Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

KONSTRUKCJA
Notatkę dodano:2015-06-17 19:38:08

Otwarte okno nie stanowi bariery dla dochodzących z zewnątrz wrzasków. Dzieciarnia nie jest na nie wyczulona, w jakiejś niezrozumiałej dla mnie fantazji jednego delikwenta ze swojej paczki w jakiś sposób motywują do ciągłego wrzasku. Nic mu fizycznie nie robią, co naocznie parokrotnie sprawdzałam, a ten biega od jednego punktu do kolejnego z tak przeraźliwym krzykiem jakby co najmniej ktoś lał go wrzątkiem. Podbiegnie, do kolejnego celu, przystanie i odbywa się budzący grozę koncert, chwila ciszy, kolejny cel i ponowienie nadmiaru decybeli. Sprawdzam, reszta dzieciaków nieporuszona zajęta w swoich grajdołkach, krzakach, zupełnie nie zwraca uwagi na małego szaleńca. Po kolejnej serii wrzasków wołam Kleszczyka z zapytaniem, co zrobili temu chłopcu, że tak krzyczy. - „ A nic, on tak się bawi”. -„To zróbcie coś bo on tak krzyczy jakby go ktoś ze skóry odzierał...”. Nie wiem jakich argumentów użyto, dzieciak już nie krzyczy. A ja zastanawiam się jak to możliwe, żeby nikt z dorosłych mających pod opieką, lub pilnujących tej dzieciarni nie słyszał tej kakofonii sugerującej wielkie nieszczęście małego człowieczka. A może tylko mi ta moc hałasu przeszkadzała, rodzice przywykli do podobnych scen z radością przyjmują fakt, że cały występ odbywa się poza czterema ścianami małego mieszkania. Może wychodzą z założenia, że na świeżym powietrzu dzieciak tak dosadnie operujący całym mechanizmem oddechowym po prostu dokładnie się dotleni. A może w całej tej najzupełniej normalnej sytuacji tylko jedno ogniwo jest przewrażliwione – ja i moje chore podejście. Bo skoro dzieciak się tak przeraźliwie drze to w moim przekonaniu coś złego się dzieje. Nie istotne jest, że to nie moje dziecko, jakoś nie daję rady usiedzieć, bo jeśli coś niepokojącego się wydarzyło to może trzeba zainterweniować. I robię coś zupełnie innego od całej reszty spokojnych rodziców, bawiących się na podwórku dzieciaków – sprawdzam. Pomijając fakt, że niektóre hałasy mnie irytują w swoim zbyt wielkim natężeniu, zdarza się też, że budzą niepokój a to już jest wystarczający powód do sprawdzania lub w dalszym działaniu do lekkiego wyciszenia samego dźwięku. Dziwaczne są moje odbiory podobnych sytuacji. Nie pojmuję tego zobojętnienia, a może na tym polegają standardy obecnego wychowania - zupełne nieingerowanie w sprawy małych ludzi. Wydawało mi się dotychczas, że potrafiłam się powstrzymywać od zbytniego włażenia w relacje pomiędzy dziećmi, w ich sprawki, choć alarmujące krzyki nie pozostawiają mnie w stanie obojętności i choćby zza firanki sprawdzę co w trawie piszczy. Jak się okazuje moje podejście zgoła błędne i nieprzystające do współczesnego sposobu wychowywania, za wiele mojego zainteresowania. Dzieciaki mają biegać samopas, mają osiągać umiejętności w sposób najbardziej samodzielny a funkcje rodzica powinny ograniczać się do zaspokajania potrzeb podstawowych a nie jakiejś fantasmagorii współudziału w życiu potomków. Cóż widać starej daty jestem, współczesne metody mi obce, zobojętnienia też w pakiecie na życie nie dostałam. I w całym mankamencie jego braku wtrącam się gdzie nie powinnam, widzę coś, czego tak naprawdę nie ma, słyszę alarm tam, gdzie nikt nie woła. A najgorsze dla całego świata jest chyba nawet nie sam fakt zaistnienia w mojej konstrukcji akurat takiej budowy, tylko to, że z całą premedytacją nie mam zamiaru tego zmieniać pozostawiając wszystko w stanie pierwotnym. Będę się interesować, będę interweniować, będę stawać w obronie słabszego i postaram się widzieć nawet z tym ciągle pogarszającym się wzrokiem, bo chyba nie zawsze widzi się tylko oczyma. Aż chciałoby się rzec na koniec : „Amen”...   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ALERGENY
Notatkę dodano:2015-06-15 22:24:36

Nad prawie tygodniową przerwą w zapiskach przechodzę do porządku dziennego, zaliczając półmetek miesiąca oraz kolejne biegnące za sobą dni. Jeden z oczekiwanych piątków za mną, mogłabym powiedzieć, że pozostawił po sobie uspokojenie w pewnej nurtującej kwestii. Pierwszy piątek z owocowymi nutami, drugi dający spokój. Obawiam się następnego, jednak może nie będę pisać, skąd się biorą owe moje strachy, jaka ich przyczyna oraz czy warte samego zaistnienia. Cierpliwość da doczekać, a kiedy stanie się on czasem przeszłym, może nawet nie będzie warto o nim wspominać. Tak normalne te moje dni, że wydaje się aż nieprzyzwoitym pisanie jakichkolwiek notatek. Praca, dom, irytujący ludzie, którzy potrafią samą swoją bytnością zważyć najlepsze humory, jakieś zmęczenie z którym walka wydaje się zupełnie bezsensowna i zamiast powiedzenia: „pas”, branie kolejnych spraw na własne barki. A może to sposób walki z efektami spotkań denerwujących jednostek. Zabić myślenie o takowych zajęciami. Może dlatego, że ostatnimi czasy jakoś obrodziło kontaktami z pewnego rodzaju swołoczą, więcej wysiłku wkładam w antidotum na zapomnienie. To procentuje nadmiarem pracy, a ta w efekcie nie dość, że skraca mój czas to jeszcze daje w kość. Wiem, że świata nie zmienię, nie sprowadzę wszystkiego do właściwych torów, już nauczyłam się, że nie zawsze warto walczyć, a jednak jakaś skaza nie daje na spokojnie przyjmować wazeliniarzy czy głuptaków z aspiracjami, upokarzających każdą jednostkę, od której czują jakieś, nawet wyimaginowane zagrożenie. Wiem, że świata nie zmienię, mam świadomość, że podobne jednostki zawsze i wszędzie bywają, a ja z uporem maniaka na każde zetknięcie reaguję pewną irytacją, w którym to stanie wcale mi nie wygodnie. Może za bardzo wyczulona jestem na pewne aspekty. Być może to jakiś rodzaj alergii psychicznej na konkretne zachowania. Nie działają na mnie pyłki, grzyby czy psie kudły powodując świąd czy kichanie. Inna przyczyna, inne objawy choć uciążliwe i nie przechodzą po łyknięciu wapna. Jedyne lekarstwo na moją alergię to zobojętnienie, a takie podejście w żaden sposób nie wychodzi. Sama sobie próbuję tłumaczyć, że świat nie jest kontrastowo czarny i biały, podobnie ludzie a jednak co bym sobie nie mówiła, jak nie tłumaczyła i tak objawy alergii podnoszące ciśnienie występują. Bywa wytłumaczę sobie kogoś, mija czas, wszystko pozornie idzie w dobrą stronę, czyżby się zmienił ten irytujący osobnik? Głuptak zmądrzał a wazeliniarz stał się kimś mniej obłym i oślizłym? Już nawet i alergia mniej doskwiera, ciśnienie irytacji nie skacze w swojej amplitudzie. Zaczynam bardziej wierzyć niegdysiejszemu wzdrygającemu osobnikowi, tracę czujność, być może zbyt wielką wiarę pokładając w ludzki rodzaj, widząc w niej więcej dobrych niż złych. I następuje moment w którym nawet gotowa jestem powiedzieć, że się myliłam w niegdysiejszych sądach, tak przecież niesprawiedliwych i krzywdzących. Już nie dzwoni alarmowy brzęczyk, którego cisza powinna być dla mnie najgłośniejszym sygnałem do zwiększonej uwagi. Robię się w pewien sposób bezbronna w tej naiwności, bo jak życie pokazuje, szuja szują zostanie, wazeliniarz tylko jedno ma na celu, głuptak nawet najbardziej opierzony na rozumku nie zyskuje. Przyczajają się w swoich zachowaniach, potrafią miesiącami udawać innych niż są w rzeczywistości, doskonale zakamuflowani i mydlący oczy pozorowanym zachowaniem na porządnego, mądrego czy dobrego kumpla. Narasta skorupa udawania, która w pewnym momencie chyba samych zainteresowanych zaczyna uwierać, bo wbrew sobie, na dłuższą metę nie potrafią, i ponownie wyskakuje w całej okazałości obiekt mojej alergii. Powinnam omijać te alergeny a ja daję im szansę na poprawę, licząc na zobojętnienie własnego organizmu, a może na samowyleczenie. W tym przypadku leczenie mojej alergii nie odnosi skutku, siedzi gdzieś w środku, niezdefiniowanym medycznie alergenem z brakiem skutecznego antidotum oraz z własną świadomością, że przecież i tak świata nie zmienię...  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WYSPY BEZ EMOCJI
Notatkę dodano:2015-06-09 21:50:40

Nie uwłaczając literackim bohaterom, nie pragnąc ich detronizacji w beletrystycznym świecie, po wczorajszym dniu stwierdzam subiektywnie, że Robinson Crusoe w swoim pragnieniu powrotu do cywilizacji wykazywał odrobinę ludzkiej głupoty. Cóż skłania mnie do tak dalece idącego wniosku? O tym za moment, teraz, skoro już nadepnęłam na odcisk literackiej postaci to rozszerzę spektrum swoich obserwacji. Cóż tak doskonałego jest w gromadnym życiu naszej cywilizacji, że na przełomie epok wciąż nie pragniemy bezludności wyspy z wielką ochotą zamieniając jej pustkę na zaludnione miasta i osady. Czy to serdeczność i dobroć ludzkich elementów stwarzają chęć powrotów do tej układanki, a może istnieją jakieś profity materialne dające luksus i beztroskę bytu, może fakt, że bez drugiego człowieka nie przeżyjemy, czy przypadkiem zwykła chęć posiadania tuż obok kogoś, kto może stać się naszym upragnionym ideałem obok którego nie wyobrażamy sobie życia? Może wręcz przeciwnie potrzeba robienia na świecie wobec bliźnich świństw, zawiść i zazdrość lub też posiadanie jakiegoś kozła ofiarnego, który będzie wzorem wszelkich wad, dostrzegalnych dla nas, wyolbrzymianych i sprawiających dobre samopoczucie, że to nie my a ktoś. Bo przecież my to doskonałość ledwie stąpająca po kalających nasze stopy prozaicznych grudach. Co tak naprawdę zmusza nas by żyć w stadzie bez którego okazuje się zaczyna brakować dobrych lub złych rzeczy. Do czego tęsknił Robinson pośród kokosów i wiecznie zielonego drzewostanu, w cieple i zupełnej ciszy. Wtedy jeszcze mało rozwinięta technika powodem tęsknoty być nie mogła, cywilizacyjny postęp nie był źródłem poszerzonego poglądu na szeroki świat, niklejsza niż obecnie wiedza nie dawała tak wielu możliwości. Czego tak naprawdę i najbardziej onemu Robinsonowi był największy brak? Możemy się domyślać, snuć przypuszczenia bardziej lub mniej romantyczne, do woli i w pełnym rozbestwieniu wizji. Pewnym jest fakt, że osamotniony czuł się niezmiernie i nic nie zmieniło jego podejścia oraz wielkiego pragnienia powrotu w rodzinne strony, tam gdzie swoi, tam gdzie ludzie jego pokroju, światopoglądu. Najwyraźniej prócz piękna otoczenia bardzo brakowało mu pokrewnych istot z którymi mógłby ciągnąć swoje życiowe sprawy. Może na swojej drodze życia niewiele spotkał pośród ówczesnej społeczności zawiści, że nie obmierzł mu ludzki gatunek. Może ludzie kiedyś bywali lepsi, że ich towarzystwo nie odstręczało, że chciało się pośród nich być.

 

Bywają takie chwile, że zazdroszczę Robinsonowi. Nie tego że wrócił do własnej społeczności, ale tego, że miał możliwość być poza nią. Właśnie wczoraj był taki moment, który sprawił wielką moją chęć znalezienia się daleko od tego, co potrafią swoimi postawami reprezentować niektóre jednostki. Sprawa ciągnie się od przeszło pół roku, i najwyraźniej jeszcze chwilę potrwa jej żywot. Pisałam niegdyś o konflikcie wśród rodziców dwojga dzieci z klasy mojego syna. Pisałam o jednej mamusi, która pewien poziom mojej niechęci budzi. Wczoraj właśnie ta osoba poczuła wielkie pragnienie, całkowicie jednostronne, rozmowy ze mną. Nie poczułam się wyróżniona, nie radowałam się, szczerze mówiąc wolałabym unikać jakichkolwiek kontaktów z tą panią. Jaki cel tej rozmowy i jakiego skutku oczekiwała, mogę się domyślać, lub udawać, że bladego pojęcia nie mam w przyświecających zamysłach. Zapewne dążąc do konfrontacji ze mną nie miała pojęcia jak zareaguję, a może w zadufaniu sądziła, że znajdzie kolejne bierne cielę, bez oporu zgadzające się z argumentacją dla niej jasną, dla mnie.... Okazałam się po raz kolejny w życiu niepokorna i głośno, prosto z mostu wyrażająca swoje nie popierające jej zdanie. Kobieta mocno się sprężała by nie przekroczyć pewnego poziomu emocji i słownictwa, jednak i tak za wiele słów powiedziała, które nie złagodziły mojego o niej zdania. W jednej dorosłej kobiecie, siedzi tak wiele zawiści, nienawiści, pewności siebie i spotęgowanego mniemania o własnej wartości, że momentami dziwiłam się jak to w ogóle jest możliwe. Ani macierzyństwo jej nie ułagodziło, ani mijające lata ani z wiekiem zdobywanie doświadczenie i rozum, choć to ostatnie skoro nie przyszło o czasie, zapewne już do adresatki nie trafi. Pozwalałam sobie na gorzkie słowa, których zapewne nikt jej do tej pory w tym konflikcie nie użył tak otwarcie, prosto w jej twarz. Sama sobie dziwiłam się, że mówię z takim spokojem, choć osoba mnie irytuje swoim wywyższaniem się i prawdziwą butą, a i jej umiejętności do awanturnictwa są ogólnie znane. Staram się schodzić z drogi podobnym typom, na zdrowie mi to przeważnie wychodzi. Tym razem ona na mnie czekała, i dziwnym trafem jakoś nie miała odwagi personalnie mnie atakować, choć kto wie, zmiana scenografii i jej reakcja mogła być niczym burza z wyładowaniami. Na to jednak nie pozwoliłabym w jakiejś narastającej stanowczości i oporze. Słuchałam tyrady, ripostowałam, twardo oceniałam i przez myśl mi przeszło, że chciałabym znaleźć się jak najdalej od takich ludzi. Może jedyne co nas trzyma tu i teraz to fakt, że tych psujących krew i irytujących przeogromnie jest mały odsetek. Tylko nawet przy tej nikłej ilości jedna sztuka więcej krwi napsuje niż tysięczna społeczność. Może Robinsonowi w tych zamierzchłych czasach nie było dane spotkać takiego indywiduum, bo skoro teraz bywają wówczas też zapewne istnieli. A może więcej w nim było chęci powrotu do tych normalnych, zwyczajnych ludzi niż awersji do negatywnie „wybitnych” jednostek. A może to nie ja powinnam znaleźć się na tej cudownie spokojnej wyspie? Tylko....  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


REKLAMA LENISTWA
Notatkę dodano:2015-06-07 22:25:29

W dobie wszechogarniającej reklamy, przerysowań oraz niejednokrotnie kłamliwych spotów nikomu nie przyszło do głowy reklamować jednej ludzkiej często występującej przywary. Widać godna gromów i piętnowania, choć jest, występuje i ma się dobrze. „Lenistwo” czy warto reklamować, czy jest sens kultywowania w społeczeństwie wiecznie przepracowanych, choć wcale nie nadmiernie opłacanych naszych rodaków. Nie nawykłam z wrodzonego mankamentu do pławienia się w nicnierobieniu. Pomimo niejednokrotnie przemęczenia okazuje się, że jest do zrobienia jeszcze to czy tamto, bez czego świat się nie obejdzie, bez czego moje funkcjonowanie nie będzie pełne. A jak się po wczorajszym dniu okazało potęga pracy i aktywności fizycznej jest najzwyczajniej w świecie przereklamowana, a lenistwo choć raz na jakiś czas, też powinno nam się należeć, zupełne pomijane. Od małego trzeba walczyć a to cwaniactwem, jeśli są ku takiemu życiowemu podejściu predyspozycje, a to właśnie pracowitością. Urodzeni cwaniacy jadą na plecach wiecznie pracujących, w ciszy przyjmujących sumienne wykonywanie powierzonych zadań. Naznaczeni musem pracy niczym mróweczki wiecznie zajęci noszeniem źdźbeł, ich dzień ma najważniejsze przesłanie : „muszę zrobić...” . I tak ich życie płynie ciągłym „muszę zrobić” podkreślane. Czy to ideologicznie, czy z urodzenia ten ciągły przymus pracy w ich głowach rządzi całym życiem. Nawet, kiedy pozornie wolny czas mają nasze mróweczki ciągle muszą. Dzięki temu, że tak wciąż muszą i wykonują to muszenie w dalekiej perspektywie widzą obietnicę, że będzie lepiej, że im się poprawi, że coś osiągną, jakieś plony zbiorą z wiecznego zapracowania. Jeśli na górze scenarzyści tak rozegrają ich życie, dodając szczyptę szczęścia, może nawet udać się ta sztuka i spełnić perspektywa widziana na starcie. Jeśli ci na górze inne zamysły mają, z tego wiecznego przepracowania ktoś inny może spijać miód sukcesu. Może własne dzieci, co jeszcze może być całkiem znośną wizją, ale równie dobrze może to być obcy cwaniak sprytnie zawłaszczający czymś, co w żadnej mierze do niego trafić nie powinno. Ta druga wizja już nie jest w żaden sposób radosna ani wyczekiwana. Choć niestety zdarza się wcale nie rzadko. Takim cwaniakiem może być złodziejaszek poza prawem działający ale równie dobrze może to być szef już tylko poza moralnością mający swój obszar działania. Jeden czy drugi może oskubać z efektów naszej ciężkiej harówki, nas zostawiając z pustymi rękoma. Czy warto więc, czy jest tego całego działania sens głębszy? Czy może wcale nie głupim pomysłem byłoby statyczne wyczekiwanie na daleką metę, przecież za linią mety i tak wszystko co zdobyte tutaj, tutaj pozostanie. Przecież gdzieś w świecie są tacy ludzie, którym ani czas nie potrzebny, ani pieniądze. Nie pragną zaszczytów, dają sobie radę bez mechanizacji, nadmiernych udogodnień, podróży, wykwintnego życia. Ograniczają się do podstawowych pierwotnych funkcji życiowych i wcale nie są przez to mniej szczęśliwi od nas, zapracowanych i przemęczonych, wiecznie utyskujących na różnorakie niedole i braki. Nie mają podkrążonych od niewyspania oczu, naciągniętych mięśni, zwyrodniałych kręgosłupów, nie zwracają uwagi na zmarszczki i na siwe włosy. Nie zbudowali w swoim światopoglądzie niedościgłych ideałów, nie rośnie w nich ciekawość tego, co jest za horyzontem, bo do tego prostego życia wystarcza tu i teraz. Oni mając tak niewiele i nie pragnąc więcej, może dzięki nierozbudowanej świadomości, jak jest gdzieś indziej wcale tego nieznanego nie pragną. Zupełnie inaczej niż my, wiecznie za czymś goniący. Nam potrzebny jest czas, by go wciąż było za mało. My „musimy zrobić” nie potrafiąc pogrążyć się w lenistwie.

 

Wczoraj dzięki podzwrotnikowej temperaturze otoczenia, zaznałam namiastkę stanu w którym nie musiałam. Może nawet nie tyle nie musiałam co z uwagi na pewną nieumiejętność funkcjonowania w temperaturze powyżej trzydziestu stopni Celsjusza nie mogłam. Przesuwający się cień pod wielką czereśnią skutecznie pozbawioną wszystkich owoców przez okoliczne szpaki był powodem mojego ograniczonego poruszania. W ślimaczym tempie przesuwałam się wraz z prowizorycznym legowiskiem za cieniem, i to było jedyne co musiałam. Musiałam leniuchować. Wcale nie narzekałam na ten stan, choć odmienny od dynamicznej codzienności. Nie wiem, czy potrafiłabym codziennie w ten sam statyczny sposób spędzać swoje życie, raczej nie udałaby mi się ta sztuka. Jednak sądzę, że dobrze, iż zdarzają się takie dni, kiedy się nie „musi zrobić”. Kiedy jednym zajęciem jest otrzepywanie się z natrętnych mrówek, gapienie w błękit nieba prześwitujący przez zieleń liści dających cień, leniwe pogaduchy. Dzień, kiedy te wymagające uwagi zajęcia zmęczą po prostu odpłynięcie w drzemkę przy świergocie niewidocznego przez zamknięte powieki ptactwa. Polecam choć raz na jakiś czas, choć raz na jedno życie, by nie żałować że się takiego stanu zupełnego lenistwa nie zaznało.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DYNAMICZNA WIOSNA
Notatkę dodano:2015-06-05 22:25:48

Piątek o smaku niewiadomym. Inni mają długie weekendy, święta w środku tygodnia, wolne ustawowo zagwarantowane a ja mam dziwaczny posmak dni innych niż są w kalendarzu. Pracowite dni, które zmuszały mnie do marszruty o cichej po ludzku, a głośnej po ptasiemu porze wczesnego poranka. Prawdziwie letnie poranki, kiedy czwarta rano okazuje się jasnym niebem, temperaturą nie wymagającą wielu warstw okrycia. Szkoda tylko, że pośród aktywnego ptasiego rodu nie mogłam tych chwil spędzić oglądając wschód słońca, wygodnie otulona miłym polarkiem z parującym kubeczkiem kawy. Ustawowy wolny poranek nie dotyczył mnie, ja wyspana, doprowadzona do pewnego wyglądowego ładu nie czułam odświętności ani podniosłości, dla mnie to był kolejny zwykły dzień pracy. Chłopcy w domu, ja na gościnnych występach u rodzicielki. Tak jest łatwiej, czasami tak wygodniej. Ta wygoda to pokonanie skrótem drogi do pracy w rozwlekłe spacerowe piętnaście minut. Przeważnie moja droga trwa dłużej, ale nie wczoraj i dziś. Okoliczne „burki” nawet nie zaszczyciły mnie swoim szczekającym jazgotem, widocznie u nich też odświętnie. Spokój tego poranka zakłócały tylko ptaki w całej dźwiękowej gamie. Ten spokój udzielał się poczuciem, że kroczę po krainie pogrążonych we śnie mieszkańców. Nikogo nie mijam, jakby zupełnie wyludnione to miasto było, tylko ja dziwnie zbłąkana pośród tej ciszy. Ja i świergoty. Mam czas na myślenie, co za chwilę, co jeszcze dziś, co minione. Piętnaście minut skrótem, okazuje się zbyt krótkim czasem na wszystkie przemyślenia dotyczące trwającego czerwca. Mój kalendarz upstrzony różnorakimi sprawami, na które w większym lub mniejszym napięciem oczekuję. Przyjdzie pora, nastąpią a ja znowu stwierdzę, że za nagle to wszystko się zadziało. Każdy z nadchodzących piątków tego miesiąca czymś się odciska. Tylko ten dzisiejszy bez żadnego planu na siebie przeminął. Najzwyczajniejszy piątek czerwca. Choć nawet i on, taki nijaki, zwykły może utkwić w pamięci owocową nutą. Truskawkowo - czereśniowy dzień. Trwa sezon na truskawki, zapewne jak zwykle zbyt krótko będę się cieszyć tymi owocami. Widać tak to już jest, że wiosna lubi szybkie zmiany. Wszystkie kwitnące drzewa i krzewy nim zdążymy się nimi nacieszyć już zrzucają kolorowe i pachnące kwiatostany, podobnie z owocami jeszcze ich smak na języku a już sezon mija pozostawiając niedosyt. Dynamicznie zmieniająca odczucia wiosna. Szybkie przemiany na kolejne doznania. Ja pośród tego wszystkiego chciałabym jak najwięcej złapać dla siebie, jednak ludzkie niemoce nawet mnie czasami chwytają w swoje szpony. Liczę na przechodzenie, udaję że da się z tym funkcjonować. Robię okłady, zwalniam kroku i jeśli trzeba będzie wystartuję grając kolejną ze swoich ról. Jak strasznie nie lubię kiedy własne ciało działa wbrew mnie. Niektóre niedyspozycje udaje mi się zmóc samodzielnie, jednak czasami muszę udać się pokornie do fachowców. Na samą myśl zaczynam kombinować co mogę jeszcze we własnym zakresie, odwlekam na ile się da, bo przecież tak naprawdę nic wielkiego się nie dzieje. W moich oczach da się żyć z wieloma małymi ułomnościami byle tylko nie trzeba było odstać w przychodniach i gabinetach. Pół biedy jeśli trafi się ktoś celująco utrafiający diagnozą, a jeśli nie... Na samą myśl zaczynam myśleć, po co mi to było, przecież mogłam sobie z tym jakoś radzić. W ten truskawkowo -czereśniowy piątek myślę, że nim zakończy się długi weekend, zakończy się także przypadłość ograniczająca moje ruchy. Przecież wraz z nastaniem nowego tygodnia tak wiele mnie będzie czekać, a ja nie mam czasu na zwolnienie tempa. Muszę nadążać za zmianami wiosny, za własnymi planami, bo przecież tyle jeszcze przede mną, nim z jakąś niemocą przystanę z pełnym pogodzeniem na taką stagnację.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DWUDNIOWY ZARYS
Notatkę dodano:2015-06-02 20:54:05

Przesycone działaniami dni wolne już należą do przeszłości. Uporałam się z niezbędnymi pracami, które były zakładane na miniony czas. Zdążyłam wszystko, tylko nie wypocząć. Kolejny tydzień, swoim pierwszym dniem dawał odczucie mającej nastąpić zmiany meteorologicznej. Zuchwała pełnia nie dawała ciałom wypocząć w nocy. Skutkiem tego przez cały dzień, nieosiągalnym pragnieniem było przytulenie się choć na krótką chwilę do miękkiego posłania. Cóż, praca oraz codzienność domowa nie pozwalała na ten luksus. W wielkim garze od soboty macerowały się białe kwiaty czarnego bzu, dziś musiałam doprowadzić do finału ten przeciągający się proces wykonawczy syropu. Miękkość posłania coraz bardziej nierealnym pragnieniem się wydawała. Lekcje młodego, trening, pasteryzowany syrop, moje zajęcia zumby, i nagle okazuje się dzień zaciągnięty stalowymi chmurami z wielkim przytupem grzmiącej burzy zakończył jasność, stając się deszczową szarością wieczoru. Nim Kleszczyk zakończył swoją kąpiel, nim ja zmyłam z siebie słoność potu, już dawno okazało się nie ma dnia. Przepoczwarzył się on w wieczór, który żal byłoby zmarnować prozaicznym pójściem do pustego łóżka. Jeszcze parę minut nim mąż wróci z pracy, i zgodnie z pewnym utartym schematem tuż po wymianie wiadomości z naszych osobnych godzin zasnę, nim jeszcze dokładnie wtulę się w świeżość pościeli. Może gdzieś w niezapamiętanej podświadomości senne wspomnienia przywołają miniony dzień. Poczuję intensywny zapach kwitnącej akacji, którym nigdy nie daję rady nasycić się na tyle mocno by mi go wystarczało na miesiące, dla których jest on tylko wspomnieniem. Przechodząc pod wielkimi, starymi biało kwitnącymi drzewami, z jakimś codziennym uporem z całych sił chcę jak najwięcej nałapać tego ulotnego zapachu. Pod nogami już zaczyna ścielić się biel opadłych kwiatów, a przecież jeszcze nie zdążyłam się wystarczająco nasycić, mogłoby jeszcze potrwać to co tak nieuchwytne i krótkotrwałe. W taki parny zapowiadający burzę dzień, zapach akacji wydaje się intensywniejszy, przybiera na sile. Ja w zgodzie z intencją dzisiejszego dziecięcego święta, chciałabym stać się łobuzem wspinającym się po rozłożystych drzewach. Znaleźć sobie wygodny konar i na powrót stając się sobą spędzić w tym mocnym aromacie jak najwięcej czasu. Późnowiosenną i letnią porą łapię się na małych, głupich pomysłach, które dałyby mi możliwość nasycenia się tym, czego w zimie nie ma. Chciałabym na zapas się nawąchać, napatrzyć, nasłuchać. Wiem, że to nie do zrobienia, że to zwyczajnie niemożliwe a jednak rokrocznie mam to durnowate pragnienie, którego realizacja przecież nic by w moim życiu nie zmieniła. Głowa jest dysponentem wszelkich zapamiętanych zapachów, woni, dźwięków. Dzięki niej bywa w najmniej spodziewanym momencie coś zostanie przywołane. Podobnie te kwitnące akacje mogą kiedyś pośród szarugi jesiennej mi się objawić zupełnie nagle i nie planowanie. Za mało czuję, co odbieram jako pewnego rodzaju wadę. Małe wyczulenie na zapachowe bodźce, jednak bywają wonie które tkwią gdzieś w zakamarkach pamięci wryte na stałe. Archiwum zapachów. Tuż obok zarchiwizowanych smaków, barw, dotykowych dawno zapomnianych wrażeń. Czekają na swoją kolej przypomnienia, a może sczezną na tej półce nigdy nie przywołane. Nie na wszystko mam wpływ a już na to co z epizodycznych drobiazgów i w jakiej formie zostanie zapamiętane zupełnie go nie mam. Pamięć dokonuje wyboru z niewielkim moim udziałem. Wydaje się coś chcę dla samej siebie utrwalić, by móc wrócić, i nie udaje się ta sztuka a coś mało istotnego pozostaje bez żadnej mojej w tym zasługi.

 

Nie zakończyłam wczoraj tej notatki, znużona zbyt wielkim zmęczeniem, skokami ciśnienia, i wieczornym apogeum burzy. Z poniedziałku zrobił się wtorek, dosyć leniwy w swoim przebiegu i zupełnie odmienny od wczorajszego dnia. Po minionej burzy tylko żółte otoczki zmniejszających się kałuż wydają się jedynym śladem. Od rana dla pełni zapomnienia prawie letnia pogoda. Z niejakim uporem próbuję osiągnąć dawny poziom zaniedbanej w pewnym czasie formy. Wierność basenowej przyjemności i bywanie na ile czas i finanse pozwolą, więcej daje właśnie zadowolenia niż kondycji. Może za mało we mnie mobilizacji, która też zależy od tego co w głowie, a skoro głowa zaprzątnięta archiwizowaniem niepotrzebnych drobiazgów, możliwe, że tam po prostu zaczyna brakować miejsca. A może doskwiera pewien poziom przemęczenia, do którego nie chcę się przyznać. Do urlopu dwa miesiące, wcale nie zapowiadające się jako lekki czas, czy uda mi się tak długo udawać pełnię sił, by chciało się chcieć i dało się móc?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KROK W NIEZNANE
Notatkę dodano:2015-05-30 15:17:54

Zamiast próżnego wylewania słów powinnam wystartować do czekających mnie spraw. Może jednak dzięki paru minutom poświęconym na wyciszenie, osiągnę taki stopień koncentracji przed czającymi się na mnie rzeczami do wykonania, że później wszystko pójdzie jak po maśle. Dzieje się na tyle dużo, że potrzebne mi są takie właśnie minuty spokoju. Młody jeszcze śpi, wykorzystując wolny od szkoły dzień i nie zdając sobie w najmniejszym stopniu sprawy z upływającego dla mnie zbyt szybko czasu. Jego czas inaczej płynie niż mój. Jeszcze nie przyspiesza tak bardzo, a nawet przechodzi zbyt wolno. Teraz etap oczekiwania na mający nastąpić Dzień Dziecka, na czekającą deskorolkę, na spełnienie wyobrażeń z nią związanych. Wyobrażenia się zapewne nie spełnią, nastąpi zniechęcenie, parę upadków, otartych kolan i siniaków. Kleszczyk jeszcze nie wie, że nim przyjdzie sukces potrzeba wysiłku i własnej pracy. On widzi siebie mknącego na tej desce w doskonałej równowadze. Widzi geniusza, który bez problemów robi to, co widzi na filmach czy w bajkach. To wydaje się takie na wyciągnięcie ręki, takie proste, i do zrobienia. Wydaje się takie póki nie spróbujemy. Oglądając pokaz iluzjonisty też mamy zakłamane odczucie, że to da się zrobić, skoro komuś się udało, dlaczego nam ma nie wyjść. Przez krótki moment stajemy się dzieciakami wierzącymi w to, że coś może nam przyjść bez pracy i wysiłku. Tylko nam dorosłym zdarza się to rzadko i prawie natychmiast następuje otrząśnięcie z tej iluzji i złudy. Wiemy, że nim coś się osiągnie potrzeba więcej niż tylko wstać i spełniać marzenia. Realizm stawia nas na pozycji wiedzy a zarazem niejednokrotnie zniechęcenia, bo zdajemy sobie sprawę z czekającego wysiłku i ogromu pracy. To może nie warto, może jednak da się żyć bez tego, skoro dotychczas się dawało. Na szczęście są tacy, których nie przeraża fakt pokonywania przeszkód i przeciwności. Oni mówią, jeśli nie ja to kto. Jeśli sam tego nie zrobię, to może nikt inny tego nie uczyni. Może dzięki temu wysiłkowi coś zyskam, a może nawet niczego nie osiągnę a jednak warto spróbować. Wcale nie tak dawno temu często mówiłam, nie warto próbować, na pewno się nie uda. Jakaś wewnętrzna obawa buforowała wszelkie pragnienia próbowania. Z jednej strony chciałam, wyobraźnia podsuwała obraz że coś robię z całkiem dobrym skutkiem, a jednocześnie ten strach przed porażką zniechęcał na tyle skutecznie, że wolałam nie zaczynać. Duży kawałek życia w taki sposób mi przeleciał, nim się obudziłam okazało się, że gdzieś za dawno minionym winklem zostawiłam tę pierwszą młodość, siłę nie znalazłszy entuzjazmu do działania na nieznanych obszarach. Strach skutecznie osłabiał jakiekolwiek pragnienie poznania czegoś co w głowie dawało obraz, że nie takie to straszne, nie takie nieosiągalne. Jak człowiek ma w sobie tę obawę, zawsze znajdzie parę powodów by nie zacząć i nie próbować. Tłumaczymy się przed tymi, którzy namawiają do działania, sobie także staramy się znaleźć usprawiedliwienie choć w środku jest świadomość, że to tylko nędzna wymówka dla uspokojenia sumienia. Lata mijają, okazje gdzieś koło nosa przechodzą, pogrążeni w tej stagnacji nie zauważamy, że nie wszystko co było do osiągnięcia bezpowrotnie nam pomiędzy palcami przeciekło. Dobrze jeśli człowiek w porę się otrząśnie, zacznie robić coś, co wcześniej nie wydawało się do zrobienia. Jednak ilu jest tych, którym do końca życia pozostaje wątpliwość i obawa przed jakąkolwiek próbą?   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KANDYZOWANA JARZĘBINA
Notatkę dodano:2015-05-26 15:40:36

Organoleptyczny dziwak ze mnie, choć zapewne nieodosobniony w upodobaniach. Przełamywanie smaków w pokarmach stanowi pewien sposób ubarwienia zwyczajności. Nie znaczy to wcale, że mój gulasz przełamany słodko kwaśnymi niuansami , które mogłyby sprawiać wrażenie zepsucia lub szaleństwa kucharza. Standardy pozostają standardami. To co być słodkie powinno takie jest, co pikantnością zaprawione również nie odbiega zbytnio od utartych schematów. Pośród całego nawału wypośrodkowanych smaków gdzieś we mnie drzemie coś, co sprawia moją otwartość na próbowanie smaków zdawałoby się nie do przyjęcia, nieznanych czy początkowo budzących niechęć. Bywa coś przekreślam pierwszym kęsem, samym zetknięciem smakowego koktajlu z moimi kubikami smakowymi. Jednak często zdarza się, że pierwsze wrażenie wstrząsu staram się pokonywać kolejnym podejściem, następnym i okazuje się gdzieś w tym początkowo niechętnie przyjmowanym smaku odnajduję coś co daje się lubić, co powoduje, że chcę jeszcze i jeszcze. Początkowe poczucie niechęci niczym narkotyk ciągnie do dalszego próbowania. Wiele smaków przede mną. Wielu nie dane mi będzie nigdy wypróbować, choć wiem, że chciałabym i zrobiłabym podejście próby, gdyby tylko zaistniała taka możliwość. Pośród wielu smaków nie dla wszystkich do przyjęcia mam w pamięci organoleptycznej jeden, burzący schematy i będący typowym wzorem łamania niuansów. Słodko – gorzkawy z nutą cierpkości smak kandyzowanej jarzębiny. W latach dawno minionych na rodzimym rynku pod postacią nieforemnych drażetek występowała jarzębina z ciemnopomarańczową powłoczką cukrową jako namiastka deficytowych słodyczy. Nie był to produkt ukochany przez wszystkich, nie stanowił czegoś na miarę upragnionej czekolady, jednak we mnie miał wiernego konsumenta. Smak tego wytworu wielce specyficzny, słodki a zarazem w drugim odczuciu cierpki, daleki od łagodności czy aksamitu odczuwalnego przy konsumpcji czekolady. Niepodobny do niczego co upragnione, raczej stanowiący pewien margines niż standard cukierniczy. Daleko temu tworowi do znanych obecnie słodyczy, których smak wydaje się znamy z samych tylko oglądanych reklam, i już go pragniemy, jakby właśnie on miał być dopełnieniem i uszczęśliwieniem dzięki swej obecności. Tamten smak był odległy od wszystkich reklamowanych obecnie różnorakich cukierniczych tworów. Zresztą zapewne dzięki swojej odmienności i cierpkim nutom nie miał wielkiego grona zagorzałych wielbicieli. Zniknął ten towar ze sklepowych półek niepostrzeżenie podobnie jak i bywał na nich taki nieznaczny i mało widoczny. Surogat cukierniczego uniesienia. Kto wie, co tak naprawdę lubiłam w tym niepozornym smaku, takim dziwacznym, innym, cierpkim w dalekim tonie choć z pozoru wielce słodkim. Może już w tamtych odległych czasach moje ulubienie kontrastów smakowych rozwijało się niepostrzeżenie. Ówczesny rynek, nie był tak otwarty na obce smaki i artykuły jak obecnie więc i rozwój pewnych cech i postrzegań inaczej się odbywał na tym żałośnie skromnym środkowoeuropejskim kryzysem ogarniętym terenie. Moje doświadczenia i próby smakowe musiały sporo czekać nim mogły rozkwitnąć możliwości i dostępność. Być może właśnie ta jarzębina tak bardzo utkwiła w mojej smakowej pamięci, że nawet teraz czuję jej cierpkość. Jednak dlaczego akurat dziś falą wspomnień przyszedł mi do głowy akurat ten odległy smak. Przecież dzisiejszy dzień szumnie obchodzony jak święto wszystkich mam z pozoru zupełnie się nie wiąże z dziwacznym smakiem szeroko przeze mnie opisanym. A mi właśnie dzisiejsze święto w odniesieniu do własnego macierzyństwa z tym słodko -cierpko-gorzkawym smakiem się kojarzy. Bycie matką nie jest samą słodyczą, choć chciałoby się by tak było. Bym jako matka odczuwała tę słodycz wobec potomków, a moje dzieci równie miłych doznań doświadczały. Chciałabym, i cóż z tego, skoro pod cukrową powłoczką cierpko-gorzka nuta się kryje. Możliwe, że kiedyś nawet tej słodkiej skorupki na małej drażetce zabraknie. Będę matką, która w swoje święto ze zdwojoną siłą odczuwa smak nie przełamany żadnym pogodnym niuansem. A może kiedyś odmieni się to odczuwanie i miast cierpkości środka sama łagodność słodyczy pozostanie. Nie wiem, co będzie kiedyś, na tę chwilę mój dzień matki jednoznacznie z niejednoznacznym pomieszaniem odmiennych smaków nieodłącznie się kojarzy. I choć w kwestiach kulinarnych doświadczeń podobne wariacje sprawiają mi przyjemność, tak w odniesieniu do tego konkretnego dnia budzą smutek i pewien przesyt niepotrzebnej cierpkości.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TRZY ŻYCZENIA W RÓŻU
Notatkę dodano:2015-05-22 22:16:46

Nie nadążam za zmianami pogody. Nim moja głowa kończy sygnalizowanie o mającej nastąpić odmianie aury, już ona sama zupełnie inną formę obiera. Deszcz, słońce, wiatr, goniące po niebie chmury, w różnej kolejności następujące po sobie każde z tych czynników, w niejakim chaosie, pośród którego nie mogę odnaleźć dobrego samopoczucia. Więcej odczuć znużenia i pewnego zmęczenia, senności pośród słonecznego dnia niż energii, która powinna mnie rozpierać. Nie chcę niweczyć tego pięknego czasu na popołudniową drzemkę, wolę pobudzić się kawą z domieszką guarany, by móc dotrwać w jakiejś aktywności do końca dnia. Nim nadejdzie wieczór, kiedy padnę zasypiając tuż po przytuleniu się do miękkości poduszki czekają mnie przecież sprawki, które nie mi, a Kleszczykowi umilą ten dzień. Dzięki temu, że on nabuzowany ogromem dziecięcej energii w różnoraki sposób tę wewnętrzną siłę pożytkuje na podwórku, wiem, że podobnie z jego zasypianiem będzie. Wybiega się, a kiedy przyjdzie czas wypoczynku zaśnie twardym snem. Dla mnie wtedy nastąpi parę chwil ciszy i zupełnie innych moich działań.

Wczesnym rankiem, kiedy słońce nieśmiało przebłyskiwało zza horyzontu barwiąc chmury łososiowo – różową barwą nie wiedziałam jaki dla mnie będzie ten dzień. Rozpoczynało się optymistyczną różowością, bajkowo, nierealistycznie. Chciałam ten ranek zapamiętać właśnie tą różowością. Starałam się nie czuć bardzo realnego chłodu, nie widzieć płynących z zachodu szarych chmur, które poza zasięgiem brzasku nie miały szansy zmiany barwy. Choćby nawet ten dzień miał być najbardziej zwyczajny, nic sobą nie dający, chciałam by pozostawił różową pamięć poranka. W ciągu całego dnia było tak normalnie, przyziemnie aż do chwili zapadnięcia się słonecznej kuli po przeciwnej stronie świata. I ponownie nastała ciepła, jaśniejąca różowość. Dzień ograniczony kolorem, pomiędzy którym choć cały świat wydaje się różnobarwny w pełnej gamie zieleni, zapamiętam tylko te dwa znaczne kawałki. Życie składa się z urywków, które zapamiętujemy, które mają znaczenie, są istotne, a czasami nic nie znaczące. I nie ważny będzie akurat dziś ogrom uspokajającej zieleni, którą widać w całej krasie odcieni, w pamięci odcisnął się kolor różu.

 

Pomiędzy tą różowością, wyczytałam gdzieś że po wpisaniu w google maps swojego imienia i nazwiska można różne dziwaczne rzeczy wyczytać. Miejsce na mapie, które wyskoczyło po wpisaniu moich danych, stało się jak jakaś dziwna wróżba, drogowskaz a może coś, co powinnam kiedyś przy okazji z całkiem irracjonalnych przyczyn odwiedzić. W samym mieście co prawda byłam dwa lata temu, dużym sentymentem darząc zarówno minione czasy jak i miejscowość. Jednak nigdy w samym ukazanym przez mapę punkcie nie byłam. Nazwa knajpki „ Trzy życzenia”. Może powinnam w tym różowo zapamiętanym dniu wypowiedzieć takowe, licząc, że się spełnią. Tylko, czy potrafiłabym sprecyzować akurat te, które będą najważniejsze. Których nie będę chciała zmienić na inne i które po przełożeniu się na moje życie prawdziwie mnie uszczęśliwią. Nawet bajki w których główną treścią było spełnianie życzeń nigdy się dla głównych bohaterów nie kończyły dobrze. Spełnione pragnienia okazywały się klątwą. To co miało prowadzić do szczęśliwości stawało się zaledwie początkiem kolejnych dążeń, a te nie spełnione powodem do zła i poczucia niedosytu. Im więcej się dostawało tym bardziej apetyt rósł i potężniał, zatracał się nasz bohater w tych coraz olbrzymszych żądaniach i wizjach siebie i swojego życia. Zapominał o tym, że kiedyś, dawno mając niewiele był tak naprawdę szczęśliwszy. Czy mnie uszczęśliwiłyby trzy wypowiedziane życzenia, przecież nie potrzebuję więcej niż mam. To co posiadam jest wystarczająco wiele, nie potrzebuję szukać niczego ponadto. Może jedno z trzech życzeń sobie wypowiem, pozostawiając na kiedyś pozostałe dwa. Niech to co jest trwa i w różowe poranki i szare, i słoneczne dni i słotne a ja niech mam świadomość, że niczego więcej mi nie trzeba.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZMIANY W AURZE
Notatkę dodano:2015-05-20 22:10:45

Spokój mojego życia, który powinien cieszyć powoduje stan pewnego napięcia przed czymś, co może czaić się gdzieś tuż obok. Możliwe, że taki sposób wywołuje pewien stan czarnowidztwa przyciągający to nieznane niewiadome. Jednak zbyt wiele drogi za mną, bym nie miała z pewną ostrożnością podchodzić do takiego właśnie zastoju. Wiem, że po dobrym, spokojnym czasie przeważnie nadchodzi jakiś większy lub mniejszy kataklizm, który na jakiś czas przewraca mój świat. Moment trwa nim wszystko zdąży się poukładać, nim każdy klocek dopasuje się do całości. Czas kiedy te moje klocki tworzą stabilną budowlę to właśnie pora spokoju, który jeśli trwa zbyt długo zaczyna niepokoić. Przeważnie budowla z klocków runie prędzej czy później, a ja tak bardzo chciałabym być przygotowana na tę katastrofę. Nie zawsze udaje się przygotować, czasami spokój rozleniwia do tego stopnia, że tracę czujność. Taki dobry ten spokój, taki wydaje się bezpieczny, chciałoby się by trwał cały czas. Jednak on w najmniej spodziewanym momencie rozbija się na drobne kawałki. Właśnie teraz zauważam spokój, czuję bezpieczeństwo, a to znak, że fortuna prędzej czy później tak zakręci kołem, że poodmienia się odczuwanie, bezpieczeństwo zmieni się w alarmujący sygnał do działań naprawczych. Cóż przyjdzie cierpliwie czekać.

 

W życiu spokój bez zbyt wielkich wzlotów, z dobrym zdrowiem, fizycznością dającą radę czasami zbyt wielu wyzwaniom, i brakiem czasu na wiele, które jeszcze chciałoby się zmieścić. Co innego w pogodzie, która choć nie drastycznie nie do przyjęcia potrafi być zmienna i kapryśna. Choć nie narzekam nawet na tą kropiącą deszczem zmianę. Dzięki niej znalazłam czas na pewne cierpliwie czekające od paru tygodni zajęcia, na które wciąż nie było dobrej pory. Zła pora dla spacerów staje się dobrą porą na wyciągnięcie maszyny, na kłucie się igłą, na fastrygi i szwy. Znikła sterta spodni do poprawki. Kwiaty doczekają się przesadzenia w nowe podłoże, bazylia odetchnie w nowej doniczce, rozmaryn rozstanie się z żyworódką, seledyn zapanuje na parapecie u syna a bordo doniczek zdominuje nasz pokój. Nie wszystko naraz, bo znowu będę narzekać na czasowe braki, ale staram się poupychać sprawy do załatwienia w wizjach najbliższych dni. Z czegoś świadomie zrezygnowałam, zbyt mocną czułam irytację, by nie zrobić sobie przerwy, i dzięki temu zyskałam na czasie. Pogoda sprawiająca większą chęć siedzenia w domu co prawda wcale nie zmusza do pracy, jednak jeśli tylko drzemie w nas jakiś kiełek pracusia rozrasta się on w takie dni do potężnej gałęzi. Dziwnym trafem zauważam jak bardzo zmienia się nasze życie wraz z przybywaniem lat na grzbiecie, co staje się ważne, a na co okazuje się brak czasu w normalnej porze jasnego dnia. Nie zauważa się nawet kiedy znikają przyjemności, których miejsce zajmują obowiązki. I przychodzą takie dni, że chciałoby się wrócić choć na moment w tamten beztroski czas. Móc poświęcić pół dnia na nieprzynoszącą żadnego materialnego efektu działalność. Co najważniejsze móc robić to bez zakłócania przez kolejnych członków rodziny, w pełnej dowolności i spokoju, bez zafrapowania nieugotowanym obiadem, stertą prania, czy galową koszulką czekającą na kontakt z żelazkiem. Czas dla siebie. Czas, którego nie muszę wyszarpywać, nadrabiać, kombinować i lawirować pomiędzy prozaicznymi obowiązkami w jego poszukiwaniu. A może to jest tak, że dostajemy pewien deputat tego czasu na własne widzimisię, wyczerpujemy jego zasoby, a później już go po prostu nie mamy. Z wielkim żalem spoglądamy na tych, którym jeszcze coś zostało, którzy gospodarują tak, że pośród ogromu spraw dla wszystkich wybierają te ważne dla siebie. Nie mają lub nie odczuwają presji zwyczajnych spraw, dokonują świadomego wyboru, że ważniejsi są od świeżej zupy czy namolnego dziecka zadającego pięćdziesiąty raz to samo pytanie. Umiejętność takiego podejścia nie jest mi dana. Rodzinny pracuś bierze górę nad egoistą, i tylko czasami gdzieś ulotny cień żalu, że dobrze byłoby móc.....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163435
Osób: 145890