów na jedne barki powoduje niejakie zniechęcenie. Zbieram się do stawienia czoła temu wszystkiemu czego nie wywoływałam, nie czekałam, nie chciałam a jakoś przylazło, przylgnęło i nie chce się samo odczepić. Wiem, że z większym lub mniejszym wysiłkiem strząsnę to z ramion, tylko jeszcze chwilę potrwa nim dokonam zmobilizowania wszystkich mocno uśpionych sił. Może to powinno być moim postanowieniem na najbliższą dziesięciolatkę. Dziwnie stać u progu kolejnego „ wiekowego krzyżyka”. A jeśli jeszcze stoi się z zaniżonymi wynikami medycznych badań, które czort wie co przyniosą, albo się walczy, albo w pełnym zniechęceniu załamuje ręce. Wybieram walkę, może z samego faktu, że to dynamiczniejsze zajęcie, a jakoś ze stagnacją jeszcze mi nie po drodze.

Dorosłam do wieku, w którym udaje mi się częściej milczeć, więcej słuchać. Kiedyś brakowało cierpliwości, a może pokory do wysłuchiwania. Nie zatrzymywałabym się by słuchać historii rodzicielki. Teraz miewam okazję do poznania nieodkrytych nigdy przede mną kart życia o którym nie miałam pojęcia. Szkoda, że dorastamy tak późno do pewnej mądrości. Bywa nie zdąża się na czas, nieodkryte karty takie już pozostają. Nie czujemy się zubożali przez to, może dlatego, że nie mamy świadomości istnienia. Zabiegani we własnych sprawach, własnym życiu nie przystajemy nad życiem innych i ono umyka w zapomnienie, które jest konsekwencją naszej nieświadomości. Kiedy miałam lat naście nie potrafiłam za żadne skarby dogadać się z rodzicielką. Na przekór, wbrew, przeciwko, byle tylko nie tak, jak ona chce. Obie stosowałyśmy tą taktykę. Im dalej w las tych zachowań tym gorzej bywało. Przyzwyczaiłam się do pewnej obustronnej wrogości, przeważnie spodziewając się gorszego niż lepszego. Kolejne dziesięciolecia mojego życia, ucieczka we własną dorosłość, nieomylność i pewność wyborów nie zbliżały nas zbyt do siebie. Inne poglądy na wychowanie, inne życiowe priorytety, których w zasadzie efekt chyba miał być podobny, tylko zrobiony po mojemu a nie po mamowemu. Przyznawanie racji komuś z kim toczy się wieczne utarczki nie jest łatwe, a ponadto chce się po swojemu, szczególnie wtedy gdy hardość młodości powoduje buńczuczność wiary we własne racje. Młodość nie wiem kiedy przeleciała, hardość miejscami wyszczerbiona, a te racje, których kiedyś się nie przyznawało teraz już i tak są bez znaczenia. Mamusia na swojej niegdyś autorytarnej pozycji także odrobinę spasowała i okazuje się, że dwie dojrzałe kobiety odnajdują nić porozumienia, kiedyś nie do przyjęcia. Sporo czasu potrzebowałyśmy by nie toczyć wojny i żyć w rozejmie, dobrze, że udało się zdążyć.

Ta notatka będzie prawdopodobnie jedynym znakiem odciśniętym przeze mnie w listopadzie. Może będzie też jakąś mało znaczącą prywatną granicą, ku zapamiętaniu. Co mam zapamiętać? Może fakt niespodzianki, z rodzaju tych zupełnie nieoczekiwanych, które powodują zawilgotnienie oczu. Dwie porządne osoby, które napotkałam na swojej drodze, takie z którymi warto razem konie kraść mimo że nie zjadło się z nimi beczki soli, zaskoczyły mnie tak, że nawet półwiekowa rocznica urodzin jakaś mniej straszna się wydaje. Dobrze spotykać takich ludzi, bo odciskają dobre piętno o którym zapewne nawet bez odciskania tutaj znaku będzie się pamiętać w trakcie dalszej wędrówki. Wyruszam w tą drogę, może mniej dynamicznie, bardziej cieleśnie skrzypiąca a zarazem z pewną wiarą, że scenarzyści nie sprawią, że będzie ona szczególnie karkołomna, bo już ani wiek nie ten ani siły... . Choć mentalnie ciągle gdzieś tkwi we mnie ktoś mniej obarczony latami, kto nie mierzy zamiarów na siły.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZNAKI SZCZEGÓLNE
Notatkę dodano:2017-10-17 19:27:51

Wydarzenia z życia odbierają chęci do życia. Tak mi się nasunęło, choć jeszcze stadium pożegnań z życiową zawieruchą mnie nie objęło w swoje macki. Wcale to jednak nie znaczy, że jest hurra optymistycznie czy też w szczególny sposób miło, szczęśliwie czy też podnoszą-co na duchu. Moje przemyślenia pozostają ostatnio najczęściej we mnie, bo to i bezpieczniej i bez niepotrzebnego oceniania przez innych. Niektórzy dla samego faktu wystawienia złej noty robią to z jakąś wewnętrzną potrzebą krytykanctwa stawiającego ich samych na piedestale nieomylności. Może właśnie taka bezimienna krytyka sprawiła moją absencję. Dodatkowo parę spraw życiowo dołujących wcale nie wzmogło chęci sięgania po wirtualne pióro. Każdy z mijających dni oddalał od ostatniej notatki dodatkowo zupełnie nie przybliżając do kolejnej. Nie będę robić życiowych wynurzeń. Dla pamięci pozostawię fakty historyczne własnego życia gdzieś w zakamarkach głowy. Niektóre z nich lepiej żeby jak najszybciej z niej znikły, wykasowały się, choć wiem, że jeśli nie chwyci mnie jakaś poważna dolegliwość pamięciowa, będą tam siedzieć i przypominać o swojej obecności.

W nawiązaniu do własnych przejść, w wieku lat niemalże pięćdziesięciu doszłam do wniosku, że przyroda w całej swojej ewolucyjnej przemianie zapomniała o paru drobiazgach. Generalnie w faunie wiele jest przypadków swoistego systemu ostrzegania. Grzechotnik w ramach odstraszenia od siebie zaczyna wydawać sygnał. Skunks nim okadzi smrodem podnosi pionowo znaczny ogonek. Miewają różne okazy wielu gatunków jakieś znaczki na futerku czy też skórze, jakieś kolce, igiełki, mające być sygnałem odbieranego jednoznacznie alarmu. Nawet w świecie flory, zwyczajny muchomor swoją czerwonością jakby wołał : lepiej odejdź i nie zawracaj sobie mną głowy. Można by te przykłady mnożyć, jednak miały one stanowić pewnego rodzaju obraz rzeczywistości w świecie przyrody. Człowiek niby do tej przyrody się zalicza jak najbardziej, ponoć jest nawet jednostką szczególną w swoim rozwoju i nadrzędności w tejże przyrodzie. Zmierzam do sedna, czegóż to mi tak zabrakło w jednostce homo sapiens?. Odpowiadam : znaków ostrzegawczych. Zabrakło jakiegoś szczegółu, który sprawiałby naszą ucieczkę od konkretnego osobnika. Byśmy się nie sparzyli, byśmy nie weszli w relacje, które kiedyś zabolą tak, jak niewiele rzeczy potrafi zaboleć. I nie mówię o fizycznych boleściach tylko o tym, jaki ból psychiczny potrafi zadać jeden drugiemu. O ileż łatwiejsze byłoby życie, gdyby powiedzmy taki paskudny moralnie osobnik miewał na przykład widoczny znak ostrzegający przed kontaktem z nim. Taka ludzka żmija zygzakowata byłaby szerokim łukiem obchodzona. Nie czyniłaby spustoszenia w zaufaniu, nie zabierała dobrego humoru i nie psuła krwi samym swoim widokiem w powiązaniu z wrednymi zachowaniami. Zapewne jak to w życiu bywa, ta przyjmijmy „zygzakowata” i tak znalazłaby na swojej drodze paru takich, którzy na zasadzie poznawczej, podniesienia adrenaliny czy też z poczuciem wewnętrznej mocy ku ugładzeniu czy wytresowaniu wchodziliby z nią w kontakty. Życie pokazuje że nawet ludożercze krokodyle czy rekiny przyciągają ku sobie śmiałków, co wcale nie musi się dla onych pozytywnie kończyć. Wracając do zygzakowatej ostrzegałaby swoim wyglądem i paru by się uchroniło od kontaktów nie przynoszących w efekcie nic dobrego a jedyną z nich korzyścią jest wiedza, sprowadzająca się do słów : „poznałem ludzi pokochałem zwierzęta” i „człowiek człowiekowi (...)właściwe wedle uznania samodzielnie wstawić”.

PS. Po długiej przerwie technicznej liczę na chęci, na bezzakłóceniowe nadawanie nie tylko swoje ale też innych portalowych znajomych, których gorąco pozdrawiam


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOTY ZA PŁOTY
Notatkę dodano:2017-07-14 19:28:19

Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Wracam do cichego pustką mieszkania. Dla siebie mam czas, który mogę przekuć na własne decyzje co z nim zrobić. Popołudnia po pracy wbrew wcześniejszym oczekiwaniom wcale nie są tak długie jak sądziłam. Nie wystarcza tego czasu na wszystko. Dziecię w minioną sobotę zostało odesłane na kolonie nad morze. Mąż odfajkowujący obowiązki zawodowe na drugiej zmianie i ja mająca iluzję komfortu w pustym mieszkaniu. Zapewne na dłuższą metę narastająca cisza zostałaby przeze mnie w jakiś sposób wypełniona dźwiękami. Póki co, nie jest mi to potrzebne. Wszystko jest na swoim miejscu, każdy tam, gdzie aktualnie powinien być jest. Kleszczyk – kolonista po raz pierwszy odkrywa bycie w takim oddaleniu i przez tak długi czas od własnego terytorium oraz rodzinnego stada. Żadne symptomy nie wskazują na nadmierną tęsknotę czy też chęć szybszego powrotu do domu. To jeszcze wczoraj wydawałoby się moje maleńkie dzieciątko okazuje się być coraz bardziej samodzielnym facecikiem. Taka kolej rzeczy, z którą nie walczę zbyt zażarcie bo wiem, że nie odniosłabym ani ja, ani on z tej walki pożytku. A z drugiej strony cieszę się, że przechodzi to w miarę bezboleśnie. Najlepszy przyjaciel Kleszczyka ryczy na koloniach w nadmiarze przesycając tym rykiem atmosferę wypoczynku. Co to dziecko potrafiło wymyślać byle tylko przekonać mnie do swoich racji i pragnienia szybszego powrotu do domu, to świat boży nie widział. Widocznie pępowina łącząca go w niewidzialny sposób z mamusią ma się całkiem dobrze i mocno trzyma. Początkowo nawet próbowałam ustawiać obcego młodego we właściwej dla jego wieku normalności. Podejmowałam próby przekupstwa jakimiś nocnymi eskapadami pod namiot w towarzystwie Kleszczykowego tatusia. Niewiele to dało, rykun jak ryczał tak pozostał w tym stanie niewiele zmieniając. Jego mamusia, skądinąd całkiem sympatyczna osoba, gdzieś popełniła nadgorliwość rodzicielską podszytą jakimś rodzajem nadopiekuńczości, może próbując zastąpić brak ojca, może chcąc sobą zastąpić dwoje rodziców. Skutek to przyniosło odmienny od zamierzonego i Tomaszek od tygodnia terroryzuje kolonijnych kumpli swoimi tęsknotami za rodzicielką. Sprawa jest rozwojowa i kto wie, czy w jakimś akcie desperacji mamusia jednak nie pojedzie na drugi koniec Polski odebrać schnącego z tęsknoty synalka. Z jednej strony trudno się kobiecinie dziwić, skoro kochany synuś bombarduje ją telefonami i wiadomościami w których daje wyraz swej wielkiej, niezmierzonej tęsknoty za rodzicielką. A która matka jest tak do końca obojętna na płaczące własne dziecko?. Nawet jak udaje twardzielkę to gdzieś pod skórą dzieje się w niej rewolucja francuska z radzieckim październikiem. Mi na szczęście jak na razie mój bohater nie jęczy ani nie wymaga szybszego odebrania. Ot, jakieś telefony, jakieś całusy na odległość, wyznania o odczuwaniu naszego braku, które ja niweluję obietnicą sterty naleśników kiedy już skończą się kolonijne wojaże. Ciekawe ile z nich pozostanie w jego głowie poukładane w formie wspomnień. Jeśli poszedł po kądzieli to zapewne będą się te wspominki gromadzić by za ileś lat z sentymentem do tych strzępków powrócić. Przypomnieć sobie kogoś lub coś, jakiś zapach lub smak, czyjś uśmiech czy też może ryk Tomaszka. Mam nadzieję, że ten ryk nie będzie dominującym wspomnieniem tych pierwszych w życiu koloni. Pierwszego życiowego egzaminu który zdaje się bez rodziców, bez ich wytycznych, ich wtrącania się lub dobrych rad, które jak się okazuje wcale nie są niezbędne by spędzić dwa tygodnie w gronie obcych ludzi.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WŁASNY FACET DO WSPOMNIEŃ
Notatkę dodano:2017-06-27 19:56:26

Wróciła normalność pełnej rodziny. Poza nami już nieobecność. Pusta powierzchnia łóżka została na powrót wypełniona ciepłem drugiej osoby. Milczący przez dwa tygodnie telewizor odzyskał głos. Niewiele, a zarazem dosyć sporo by wiedzieć, że przecież pomimo dzielących wcześniej kilometrów nic się nie zmieniło. Coś miało miejsce, przez chwilę było inaczej, tylko po to by móc na powrót wrócić do stanu wcześniej pozostawionego. To były tylko dwa tygodnie. Moja wyobraźnia nie pozwala na przyjęcie by taki stan miał trwać częściej lub dłużej. Na odległość to nie to samo. A przecież ludzie tak żyją. Chcą lub muszą, jakoś sobie układając sprawy między sobą w taki sposób, że funkcjonują jako rodzina, jako para, jako coś w doskoku. Dostając w zamian mamonę poświęcają dla niej swoją bliskość. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić nas w takiej formie przetrwalnikowej. Na szczęście tylko dwa tygodnie były czasem na tyle krótkim by móc sporządzić bilans, by dostrzec drobiazgi stanowiące o ważności naszego tu i teraz. Te dwa tygodnie nie dały tylko przemyśleń o podstawowej komórce społecznej, ale także odrobinę pozwoliły poszybować moim obserwacjom. Małżonek w sporym oddaleniu od własnego domostwa pracował budując dobrobyt sąsiedniego państwa. Przez dwa tygodnie zarobił po odjęciu za wikt i dojazd więcej niż ja przez dwa miesiące z haczykiem. Nie były to zarobki wygórowane, raczej z niższej półki. Nie znając języka był parobkiem czyli kimś, kto będzie robił to co nakażą bez zbędnych uwag czy hardego podnoszenia głowy. Oddając sprawiedliwość nie był traktowany jak polski niewolnik. Był kontrolowany co nie budzi sprzeciwu, miał zapewniony dach nad głową i dobre jedzenie, co już nie zawsze bywa normą. Ale jako pracownik był traktowany po prostu normalnie. Pracujesz dobrze, zarobisz bez wymigiwania się. Zasługujesz na pochwałę dostaniesz ją. I tu wchodzę na pewien obszar porównywania tego traktowania pracownika u nas i tam. Nie chciałabym uogólniać że wszędzie u nas jest źle a wszędzie tam jest dobrze, bo zapewne byłoby to niejednokrotnie krzywdzące zarówno tam jak i tu. Jednak fakt bycia pracownikiem najemnym tutaj prowadzi do odczucia, że jesteśmy czymś poniżej bycia parobkiem przynajmniej w kwestii wynagrodzenia. Chciałabym dożyć takiego czasu, kiedy nastąpiłaby w tej płacowej kwestii normalność. Kiedy nie trzeba byłoby jechać gdzieś, by na urlopie dorabiać sobie celem załatania finansowych dziur powstałych z powodu bycia parobkiem we własnym kraju. Nie widać horyzontu na którym taki cud się wydarzy, zapewne nie dane mi będzie na własnej skórze przekonać się jak może być, kiedy jest normalnie. Widocznie moja normalność ma inne zakresy, rozpiętości i skalę. W paru kwestiach dogoniliśmy cywilizację zachodniej europy, szkoda tylko że przeważnie przejęte zostały wcale nie warte przejęcia cechy czy wolności. Unowocześniliśmy się, staliśmy bardziej europejscy po drodze gubiąc coś wartościowego i cennego. Czy tym ewolucyjnym skokiem zyskaliśmy więcej niż straciliśmy? Zapewne odpowiedź pojawi się za jakiś dłuższy czas, tylko wówczas nikomu nie przyjdzie do głowy by wracać do starych ram. Będziemy europejsko nowocześni, ujednoliceni z tym zachodem do którego przez lata dążyliśmy. I być może okaże się, że nie warto było tak tęsknić, że sielskie zachowania miały jednak swoją niewymierną wartość, która stanie się tylko wspomnieniem bez możliwości powrotu. Starszym zdarzy się powspominać jak to drzewiej bywało, a młodzi zapewne z obojętnym wzruszeniem ramion przyjmą te sentymentalne wspominki nic im nie mówiące ani z niczym się nie kojarzące. I może dlatego nie pragnę rozłąki ze swoim ślubnym, na dłuższą metę bo z kim jeszcze sobie mogłabym powspominać dawno minione czasy, jak nie z nim. Cóż poradzę na fakt, że sentymentalna ze mnie niewiasta, która czasami potrzebuje odskoku w inną, dawno minioną rzeczywistość, która wcale nie była tak do końca zła.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZNUR KORALI
Notatkę dodano:2017-06-11 21:07:52

Pozorny życiowy bezruch stwarza okazję by sobie odpuszczać bywanie tutaj. Skoro nic ciekawego się nie dzieje, to po co zawracać sobie i innym głowę. I tak się nie dzieje, nie dzieje a jak już w końcu się zadzieje, to nie pozostaje nic tylko siąść i choć słowo pozostawić. Kto wie, co będę sobie musiała kiedyś przypominać z tego zwyczajnego czasu. Kronikarsko potraktuję, choć jak wiem często moje plany biorą w łeb i wychodzi coś zupełnie sprzecznego. Po raz kolejny życie zaskoczyło tak jak tylko ono potrafi. Bo przecież możemy sobie planować, możemy się przyzwyczaić do rutyny, do tego, że nic nowego już nas nie zdziwi. Wolne, praca, zakupy, pranie, kontrola odrobionych lekcji, jakaś książka w czytaniu, sen i parę innych nic nie znaczących codziennych zajęć niewartych odnotowania a występujących w różnych konfiguracjach. Przechodzą sobie takie nijakie dni i nawlekają niczym koralki na coraz dłuższy sznurek. Ostatnio w moim sznurze same jednakowe elementy były nawlekane, żadnego wyskoku jakąś przekładką czy odmiennym kamykiem. Widocznie osiągnęło to długość wystarczającą by coś innego nawlec. Może nie będzie to żaden znaczny burzący całość kompozycji element, choć zarazem całkiem niezaplanowany. Pewnego pięknego poniedziałkowego dnia małżonek mówi, że może jechać do pracy na obczyznę. Kiedy? W najbliższy piątek. Czas na decyzję - do jutra. Może nie postawi nas to w pozycji Rockefellera ale bieżące dziury pomoże załatać. Tylko dwa tygodnie i aż dwa. Jedź, jakoś sobie poukładam. Jakieś perturbacje, pakowanie, przygotowywanie by mi męża głodem nie zmorzyli, i od wczorajszego poranka stałam się pełnoprawną słomianą wdówką. Te dwa tygodnie zapewne dadzą mi przedsmak tego jak żyją single, choć w towarzystwie Kleszczyka będzie to odrobinę przekłamane i nie do końca pełne ciszy. Znajdę sobie zajęcie, to bardziej pewne niż iluzja bogactwa po tych dwóch tygodniach. Telewizor odpocznie od mężowskich manewrów pilotem. Ja pochowam większe garnki by nie kusiły nadmiarem ugotowanej strawy, która mogłaby się nieopatrznie zmarnować z powodu braków obsady przy stole. Poprzestawiam swoje sprawy, poukładam inaczej i zapewne nim się obejrzę już kolejne nawleczone na sznurku koraliki zostaną jako przeszłość nie do ruszenia. Tak ciągle mi się te koraliki narzucają może z tej przyczyny, że ostatnio wypełniałam sobie czas robótkami ręcznymi z ich udziałem. Powróciłam do dawno zarzuconych robótek ręcznych po to, by teraz w innej wersji je ponownie odkrywać. I jestem na etapie, kiedy nie mogę się nimi nasycić. A możliwości, które obecnie stoją otworem przed każdym chętnym są tak nieograniczone, że żałuję iż kiedy stawiałam swoje pierwsze kroki w tych paru dziedzinach ich po prostu nie było. Moje początki były niczym teatrzyk z pacynkami w porównaniu z obecnymi animacjami pixarowskich bajek. Jak sobie człowiek czegoś nie upolował, nie wydębił, nie skołował to mógł powiedzieć pas lub mozolić się z zamiennikami którym daleko było do piękna oryginałów. A teraz, strona taka i owaka, filmik instruktażowy taki co i mniej i bardziej niewtajemniczeni pojmą najdrobniejsze niuanse, zakupy skolko godno, wedle potrzeb i upodobania. O parę lat za późno przyszłam na świat by teraz to wszystko nadrobić. Na stole leżą książki, które też kuszą i dopominają się o swoją kolej, a ja momentami zachłyśnięta tym cichym czasem solowych działań nie wiem w którą stronę uderzyć. Zapewne te dwa tygodnie stwarzając iluzję możliwości nie dadzą w pełni wprowadzić w czyn wszystkich pragnień i zamierzeń. Postaram się jednak na tyle wykorzystać dany mi czas by coś po nim pozostało. Na ile się uda wszystko pogodzić zobaczę bo kto wie, jakie korale podrzucą scenarzyści do istniejącego już sznura. Coś z rękawa wyciągną, ukradkiem podłożą, splączą nitkę i znowu człowiek się będzie mozolił nim doprowadzi do jako takiego porządku. A że człowiek nauczony w czasach kryzysu to cierpliwie spruje, ponownie wydzierga, zastosuje zamienniki, rozplącze nieoczekiwane supełki i nim się spostrzeże miną dwa ciche tygodnie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOMUNIJNY KROK W DOROSŁOŚĆ
Notatkę dodano:2017-05-19 21:01:06

Krótsze i dłuższe dystanse, etapy, które przechodzą czy tego chcemy czy nie. Sekundy, których nie zauważam, minuty nic nie znaczące, godziny znikające, by pozostawić po sobie równie błyskawicznie upływające dni. Mój niewielki wpływ na to wszystko, i poczucie jak niewiele ode mnie zależy to wynikowa paru wolnych, a zarazem zajętych różnymi życiowymi sprawami dni. Parę chwil temu wróciliśmy z ostatniej mszy białego tygodnia Kleszczyka. Mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że komunia to pewnego rodzaju krok w dorosłość. Niby czym się różni moje dziecko od tego jakim było tydzień czy dwa temu? A jednak coś powoduje, że w moich oczach to już nie ten sam chłopczyk. Jakby nastąpił jakiś zwielokrotniony skok. Więcej samodzielności, więcej odwagi, więcej pyskówek by zaznaczać swoje poszerzające się terytorium. Miniona uroczystość komunijna Kleszczyka miała dla mnie jeszcze inne znaczenie niż tylko to, co dotyczyło młodszego z moich synów. Nastąpił przełom w stosunkach z pierworodnym dziecięciem. Kiedy przeszło trzy lata temu odciął się od nas, odżegnując od jakichkolwiek z nami kontaktów na piedestale stawiając osobę znikąd i podporządkowując wszystko pod własne i jej widzimisię, nie była to dla mnie sytuacja komfortowa. Jednak zdając sobie sprawę z pewnych reguł czy też konsekwencji nie próbowałam na siłę walczyć o próbującego dorosłości na własnych zasadach pierworodnego. Wiedziałam co czym mogło skutkować, jakie przeszkody i efekty tego sposobu na życie mogą być i w paru słowach nakreśliłam wizję tego, co za jakiś czas może go spotkać. Nie przypuszczałam, że moje słowa będą aż tak szybko proroczymi zwiastunami obecnej rzeczywistości. Nie chciałam być Kasandrą, to było tylko realne ogarnięcie efektów pewnego zachowania. I nagle okazało się, że mój starszy syn, pozostawiony przez swoją panią rok temu na przysłowiowym lodzie, czuje brak tych wcześniej zupełnie niepotrzebnych starych. Że tęskni za wcześniejszymi ciemiężcami, za upierdliwym bratem, za tym, co tak łatwo wcześniej przekreślił jedną grubą kreską. Przez lata myślałam o błędach wychowawczych, które gdzieś popełniłam. Analizowałam i winiłam się za zbyt twardą rękę, za konsekwencję i za pewnego rodzaju własny upór. Kiedy usłyszałam z jego ust, że dobrze go wychowałam, że nauczyłam szacunku, że gdybym zrobiła to inaczej, to by sobie nie poradził, że nie wszystko za co się obwiniałam było bez sensu, okazało się, że dzień komunii Kleszczyka zyskał na innej wartości. Może ta uroczystość stała się prawdziwym krokiem w dorosłość, która przyznaje się do błędów. Która wcześniej oślepiona nagle zaczyna widzieć inaczej. Dorosłość dostrzegająca, że pomimo różnic pokoleniowych, jest coś co ma niewymierną wartość, że to, co odbierało się jako ucisk było próbą wskazania dobrego kierunku. To co wydawało się być krzywdą nie jest nią kiedy patrzymy przez pryzmat minionego czasu. Nagle okazuje się być rodzajem troski czy opiekuńczości, tylko w młodzieńczym zadufaniu odbieramy to jako próbę odebrania wolności. Może mój starszy syn przesycił się już tą wolnością. Nałykał się nią tak wiele, że stała się niestrawna. Nie jesteśmy idealni ani jako dzieci ani jako rodzice. Popełniamy błędy. W niektórych trwamy gryząc się i nie umiejąc rozwikłać patowej sytuacji. Czasami nie pozostaje nic innego jak oczekiwanie na przyjście dorosłości, bo żadne argumenty nie są wystarczająco mocne i właściwe. Dopiero mijający czas przychodzi w sukurs zrozumieniu. Parę lat czekałam na znormalnienie sytuacji, może ku temu został wreszcie zrobiony pierwszy krok. Nie chcę za wiele oczekiwać, nie spodziewam się że nagle stanie się pięknie. Choć naprawdę bym chciała by tak się stało, może nawet nie pięknie ale po prostu normalnie.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZYZWOITA NORMALNOŚĆ
Notatkę dodano:2017-05-10 07:32:19

Śladowe ilości przyzwoitości domagają się paru chwil, w konsekwencji których pozostanie coś, co być może uda się nazwać notatką. Jeśli ta sztuka nie zakończy się happy endem, notatka nie powstanie, nikomu nie ubędzie ani też nie przybędzie. Okaże się tylko, że wbrew własnemu o sobie mniemaniu nie ma we mnie jakiejkolwiek przyzwoitości. Czy to największa w obecnych czasach ujma, czy tylko niewielki mankament. Obserwując sobie to i owo, odnoszę wrażenie, że pojęcie przyzwoitości zdewaluowało się na tyle, że nie ma sensu roztrząsać własnego jej braku lub nadmiaru. Nawet pogoda nie potrafi być na tyle normalna by można było ją określić przyzwoitą. Kwiecień typowo pletniowy, za co trudno winić, skoro nawet ludowe porzekadła przyzwalają na taki stan. Nie pozostawało nic innego jak przyjąć do wiadomości i cierpliwie znosić grad czy słotę. Jednak już po maju to z natury rzeczy spodziewamy się czegoś więcej. Może właśnie tej przyzwoitości choćby temperaturowej. Niestety na nic próżne oczekiwania, zimno jak było tak jest bez większych widoków na wskoczenie w leciutkie ciuszki. Podłość pogodowa nie zna granic... . Zresztą cóż to jest ta przyzwoitość? Czy to nobliwość zachowania, skromność, umiarkowanie, stateczność, dostosowanie do norm czy może inne zapomniane niejednokrotnie przymioty. Mówi się zwykła ludzka przyzwoitość. A jej okazuje się coraz mniej. Zanika. Ewolucja przyzwoitości. Coraz więcej wydaje się być dopuszczalne w granicach nieprzyzwoitości wypierając to co było normą czy normalnością. Wcale nie twierdzę, że moje spostrzeżenia nie są wynikiem osiągania coraz poważniejszego wieku kiedy zaczyna się tetryczeć lub czepiać detali. Może wlazłam w lata, kiedy zamiast obojętnie dawać przyzwolenie na zaistniałą rzeczywistość wewnętrznie się bulwersuję. Dobra, przestanę bo ani to czas ani pora.

 

Gdzieś w zakamarkach szarych zwojów wypłowiałych komórek zaczynam obmyślać strategię. Dotyczy ona zbliżającej się komunii Kleszczyka. Jeszcze cztery dni, które muszę odpowiednio zaaranżować i przepracować by w efekcie zaliczyć tę uroczystość po stronie: „minione,czas przeszły”. Jakąś formą szczęścia jest fakt, że nie muszę robić czegoś na wzór małego wesela, co jak wynika z obserwacji stało się nagminne. Ludzie spraszają jakieś dziesiątki gości, wynajmują sale bankietowe, kombinują gdzie upchnąć fryzjera, krawca, manikiurzystkę, gdzie zamówić ciasto a gdzie kotleta schabowego. Głowią się nad menu, nad kreacjami, nad całym anturażem który wydaje się być rozdmuchany do granic. Te granice czasami wydają się być ponad miarę przesunięte w stronę niepotrzebnego ogromu formy nad treścią. Zapomina się o okazji, która jest przyczyną całego spędu i szumu. Ja mam za zadanie dopilnować przyzwoitego wyglądu młodego, mam być dumna z faktu pierwszego pełnego uczestnictwa we mszy. Mam zauważyć ten skok na pewien stopień dorastania, poczuć że już spory kawałek za mną a kolejne jeszcze przed nami. Z praktycznych rzeczy powinnam zrobić przyzwoity niedzielny obiad, jakieś kulinarne detale, które własnym sumptem załatwię i dożyć do poniedziałku, który będzie kolejnym normalnym dniem. Choć ta moja normalność bywa inna od normalności innych. Ostatnio przy rozmowie z mamą najlepszego kolegi Kleszczyka ona podzieliła się uwagami, które poczynił jej syn po dosyć częstych wizytach u nas. Za każdym razem jakoś tak się działo, że moja normalność powodowała pytania wobec własnej matki. A dlaczego my nie chodzimy na pokrzywę? To po wspólnej wyprawie na łono natury, gdzie zabrałam obu małoletnich. A skoro już tam byłam, to jakoś tak przy okazji... Jego mama w razie potrzeby załatwi sprawę w pobliskiej aptece. Dlaczego nie pieczesz chleba? Czemu nie pieczesz ciasta? Czemu nie robisz tego, czy czegoś innego, co robi mama Pawła? Cóż każdy jak widać miewa inną normalność, która powoduje porównania do własnej. Może podobnie jest z przyzwoitością?...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TOLERANCYJNI I ŚWIATLI
Notatkę dodano:2017-04-26 17:22:38

Siedzę na fryzjerskim foteliku, ignorując trajkot zajmującej miejsce obok innej klientki zakładu. Jej słowotok trwa nie pozostawiając po sobie żadnych moich emocji. W jakiejś obojętności nie jestem nawet w stanie się nim zirytować ani zainteresować. Niczym bzyczenie mało namolnej muchy staje się tolerowane. Niech sobie gada. Nie robią na mnie wrażenia spadające na podłogę kosmyki włosów. Fryzjerka zaskoczona po raz kolejny moją inwazją bez zapowiedzi, dziś nie do końca ufa wyartykułowanej decyzji. Jakby dając mi czas na rozmyślenie się i odstąpienie od niej, robi kolejne podejście skracając to, co pozostaje na mojej głowie. Pierwsze pięć centymetrów obciętych włosów walając się na podłodze stanowi tylko preludium do kolejnej warstwy, która za moment jeszcze się zwielokrotni. Na moje stanowcze „ niech pani tnie tak, byleby tylko móc to związać w jakiś kucyk” niepewną reakcją staje się prośba o pokazanie ile ma zostać. Wcześniejsza niewiara zostaje zniwelowana na tyle, by stwierdzeniem „ja mogę ciąć, jak pani chce...” w moim przyzwalającym milczeniu, z trajkotem sąsiadki w tle, dokonać dzieła zaprzepaszczenia paru miesięcy uporczywego zapuszczania włosów. Odrosną, o ile im pozwolę, albo skrócę jeszcze bardziej, o ile tak zapragnę. W tym momencie obojętne mi ile ich pozostanie na głowie, a ile będzie za chwilę zamiecione z podłogi. Inne myśli zaprzątają moją głowę. Za parę chwil spotykam się z dobrą znajomą, i nim to spotkanie nastąpi zabijam czas myśleniem o różnościach które dzieją się we mnie lub koło mnie. Jak wielki wpływ mamy na to co się wydarzy, ile sami możemy a ile dzieje się wbrew nam. Myślę sobie o schematach w które obrastamy i które stają się pewnikami z których nie potrafimy zrezygnować.

Tu, gdzie pracuję została zatrudniona osoba z Ukrainy. Pierwsze skojarzenie spowodowane pojawieniem się jej mogło być różne, w zależności od tego czym przesiąkliśmy, jaka wiedza czy też wizja w nas istnieje. Oczywiście rozwieje się to lub przeobrazi w miarę upływającego czasu. Okazało się, że to nie Ukrainka tylko osoba z polskimi korzeniami w rodowodzie. Już klasyfikujemy ją inaczej, jakiś schemacik mógł runąć, by w jego miejsce wsunął się kolejny. Słyszalny w mowie wschodni zaśpiew nie świadczy o niczym, bo jak się okazało niejedna moja koleżanka z pracy nie mogłaby się pochwalić takim zasobem słów czystej mowy ojczystej. Po paru rozmowach moja wiedza o tej osobie rozszerza się o kolejne aspekty. Jej nieudawane oburzenie, kiedy jakiś staruszek, którym miała się opiekować próbował poszerzyć standardową opiekę o specyficzne usługi damsko- męskie. Żal słyszany w słowach „przecież ja mu nie dawałam powodu do takiego traktowania”, jej „dlaczego?” pełne niezrozumienia dla zaistnienia takiej sytuacji. Ktoś miał w głowie schemat rosyjskiej, czy bez wnikania w narodowość, ukraińskiej tirówki, i ten schemat próbował wypróbować na osobie, która o istnieniu takowego choć wiedziała to nigdy by nie przypuszczała by stać się jego obiektem. Zapewne jeszcze parę razy będę tłumaczyć się za swoich rodaków, których na swojej drodze napotykała i zostawała przez nich sprowadzona do poziomu na który nie zasłużyła. Mianujemy się narodem tolerancyjnym, tacy chcemy się sobie wydawać, jednak nasze czyny czy słowa nijak nie przystają do własnego mniemania.

Ostatnio czytałam książkę „Czerwony alert” Bila Browdera. Rozbudzona ciekawością opisywanych wydarzeń chciałam coś więcej sprawdzić czy się dowiedzieć. Natrafiłam na YT wywiad z autorem przeprowadzony przez dziennikarza „Wprost”. Wysłuchałam, zjechałam na komentarze i jak się okazuje znalazł się jeden, prawomyślny rodak z szerokimi horyzontami myślowymi, który nie omieszkał podzielić się swoją jadowitą złotą myślą. Bo nie ważne okazało się sedno książki czy też jej przesłanie. Najważniejszym było, że autor jest Żydem, że przeprowadzający wywiad dziennikarz hołduje innym wartościom niż komentujący troll. Wszystko inne jest nieistotne. To co nie po mojemu należy zburzyć, zrównać z ziemią, bo przecież jedyna słuszność jest po mojej stronie, a kto nie z nami ten przeciw nam. I czy takie zachowania tak bardzo różnią nas od wszystkich bojowników za swoje słuszne sprawy. Idąc dalej i trwając w pewnych ograniczających schematach czy nie upodobnimy się do tego co ganimy?

 

PS. Książkę „Czerwony alert” polecam, bo jak się okazuje to co się czasami wydaje bywa zupełnie nie takie w rzeczywistości, a rzeczywistość lepiej żeby nigdy w takiej formie nie miała miejsca.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 180712
Osób: 162757