Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NIENORMALNA NORMALNOŚĆ
Notatkę dodano:2015-10-26 20:38:23

Niechciany, niewykorzystany prezent dłuższego snu wydawał mi się powodem lepszego humoru. Od początku miałam świadomość, że ten niematerialny, odgórnie sprezentowany mi czas w postaci jednej dodatkowej godziny nie zostanie przeze mnie przyjęty. Dwa razy do roku toczę walkę z nawykami, które okazują się być mocniejsze od możliwości dłuższego snu. Mimo, że nie przyjęłam tej sprezentowanej sześćdziesięciominutowej darowizny w jakiś sposób poprawiła mi ona humor. A może za przyczyną paru nut, które w złodziejski sposób ściągnęłam z oceanu internetu, a które w ten ciemny przedświt towarzyszyły mi w drodze do pracy, dodając jakiejś dobrej energii, dane mi było iść lekko i nawet bez przymusu uśmiechać się do otaczającej bezludnej pustki. Nie potrafię znaleźć przyczyny własnych wahań nastroju. Tak jakby to co w moim środku tańczyło jakiś szalony taniec różnorakich odczuć zupełnie bez mojego udziału. Przecież nie mogę zwalić całej winy za swoje odbiory na aurę, na otoczenie czy też moje własne sprawy. Wczorajsza aura przecież niczym się nie różniła od tej parę dni temu a mój środek aż skakał od nadmiaru jakiegoś poczucia szczęścia. Zwyczajna pracowita niedziela, ani lepsza od innych, ani gorsza. Ciemno poranka takie samo jak przedwczoraj czy tydzień temu. Żółto oświetlające otoczenie latarnie nic nie zyskały na swojej mocy, a jednak jakby ukazywały świat w innej barwie. Odzielenione liście lip, które w środku dnia aż lśnią żółcią, w tym sztucznym świetle bajkową przejrzystością bieli zdawały się odciskać ślad w mojej pamięci. Tak było inaczej choć przecież niczym innym zarazem nie było. Samotny marsz w rytm nut niesłyszalnych dla postronnych, z każdym krokiem wzmagał ochotę na jakiś taneczny kroczek przemycony po wilgotnym chodniku. I tak bez przyczyny, stałam się dziwnie lżejsza o prozaiczne sprawy codzienności. Jeszcze nie dotarłam do złotego środka by częściej odczuwać tę lekkość duszy. Może nigdy go nie znajdę, a takie poranki jak wczorajszy są mi dozowane na zasadzie odgórnych losowań, bez żadnego logicznego wytłumaczenia. Niematerialna wygrana, którą należy zauważyć i się nią cieszyć. Dane mi było i jedno, i drugie. Z biegiem dnia nadprzyrodzone moce topniały wraz z przybywającym zmęczeniem fizycznym. Wtedy żałowałam, że darowanej godziny snu nie potrafiłam przyjąć. Że późne popołudnie też byłoby tak lekkie i pełne odczuwalnego wewnętrznego szczęścia. A tak gdzieś się całe dobre czucie rozmyło, znikło pozostawiając pewien niedosyt. Jeszcze ostatnim wybuchem jakiegoś dynamizmu chęci, wraz z nastaniem popołudniowych ciemności stwierdziłam, że może po raz ostatni wyruszę z odsieczą przeciwnikom partii nielubianej. Niech nie będzie samowładzy, bo taki stan odbije się wielką czkawką dla pozostałych. Nie wierzę w małego człowieczka, bo jego oblicze jest odstręczające w moich oczach. Nie potrafię zaufać temu typowi ludzi. Tak mam i zmienianie własnych odczuć w tym temacie jest podobnie niemożliwe jak mój sen do dziewiątej rano. Nie wierzę w obietnice, które nie karmią, nie sycą dając tylko chwilową iluzję. A najbardziej mierzi mnie twardy fanatyzm. Wiem, że podobnie fanatyczni wyznawcy innych partii działaliby na mnie powodując obronną reakcję sprzeciwu, jednak chyba największe bunt budzi osoba przywódcy rzutująca na całość bez możliwości rozdzielenia tak dalece, bym mogła zapałać choć iskrą sympatii. Wyruszyłam więc celem spełnienia obywatelskiego obowiązku, wyrażenia swojego protestu, dając szansę na przeciwwagę niechcianego. Nie udało się, i stoję obecnie po stronie paru milionów niezadowolonych obywateli, którzy kolejny raz na tej politycznej huśtawce doznają zawrotu głowy. Nie z radości, nie euforycznego uniesienia, tylko poczucia wewnętrznych mdłości. Obawiam się, że moje mdłości to będzie teraz stan często odczuwalny, a może odetnę się na tyle skutecznie od kurtyzany polityki, że nastąpi poprawa mojego układu trawiennego. A jeśli nigdy nie dane mi będzie doczekać życia w normalnym kraju?.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


POZORY WŁASNEGO DNIA
Notatkę dodano:2015-10-23 16:24:47

Trafiają mi się dni na własność. Stwarzają pozory, że akurat w czasie ich trwania będę panem i władcą tego trwającego czasu. Wydaje mi się, że mam moc podejmowania własnych decyzji i wykonawstwo wedle swoich reguł. O, ironio, nawet cieszę się z tego, zapominając o pewnym drobiazgu. To jak bakteria, jak wirus, namolny owad potrafiący uprzykrzyć wieczorny spacer pod gwiazdami, czy zniweczyć szlachetne zdrowie plugawą chorobą. Cała moja mocarność gdzieś się rozmywa, słabnie radość, naprężony balonik wiotczeje wobec przeciwności niszczących wydumane wizje samodzielnych rządów nad czasem. Tak i mi przytrafił się dziś wolny od pracy dzień. W całej naiwności rozpoczęłam realizację zamierzonych spraw krótką dla siebie przyjemnością, nudzącymi obowiązkami byle przejść do słodkości lenistwa. Choć chwilę, kawałek... . I kiedy wyobraźnia już podsuwała wizję smakowitej realizacji własnych planów, kiedy już wszystkie „muszę” były po księgowej stronie „ma”, nastąpiło małe bum, większe trach i cała reszta wolnych godzin rozmyła się niczym sen złoty. Przeorganizowanie, slalom i odrobina życiowej gimnastyki, w tle których jakiś odcień żalu za niewykorzystanym darem czasu. Kolejny raz utwierdzam się w niejasnej pewności, że moje plany, czegokolwiek by nie miały dotyczyć, spełniają się iluzorycznie i w stopniu dalekim od pewności. Jutro rozpoczynam siedem dni pracy, nawet nie próbuję czegokolwiek związanego z prywatnym czasem zaplanować. Jeśli cokolwiek będzie miało się wydarzyć stanie się niejako poza moimi wyobrażeniami czy wizjami. Nie zakładam nawet zalążka wiary w fakt, że pojawi się możliwość czasu na własny użytek. Jeśli się pojawi zapewne będzie okupiony ten czas szybszym biegiem przed i po, zaoszczędzony. Luksusu możliwości dzisiejszego wolnego nie powtórzy. Widocznie taka zagrywka tych na górze ma jakiś niezrozumiały dla mnie sens. Może nie chcą mnie przyzwyczajać do zbytniego dobrobytu, skoro od lat dziecięcych w wiecznym kryzysie wszystkiego człowiekowi przyszło żyć. Może chcą mi ofiarować coś w zmian, przecież dzień jeszcze się nie zakończył. Dowiem się w swoim czasie, ani wcześniej ani później, niż mi to zaplanowano. Ostatnimi czasy, choć wiele widzę, brakuje mi jakiejś iskry do opisywania wszystkiego tutaj. To takie mało istotne dla postronnych, nie ważne a częściowo nawet nie do naprawienia dla mnie samej. Tak jak nie do naprawienia jest człowiek, który wczoraj wyciągnął rękę po jałmużnę. Nie cuchnący alkoholem nurek, nie cwaniaczek, któremu brakuje do kolejnego trunku. Starszy pan, chudziutki, cicho zwracający się właśnie do mnie, przepraszająco i z jakimś zażenowaniem. Czy mogę naprawić tak ten świat, by nie trzeba było znaleźć się w „krytycznej sytuacji”, by każdemu poprawiło się na tyle by osiągnął taki pułap szczęścia i dobrobytu by nie musieć wyciągać ręki.

Co mogę zrobić by „mój leśny przyjaciel” przestał pić i poukładał sobie swoje sprawy tak, by nie dostać kolejny raz po gębie za pijackie pozbawione zahamowań zachowania?

Jaka jest moja moc, by sądzące się za pomówienia matki dzieci z klasy mojego syna, potrafiły pojednać się na tyle prawdziwie by ugoda, którą zawarły w poniedziałek nie powodowała wrogiego patrzenia jutro czy pojutrze, a szczerość intencji nie była gestem wygranej?

 

Nic nie mogę uczynić, mogę patrzeć, mogę się nie zgadzać lub pochwalać ale naprawdę nic nie jestem w stanie zmienić ze spraw, które się dzieją tu i teraz. Zresztą nawet własnego wolnego dnia nie potrafię okiełznać, to cóż mówić o ważkich sprawach otoczenia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SMAK NIEPEWNOŚCI
Notatkę dodano:2015-10-21 22:35:37

Niewiele różniące się od siebie mijające dni. Jakieś sprawy przechodzą w czas przeszły, inne dopiero mają zamiar się wydarzyć. Jeszcze nie mam ich zaistnienia świadomości, zapewne nawet nie domyślam się, że one będą i jakie będą. Może właśnie w tym niewiadomym tkwi pewien smak naszego życia. Zawsze można mieć nadzieję na coś dobrego za czasowym winklem. Głupi ludzie wydają krocie by odkryć choć część przyszłości. A później nic innego nie robią tylko każdego dnia wyczekują, że właśnie nadeszła ta chwila, która ma odwrócić bieg ich życia. Żyją pewnością nieodwracalności przepowiedni. Wizja zdrady, proszę bardzo, już oczekuję kiedy też zostanę zdradzony. Wyostrzam zmysły, widzę więcej niż się dzieje, dostrzegam niedostrzegalne, wpatruję fałszu jakichś symptomów i mikroskopijnych oznak. A może coś z innej beczki, może tragedia choroby, wypadek, jakieś nieszczęścia. Wystarczy tylko dać choć cień możliwości zaistnienia, zasiać ziarenko krążącego fatum. Nie trzeba prawdziwego nieszczęścia, wystarczy sama wizja. Naszą wiarą w kiepską przyszłość zdarza się że tego życiowego pecha do siebie jakbyśmy przyciągnali. A może nawet swoim wyolbrzymiającym myśleniem sami siebie unieszczęśliwiamy. Bo nic mi się w życiu nie udaje, bo ciągle wiatr w oczy, a droga wiecznie pod górkę. Z tego miejsca oczywiście wszyscy wokół mają lepiej, nie upadają, nie liżą ran, które nam się wiecznie przydarzają. Wszystkie życiowe nieszczęścia czekają przecież tylko na nas. Wystarczy uwierzyć, bo przecież niektórym wiara w takie smutne fatum nadspodziewanie łatwo przychodzi. Jak trudno poddać się pewności, że za chwilę jakieś wielkie szczęście zapuka do naszych drzwi. Jak wiele wątpliwości zaczynamy mieć gdy tylko coś dobrego ma się dziać. Może to nie dla mnie przeznaczone, może nie udźwignę, może jednak lepiej nie próbować. Strach przed porażką paraliżuje możliwość uwierzenia, a i przepowiadacze nie snuli wizji dobrobytu tylko ostrzegali przed cieniem nieszczęścia. Nie zawsze potrafimy na równi mocno poddać się obietnicy czegoś dobrego. Może taka nasza wadliwa ludzka konstrukcja, a może brak pewności siebie i wiary w dobre jutro. A może generalizuję i w całym ludzkim stadzie tylko niewielki promil w gatunku stanowią ci, którym łatwiej wmówić przepowiadaną ciemniejszą stronę życia. Jest strach, obawa a z drugiej strony tej huśtawki siedzi sobie dostojna nadzieja, że jednak nie wszystko co sobie ubzduramy, lub ktoś nam przepowie w całej krasie czarnowidztwa się spełni. Tu też wkracza w nasz teren nieobliczalność przyszłości. W całym swoim realistycznym podejściu do życia, odsunięciu w zupełne nieużywanie wszelkich zabobonów, niewiara moja w wizje przyszłości przepowiedzianej przez cudownych jasnowidzących jest tak wielka, że pożytku oni ze mnie nie mają żadnego. Nie wzbogacą się ani im nie ubędzie dzięki mnie, bo nasze drogi całkowicie się rozmijają. Ani telefoniczni magowie przyszłości ani całkiem realne „wróżki” czy też „wiedźmy” pod różną postacią nie będą miały ze mnie żadnego pożytku. Moja niewiara może powoduje niespełnialność lub blokuje możliwość zaistnienia sytuacji wypatrzonych w przyszłości. Wiele lat temu za namową koleżanki złożyłam wizytę pewnej kobiecie, która miała odkryć przede mną przyszłość. Mój sceptycyzm widocznie był tak silny, że skutecznie zasłonił dalekosiężne wizje. Nie czekałam na wydarzenia, które wedle tej osoby miały mi się przytrafić. Zupełnie nie przywiązałam wagi, a nie oczekując po czasie zapomniałam zarówno o wizycie jak i mających mnie spotkać sprawach. Później jeszcze próby przedstawienia mi mojego dalszego żywota podejmowała pani u której mieszkałam na stancji w ostatniej klasie szkoły średniej. Przez grzeczność uczestniczyłam w tych popołudniowych niedzielnych seansach w archaicznym pokoju ze specyficzną atmosferą. Żeby nie robić przykrości przekładałam karty na trzy kupki, z jakimś rytualnym porządkiem i nienaruszalną kolejnością. Wszystko czyniłam wedle instrukcji, tylko jedno było sprzeczne z całą ceremonią. Moja wiara w spełnienie. Może tą niewiarą, spowodowałam że nic z tych wróżb się nie spełniło. A może po prostu nie chciałam wiedzy o dobrym i złym, bo moment na te wszystkie sprawy i tak byłby nie znany, a czekanie każdego dnia na spełnienie było ponad moją cierpliwość. To już lepiej niech mnie życie zaskakuje, niech smakuje tym smakiem niepewności, zaskoczenia i choć nie zawsze ten smak daje euforyczne uniesienie fakt, że się czasami takowe zdarza, ma swój sens.  


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


OPRÓCZ BŁĘKITNEGO NIEBA
Notatkę dodano:2015-10-15 19:03:06

Jedna z jesiennych oczywistych oczywistości każdego dnia inna, a zarazem w pełni wytłumaczalna. Poniedziałek, wietrznie, słonecznie i zimno. Wtorek bezwietrznie, słonecznie za sprawą szalika mniej zimno. Środa, jeszcze w swoim zaczątku wcale mi się nie podoba. Chlupie, szaro, mglisto i ponuro. A to wszystko ma za każdym razem swoje jednakowe wytłumaczenie- jesień. I nie można nic z tym uczynić, niczego zmienić, bezboleśnie oswoić. Próbuję na przekór odczuwaniom zachowywać choć odrobinę humoru. Przyklejam grymas uśmiechu, który nie całkiem z mojego środka wychodzi. A za czorta nie umiem wykrzesać entuzjazmu. Nie pomaga gimnastyka, rzadkie wypady na basen, dostrzeganie kolorów. Fakt bezszelestnego opadnięcia przez jedną noc prawie wszystkich liści z jesionów, które jeszcze złudną nadzieją zieleni były ubarwione, jakoś przygnębiająco oddziałuje. Może fakt, że w jakimś chińskim horoskopie akurat jesionem mam być, gdzieś mnie z tymi drzewami identyfikuje. W takie zimno zrzucić odzienie to wbrew naturze. Powiedzmy wbrew mojej naturze. Już zaprzyjaźniłam się z szalikiem, zimowa kurtka w centrum uwagi, ręce w bezrękawiczkowej nagości próbują odnaleźć ciepło kieszeni. A jednak nawet ta odzieżowa próba odgrodzenia się od wszystkich objawów jesieni nie jest na tyle skuteczna bym prawdziwie się z niej cieszyła. Może ten spadek odczuwań to wynikowa absorbujących spraw, które się dzieją lub w niedalekiej przyszłości się wydarzą. Nie pocieszający jest fakt, że chandra jesienna podstępnie atakuje też innych. Wcale w tym gronie nieznanych zachandrowanych mi nie lepiej. Zresztą fakt nieuchronności raczej destrukcyjnie niż budująco na mnie działa. Jedyne, słabiutkie pocieszenie to moje próby przezwyciężania. Nie poddawanie się chęci całkowitego otępiałego lenistwa. A może to nie chęci, tylko siła rozpędu ku obowiązkom, które muszą bo tak wypada, które trzeba bo konieczność. Wypełniając pewną konieczność w jej tle słyszę słowa piosenki „... oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba..”. Zawsze lubiłam ten tekst, tą uspokajającą bez nagonki na hit muzykę. I wartość pewnego przesłania, które tak bardzo chciałoby się we własnym życiu wprowadzić. Im bardziej by się chciało tym bardziej okazuje się to nie możliwe. Nie wystarczy samo zadarcie głowy w kierunku błękitu by odczuć, że już wszystko staje się na miejscu, że niczego więcej się nie pragnie. Konsumpcjonizm? Żądza posiadania? Przyziemność? Nawyki? Konieczności? Czy to wszystko to krótki wycinek ze słowami „....oprócz kawałka chleba..” . Ten skrótowy kawałek chleba rozrasta się w naszych zachowaniach i już samym błękitem nie potrafilibyśmy żyć. A jednak to pragnienie, gdzieś w zakamarkach, czasami w jesienną chandrą i mglistością otulone dni istnieje i cichutko daje o sobie znać. Zadzieranie głowy w sam błękit niewiele przyniesie. Bez zmiany nastawienia nie sprawi poczucia nasycenia. Ten błękit stanie się tylko odległym, niematerialnym pięknem, nie wystarczającym do życia. Tylko czy my, potrafimy zmienić swoje nastawienie na tyle, by nie brakowało nam do szczęścia tego wszystkiego czym przesiąknęliśmy, w co wrośliśmy i w czym tkwimy. Nawet jeśli to coś nie zawsze daje nam szczęście i zadowolenie, nawet jeśli nie do końca czujemy się spełnieni. Umiejętność rezygnacji z tego ogromu wszystkiego co poza niematerialnym błękitem coraz bardziej przywiązuje nas do materialnej ziemi i nie ma w nas, we mnie, siły na wskoczenie w marzenia, w których wystarcza tylko ten błękit. I choć to takie uwznioślające, dające poczucie wolności, oderwania od cisnących ram i schematów zarazem przytłaczane prozaicznym przymusem. Przymusem konieczności zapłacenia rachunków, składki na ubezpieczenie, zakupu zimowych butów dla Kleszczyka czy też innych fanaberii bez których bycie w społeczeństwie staje się nie możliwe. I niestety nie wystarcza już tylko błękit, on staje się tylko daleką mrzonką odkładaną na kiedyś. Bo okłamuję się, że może kiedyś będę potrafiła oderwać się od twardej ziemi by znaleźć wystarczająco dużo radości zapewnionej niematerialnym błękitem, i odległą górą, i czymś co na pewno czeka na mnie gdzieś za horyzontem.

 

 

PS. Notatka wczorajsza z przyczyny odgórnej ingerencji sił nadprzyrodzonych, technicznych anomalii oraz zamkniętego okienka na świat szeroki, ukazuje się dopiero dziś co i tak niewiele zmienia. Przemyślenia się nie zmieniły, aura w dalszym ciągu chlupocząca, smutny, załzawiony październik... 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE TYLKO JA JESTEM DZIWNA...
Notatkę dodano:2015-10-09 22:38:55

Powstawały moje notatki, gdzieś nie wychodząc poza własny zapiecek sobie trwały. Może kiedyś w przypływie własnego widzimisię opuszczą to miejsce, a może w nim pozostaną nie zbrukane obcymi oczyma. Sporo się działo spraw, które absorbowały zbyt mocno. Zawładnęły myślami, powodowały swoistą rewolucję w moim postrzeganiu świata, utwierdziły w wyższości obłudy i fałszu nad moim pojęciem normalności. Gdyby nie fakt, że spotykam na swojej drodze osoby, które widzą podobnie jak ja, zastanawiałabym się nad szeroko rozumianą własną psychiką. Bo przecież może to ze mną jest coś nie w porządku. Dzięki tym kilku osobom mogę mieć nadzieję, że mój pogląd na życie nie wymaga specjalistycznej terapii, że nie jestem wyjątkiem wymagającym gruntownego leczenia. Jeśli nawet bywam zwichrowana to nie samotnie. I tak mną te ponure sprawy wstrząsały, tak drenowały moje myśli, że nawet dzisiejszy pobyt na basenie był nimi zdominowany. Jednak woda swoją obmywającą strukturą niejako rozrzedziła stężenie złych myśli. Gdzieś część z nich się wypłukała, i choć wiele mogę zarzucić własnej koncentracji, jeszcze nie do końca pełnej, po tej wizycie stałam się odrobinę lżejsza. Dusza nabrała lekkości. A może po dogłębnym przegryzieniu problemu zwyczajną koleją rzeczy sprawy już mniej kanciaste, dały się do siebie przyzwyczaić i przywyknąć. Nie na wszystko daję przyzwolenie w swoim myśleniu, ale skoro czegoś nie mam mocy zmienić... . Wracam ze swojego miejsca wytchnienia, mój świat staje się przyjaźniejszy. W domu czeka na mnie mąż, który aktywność zawodową w tym tygodniu odbywa na popołudniowej zmianie. Kleszczyk w szkole. We mnie jeszcze kipią jakieś endorfiny, które widocznie wraz z wodą przeniknęły do środka. Jakieś telefony od mojego banku, z usilnym namawianiem na kredyty, których w żaden sposób nie potrafią mi wcisnąć. Pani próbuje z każdej strony wgryźć się w temat, a ja wciąż zbywam ją nie do końca poważną rozmową. Po kilkunastu minutach widocznie straciła nadzieję na moje zmiękczenie, natomiast małżonek z pełnym podziwu wzrokiem stwierdził wielkie pokłady cierpliwości. Moje, nie pani z banku. Dziś spodziewam się jeszcze wizyty kuriera, choć bez awizacji, więcej w tym spodziewaniu jakiejś intuicji niż pewności. Jednak niech się wali czy też pali, w myśl słów pewnej lekkiej pioseneczki, „ gdy nie ma w domu dzieci to jesteśmy niegrzeczni...”. Tak sobie przez chwil parę byliśmy niegrzeczni by pewnym utartym schematem czy też konsekwencją czynów mało obyczajnych zapaść w krótki sen. Długości snu nie planowaliśmy, co skrzętnie wykorzystano gdzieś w komórce planowania na górze. Kolejny telefon. Znowu mój, jakby przeklęta maszynka zupełnie nie wyczuwała niestosowności pory dzwonienia. „Mężu kochany odbierz”, prośba karkołomna z uwagi na obecność telefonu w zupełnie innym pomieszczeniu, z uwagi na pełen niewyszukanej gali strój pierwszych emigrantów z raju przed niepomną rozmową z wężowym przedstawicielem. Ale przecież po drugiej stronie telekomunikacyjnych zakrętasów nie widać ani co, ani jak, ani kto. Okazuje się moja intuicja z jakimiś przebłyskami raz na wiek odzywa się całkiem szczerze, a telefonującym okazuje się kurier z dostarczaną mi przesyłką. Mąż niewiele mi mówiąc o wynikach tej rozmowy pośpiesznie się ubiera i bez słowa wychodzi. Strój Ewy może być jeszcze przez chwilę moim odzieniem bez potrzeby korekty. Jednak nim dogłębnie mogłam się rozkoszować ówczesnym kanonem całkiem wygodnej mody ponownie dzwoni mój telefon. Niekrępująca ruchów odzieżowa nicość nie przeszkadza w odebraniu bo przecież po drugiej stronie.... . Okazuje się ponownie dzwoni intuicyjnie zesłany kurier. „ Mam przesyłkę, czy wyjdzie pani czy mam wnieść?”. Propozycja wyjścia zupełnie nie współgrała ani z moimi chęciami ani kanonem wyznawanej aktualnie mody.

„Proszę wnieść”. W tym momencie oprócz spiesznego narzucenia mężowskiego szlafroka, gdzieś w podświadomości głośno tłucze się myśl: tak właściwie to gdzie się podział właściciel wspomnianej sztuki garderoby. Skoro nie wyszedł do kuriera, cóż tak nagle wygoniło go z mieszkania. Zaciąganie w supeł paska zbiegło się z łomotem w moje drzwi. Sposób pukania nie należał do żadnej z dotychczas wypróbowanych kategorii. To było coś pomiędzy walnięciem głową lub barkiem, choć z uwagi na pusty dźwięk stawiam na pierwszą wymienioną część ciała. Otwieram drzwi w których stoi mężczyzna z moją przesyłką, i pytaniem na ustach „ ma pani długopis?”. Człowieku, kalasz moje minuty małżeńskiej intymności, gdzieś powodujesz zniknięcie mojego ślubnego i jeszcze wymagasz ode mnie długopisu? . „Nie mam” jest oczywiście wierutnym kłamstwem, bo długopisy to od wielu lat z wielkim uwielbieniem zbierane przedmioty i w różnych zakamarkach wala się ich pewnie ilość wystarczająca do narysowania linii dłuższej niż równik a kto wie, czy nie wielokrotności tejże długości.

„To ja za panią podpiszę”. Podpisz człowieku i znikaj, bo przecież muszę zlokalizować własnego męża, co to się dziwnie ulotnił.

Okazuje się, mąż w chwilę po wyjściu „Intuicyjnego” pojawił się sam z siebie, bez żadnego przymusu z mojej strony. Chwilę trwało wyjaśnianie całego galimatiasu. Jak się okazało, „Intuicyjny” zadzwonił za pierwszym razem i poprosił czy nie można by było podejść pod jedną z sąsiednich klatek drugiego bloku, bo on tam jest. Mój zrelaksowany mężczyzna dobrodusznie zgodził się po czym w tempie alertu narzucił na strój Adama strój własny i poszedł w kierunku wskazanym telekomunikacyjnie. „Intuicyjnemu” widać nie chciało się czekać, lub w naturze mając mieszanie w czyimś życiu wykonał kolejny telefonik celem nakłonienia adresata do odbioru tego co dla niego ma już przed jego własną klatką. Swoją drogą dobrze, że nie przyszło mu do głowy objechanie wszystkich klatek mojego osiedla z każdorazowym telefonem...

 

Po raz pierwszy trafił mi się taki kurier, a może to znowu ja coś źle odbieram... Bo przecież nie ma tu nic do śmiechu, a ja jakoś nie umiem się od niego powstrzymać.... .


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


PIERWSZEŃSTWO GŁUPOTY
Notatkę dodano:2015-09-30 21:24:17

Zielenie usuwają się przed dynamicznymi czerwieniami, żółcie dobitnie akcentują swoją obecność, brązy zasiedlają coraz większe połacie. Szelesty współgrają z ciszą. Zanikły świergoty ptactwa o poranku, zmiękczyły się zamglone kontury, więcej strachów i obaw za ciemnościami dłuższej nocy. Coraz częściej nostalgiczne smuteczki zajmują miejsce słonecznemu optymizmowi, tak jakby przybywały na tych nisko wiszących chmurach. Zamiast deszczu opadają na nas i choć niewidoczne, niby nieistniejące, gdzieś wydają się wypełniać atmosferę. A my pośród tego corocznego przeistoczenia ospali, znużeni, smętni. Więcej w nas niezadowolenia, a małe pozornie nieistotne sprawki urastają do rangi tragedii. Już wiemy, że te wszystkie zmiany choć nieuniknione i rokrocznie powtarzalne prowadzą w stronę szarości i zimna. A przecież tak niewiele potrzeba by wszystko widzieć w jaśniejszych barwach. Odrobina słońca, cieplejsze tchnienie i świat od razu staje się przyjaźniejszy. Wiem, że nie powinnam narzekać. Wrzesień wcale nie najgorzej się sprawił. Nie było pluchy, szarości w znikomym procencie. Ale z racji tego, że wszystko to, co było stanowi przeszłość, nie pamiętamy widząc wyobraźnią to co za chwilę. Zimne poranki i perspektywa cieplejszego popołudnia doprowadzają do codziennego dylematu odzieżowego. Żeby nie zmarznąć, by się nie przegrzać, by zbyt wiele nie nosić lub za dużo nie ściągać. Młody jeszcze próbuje toczyć walki z panią ze świetlicy. Ona autorytetem dorosłości nie pozwala na zbyt wielki negliż, a on niedoświadczonym, upartym dzieciństwem kolejne warstwy aż do podkoszulka z siebie zrzuca. Codzienna reprymenda, kazanie bez skutków. Następnego dnia południowe promienie słońca ponownie odbiorą jakiekolwiek racjonalne myślenie Kleszczyka i po raz kolejny nastąpi starcie ciepłego z zimnym, mądrego z nierozumnym. Próba sił pomiędzy dorosłym, który wie lepiej a dzieciakiem próbującym postawić na swoim. Upór każący udowodnić, że choć inaczej to i tak będzie po mojemu. Nie liczy się czy mądrze, czy zdrowo, liczy się własna decyzja. Życie koryguje nasze zachowania, mądrzejemy doświadczeniami i nim zrobimy coś bezmyślnego udaje nam się czasami przed postawieniem ostatniego kroku przystanąć. Chwila zastanowienia i nie stawiamy nogi tam, gdzie pierwotnie był zamiar. Odwracamy się, zmieniamy kierunek, zarzucamy wybrany projekt. Bo już wiemy, że nie ma on sensu. To chyba oznaka jakiejś dojrzałości i pewnego rodzaju mądrości. Nie wymagam, by drugoklasista posiadał ten stopień doświadczenia, który spowoduje trafne decyzje. Wkładam więc w głowę ile mogę od siebie z przykazaniem posłuszeństwa mądrzejszej pani świetliczanki. I zarówno jego niesubordynacja jak i moje napominania są tu na miejscu. Gorzej jeśli dorosły z wiarą we własną inteligencję z niedorosłym uporem robi głupotę w myśl zasady, że mam prawo robić tak jak chcę. Coś udowodnię robiąc na własny choćby nierozumny sposób. Gdzieś zatraca się racjonalizm byle tylko udowodnić własną siłę postawienia na swoim. I zdarza się będąc obserwatorem widzieć brak logiki w jakimś zachowaniu. Jeśli bzdurne decyzje podejmuje równoprawny kolega czy współpracownik pół biedy, można chociaż spróbować przedstawić własne zdanie. Przyjmie czy nie, ale ze swojej strony próbowaliśmy w jakiś sposób pomóc w nieuczynieniu głupstwa. Gorzej rzecz się ma jeśli ewidentne głupstwa czyni przełożony z aspiracjami do nieomylności. Cóż można by powstrzymać nierozsądne działania? Napominać nie przystoi, a i nie każdemu w smak krytyka, którą odbiera niczym personalny atak na osobę nie na głupi czyn. Obrazić się? Byłoby to oznaką równie dziecinnej postawy. Co w takim razie pozostaje? Udawać, że nie widzimy? Tolerować, w duchu klnąc na czym świat stoi? Zobojętnieć lub udawać zobojętnienie? W niektórych przypadkach nie pozostaje nic innego jak nauczyć się żyć tuż obok głuporoba, zamknąć oczy, policzyć do stu wykonując parę głębokich wdechów. Nie da się uspokoić w zapędach niemoty, to przynajmniej siebie nie frasujmy naprawianiem czegoś, co nie do naprawy. Bywa nie jest łatwa ta stoicka postawa wobec cudzej głupoty, która aż boli samym faktem zaistnienia. Właśnie wchodzę w czas liczenia, oddechów i próby zobojętnienia. Może po tak wielu latach tułaczki życiowej uda mi się sztuka przemilczenia czegoś, co doprowadza do wewnętrznego wrzenia. A może trzeba będzie uczynić jakiś zmieniający kierunek mojego życia krok, byle zejść z drogi przed upartą głupotą, z którą nie zawsze mi po drodze.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BYLE NIE ODPUŚCIĆ
Notatkę dodano:2015-09-28 21:48:59

Pracowite siedem dni za mną. Przebiegły jak i cały ten mijający już wrzesień. Wrzesień obietnic. Po raz kolejny zwykli obywatele mają podane na tacy ogromne ilości pięknych słów. To już nawet nie jest kiełbasa wyborcza. W tych wielu słowach obiecujących raj na naszej ziemi dla zwykłego Iksińskiego, jest zawarty cały, dalece posunięty objaw pogardy dla poziomu intelektualnego tegoż obywatela. Wyścigi obietnic, które nigdy nie zostaną spełnione. Po raz kolejny w ilościach nie do przejedzenia. Mi przejadło się już dawno, nie chcę słuchać ile mi przybędzie jeśli tylko dam szansę dla tego lub innego. Patrzę sobie właśnie na daleki obrzynek zaćmionego księżyca i wydaje mi się on bliższy niż ktokolwiek z obiecujących tu i teraz. Za osiemnaście lat, jeśli dane mi będzie dojść do tego czasu istnieje szansa, że ponownie będę mogła sobie popodziwiać podobne zjawisko. A może do tego czasu ziemska atmosfera stężenia politycznej głupoty ulegnie zmianie i już nie trzeba będzie odrywać się od tej rzeczywistości ku niebu.

 

Ten mijający wrzesień to tabuny uchodźców zalewające Europę. Wielkie sprawy, gdzieś jeszcze odległe i moje, takie zupełnie nieistotne. Po wakacyjnej przerwie już wszystko weszło w koleiny normalności. Więcej biegu, zarazem w sztywnych ramach obowiązku. Coś następuje po czymś. Praca, dom, szkoła Kleszczyka, godziny dla siebie, jakieś urywane chwile. Dziś z racji wolnego od zawodowych obowiązków tak, jak to ma przeważnie miejsce wyszarpuję chwilę dla siebie. Wszystko dopinane na ostatni guzik, tylko ten pędzący czas, który nawet na chwilę nie zamiaruje zwolnić. Chwilowe zwątpienie, może jednak dać sobie spokój? Może dać chwilę wytchnienia, zwolnić. Przecież mogłabym, po pałętać się w szlafroku męża do godzin południowych, poleżeć, poczytać, może zasnąć z nadzieją na nadrobienie sennych zaległości nawarstwionych od lat... Mogłabym, mogła tylko czy to rozmemłanie jest mi potrzebne do pełni szczęścia. Może jednak lepiej pokonywać ból ud, płynąc swoim tempem do wykonania narzuconej normy. Później nie zwalniając, nim dokładnie wyschnę biec na przystanek w tempie, które nie przystoi statecznej niewieście. Mąż kiedy usłyszał ile czasu miałam na dotarcie do celu stwierdził, że lubię adrenalinę. A ja po prostu wiem, ile czasu posiadam i ile mogę z niego wycisnąć. Trzeba jeszcze wskoczyć do szkoły po Kleszczyka i dokonywać kulinarnej ekwilibrystyki pomiędzy chęciami a możliwościami. Zbyt mało czasu na ekstrawagancje. Każda minuta jest wpasowana w tym moim wolnym dniu, jakby odgórnie już ustalono co w niej się wydarzy. Niczego niezapowiedzianego nie było. Nic się nie wydarzyło prócz momentów w których jakiś leniwy chochlik próbował zniechęcić do dalszej działalności. Chochlik karnie gdzieś w kąt odstawiany. Mąż bierze stronę chochlika : „ jak nie chcesz, to nie idź..”. Nie ważne to, że przez chwilę przemknie przez głowę cień zwątpienia, zniechęcenia. To nie jest powód dla którego warto rezygnować. Dziś odpuszczę z lenistwa, jutro z jakiejś innej przyczyny i doprowadzę do tego, że o usprawiedliwienie nieobecności będzie tak łatwo, że zupełnie pogubię się w sensie tego, po co to robię. Czasami wydaje się, raz czegoś nie zrobię, przecież to nic wielkiego, nadrobię. Jutro, pojutrze, za tydzień. Odkłada się sprawę do zrobienia. I może nawet naprawdę chcemy, nadrobić. Przynajmniej tak sobie tłumaczymy usprawiedliwiając zarazem. Jutro może jednak coś się wydarzyć i odkładamy na kolejny termin. Czasami coraz odleglejsze te terminy się robią aż zdarza się, że zapominamy lub przestaje nam się chcieć. Można się obejść bez wielu spraw, bez zapomnianych kontaktów, bez słów, których czas wypowiedzenia przeminął. A my nie wypowiedzieliśmy bo w pewnym momencie na krótką chwilę odpuściliśmy. Nie chcę jeszcze odpuszczać, może nawet ta notatka jest objawem pewnego pozoru zachowania samodyscypliny. Chochliku lenistwa jeszcze mnie nie pokonasz...   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MIGAWKA GWARANCJI SPEŁNIENIA
Notatkę dodano:2015-09-22 20:37:18

W moim harmonogramie zanosi się na przepełniony tydzień. Każdy dzień będzie rozpoczynał się ciemnym przedświtem. Nie mam na to wpływu. Tak jak nie mam wpływu na wiele innych spraw. Otoczona tą ciemnością jadę do pracy, bezwiednie wodzę wzrokiem po mijanych, ciemniejszych plamach niewidocznego krajobrazu. Tyle razy ta sama droga staje się moim udziałem, tak wiele przemyśleń w trakcie tych krótkich chwil zawieszenia. Różne sprawy rozpychają się po mojej głowie, zabierają czasami spokój, czasami wyciszają. A dziś tak sobie obserwując mijaną ciemność zauważyłam, że od dłuższego czasu nie pozwalam sobie na chwile bezsensownego, próżnego zapatrzenia. Przez cały dzień wodzę wzrokiem, omiatam, przyglądam się jednak zawsze gdzieś jest tego używania wzroku jakiś sens. Sprawdzam zeszyty Kleszczyka, przeglądam ubrania do prania, zaglądam, podglądam i w różnoraki sposób wykorzystuję zmysł wzroku, a nie robię tego ot, tak byle tylko nasycić wzrok. Nie patrzę w gwiazdy, nie zerkam na mijane trawniki w poszukiwaniu czterolistnej koniczyny, nie nadwyrężam wyobraźni horyzontami. Od jakiegoś czasu nie czynię niczego pozbawionego sensu. Wszystko jest po coś. Kontroluję, mierzę, a zapomniałam o robieniu czegoś tylko dla własnego chcenia. Nie patrzę za Wielkim Wozem, nie bratam się wizualnie z Księżycem, tak jakby zupełnie nic dla mnie nie znaczyło, że gdzieś daleko istnieje takie nieuchwytne dla mnie piękno dla samego wrażenia. Nie wiem, czym spowodowane to moje zagapienie bez postrzegania. Może za wiele normalności, a może tak czasami musi być, że przygnieceni prozą nie widzimy niczego ponad minimum. Nic nie dające zachody słońca, które przeminą, zmieniające koloryt chmury zmierzchu czy świtania. Nie dość, że to ulotne, niewiele warte, to jeszcze bałamucące nasze postrzeganie świata. Kto to widział by obłoki były fioletowo brązowe, komu się przyśniły widma ponad ciemnym lasem i czy to jawa, czy może objaw wariactwa. Może lepiej się nie zatrzymywać, udawać niewidzenie lub po prostu nie patrzeć, byle tylko nie zauważyć.

Idziemy z Kleszczykiem i pośród bezkresu błękitu nieskażonego żadną chmurką, nawet bez muśnięcia czegokolwiek obłokopodobnego zauważamy samolot. Maleńki punkcik bez widocznego śladu za sobą, bez huku czy nawet odrobiny warkotu. Wgapieni przez chwilę zastygamy w bezruchu, jakby nasze poruszenie miało coś zmienić w odległym torze lotu. Nic szczególnego przecież nie ma w takim widoku, i bez znaczenia ten mały punkcik dla naszego życia i kolejnych kroków. Za chwilę spuścimy głowy i pójdziemy dalej w codzienność. Jednak to nasze zagapienie ktoś zauważa. Starszy pan, widocznie bez wzajemności nas obserwował. Zadarte głowy coś dostrzegły, a on swoim steranym przez życie wzrokiem nie widzi powodu do takiego zatrzymania i bezsensownego patrzenia w nicość. Ciekawość zwyciężyła. - Co tam widzicie?.-Nic takiego, samolot... .

Czy był sens tak przystawać? Przecież ten samolot to takie nic dla nas. Takie nic dla starszego pana. Ale może właśnie dla takiego niczego, dla takiej bezsensownej chwili warto czasami się zatrzymać.

 

Gdybym dziś rano, idąc do pracy, otoczona ciemnością, patrzyła tylko na najbliższą okolicę nie zauważyłabym czegoś, co przez ułamek sekundy było tylko dla mnie. Było to piękne przez chwilę, nic na czarnym niebie. Spadająca gwiazda, która naznaczyła niebo kreską jasności. Moment który nie zdarza się często i moment który nawet jeśli się zdarzy może nie zostać zauważony. Bo nie patrzymy tylko gapimy się. Gapimy się praktycznie a patrzymy dla dostrzegania. Dostrzegania chwil ulotnych, piękna, zmian w codziennie mijanej drodze. Nawet jeśli ta droga już dawno nam zbrzydła i spowszedniała, czasami okazuje się nas zaskakiwać jakimś urywkiem momentu, który pozwoli by stała się choć odrobinę inna. Jutro znowu będę wypatrywać spadającej jasnej kreseczki, która dziś zaskoczyła tak bardzo, że nawet nie potrafiłam wydukać życzenia, którego gwarancją spełnienia miała być.   


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


PODRÓBKI SZCZĘŚCIA
Notatkę dodano:2015-09-15 19:42:28

Nic szczególnego nie dzieje się w moim życiu. Powiedzmy nie dzieje się nic, co warte byłoby wzmianek. Małe burze, jakieś wyładowania, lekkie spięcia po których atmosfera staje się nasączona emocjonalnym ozonem. Ot, zwyczajne życie jakie wielu z nas prowadzi, a może takie, które paru osobom się marzy by prowadzić. Nie zauważam tej swojej normalności bytu, bo przesiąkłam tym na wskroś, przywykłam i choć zdarza się mieć pretensje czy żale, to ich żywot krótkotrwały, tylko po to, by za chwilę zaczynać kolejny dzień, bez drastycznych zmian. Coś lekko pochyłego wraca do pionu, podparte większym staraniem, bo przecież nie chcemy by popadło w ruinę skoro sprawdza się jeszcze i działa całkiem sprawnie. Podobnie bywa z rzeczami, którymi się otaczamy, choć w obecnych czasach coraz rzadziej zdarza się dokonywać napraw. Dużo łatwiej coś wyrzucić, zmienić na nowy, ekonomiczniejszy model, nowocześniejszy w działaniu sprzęt, a po roku czy dwóch z sentymentem pomyśleć, że poprzednik był przecież całkiem do rzeczy. Może odrobinę chrobotało, coś w starych trybikach piszczało, ale jednak chodziło wiele lat bez zarzutu. A ten nowy, wcale nie taki niezawodny, choć z początku piękny, szybko zeżarła go rdza, wypaczył się nim się człowiek obejrzał i w ogóle daleko mu do wcześniejszego sprzętu. Ostatnio pewna osoba zajęła stanowisko ganiąc w czambuł podróbki a wychwalając oryginalne produkty. Może gdybym posiadła skumulowaną wygraną w lotto, z którą nie bardzo wiedziałabym co czynić, w całej rozciągłości zgodziłabym się i wchodząc w duet, zgodnym chórem potępiłabym wszelkie przedmioty choćby odrobinę różniące się od oryginału. Jednak z racji braku wspomnianej kwoty niebosiężnej, zgodnie z zasobami bliskimi czarom, że można za takowe funkcjonować, będę chwalić wszelkiej maści podróbko twórców, którzy swoją przestępczą działalnością niemoralnie pozwalają mi pachnieć za psi grosz, nosić obuwie udające obuwie, mieć namiastkę wyższej półki za cenę najniższej. Nie potrzebuję metki znanej marki by żyć. Podrobiona woda toaletowa za którą zapłaciłam dziesięć razy mniej, pozbawiona wymyślnego flakonu, który i tak wyrzucę kiedy stanie się pusty, nie stanowi dla mnie szczytu marzeń. Nie muszę płakać że zarysowałam markowego adidaska za którego wypruwając żyły dałam pół wypłaty. Niektórzy mówią, że nie stać nas na chłam, bo to żadna oszczędność. Tylko chłam, chłamowi nie równy, tak jak oryginał wcale nie musi być bez wad. Wszystko zależy od szczęścia. To taki maleńki szczególik który jest niezbędny w każdej dziedzinie życia. Jak go nie ma, to nawet ekskluzywny, bezawaryjny oryginał uściele naszą drogę frustracją i reklamacją. A nawet jak doskonały w działaniu, wybitnie sprawny, to ci go podprowadzą, ukradną, zakoszą, pech zrobi wszystko bylebyś się nie cieszył z cacuszka, które posiadłeś. I tak to sobie przy wolnym wtorku pobuszowałam po tematyce dalece odległej od politycznego bagienka, od ciepłej, bezsłonecznej szarości jesiennego dnia by dojść do wniosku mało odkrywczego. Nie ważne ile mamy, jakiej jakości i wartości, jeśli brak nam przysłowiowego łutu szczęścia, nic nam po wszelakich dobrach posiadanych lub obecnych w perspektywie posiadania. Ani materialne dobra, ani niematerialne nie dadzą nam pełni radości jeśli zabraknie odrobiny szczęścia, które nawet jeśli maleńkie po prostu trzeba mieć i je dostrzegać. To jedyne co chyba nie ma swojej podróbki.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GORĄCE TEMATY CZYLI GOŚĆ W DOM...
Notatkę dodano:2015-09-09 20:12:30

Z upływem lat własnego życia wydaje się, że mądrzejemy, więcej widzimy i potrafimy wyciągać słuszne wnioski. Niby doświadczenie i przeżyte lata stawiają nas już w pozycji mentorów, a okazuje się, wciąż jeszcze poziom uczniaków gdzieś w nas trzyma się całkiem mocno. Nie zawsze umiemy podjąć jednoznaczną, mądrą decyzję, która nie będzie budzić wątpliwości. Przecież potrafimy wyszczególnić „za” i „przeciw”. Łatwiej przychodzi nam umotywowanie swoich sądów, decyzji czy sprzeciwów. Opowiadamy się po jednej ze stron i trzymamy się swojego zdania bo jest ono w naszym mniemaniu stuprocentowo właściwe, niepodważalne i gruntownie przemyślane. Jak się okazuje nie każdy dylemat czy problem jest tak jednoznaczny. Temida wydająca osąd w naszej głowie okazuje się być pozbawiona wielu zmysłów, nie tylko wzroku. Ostatnimi czasy głośno w naszym kraju o uchodźcach przesuwających się szeroką falą w naszą stronę. Prześladowani w swoich krajach ludzie szukają swojego miejsca w którym będą mogli znaleźć spokojną przystań. Jako człowiek widzący krzywdę pochylam się nad bliźnim w geście pewnej solidarności. Jako przeciwniczka wojen wszelakich, współczująca niewinnym ofiarom ich nieszczęście odczuwam jako ujmę dla człowieczeństwa. Rodzi się we mnie bunt przeciwko temu złu, które gdzieś się dzieje a w konsekwencji emanuje na całą Europę. I byłabym gotowa przymknąć oko na różnice kulturowe, inność rasową, mentalność czy moralność, nawet religia nie byłaby czynnikiem, który powstrzymywałby mnie przed udzieleniem pomocy uciemiężonym, biednym ludziom. Tylko to, co opisują środki przekazu, co pokazują relacje z miejsc pobytu uchodźców, nie zawsze jest bodźcem, który daje prawo do ubiegania się o jakąkolwiek pomoc. Z jednej strony widzimy tragedie zwykłych rodzin, a już za chwilę okazuje się, że głodny wcale nie jest głodny. Darowany chleb ląduje w śmietniku. Jeśli ktoś dzieli się z tobą człowieku znikąd swoim wypracowanym ciężką pracą kawałkiem chleba przyjmij z wdzięcznością a nie obrażaj gospodarza kraju w którym jesteś gościem, zresztą wcale nie zapraszanym. Boimy się jako cywilizowani ludzie, nawet będąc zapyziałą czy pogardzaną częścią europejskiej społeczności, tej agresywnej, roszczeniowej innokulturowej rzeszy niechcianych ludzi z którymi dialog na naszych warunkach i poziomie jest niemożliwy. Ludzie których identyfikujemy z fanatycznym islamem, zachowania które nas rażą czy oburzają, nie są dla nas magnesem powodującym chęć przygarnięcia nawet tych, którzy swą niewinnością zasługują na pomoc. Nie potrafimy pochylić się nad całą masą odrzucając na bok animozje czy uprzedzenia. Nie ma w nas umiejętności wyłuszczenia jednostek prawdziwie bez win o które podejrzewamy całość. Może w tym ogromie jest wielu takich, którzy prawdziwie chcieliby zamieszkać tu, na naszych warunkach i zasadach tylko jak ich znaleźć w tym tłumie. Do ryzyka przyjęcia wszystkich żadne argumenty nie są w stanie nas przekonać. My tu, na własnej ziemi, zagospodarzonej przez przodków, ciągnący swój niejednokrotnie poniżej poziomu normalności byt, mamy pewne prawo do decydowania o tym czy chcemy przyjąć pod swój dach obcych. Oddzielić ziarno od plew w tym przypadku nie potrafimy, to czy sensowne jest wwożenie do stodoły zanieczyszczonych plonów. Czy więcej przyniesie to pożytku czy szkody? Kto jest w stanie dać mi jako przeciętnej obywatelce tego kraju gwarancję, że za parę lat ja nie będę musiała uciekać z własnego domu bo goście rozpanoszą się do tego stopnia, że mi miejsca po prostu zabraknie.

 

Pomoc jest dobrym gestem, tylko szkoda, że nikomu nie przyjdzie do głów, że pośród naszych rodaków są cierpiący, chorzy, biedni również potrzebujący pomocy. Mamy swoje niedole bez lekarstwa na nie, a chcemy przyjąć kolejnych chorych do tego przeładowanego już lazaretu. Pomóżmy „swoim” a kiedy już wszystko we własnym domu naprawimy, bierzmy się za remont świata. Dofinansowanie przybyłych rodzin kole w oczy naszych rodaków, i nie jest to niczym dziwnym. Skoro mi obywatelowi tego kraju nie należy się nic, dlaczego w moich wypracowanych pieniędzy mam utrzymywać kogoś kto pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd tak naprawdę zmierza. Mam prawo nie być z takiego stanu rzeczy zadowolona i mam prawo pomimo wewnętrznych dylematów podjąć decyzję, że nie chcę tych gości u siebie na warunkach narzuconych przez innych. Czy nie możemy być prawdziwymi gospodarzami na własnej ziemi, i we własnym domu?  


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162771
Osób: 145226