Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

EKSTREMALNY „SPORT”
Notatkę dodano:2015-07-21 21:48:07

Nie wiem, czy upały są powodem moich nieobecności czy też pewien rodzaj wypalenia. Zajmuję się własnymi sprawami, zwyczajnie żyję. Od czasu do czasu wskakuję w prozę przelaną na papier przez innych. To odskocznia, która jeśli mnie dorwie w swoje szpony trzyma jakiś czas i powoduje odsunięcie od tych spraw, które mogę odpuścić. Na pisanie tutaj mogę machnąć ręką, ono takie mało istotne. Nie rozwiązuje dylematów, nie ubogaca. Może tylko sprawia, że ktoś, choć po części się będzie z jakimiś wycinkami identyfikować. Czy pisanie o własnych sprawach na szerszym forum ma sens? W zasadzie nigdy twierdząco nie odpowiedziałam na tak postawione pytanie. Ale też nigdy nie piszę całej swojej historii. Jakieś strzępy z otchłani przeszłości czy też drobiazgi teraźniejsze. Wszystko co mnie spotyka, czym jestem na co dzień oblepiona nie zawsze tu trafia. Może za jakiś czas jakiś epizodyczny wpis, a może przysypanie zapomnieniem. W zakamarkach podświadomości będą sobie przebywać poukładane małe sprawki. Może kiedyś przyjdzie ich pora. A może wypalenie ogarnie całość chęci do zasiadania tutaj. Nieistotne moje „może”.

Ostatnio ktoś paroma słowy mającymi być żartem dotknął mnie w całej mojej kobiecej dumie. Są rejony, które stanowią pewne tabu, o którego granicach sama decyduję. Jeśli nie dam przyzwolenia, przekraczanie tych granic kończy się konsternacją spowodowaną moją stanowczą reakcją. Jeśli nie umiesz odczytać mojej rezerwy, niczym saper próbujesz wejść w niebezpieczny rejon, na własne życzenie ryzykujesz. Natychmiastowa riposta przywołująca do pionu delikwenta będącego nędzną postacią niedouczonego sapera ucięła w zarodku próby niesmacznych żartów. Parę moich słów przywołało do pionu, choć z niejakim buntem delikwenta. Krótka piłka. W prywatnych stosunkach taka osoba zostałaby wykluczona z mojego kręgu. Bo czy warto z bezczelnymi gburami mieć do czynienia na własnym gruncie? Tu jednak w grę wchodzą obowiązki służbowe, i ominięcie niechcianego osobnika nie wchodzi w grę. Wiem, że w pracy nie musimy się kochać, lubić, nasze zadanie zgoła innego gatunku. Jednak o ile łatwiej pracuje się z takimi, którzy nas szanują, lubią czy do których mamy zaufanie. Z racji tego właśnie zawodowego obowiązku nie mogę pozwolić sobie na eliminację niechcianego towarzystwa, które w zanadrzu kryje coś, czego próbkę miałam okazję poczuć. W podobnych sytuacjach jesteśmy skazani na tolerowanie niechcianego osobnika i albo jasno określone granice będą respektowane albo nasza wrogość urośnie do rozmiarów nienawiści, która nie pomoże w żadnych kontaktach, nawet tych zawodowych. Profesjonalizm wymaga bym jednak stanęła w następnym dniu do normalnej pracy. Wiem, że spotkam bezczelnego gnoma. Znając go, nawet po części domyślam się jaka będzie jego reakcja na moją osobę. Stanę się powietrzem, którego się nie zauważa. I nie ważne, że to ja byłam obrażona, a moja odpowiedź, choć ostra tylko reakcją obrony pewnej własnej godności.

 

Nastawiłam się na suchość w najsuchszym wydaniu. Jak się okazało nie ma we mnie intuicji, moje przewidywania się nie sprawdziły. Widocznie gnom, przemyślał. I choć w jego słowniku zabrakło jednego krótkiego słowa, które mogłoby całą sytuację wyklarować. Słowa, które nie każdemu łatwo przechodzi przez usta. W tym przypadku miast tego krótkiego : przepraszam, zostałam zalana całym potokiem słów. Jakby miały one równoważyć, miały spowodować, że zasypią złe relacje, że wyrównają stosunki. Czy słowo przepraszam wymazuje niczym gumka głupotę naszych zachowań, czy powoduje, że nie będziemy pamiętać, czy od niego świat się zmieni? Myślę, że na wszystkie człony tego pytania można odpowiedzieć paroma „nie”. Jednak to magiczne słowo powoduje, że zmieni się odrobinę nasz odbiór osoby je wypowiadającej. Może zrozumiała swój błąd, zauważyła, że sprawiła ból, czy zraniła a przyznanie się do własnych potknięć, nie jest rzeczą łatwą dla każdego z nas. Przykład zasypującego mnie gradem słów osobnika jasno pokazał, że nie każdego stać na tę odwagę. Strach przed paroma literami głośno wypowiedzianymi okazuje się dla niektórych zbyt wysoką poprzeczką. Powiedzieć „przepraszam” patrząc w oczy osobie przepraszanej jest jak się okazuje dyscypliną ekstremalną, a to już najwyraźniej sport znany tylko wybranym.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TEMAT ZASTĘPCZY
Notatkę dodano:2015-07-16 13:19:28

 Po raz kolejny jednym zakupem nadwyrężam cierpliwość małżonka, wytrzymałość półki oraz jej pojemność, że o zasobach finansowych nie wspomnę. Mogłam się powstrzymać, mogłam zaniechać. Tylko z najprostszej przyczyny tego nie zrobiłam, po prostu nie chciałam. Nie miałam ochoty odmawiać sobie czegoś z powodu, że może kiedyś kupię coś innego, że może trafi się lepsza okazja. Może jutra nie będzie, a może nie zdążę się cieszyć nawet przez chwilę tym, że posiadłam coś bez czegoś przecież mogłam się obejść. Mąż jakąś skróconą wersję upomnienia zaprezentował, pomijając zarówno finanse jak i kurczące się coraz bardziej miejsce na półkach z książkami. Tym razem jego wątpliwości wzbudziło coś innego wyrażone pytaniem : „kiedy ty to będziesz czytać?”. Najprostszą i najgłupszą z odpowiedzi było: „na emeryturze”. Słowem „emerytura” jakakolwiek dalsza dyskusja rozeszła się niczym poranna mgiełka pod intensywnym słoneczkiem. Małżonek wie, że biorąc sobie mnie za wspólnika własnego życia przyjął też dosyć spory bagaż moich niekiedy irracjonalnych zachowań, z których pomimo minionego wspólnego ćwierćwiecza mnie nie wyrugował. Walka z nimi przynosi skutek krótkotrwały i z góry skazana jest na porażkę. Przez pół roku lub rok nie kupię żadnej książki, trwam w jakimś zakupowym uśpieniu by przebudzić się z niego kolejnym, impulsywnym zakupem. Widać to taka moja osobista słabość z którą nie lubię walczyć. Cóż poradzę na to, że książki lubię posiadać, lubię móc po nie sięgać wtedy, kiedy mam na to ochotę, bez wyjazdów do bibliotek czy poszukiwań. W kwestii lektur nie lubię być skazana na czekanie. Szczególnie jeśli rzecz tyczy książek poradnikowych. I ten dział raczej mojej biblioteczki nie opuszcza. Literaturę piękną w szerokim przekroju mogę pożyczyć, natomiast poradniki nie wychodzą poza własne półki. Nie zawsze pożyczone woluminy wracają, co sprawia smutek i pewne rozgoryczenie do przełknięcia przy beletrystyce, natomiast zdobyty z wielkim trudem poradnik, który do mnie nie wraca, urasta do przedsmaku tragedii. Walka z tym odczuwaniem pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu. Oczywiście smutek po utraconym przedmiocie nie trwa wiecznie, jakkolwiek występuje zasiedlając moją podświadomość. Dodatkowo jeśli wiem, kto sprawił zniknięcie cennej (dla mnie) pozycji, taka osoba w moim odczuciu wiele traci, otrzymuje czerwoną kartkę i opuszczony na zawsze szlaban na pożyczanie czegokolwiek ode mnie. W innych kwestiach bywa daję drugą szansę, odbudowuję zaufanie, przemagam się, ale jeśli komuś raz zdarzy się spowodować zniknięcie czegoś mojego w wyniku pożyczania, nie ma zmiłuj się. Jestem pamiętliwa i choć czasami udaję, że zapomniałam, nie kojarzę sytuacji, to jest to celowa „ściema” z mojej strony. Strzeż się lekkoduchu pożyczania, i lepiej pamiętaj żeś zawalił na całej linii, ode mnie już nic nie dostaniesz, nawet jeśli będziesz bardzo potrzebował. Źródełko wyschło. Możliwe, że przyczyną takich moich zachowań jest fakt, że sama dbam o to, by coś, co pożyczyłam wróciło w stanie idealnym, czasami staram się oddawać z nawiązką, bo wiem, że nie musiano mi ufać, dawać czy dzielić się ze mną. Nie stawiam też swojego zachowania na piedestale, jako wzoru, jednak o ile byłoby prościej gdyby każdemu pożyczającemu udawało się oddawać. By szanowano, to co ktoś użyczył bardziej niżby to było własne.

Rozpisałam się w innym kierunku a miało być o książkach, cóż napiszę tylko tyle, że jedna z nich to okraszony paroma „smacznymi ilustracjami” poradnik o deserach a druga to brakująca książka Katarzyny Grocholi. Kiedyś pisałam, że zdarza mi się czytać książki autora na zasadzie zaliczenia wszystkich pozycji i tu akurat taka sytuacja ma miejsce. Po przeczytaniu nastąpi odwyk od Katarzyny Grocholi, chyba, że wyjdzie spod jej pióra kolejna lektura, na którą z pewnym łownym instynktem zakupowym zapoluję. Zapewne mężowi zdarzy się parę słów upomnienia, mi parę tygodni pokory wobec okazji handlowych nadwyrężających cierpliwość, pojemność, finanse... .

 

Rozpisałam się o błahych sprawkach, może w myśl zasady przysypania nimi świadomości i pamięci o tym, że dziś mój starszy syn ma kolejne urodziny w których nie uczestniczę, i udaję zapomnienie. A przecież pamiętam...   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIELKI SPOKÓJ
Notatkę dodano:2015-07-12 22:06:26

Po pracowitym tygodniu, maksymalnie zarobionej sobocie, nadeszła jedna z bardziej leniwych niedziel. Nie zakładałam tego lenistwa, a co najdziwniejsze nie przeszkadzało mi ono. Standardowe obowiązki nie pozbawiające reszty domowników normalności obiadu, duchowa strawa, poszerzenie zasobu przeczytanych liter, nawet nie powinno być nazwane lenistwem. Jednak właśnie w taki sposób ten dzisiejszy dzień był przeze mnie odebrany. Powolne zakończenie tygodnia. Nigdzie się nie spieszyłam, nic mnie nie goniło ani ja za niczym nie pędziłam. To wszystko spotęgowało odczuwanie odmienności tego dnia. Nie było świątecznie, nie delektowałam się przechodzącymi godzinami, tak jakby płynęły one gdzieś obok mnie. Ja pośród tego przepływającego czasu na fakt jego istnienia obojętna. Jutro ponownie zacznę swój bieg z przeszkodami, slalomik normalności, i być może będę zaskoczona, że nie jest już tak spokojnie. Choć taki spokój nie dany mi każdej niedzieli, nie przyzwyczaiłam się do niego, nie stanowi normy, a wręcz przeciwnie jest tylko wyjątkiem, który dzięki tej niepowtarzalności dane mi było zauważyć. Może kiedyś moje dni tak właśnie będą wyglądać. A może to tylko przedsmak czegoś nieosiągalnego dla mnie. Oderwałam się od czasu, nie przejmowałam się i było to całkiem przyjemne. Kto wie, czy to nie był jakiś wyższy poziom odbioru rzeczywistości pomieszany ze zobojętnieniem na cały otaczający świat. Nic z zewnątrz nie miało do mnie dostępu, ograniczona „czterema ścianami” od całej reszty bałaganu żyłam tylko tym, co w tym moim malutkim świecie było ważne. Może to jest jakiś sposób na życie. Wypiąć się na całą resztę, przecież nie zbawię ani nie odmienię tego co gdzieś źle się dzieje. Mogę próbować, mogę szarpać się z przerastającymi mnie sprawami, próbować poruszyć obojętność innych a i tak efekty będą mizerne. Jedyny z tego niejednokrotnie wynik to moje myślenie, moje zaangażowanie i niepokój we własnym życiu. O ile przyjemniej siedzieć w swojej sadzawce i do niej ograniczając to, co muszę, niż wybierać się na szerokie wody obcych oceanów. Zapewne, gdyby każdy tak myślał, każdy tak obojętniał byłoby w jakiś sposób gorzej. Tylko z drugiej strony może ci źli zajęci też własną sadzawką nie mieszaliby na oceanie. Po dzisiejszym dniu zauważyłam, że odpowiadał mi spokój, który stał się moim udziałem. Kto wie, czy na dłuższą metę moje zadowolenie z takiego stanu utrzymałoby się, może wręcz przeciwnie pogrążyłabym się w jakiejś frustracji, że jest za spokojnie, za nudno. Przeczytałabym wszystkie planowane do czytania książki, wytarłabym niewidoczne kurze i po czasie czegoś zaczęłoby brakować. Gdzieś zza winkla większy świat zacząłby mnie przyzywać. Namawiać do jakiegoś działania, wzmagać aktywność, która bezowocnie czekałaby na efekty. Pomimo własnej wiedzy o małej istocie moich działań, być może moja konstrukcja nie pozwala tak do końca odciąć się od tego, co w jakiś, nawet niewielki sposób mnie dotyczy. A może takiego funkcjonowanie po prostu należy się nauczyć jak jacyś mnisi, których życie upływa na medytacji w odosobnieniu i oderwaniu od świata. Rzucenie wszystkiego i zajęcie się wyciszeniem odczuwań raczej nie wchodzi w grę. Chyba pozostanie mi być taką postrzeloną, lekko zwichrowaną osobą, która czasami za wiele, lub za głęboko wpycha swój nos w nie całkiem swojej sprawy. I która tylko raz na bardzo rzadki czas doświadcza poczucie wielkiego spokoju we własnym, maleńkim świecie.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PÓŁTAJEMNICA
Notatkę dodano:2015-07-08 15:58:42

Jedna, kto wie czy nie jedyna tego lata, fala upałów za nami. Męczące temperatury, których nie lubię, w których nie potrafię funkcjonować i które męczą, odeszły z wielkim burzowym przytupem. Te minione parę dni, kiedy jednym ratunkiem na pozorną temperaturową normalność w mieszkaniu było szczelne zasłonięcie okien w ciągu dnia, kiedy nie potrafiłam cieszyć się świecącym w nadmiarze słońcem, spowodowały, że moje życie przybrało jakąś formę półistnienia. Możliwe, że nie byłoby to aż tak uciążliwie, gdybym leżała na plaży muskana bryzą, lub mocząc nogi w jakimś słonym akwenie. Jednak taki luksus nie był mi dany, stąd i moje krytyczne pełne marazmu nastawienie. Kiedy gromy uderzały dzisiejszej nocy, na ułamki sekund zmieniając ciemną noc w migającą jasność, odczułam wielką ulgę. Bębniące o wszystko na swojej drodze wielkie krople deszczu nie irytowały, podmuchy gwałtownego wiatru wprowadzające w zastaną atmosferę mieszkania powiew świeżości sprawiały, że wreszcie mogłam odetchnąć niejako całą powierzchnią ciała. Przyjemny chłodek wypierający duchotę sprawił poczucie, że ten nadchodzący po nocy dzień wcale nie będzie zmarnowany. Może będzie mi się więcej chciało niż każdego z minionych, upalnych dni. Wolne od zawodowych obowiązków, Kleszczyk na służbie u babci, mąż w pracy. Mam ciszę dla samej siebie, sporo godzin tylko moich, oraz wiele planów na ten czas.

 

Moje godziny mijają, pralka po raz kolejny zapełniona jakimiś kocami daje burcząco znać o aktywności. Dysponuję sporą ilością sił na ten dzisiejszy dzień, widocznie nocna burza przegoniła lenistwo z mojego ciała. A może ta aktywność to jakaś konsekwencja wiedzy, której posiadaczką się całkiem niespodziewanie stałam. Chłopcy w wielkiej tajemnicy przede mną zawiązali pewnego rodzaju spisek, o którym miałam nie wiedzieć, a się dowiedziałam. Nie musiałam łamać kołem, podchwytliwie podchodzić pytaniami, ciągnąć za język, ot wygadał się starszy z chłopaków, w imię jakiejś małżeńskiej wspólnoty i już mam świadomość, że za miesiąc spędzę tydzień nad morzem. Oczywiście przed młodszym ze spiskowców mam udawać niewiedzę, a kiedy już ta półtajemnica zostanie mi ujawniona, mam się przeogromnie zdziwić, cała być zaskoczona i w euforii skakać pod niebiosa. Myślę, że da się to zrobić. Oczywiście póki młody u babci, rzecz cała nie wypłynie, a później zobaczymy na jak długo wystarczy siły woli by utrzymać świerzbiącą nowinę za kurtyną tajemnicy. Ten wyjazd to taki zdawałoby się dalekosiężny plan, na którego realizację trzeba cierpliwie poczekać. Plan poza planami. Tydzień odskoczni od zwyczajności, który nie był nawet rozważany. Już wiem, że będzie za mało. Jednak nie chciałabym marudzić, bo sam fakt, że gdziekolwiek pojedziemy zdaje się pewnego rodzaju cudem. Będziemy dreptać po dawno znanych szlakach, zapewne ucieknę swoim chłopakom na cały dzień by nacieszyć się samotnym spacerem brzegiem morza. Pogadam sama ze sobą, przemyślę parę spraw, stojąc naprzeciw ogromu wody wyciszę co trzeba wyciszyć, lub wzmocnię co tego wymaga. Zresztą, kto wie, co będziemy robić, przecież jeszcze nawet tam nie jesteśmy. Widocznie wyobraźnia stwarza obrazy, które chciałaby aby się zdarzyły. Jeszcze miesiąc. Należy uspokoić wyobraźnię, zająć się normalnością ze wszystkimi obowiązkami. Rozwiesić kolejny koc, wynieść posegregowane śmieci, wykorzystać ciszę i na krótko delektować się samotnością...  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DOROSŁY CZY DOJRZAŁY?
Notatkę dodano:2015-07-03 22:31:51

Pierwszy tydzień wakacji Kleszczyka za nami. On nie zdaje sobie nawet sprawy z ekwilibrystyki, którą muszą starsi ponad jego głową wyczyniać aby spokojnie przeszedł ten czas. On bierze co mu dają, i tak powinno być, że nie naruszone jest poczucie bezpieczeństwa małego człowieka. Pewien poziom wiary i zaufania do dorosłych. Stajemy na wysokości zadania, z całą odpowiedzialnością bo przecież od tego są rodzice by było bezpiecznie. Obserwuję dzieciaki z otoczenia i zastanawiam się, czy nie za bardzo otaczam skrzydłami tego swojego chłopaczka. Z moich obserwacji wyłania się obraz zbytniej opiekuńczości czy też pewien rodzaj wyprzedzania faktów o ten jeden krok. Młoda wyobraźnia nie daje tak szerokiego poglądu, a ja z większym doświadczeniem wolę wyprzedzać fakty. Czy unieszczęśliwiam swoje dziecko, czy zabieram mu w jakiś sposób samodzielność tym czuwaniem. Niby staram się nie stać za plecami, nie kontrolować każdego kroku w myśl zasady : „jak się nie wywrócisz to się nie nauczysz”. Moje starania zapewne i tak kiedyś zaowocują wyrzutami, bo moje dobrze nie zawsze znaczyć będzie dobrze w oczach młodego. Choć zdarza się bunt przeciwko moim decyzjom, próby szerszego naznaczenia pewnej autonomii, stawianie na „własnym”, jeszcze przed nami wielkie burze mające świadczyć o dojrzałości i dorosłości. Jeszcze troszkę czasu mi pozostało. Jak życie pokazało z moim starszym synalkiem dorosłość metryczna wcale nie musiała oznaczać dojrzałości. Takiej życiowej dojrzałości w której relacje z własnymi rodzicami nie stanowią już obrazu bitew i potyczek tylko przebiegają w jakiś łagodniejszy i stonowany sposób naznaczony pewnym pogodzeniem się z faktem, że rodziców choć się nie wybiera, powinno się chociaż tolerować. Ostatnie półtora roku tolerancja mnie jako rodzica przez starsze moje dziecko przebiegała w pełnej separacji. Nie istniałam w żadnej formie, byłam niebytem. Skoro takiego wyboru dokonał dorosły mężczyzna, pogodziłam się z niektórymi bolesnymi faktami, przyjęłam do wiadomości i nawet w pewnym stopniu zdarzało mi się zapominać, że kiedyś miałam prócz Kleszczyka jeszcze jedno dziecko. Taka forma wyparcia ułatwiała mi funkcjonowanie. Dzięki temu nie załamywałam rąk, nie gryzłam się tym odrzuceniem. Nastąpiło pewnego rodzaju pogodzenie, że tak jest i już będzie. Nie będę utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że to łatwe. Że udało się w stu procentach, że w durnowaty dzień matki nie było mi przykro. Przywykłam choć z bólem, czy pewnym poczuciem krzywdy. Dorosły mężczyzna, choć moje dziecko podjęło własną decyzję, mi nie pozostało nic tylko ją przyjąć i czekać na dalszy rozwój wypadków. Lepiej mi było kiedy nie widziałam, nie słyszałam. Niewiedza daje czasami spokój. Skoro ja jako matka przeszkadzałam w jakiś sposób, nawet nie ingerując w dorosłe życie oraz wybory na drodze mojego dziecka, zadaniem, które dla mnie zostało było usunięcie się całkowite z niej. Półtora roku bez słowa, bez życzeń, bez kontaktów. Separacja. Na tym polegała dorosłość mojego starszego syna i jego żony. Czy to była dojrzałość?. Po półtora roku okazuje się że niczym nie sprowokowane z naszej, rodziców strony, nastąpiło otrzeźwienie i jak to ujęła moja synowa „dojrzeliśmy do pogodzenia”. Tylko czy ja dojrzałam do tego by moimi emocjami na własną nutę miano sobie grać. Straszny mam charakter, nie lubię tańczyć tak, jak ktoś mi każe. Wiara we mnie nikła, może moje dziecko prawdziwie wraca z marnotrawności, a ja nie potrafię w tę przemianę uwierzyć. Może teraz to ja chciałabym poczekać. A może poczekam na dalszy rozwój wypadków i zobaczę co wyniknie z dojrzałości, dorosłości i życiowej pokory, czy ona już się pojawiła czy nawet jeszcze nie kiełkuje.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DESZCZEM, ZAWIEJĄ...
Notatkę dodano:2015-06-29 20:58:49

Rozrzedzone odczuwanie sensowności tutejszej szarpaniny. Umiejscowienie słowem: tutejszej wcale nie oznacza części świata, kawałka globu czy określonego na mapie miejsca. Tutejszej podobnie jak obecnej, własnej czy życiowej jest pewnym tylko sformułowaniem odnoszącym się do samego faktu, że po prostu czuję się przytłoczona. Zapewne to tylko konsekwencja mojego odbioru tego, co się dzieje w moim życiu, małych sprawek w otoczeniu. Niby nic złego nie zachodzi, a zarazem przebąkuje przeze mnie jakieś poczucie, że za wiele mam na barkach, i bardzo wyraźnie odczuwam pragnienie odpoczynku. Nieporozumienia o błahych początkach rozrastają się do niebotycznych rozmiarów. Wyostrzony sposób dostrzegania drobiazgów, które niczym gradowa chmura nie rozejdą się nim nie nastąpi rozładowanie. Denerwują pierdoły, otwierają szerzej oczy, i gdzieś rodzi się bunt. Rozbiegły się oczekiwania z tym co dostaję, choć przecież nie bywają moje wymagania ogromne. Przez tygodnie, miesiące nic się nie dzieje, jakby w jakimś spichlerzu zbierały się drobne sprawki, na małych kupeczkach, coraz ich więcej, coraz ciaśniej ułożone. Póki panuje jakiś porządek, nic się nie dzieje, jednak zbyt wielkie zagęszczenie zabiera spokój, kwasi atmosferę. Przychodzi moment, kiedy kolejny drobiazg po prostu nie chce się zmieścić, a już kolejne czekają by znaleźć się w środku. Coś się psuje, coś nie chce już więcej w tym momencie tolerować. Nie ważne staje się, że przecież tydzień temu nad podobnym zachowaniem przechodziłam do porządku dziennego, bez podkreślania niewygody czy niespełnienia. Nazbierało się za wiele i po prostu się nie mieści. W takim momencie w mojej głowie wykluwa się jedno rozwiązanie. Zostawić cały ten bałagan, niech się sam własnym rozpędem kręci. Niech się samo gotuje, samo nosi siaty z zakupami, samo zauważa przepełnioną pralkę, samo robi wiele bzdurnych spraw, które okazują się być tylko mi potrzebne. A właśnie ja w tej chwili bardzo chętnie zostawiłabym „samo” sobie, i nie odwracając się dałabym nogę od całego domowego samo...Nie na zawsze, choć kto wie, jeśliby mnie nowa sytuacja zadowoliła może poczułabym się w niej całkiem znośnie. Sama sobie bym robiła, i przynajmniej nie miałabym pretensji o bzdury. Zapewne inne sprawy powodowałyby załamywanie rąk czy utyskiwania. I nie byłoby na kogo zwalić całej winy, nie byłoby współudziałowców, ale w chwili obecnej mnie to zupełnie nie obchodzi, przecież teraz chcę uciec, a nie zastanawiać się co by było gdyby... . Chcę uciec od irytujących drobiazgów, które pomimo swojej nieważności właśnie w tym momencie drażnią samym faktem zaistnienia. Może mam jakiś czas czepiania się świata całego, oraz co niektórych męskich przedstawicieli z którymi choć z pozoru potrafię się dogadać, akurat teraz jakoś nie do końca ta operacja wychodzi. A może cały problem tkwi nie w zewnętrznym świecie, a moim do niego podejściu, w moich wymaganiach, żądaniach czy pragnieniach. Wiem, że wszystko za chwilę się poukłada, jednak jeszcze nie dziś, nie teraz. Teraz mam czas doprowadzenia do porządku całej spiżarni z drobiazgami, rozładowania gradowej chmury. Przecież choć nie raz już wybierałam się w strony odległe myślami czy chęciami, nie raz takie pragnienie ucieczki przeszło przez głowę, wiem, że moje miejsce jest tu i w tym gronie. Nawet jeśli czasami iskrzy czy irytuje. Do czego potrzeba większej siły i odwagi: do odwrócenia się na pięcie czy do codziennych prób uniesienia irytujących czasami spraw?.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OSTATNI WYCZEKIWANY PIĄTEK
Notatkę dodano:2015-06-26 19:03:27

Już z pewnym wyprzedzeniem mogę odhaczyć ten dzień, jako miniony, zaliczony, przeszły. Nie istotne, że do jego kalendarzowego zakończenia pozostało jeszcze sporo godzin. Wyczekiwane momenty za mną. Kolejny stopień w edukacyjnej sztancy, choć jeszcze niewysoki i z małą naukową pozostałością jest za nami. Rok szkolny mojego pierwszoklasisty minął. We mnie, jak zawsze w podobnych razach nieodmienne poczucie niezwykłości tempa minionego czasu. Jeszcze chwilę temu szykowaliśmy szkolną wyprawkę, odwracam się na przeszłe dni i z nieodmiennym niedowierzaniem wchodzę w wakacje. Tak będzie z następnymi, kolejnymi nadchodzącymi, które wydają się odległe, a nim się człowiek obejrzy miną pozostawiając po sobie zaskoczenie, że to już, że za nami. Nic to odkrywczego ani nowego. Podobnie jak roczne święta szatkują nasze życie, tak samo dzielą je lata szkolne z wakacyjnymi przerwami. Koło życia z podziałem na roczniki. Szkolne lata własne, jakaś przerwa na oddech i nim człowiek prawdziwie się od edukacji oderwie następują lata szkolne własnych dzieci. W zasadzie gdybym dzieci posiadała z mniejszą rozpiętością wiekową, edukację miałabym zapewne w etapie końcowym lub też byłabym już poza nawiasem. Tak mi się jednak poukładało, że jeszcze czas jakiś objęta będę obowiązkiem szkolnym za sprawą Kleszczyka. Dzięki temu mogę porównywać prawie trzy pokolenia z perspektywy edukacyjnych wymogów. Nie pamiętam co prawda dokładnie i szczegółowo własnych początków podstawówkowej edukacji, jednak na tyle mojej pamięci dużo, by móc zestawiać przeszłość z teraźniejszością. Różnice są ogromne. Zawsze się chwali własną porę, swoje dzieciństwo, przekreślając to co nas samych nie dotyczy. Może to pewnego rodzaju sentymentalizm, i zapatrzenie w swój własny czas, jedyny i niepowtarzalny. Przecież mój elementarz był taki jedyny w swoim rodzaju, pierwsze pióro choć daleko mu do obecnych „parkerów” czy „watermanów”, niezawodne, a smak ogryzanej końcówki zajmuje niezachwiane miejsce w swoistym archiwum wspomnień. Stylonowy fartuch choć siermiężny, stanowił o byciu uczniem, noszenie tarczy nie było określane „ale siara”, śniadanie w szkolnej stołówce miało niepowtarzalny smak zupy mlecznej i świeżej bułki bez polepszaczy z żółtym serem wolnym od olejów i stabilizatorów. Moja wczesna edukacja podlegała innej normalności i tamtą normalność, choć bardziej zdyscyplinowaną i pokorną będę pamiętać i do niej wracać. Zapewne sam fakt wkraczania w czas wakacji podobny u każdego z roczników. Nie ważne obecnego czy też dawno minionego. Poczucie pewnej ulgi, oczekiwanie co przyniesie wolny od szkoły czas. Ówcześnie wakacyjne plany nie zakładały wojaży po całym świecie, jak to miewa miejsce u niektórych obecnie, jednak sam fakt wakacyjnej przerwy dawał nam w wyobraźni szansę na wspaniały, inny od codzienności czas. Niegdyś dzięki młodzieżowym lekturom wyobraźnia podsuwała możliwości zaistnienia przygód na miarę Tolka Banana czy Majki Skowron. Miało być tak niezwykle, tak inaczej, tak odmiennie. Niewiele z wyobrażanej rzeczywistości stawało się realną rzeczywistością, jednak końcem czerwca jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. I ruszaliśmy z dziecięcą wiarą na podbój świata grając w piłkę, skacząc w gumę czy skakanką, robiliśmy z koców prowizoryczne namioty, brudziliśmy nogi, zdzieraliśmy skórę bezlitośnie po okolicznych krzakach. Zdobywaliśmy świat we własny dziecięcy sposób poznając każdy zakątek podwórka. Wieczorami ławki przed blokiem w którym mieszkałam były przez nas oblegane a konspiracyjne opowieści o umarlakach i różnorakich strachach powodowały niepokój w drodze powrotnej przez całą klatkę narastając aż do czwartego piętra, gdzie okazywało się być bezpiecznie i zupełnie normalnie. Nasze podwórkowe królestwo w tym wczesnopodstawówkowym czasie pośród całego grona koleżanek i kolegów miało swoje smaki, dalekie od chipsów czy snickersów. Tych szatańskich wymysłów nie było w moim dzieciństwie. Intensywnie czerwone języki po lizaku kogutku, słodko pachnące racuchy które każdemu smakowały brane do ust brudnymi rękoma, czy groszki o strukturze skamieliny i smaku po prostu owocowym dalekie od jakiejkolwiek egzotyki nazw, podobnie swojskie jak nie do końca dojrzałe owoce okolicznych drzew. Takie bywały te moje dziecięce wakacje, odmienne od tych, które właśnie rozpoczęte zostały przez Kleszczyka. Czy on kiedyś z równym mojemu sentymentem będzie je przywoływał jak kadry dawno minionego filmu? Pewnie nie dowiem się tego, choć ich smak bardzo różny od mojego, to dla niego właśnie ten smak będzie miało własne dzieciństwo.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE DO KOŃCA O ŚWIĘCIE
Notatkę dodano:2015-06-23 21:59:45

Minął czarnowidzący strach, powróciła normalność tylko po to, by za chwilę otrzeć się o ostatni wyczekiwany piątek czerwca. Pozostał ostatni tydzień tego miesiąca, za którym czają się wakacje. Pierwsze pełnoprawne wakacje Kleszczyka. Jeszcze bez samodzielnych wyjazdów, bez rozłąki. Na to przyjdzie czas. Jeszcze odkładam myślenie o zabudowywaniu wolnych dni, choć wiem, że konieczne będzie kukułcze podrzucenie młodego babci. Odsuwam jeszcze ten problem, bo i tak nie mam możliwości nieporadzenia sobie z tą sytuacją. Muszę, powinnam i zrobię tak, by o ile to możliwe przejść te wakacje. Jeszcze nie dziś. Pomyślę o tym jutro, przecież nigdy nie ma tak, żeby jakoś nie było.

Dziś święto ojców. Bez hucznego obchodzenia, codzienność z podbarwieniem szczególności tego dnia. Liczy się pamięć. Pamięć dla tego, który jest ojcem moich dzieci, jakaś forma uhonorowania na tu i teraz. Oraz pamięć własnego taty, którego nie ma z nami już od dziesięciu lat. Po tym minionym czasie, który pozacierał wiele, pozostała jakaś część wspomnień, których kolejne mijające lata nie będą w stanie wydrzeć. Cieszę się, że choć odrobinę to wszystko straciło na ostrości, jest we mnie wiele zapamiętane i ciągle żywe. Po tylu latach znieczulił się ból, znikła bezgraniczna tęsknota, toleruję już stan nieobecności, a jednak odczuwam brak. Takie dni jak dzisiejszy przypominają. Może za sprawą tej cząstki, która we mnie jest w wiecznym dziedzictwie po nieobecnym tacie. Czas stanął w miejscu z chwilą jego odejścia, już nic nowego nie miało się wydarzyć w czym miałby swój udział a jednak dzieje się tak, że czasami wiem, że robię właśnie tak jak on by zrobił. Moje ruchy są odzwierciedleniem jego ruchów, gestykulacja jak kalka, powielająca kogoś, kto we mnie zostawił swój kawałek. Patrząc na swojego syna widzę jak on naśladuje całkiem niezamierzenie nasze zachowania, więc i w nim coś pozostanie po nieznanym dziadku. Choć on o tym wiedzy mieć nie będzie, ja wyłapię cień nieobecnego.

 

Być może dzisiejsze święto jest powodem jakiegoś stanu mojej melancholii, ogólnego rozbicia. W jakimś rozkojarzeniu, bez pełnej koncentracji przymuszam się do normalności. To co jest przyjemnością, co daje zadowolenie dziś z jakimś oporem i brakiem apetytu przeszło. Gdzieś upłynniły się siły i chęci. Rozbicie, jakaś rozsypka mnie ogarnęła. Za oknami stalowe chmury przeganiane z jednej strony świata na drugą, nieusychające kałuże, i wyczekiwanie kolejnej serii deszczowych minut. Od paru dni niezmiennie właśnie tak wygląda mój kawałek świata. Możliwe, że właśnie taka aura ma związek z obniżeniem nastroju. Staram się nie poddawać, robić to co dotychczas i dawać z siebie jak najwięcej, tylko moje ciało jakby wbrew mnie buntuje się w komitywie z duszą. Sama nie wiem, czego tak prawdziwie mi potrzeba, gdzie tkwi przyczyna. Niby wszystko jest na swoim miejscu, nie trapią zmartwienia, a coś nie daje pełni odczuwań, ani pełni zaangażowania. Poszukiwanie przyczyny niewiele daje, może po prostu trzeba przejść ten dziwaczny czas starając się zbytnio nie rozleniwić. Pokonać niewiadome babskie fantasmagorie, w końcu w spadku po tacie mam pewien potencjał siły, która pozwala podnosić się z upadku, nawet jeśli nie jest to upadek fizyczny.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZABÓJCZA KĄPIEL
Notatkę dodano:2015-06-21 11:13:36

Niedzielny ranek namaszczony ciszą. Sobotni balowicze odsypiają, niedzielne leniuchy nigdzie się nie spieszą pogrążeni w spokojnym śnie, wiecznie zapracowani akurat tego dnia nie muszący wykorzystują czas na wypoczynek. Wśród tego nierozbudzonego jeszcze grona gdzieś, za którąś działową ścianką jestem ja. Już nie śpię, choć przecież bym chciała, tylko nie potrafię. Umiejętność dłuższego spania nie jest mi dana. Ci którzy dopiero wstaną będą zaskoczeni kałużami, szarością aury. Ja już przetrawiłam cały widok, słyszałam bębniący o parapety deszcz, który miast mnie usypiać stał się obojętnym zjawiskiem w tle bezpiecznego mieszkania. Ktoś powie senna pogoda, cóż można w taki dzień robić, jeśli nie leniuchować. I wiem, że jeślibym nie była sama zapewne wtulona w ciepło swojej drugiej połówki jeszcze pogrążyłabym się w drzemce. Może byłaby ona konsekwencją lenistwa lub wspólnych chwil. Samotnie spędzany poranek nie woła zimnym łóżkiem. Kawa wypita, przegląd wirtualnej części życia zrobiony. Czekam na wyspanie się młodego, który skutecznie zapełni mi sobą ten dzień. Tak jakby moje życie samo w sobie nic innego nie znaczyło, tylko musiało mieć tuż obok kogoś jeszcze. A jeślibym nagle została sama, to czy znalazłabym jakikolwiek sens do codziennego zmagania się z całą pustką. Jeśli wybiegnę w taką wizję to myślę sobie, że powoli zaczęłabym w jakiś sposób obumierać. Lustro głośno krzyczałoby całą prawdę o brzydocie, bo przecież nikt w pustym mieszkaniu nie powiedziałby : „jesteś piękna...”. Garnki i talerze podawałyby jałowe posiłki bo nikomu nie przyszłoby do głowy ocenić: „ twoja pizza jest najlepsza”, lub „pierogi robisz lepsze od babci”. Znikłyby brudne skarpetki pojawiające się systematycznie po kątach, zwinięte papierki po słodyczach upchnięte w niewidoczne zakamarki. Nic by nie zaskakiwało, bo przecież pustka nie pocałuje znienacka, nie przytuli w przelocie, nie odpowie na bzdurne „co robisz ?” równie bzdurnym „nic, a co chcesz?”. Czy byłby sens, czy znalazłyby się siły i czy wówczas cisza powodowałaby podobną do obecnej radość ze swojego zaistnienia? Myślę, że w przeciągu jakiegoś czasu podobnie jak roślina bez wody zaczęłabym usychać. Człowiek musi mieć jakiś cel, jakiś punkt do którego zmierza, nawet nie do końca sprecyzowany. Gdzieś jest sens który sprawia, że warto rozpoczynać kolejny dzień. Całe dodatkowe zajęcia, które pozornie mi samej służą, stanowią tylko pewne uzupełnienie. Jeśliby znikło to co stanowi o istocie mojego życia chyba nie potrafiłabym przemeblować go tak, aby dodatek stał się sensem. Dodatek okazałby się niepotrzebny i zbędny. Może dlatego Robinson chciał wracać z bezludnej wyspy, choć w jego przypadku ta chęć powrotu była motorem do działania. Moje życie stałoby się gorsze niż pobyt na bezludnej wyspie. Ja nie miałabym do czego wracać. Myślę, że powoli, udając przed wszystkimi usychałabym skutecznie.

Kiedyś na oddziale szpitalnym w którym leżała moja mama, tuż obok zajmowała łóżko pewna starsza pani. Radosna, wydawała się pełna życia, gadatliwa. Prosiła o włóczkę, z której w przeciągu dnia wydziergała skarpetki dla Kleszczyka. Zwykła starsza pani, której pobyt na oddziale wydawał się tylko mieć na celu ustawienie leków, obserwację mające pozwolić na dalsze spokojne życie, już poza murami szpitala. Życie zdawało upływać się bez żadnych przeszkód, powoli jak to u ludzi w podeszłym wieku bywa. Była tylko jedna sprawa, na którą ta babcia nie chciała się zgodzić. Broniła się każdego dnia, nie pozwalała i jakoś może wbrew standardom poddawano się tej niechęci. Starsza pani nie chciała się wykąpać. Z całym uporem starszych ludzi na każdą prośbę było w tej kwestii jedno i stanowcze : „NIE”. Nie kąpała się, kwitła całą zwyczajnością swojego starego życia. Zapewne jakieś zachowania higieniczne stosowała bo nie rozsiewała wokół siebie ani odrażającego zapachu ani wizualnie nie odstręczała brudem. Jednak na dokładną kąpiel nie dawała przyzwolenia. Pielęgniarki wykorzystując taką postawę zapewne wcale nie płakały, bo jakby nie patrzeć, jeden obowiązek mniej. I wszyscy byli zadowoleni, niedomyta pani oraz odpoczywający personel. Nie wiem, co się stało, ktoś jednak za punkt honoru obrał sobie złamanie oporu starszej pani. Na nic zdały się jej prośby i błagania, zmuszono do dokładnego wykąpania ze współudziałem którejś z dokładnych pielęgniarek. Nie wiem jak cała ceremonia ablucji przebiegła, jednego jestem pewna. Wykąpana, czysta staruszka po tym przymuszającym obrzędzie zmieniła się nie do poznania. Gdzieś prysł cały humor, zamknęła się w sobie, stała się apatyczna i w oczach znikała. Po dwóch dniach dowiedziałam się że kobieta zmarła.

Czy to możliwe, by przymuszenie do czegoś, co w jakiś sposób z niewiadomej przyczyny budziło wielką niechęć tej kobiety było powodem jej odejścia. Nie wiem, jak to wygląda z medycznego punktu widzenia, w moich oczach coś złamało tę osobę, jej irracjonalne dla mnie postanowienie ktoś zdeptał, coś w niej zniszczono ukazując jak bardzo nie ważne jest to, co ona sama myśli i czego chce. Może gdzieś znikł sens jej bycia wolnym człowiekiem, a może cel dożycia swoich dni bez dokładnej kąpieli spłynął wraz z pozostałą po tejże wodą wraz z całą radością życia. Kobieta zwiędła, uschła i znikła.

 

Czy ze mną stałoby się podobnie?... Zapewne mąż mnie ochrzani po powrocie za takie słowa i myśli, jednak wie, że żadna cenzura nie ma dostępu do moich notatek prócz mojej własnej i dlatego czasami powstają tak czarno widzące teksty. Przecież ja to nie tylko sam optymizm z wiecznym uśmiechem, ale też ktoś czasami widzący coś czego się nie chce a co może być.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POD NIEBEM I NA ZIEMI
Notatkę dodano:2015-06-20 07:19:32

Mija kolejny z wyznaczających czerwiec piątków. Choć ten obecny z całą ironią nie kończy tego, czego był początkiem. Głupie to co napisałam, jednak akurat takie odczuwanie tego dna w mojej głowie się zalęgło. Tak jakby piątek stanowił pewien odcinek jakiegoś cyklu. Preludium do dalszych dni. Początek wyczekiwania, to rola, którą ma do odegrania ten dzień. Jak od paru lat jeden weekend czerwca mój mąż znika z tu, by pojawić się tam. Znikł szarzejącym piątkowym świtem i pojawi się niedzielną porą późnego wieczoru. Takie są założenia, bez brania pod uwagę scenarzystów na górze, którym fantazja może podsunąć inne rozwiązania. Ja prócz czekania mam w sobie pewien strach, który gdzieś w tych naszych osobnych chwilach się czai. Nie jest to strach, że małżonkowi przyjdzie ochota gdzieś w szerokim świecie po męsku zaszumieć. Zupełnie inne podłoże wynikające po części z mojego mankamentu czarnowidztwa, po części z własnych fobii związanych z lękiem wysokości. Mam świadomość, że częścią obecnej nieobecności będzie skok ze spadochronem wykonany przez małżonka. Dla mnie nie jest to sprawa do przełknięcia bez tych moich wizji. I nie ważne jest jego przekonywanie o bezpieczeństwie, próby tłumaczenia czy przykłady kobiet, żon kolegów skaczących razem z mężami. To mnie nie uspokaja, mogę udawać, że przyjmuję do wiadomości, akceptuję, bo wiem, że to dla niego ważne. To sposób na jakiś powrót do młodości, przypomnienie sobie jak to dawno temu bywało, kiedy jako młody chłopak wykonywał coś dla mnie niezrozumiale niepotrzebnego. Podobnie jak nie potrafię przychylić się do konieczności wysokogórskich wspinaczek, podnoszących adrenalinę czynności na jakiejś krawędzi bezpieczeństwa. Z jednej strony wydaje się pojmuję, że to może być dla kogoś piękne, wspaniałe, dające doznania, których sama nigdy nie zaznam. A zarazem jeśli wzrasta poziom niebezpieczeństwa już całe pozorne zrozumienie znika pod naporem wizji. Tak jakby nie mogło być po prostu dobrze, ja oczyma wyobraźni widzę za wiele i w dodatku te moje wizje zawsze zakładają że może wydarzyć się... . Zdaję sobie sprawę, że takie moje podejście jest powodem do pewnych ograniczeń, których wynikiem mogłoby być siedzenie w czterech ścianach bez wyściubiania nosa z własnych kątów. Bo przecież wszędzie czai się niebezpieczeństwo, a i ten z pozoru bezpieczny dom wcale taki nie jest. Na szczęście moje fobie nie rozrosły się do tak rozbuchanych rozmiarów, co wcale nie wyklucza jednak niezrozumienia wykonywania czegoś niebezpiecznie podniebnego. Mogę podziwiać odwagę, umiejętności, brak ograniczeń wyobraźni, która na mnie działa podcinając skrzydła nim te w ogóle zaczną w zaczątkach kiełkować. Mój pewnego rodzaju podziw wcale nie przedkłada się na zazdrość, czy chęć znalezienia się na miejscu śmiałka. Więcej w tym widzę niepotrzebnego ryzykanctwa niż chęci współudziału. Może moje lęki są przyczyną takiego odbierania, moje strachy paraliżują działania. Z drugiej strony znając swój upór w pewnych kwestiach, kiedy miałabym udowodnić komuś, że dam radę, sądzę, że byłabym gotowa przełamać najgorsze fobie. Jednak to już zupełnie inna bajka. Po dobroci, czy też dla samego sprawdzenia siebie nie mam zamiaru robić wbrew. Niech inni latają, wspinają się i ryzykują, mi dobrze z odrobiną ziemi pod nogami która jest na swoim miejscu stabilnie mnie nosząc.

 

Szkoda, że przez nadchodzące dni życiowa wędrówka w wersji solo będzie się odbywać. Za bardzo przez minione lata splotły się nasze życia i być może chwilowy brak tej mojej podpory powoduje takie myślenie. Czekają mnie trzy ciche wieczory, które będą się ciągnęły otoczone pustką. W ciągu dnia zabudowując małymi i większymi sprawkami mijające godziny, jakoś łatwiej nie myśleć o braku tej drugiej osoby. Zresztą nasze normalne dni naznaczone rozmijaniem się spowodowały, że przywykliśmy do tej małej nieobecności ze świadomością, że za chwilę, za konkretny czas będziemy ponownie choć na chwilę razem. Wieczór, kiedy wiem, że dopiero za prawie trzy dni dane nam będzie się spotkać, nie da komfortu dla świadomości. Pustka olbrzymieje, narasta, osacza. Dzień wypełniony po brzegi zwielokrotnia teraz nadmiar spokoju. Może dlatego tak bardzo naładowałam ten dzień pracą by wieczorne zmęczenie nie dawało możliwości myślenia i odczuwania tęsknoty. Padam bez czucia i zasypiam. Przecież to tylko mały wycinek, który ma być podkreśleniem jak wiele dla siebie znaczymy.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163388
Osób: 145843