Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PERYPETIE PRACOWNIKA
Notatkę dodano:2015-04-15 08:47:02

Uczciwie byłoby zacząć tę notatkę stwierdzeniem, że powstaje ona bez przekonania o jej jakimkolwiek sensie. Nic znacznego się nie dzieje w moim zwyczajnym życiu. Plecionka prozaicznych czynności, które niewiele wnoszą choć są podstawą bytu każdego z nas. Oczywiście odmienne te nasze sprawy jak i my różni jesteśmy. Ich ważność i stopniowania dla każdego z nas inne. Wczorajsze wolne, dzisiejsze od samego poranka pracowite. Początkiem dla siebie, bez wynagrodzenia wymiernego w finansach, następnie zawodowo co z wymiernością wspomnianą też niejako się rozmija. Wiem, że podobnie ma większość społeczeństwa, więc o tym nie myślę, nie wgłębiam się zbytnio w coś, co może powodować postępujący poziom irytacji. Robię swoje, i nie chcę wnikać w szczegóły u innych. Im więcej do mnie dochodzi tym większy brak w tym wszystkim sensu mogę wyłapać. Wczoraj po zaliczeniu własnej przyjemności, musiałam uczynić przyjemność kadrom w moim zakładzie pracy. Ktoś umyślił coś szumnie nazwanego badaniami okresowymi. Mam długi termin na pokonanie tej przeszkody, jednak wolę pewne sprawy mieć za sobą niż w perspektywie. Nie jestem kozą nieświadomą z czym to się je i czym zapija, jednak nowy dzień niejednokrotnie daje szansę na nowe doświadczenia. Oceniającym moją przydatność do pracy jest dalece posunięty w latach lekarz, który przyjmuje przez trzy pierwsze dni tygodnia od ósmej do piętnastej. Mam drugi dzień bieżącego tygodnia godzina dzieląca ranek od popołudnia, pięknie ustawione wskazówki na równej dwunastej. Nie czuję presji że akurat dziś, jednak jeśli uda się załatwić nie będę płakać z tego powodu. Uchodzę do pustawej poczekalni, gdzie dwoje delikwentów czeka podobny do mojego los. Oboje bardziej przyciśnięci terminem ode mnie czekają w tej poczekalni od rana. U pana wzbudziło moje wejście pewną dozę zazdrości, że ja nie zmarnowałam aż tyle czasu co on - „ o najlepszej godzinie pani przyszła”. Dopiero za parę minut szacowny określacz naszego zdrowia zebrał skierowania. Zarówno tych oczekujących długo jak i moje tym czekaniem nie naznaczone. Po piętnastu minutach zawołano pana, po kolejnych dwudziestu mnie, choć nie zasłużenie i nie zgodnie z kolejnością. Siła wyższa... To co odbywa się za zamkniętymi drzwiami lekarskiego gabinetu niczym gotowy scenariusz do wykorzystania w rodzajowej scence kabaretu. Pali – nie, choruje – nie, ciurkiem wymienione niczym z leksykonu przypadłości z moimi nieodmiennymi „nie”. Przy każdym pytaniu nim jeszcze na nie odpowiem krzyżyk. Czekam na pytanie „czy żyje” bym mogła choć raz „tak” odpowiedzieć. Nie doczekałam się. Zakryć oko, zatkać ucho. „Kiedy było ostatnie prześwietlenie?” - dziesięć lat temu. Obojętność na taką informację. Kolejne krzyżyki i stwierdzenie, że z racji wykonywanej pracy muszę zrobić jakieś próby wątrobowe, coś skrótami popisane na karteczce z którą mam się zgłosić do lekarza rodzinnego celem odebrania na te cuda skierowania.... I pójdę jak to ciele z tym odręcznym świstkiem, wprowadzę zapewne w irytację swoją panią doktor, następnie siebie marnując kolejne godziny na wykonanie tych badań bo wiadomo rejonizacja i nie wszędzie, wszystko... Zrobię wyniki, odbiorę kolejnego dnia, i ponownie udam się do orzekacza o mojej kondycji. Na samą myśl o ponownych odwiedzinach, marnowaniu czasu, i całej polce nie czuję radości, ani tym bardziej nie widzę sensu tego chocholego tańca. Cała moja irytacja nie wynika z faktu, że obowiązkiem jest wykonanie tego wszystkiego, tylko sposób jak to się odbywa. Nie będę wynosić pod niebiosa minionych czasów jednak znaczną różnicę dostrzegam i nie jest to zmiana na plus. Niegdyś wizyta u lekarza odbywała się z kompletem wykonanych badań na które skierowanie dostawałam z zakładu. Było czarno na białym, na badania okresowe i w przychodni kierowali mnie od okienka do okienka gdzie wykonywałam kolejne badania. Jak już uzbierałam wszystko co lekarzowi było potrzebne do oceny mojej formy stawiałam się u któregokolwiek przyjmującego medyka i ten nawet bez specjalizacji medycyny pracy zerkając w wyniki wiedział czy żyję i jaka jest moja kondycja. Stosowną pieczątkę przystawiał, gruźlica w społeczeństwie zanikała, choroby weneryczne były pod kontrolą, rencista był bardziej prawdziwym rencistą a pracownik szedł do pracy. Czy było to bardziej skomplikowane, czasochłonne, zagmatwane? Powstrzymam się od oceny. Teraz „bada” mnie fachowiec ze specjalizacją, na badania mam dostać skierowanie od innego fachowca, nie pójdę w pierwsze w szeregu laboratoryjne drzwi, bo przecież kontrakty, umowy, a ja tylko pseudopacjent ze skierowaniem. Co z tego, że zdjęcie rentgenowskie sprzed dziesięciu lat, że mogłam kłamać w żywe kamienie na temat swojego zdrowia. Liczy się pieczątka, którą już, nawet bez wyników mam przystawiona na kolejne trzy lata. To liczy się dla kadr w moim zakładzie, dla ustawodawców i wszystkich tych, którzy tak naprawdę w bardzo głębokim poważaniu mają zdrowie swoich pracowników i rodaków.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZASAMI MOGĘ NIE MUSIEĆ
Notatkę dodano:2015-04-11 23:03:24

Ostatnie chwile soboty obleczone cichością panującą w całym mieszkaniu. Ich smak z cierpką nutą ulubionego wermutu. Drugi z wolnych dni mija w poczuciu niezmarnowanego czasu, coś po sobie pozostawiającego. Wczoraj inaczej wyglądał mój dzień, inne sprawy mnie absorbowały. Kontrolna wizyta w przychodni. Zabawne pomieszanie szyków, kiedy pierwej z pierwszej stałam się ostatnia by ponownie stać się pierwsza za sprawą decydującego głosu lekarza. Nie po drodze mi z medykami. Są tacy, których chronicznie nie trawię. Inne fale nadawania, rozbieżność charakterologiczna, czy inna przypadłość rzutująca na nasze relacje. Jednak pośród paru lekarzy, z którymi moje drogi się skrzyżowały, trafiłam na jedną panią doktor, z którą jakoś pozazmysłowo leciutko się dogaduję. Oczywiście pozostaje rezerwa jakby jej kobiecość, czy też człowieczeństwo schowane za lekarskim kitlem nie dawało pełni porozumienia. Może sama odczuwam tę przepaść, zresztą kimże jestem dla tej osoby, jak nie kolejną pacjentką, która pojawi się i zniknie. Wiem, że gdyby nasze drogi skrzyżowały się w innych okolicznościach mogłabym widzieć w niej kogoś dla siebie ważnego, o innych wspólnych relacjach. Dla mnie jednak znalezienie lekarza do którego mam zaufanie, traktuję jak kogoś przed kim mogę się otworzyć bez skrępowania, a nie jest to poparte żadnymi innymi zależnościami jest zgoła czymś na granicy cudu. Pani doktor zresztą, co czuję bardzo wyraźnie, traktuje mnie w dosyć szczególny sposób. To nie jest profesjonalizm, czy wyuczona poza czy maniera. Wiem, że wobec innych jej podejście bywa różne, a ja niczym dobra znajoma bywam traktowana. Nie wiem w czym tkwi cała tajemnica, nie chcę w to wnikać. Mam to swoje małe szczęście natrafienia na bratnią duszę w lekarskim fartuszku. Może gdyby każdy pacjent miał to szczęście napotkania na rozumiejącego go lekarza świat inaczej by wyglądał. Mój świat w tej kwestii poprawił się dzięki tej lekarce.

To było wczoraj, tuż po wycisku na basenie, tuż przed treningiem Kleszczyka. Takie przed i po, za chwilę lub później całkiem normalnego dnia. Wiele tych zwykłych spraw się dzieje, z małą ich ważnością a zarazem koniecznością wykonania.

 

Nie do końca odczułam piątkowy wypoczynek, zbyt wszystko napięte czasomierzem i codziennością. Nastało dziś, i miało być inne. Wszyscy w domu, pośpiech dziś nami nie rządzi. Wszystko dziś mogę nic nie muszę. Dobrze jest mieć czasami taki komfort, że mogę zamknąć przed całym światem drzwi, a robić to co prawdziwie chcę. Okazuje się, że tych prawdziwie chcianych spraw jest dużo, nie da się ich wszystkich skoncentrować w jednym wolnym dniu. Zresztą inaczej by wyglądał mój dzień gdybym była sama, bez rodziny, bez całego swojego życia i spraw, które po prostu są. Z racji, że dziś podobnie jak wczoraj zapowiadano piękny wiosenny dzień niejako konsekwencją tej pogody, zupełnie niespontanicznie po raz pierwszy tej wiosny zawitaliśmy na naszą zapuszczoną działeczkę. Sezon działkowo- grillowy został zainicjowany tym wyjazdem. Jak zawsze zbyt wiele pracy na tak krótką bytność. Słońce schowane za przesłoną bieli chmur. Wydaje się jego blask przygaszony, jakby dawana była obietnica a zarazem od razu chowana szansa na pełnię jasności. Po wczorajszym pełnym niczym nieskrępowanej jasności dniu, dziś wydaje się namiastką. Jednak nie odstrasza nas to, nie zatrzymuje. Dziś ma być tym dniem, na który oczekujemy z pewną niecierpliwością. Jak co roku z nastaniem wiosny załamujemy ręce przed ogromem pracy, jednak zarazem jest coś co podkręca nas do działania. Po prostu chce się chcieć. To chcenie właśnie teraz w jakimś apogeum się znajduje. Biorytm naszych chceń, na najwyższym poziomie. Łapiemy się za prace, które pozostawiają na naszej skórze kurz i brud. I nie przeszkadza nam to, nie zauważamy niedogodności gryzącego dymu ze spalanych pozimowych badyli. Ścigamy się z chwastami, przecieramy szlaki dla wieloletnich roślin, klniemy na krety, narzekamy na bolące kręgosłupy i pomimo wszystko napełnieni jakimś poziomem radości z niechęcią kończymy na teraz. Przy następnej okazji zrobimy resztę. Przecież przed nami jeszcze parę wolnych wspólnych dni, w które będziemy zwyczajnie mogli a nie musieli. Świat pozostanie gdzieś obok, a my wcale tego braku nie zauważymy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JELCOSIE
Notatkę dodano:2015-04-09 21:37:31

Umykają mi spawy niewielkie, zapominam z biegiem czasu o wcześniej ważniejszych, a i te zdawałoby się całkiem najważniejsze pozostawiają po sobie tylko nikły cień. Pamięć wybiórczo pozostawia co sama chce, zamazuje grubą warstwą coś co chciałoby się mieć w jej zasięgu na zawsze. Daje zaniknąć lub przeinacza. Coś pamiętam inaczej niż miało miejsce, a czegoś zupełnie nie mogę sobie nawet w najmniejszym kawałeczku przypomnieć. Samoistnie się sprawy wybielają lub niczym stary film pierwotnie czarno-biały, kolorują minionym czasem. Zapewne pojemność naszych „głów” w ograniczonym stopniu ma możliwość gromadzenia danych. Moja pamięć podobnie jak u innych osobników płata figle przeinaczeniami. Może by pozostały w pewnej prawdzie moje wspomnienia, powinnam dla siebie samej gdzieś prowadzić osobiste notatki, które za kilka lat stanowiłyby niepodważalny dowód na wcześniejszą formę zaistnienia. Spisane na świeżo, zapewne zaskoczyłyby by mnie kiedyś swoim przebiegiem. Miałabym możliwość konfrontacji obserwacji we wszystkich z możliwych czasów. Przed, w trakcie i po fakcie. Jako starsza pani usiadłabym sobie w wygodnym foteliku, przykryła nogi pledem, tuż obok postawiła kubeczek z parującą herbatką miętową i zatopiłabym się w powieści własnego życia. Czytałabym zaskoczona, coraz bardziej nie wierząc we własne słowa postawione parę dziesiątek lat wcześniej. Zapewne dziwiłabym się niejednokrotnie własnej głupocie, lub szczęściu prowadzącemu mnie przez zamierzchłe czasy. Gdzieś uroniłabym łezkę, grymas pogiętego uśmiechu przemknąłby pomiędzy wersami, pomarszczone wiekiem policzki zarumieniłyby się minionymi emocjami. Wspomnienia galopowałyby samoistnie i zaskakująco. Jako, że sentymentalna ze mnie osoba niejednokrotnie zadumałabym się przywołując zapamiętane fakty i czytając niczym dzieje kogoś innego, podsumowałabym swoje życie w miętowym zapachu unoszącym się choć już dawno w kubeczku nie byłoby ziołowego naparu. Cóż zapewne mogłabym to wszystko zrobić gdyby nie jedno małe ale... Nie potrafię. Brak mi codziennego samozaparcia kronikarskiego. A i moje przypadki zbyt płytkie i zwyczajne jakoś nie pasują do pasjonującej lektury. W związku z tym, wiele z płochych spraw umknie w niepamięć, drobiazgi jakby nigdy nie istniały niczym mgła rozpłyną się nad kwiecistą letnią łąką. Wiatr zapomnienia porwie to co dziś wydaje się ważne. Życie każdego z nas upływa i tylko nieliczni pozostawiają po sobie papierowy znak istnienia, nie powinnam płakać, że w tym elitarnym gronie mnie nie ma. Moja pamięć odejdzie wraz ze mną. Może gdzieś po drugiej stronie wszystko sobie przypomnę a może mój balast gdzieś po drodze do tego doczesnego miejsca pozostawię i rozpocznę od nowa niczym biała kartka swój kolejny żywot. Póki jednak tu jestem chciałabym ulotne chwilki zapamiętywać w prawdziwej formie ich zaistnienia. Takim drobiazgiem jest tytułowy „jelcoś”. Gdzieś po sąsiedzku w sporej zagrodzie ktoś hoduje zwierzęta, którym daleko od standardowo wyglądających kóz, krów czy koni. Nie wiem cóż to za rasa, i na pytanie o nazwę nie potrafiłam rzeczowej odpowiedzi udzielić Kleszczykowi. Cóż, moja znajomość ras hodowlanego bydła widocznie za płytka, a może to jakaś hybryda, wytwór genetyczny czy też udomowione coś, pokrojem przypominające sarnę. Ani ja ani małżonek nie potrafiliśmy przyporządkować zwierzętom w zagrodzie żadnej z funkcjonujących w naszej pamięci nazw. Na tę niewiedzę, czy też obojętność Kleszczyk samodzielnie nazwał nieznane okazy. Nazwą, która przyszła mu do głowy to właśnie „jelcoś”. Teraz ilekroć przejeżdżamy obok tej zagrody, nasze głowy kierują się w tamtą stronę i jedno drugie pytamy: „ widziałeś jelcosie?”. Może za rok, dwa zapomnimy o tej nazwie, może podobnie jak inne epizodyczne sprawy umknie nam z pamięci, a może właśnie tą notatką kiedyś sobie przypomnę ten maleńki fakt ze swojego zdawałoby się bezbarwnego życia. Przecież to, czy jest ono barwne czy też tych barw pozbawione niejednokrotnie zależy od nas samych i od tego, jak odbieramy każdą niepozorną, bez znaczenia zdawałoby się chwilkę. Czy potrafimy zauważyć coś, co zdarza się tylko nam a w czym uczestniczą nasi bliscy i tylko oni potrafią zrozumieć słowo „jelcosie”.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PLANY NA POPOŁUDNIE
Notatkę dodano:2015-04-07 21:03:47

Przeogromne pragnienie powrotu w moją zwyczajną normalność wzbudzało poczucie wyżyn dobrego humoru i oczekiwania. Święta minęły jak przewidywałam z ulgą powrotu do domu, zmęczeniem, na które jednym lekarstwem miała być moja aktywność. Wolne popołudnia z tym dreszczykiem czekania, niecierpliwości i radością spełnienia. Niewiele może to dla kogoś znaczyć, dla mnie jest czymś ważnym, po czym czuję przypływ wewnętrznej radości. I w zasadzie powinnam być przygotowana, że jeśli za bardzo na coś czekam mogę się nie doczekać. Życie wielokrotnie przycierało mi nosa sprzątając z horyzontu oczekiwaną sprawę. Te większe, ważniejsze i błahe choć coś sobą obiecujące, do których się przyzwyczajałam, które już prawie namacalnie czułam w ręku. Po prostu znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nigdy nie lubiłam tych czarów zachodzących w ostatniej chwili, kiedy wydawałoby się obejmowałam w posiadanie sprawy oczekiwane. Te czary takie prozaiczne, niewidzialne chochliki nimi rządzą, i coś znika. Czegoś nie będzie, coś trzeba odkładać na nigdy. Moje oczekiwanie popołudnia dającego odprężenie, pozwalającego zapomnieć przez godzinę o zwyczajności prysło w połowie drogi do przystanku autobusowego. Kleszczyk gdzieś się wysforował do przodu, a ja parę kroków za nim w tym ciągłym pośpiechu tak niefortunnie postawiłam stopę, że nawet buty ponad kostkę niewiele pomogły. Po raz nie wiem który skręciłam nogę. Wydaje się uważam, prosta droga, ale od czegóż złośliwe gnomy, którym w smak mój ból i złość na zmarnowane popołudnie. Młody nie wie czy udaję, czy to gra z mojej strony. A ja kolejny raz staję na wysokości zadania by w miarę normalnym krokiem przejść resztę drogi. Wiem, że nici z moich planów. Z taką nogą mogę funkcjonować jednak skakanie czy taniec nie wchodzą w rachubę. Szalik odłożyłam na komodę udając zapomnienie jego wzięcia, to na parę dni moim przyjacielem stanie się elastyczny bandaż. Wolniejszy krok i większa ostrożność. Z jednej strony ludzka złość na zmianę planów, na niechcianą rezygnację z zamierzeń, może przyzwyczajenie się do myśli, że coś dostanę co okazało się mrzonką. Natychmiast obudziła się też druga strona odczuć, przywołując tę pierwszą, rozkapryszoną do pionu. Cóż znaczy moja skręcona noga, moje niespełnione plany ze swoja płytkością ważności wobec wielkich ludzkich dramatów. Ktoś poważnie choruje, każdy jego dzień jest niewiadomą. Każdy ranek z nadzieją i wieczór który nie wie, czy nastąpi następny. A ja w swojej małości rozczulam się jakimiś odłożonymi planami popołudnia. Dwa miesiące temu nie miałam takich popołudni, nie miałam takich planów. Był strach, czy już o tym zapomniałam?. Na szczęście nie zapomniałam. I ta pamięć będzie mnie przywoływać do pionu przy malutkich działaniach sabotujących moje plany chochlików. To tak niewiele, ta rezygnacja z czegoś w rzeczywistości niczym pyłek. Pokornie więc przepraszam za własne zadufanie, minie tydzień odbiję sobie dzisiejsze popołudnie. Będą kolejne, dni i tygodnie, nawet jeśli coś nie wypali, odczuję złość wiem, że odzyskam pion, bo są tacy, których dni codzienną niepewnością mocno podkreślone. Jakby dla przypomnienia wśród dzisiejszej tradycyjnej korespondencji dotarła znaczna koperta z Fundacji DKMS. Baza Dawców Komórek Macierzystych, to rozwinięcie skrótu, który może dla kogoś znaczyć niewiele, a dla innych szansę na jutro, pojutrze, rok i dłużej. Chciałabym, by dzięki mnie, ktoś miał daną możliwość planów na kolejne dni. By nie były one tylko oczekiwaniem wyroku, ale też nadzieją na dokonanie wielkiego planu na życie. Każdy z nas może być spełnieniem tej nadziei, nie trzeba wiele od siebie, jednak ta krztyna może stanowić o czyimś być albo nie być. Dajmy z siebie dla drugiego gotowość pomocy. To niewiele, wobec naszych małych problemów i zachwianych planów na popołudnie.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIELKI PIĄTEK ŚWIADOMEJ MARTY
Notatkę dodano:2015-04-03 11:04:44

Wielki piątek. Kolejny w moim życiu, kolejny rok od świąt do świąt. Można taką formę kalendarza sobie obrać. W końcu te Święta wyznaczają pewien przedział czasowy. Ten dzień powinien być refleksyjny. I tak mi się on zapowiada, przynajmniej w pewnej części. Kleszczyk podrzucony babci, więcej spokoju, choć zarazem świadomość pewnych spraw do załatwienia. Poczekam z głośniejszymi pracami do ustawowej szóstej rano. Choć może nie powinnam przejmować się sąsiadami, podobnie jak oni nie czują wewnętrznego a zarazem zewnętrznego obowiązku zachowywania ciszy nocnej. Mąż już pojechał do pracy, a ja siedząc chwilę tutaj, w tej zewsząd skradającej się ciszy rozkawałkowana na różne toki myślenia. Dużo we mnie tej prozy życia, duchowość zajmuje środek, nie zawsze zdobywając się na wyjście do innych. Zresztą czy kogoś może obchodzić co każdy z nas czuje? Dzielenie się wątpliwościami powoduje niezrozumienie, bo bywają jednostki bardziej nawiedzone lub zupełnie obojętne. Zarówno jedni jak i drudzy nie pojmą podejścia. Podobnie jak ja nie wzniosę się na wyżyny czy nie opadnę w zupełną obojętność. Nie zawsze górnolotni są tacy w rzeczywistości, a i obojętni miewają więcej żaru niż chcą się do tego przyznać. Rozpoznanie faktycznego poziomu bywa zbyt trudne obserwowaniem z boku. Święta zatraciły swoje znaczenie. Stają się kolejnymi dniami wolnymi od pracy. Mi nawet taki luksus nie będzie dany z racji pracy zarówno w sobotę jak niedzielę. Właśnie, nawet nie chcę pisać wyszczególniając, że to dni świąt. Łatwiej do tego podejść jak do kolejnej soboty i niedzieli. Mniej się odczuwa dyskomfort nieobecności w domu. Brak obecności w kościele ze święconką, śniadanie wielkanocne beze mnie, zmęczenie które odbierze odczuwanie jakiejś pełni, odziera ten czas z poczucia czegoś wyjątkowego. Pozbawione pewnych tradycyjnych zachowań te dni stają się zwyczajne. Przygotowywanie się do zwyczajnych dni gdzieś gubi swoją wartość. Czy przygotowujemy się do zwykłej środy czy piątku? Powinny te dni być szczególne, a nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu do takiego odbioru. W środku są myśli, jednak nie umiem tymi myślami zająć się tak jak na to zasługują, gdzieś za wiele prozy bym mogła skoncentrować się na górnolotnym przeżywaniu. Za mała jestem na to, za płytko sięgam. Nie potrafię zmienić podejścia, wciąż we mnie więcej Marty zaprzątniętej codziennością. Mam tego faktu pełną świadomość, i może z odgórnego zaprogramowania a może z jakiejś formy lenistwa nic nie potrafię w sobie zmienić. Nie chcę się usprawiedliwiać, to co czuję i jak to tak naprawdę tylko i wyłącznie moja sprawa. Nic tego faktu nie zmieni, ani nawiedzeni kaznodzieje, ani cywilny laikat. Drzwi przyjmujące to wszystko nie do końca we mnie otwarte. Może nie potrafię szerzej ich otworzyć, a może ich konstrukcja na to nie pozwala. Zresztą czy jestem jedyna z tak płytkim odbiorem tych szczególnych dni? A może tuż obok mijam ludzi podobnie myślących. Obserwując różnorakie podejścia, które wcale więcej żaru od mojego nie mają nie potrafię zapłonąć długotrwałym płomieniem, który ogrzeje nie tylko mnie ale da się odczuć jeszcze innym. Przecież takim posłannictwem powinnam jako katolik być obarczona, by wszem i wobec rozgłaszać dobre nowiny. Nie potrafię, skoro więcej we mnie wątpliwości niż być powinno. Może kiedyś jakimś szczęśliwym zbiegiem odgórnie naznaczonych okoliczności zdarzy się cud przejścia Marty z prozy codzienności na poezję uniesienia. Jednak nim to nastąpi przejdę te swoje kolejne Święta letnio, bez większego zapału choć z niesłabnącą nadzieją, że w ludziach będę widzieć wyobrażone podobieństwo do Stwórcy. Z nadzieją, że znajdę w nich więcej piękna niż zakłamanej szarości, która dwa razy do roku przybiera kolorowe szatki uduchowienia.

Każdemu, kto cierpliwie dotrwał do tego zakończenia życzę by jego Święta pozostawiły po sobie prawdziwie uduchowione ślady na nadchodzącą po nich codzienność. By sprawiły, że umocni się w nich wiara w to co budzi wątpliwości oraz by nie słabła nadzieja na lepsze jutro po drugiej stronie, z której powrócił tylko On, a my znajdziemy tam kiedyś swoje dobre miejsce.

 

Radosnych Świąt Wielkiejnocy.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRIMUM NON NOCERE
Notatkę dodano:2015-03-31 21:45:26

Rozpoczynał się ten miesiąc zmiennością i podobnie kończy. Różnice tkwią tylko w długości dnia, większej różnorodności barw, i intensywniejszych dźwiękach latającej przyrody. Ostatnie dni jakby dla podkreślenia i przypomnienia przysłów dotyczących marca i kwietnia całym miksem pogodowych przeskoków co chwilę nas zaskakują. Sprint chmur na niebie powoduje cały kalejdoskop pogodowy. Jak na kreskówce raz ciemno, to znowu oślepiająco jasno. Cały zestaw opadów nie ograniczający naszych doznań do samego deszczu czy mżawki. Już nie pozwalam sobie na luksus zapominania o parasolce. Szalik ciągle jeszcze moim wiernym przyjacielem, natomiast rękawiczki już nie uczestniczą w moich wyjściach z domu. Po raz kolejny na przełomie wiosny przypomina się moje gardło. Drapiąco niemiłe. Ignoruję to, nie uważając za godnego siebie przeciwnika. Parę lat temu, za namową sporej części rodziny nawiedziłam lekarza celem wyjaśnienia przyczyny tej niedogodności. Jedyny tego skutek był taki, że wydrenowano mi kieszeń, w jakiejś medycznej niemocy, próbowano wmówić alergię, metodą prób i błędów przepisywano medykamenty doprowadzając do wyczerpania mojej cierpliwości. Kaszel jak się pojawił, po paru miesiącach zanikł. Zewsząd straszą różnymi bezobjawowymi chorobami, które podstępnie się rozwijając stanowią o zagrożeniu życia. Widocznie u mnie odwrotnie, mam objawy, a choroby brak. W związku z powyższym niewiele zmieniam w swoim życiu. Mam ten przeogromny luksus bycia zdrową, nie muszę się martwić przyjęciem na czas pigułeczki czy też zażyciem mikstury. Cieszę się z tego stanu, w chwilach, kiedy sobie uświadomię, że przecież mogłoby być inaczej. Ostatnio hospitalizowana była moja siostra. Minęło parę lat od czasu, kiedy przeszła operację na kręgosłup. Miała nadzieję, że wraz z nią jej problemy znikną. Przy oszczędzającym trybie życia uda się jakoś egzystować. Niestety nadzieje były płonne. Przypadłość gwałtownie wróciła. I wraz z nią przybyło kolejne doświadczenie związane z lecznictwem w naszym państwie. Niby jak jest każdy widzi. Przerażające jest to, że pomimo wiedzy o realiach, nie ma mocy aby ten stan rzeczy zmienić. W prowincjonalnych miasteczkach sporą grupę ludzi nas leczących stanowią osoby niekompetentne. Jakby to miejsce to była jakaś zsyłka czy też kara. Nie mówię, że każdy lekarz tutaj, to pozbawiony umiejętności konował. Jednak jeśli na dwudziestu trafi się jedna czarna owca, zepsuje renomę najlepszym fachowcom. Niekompetencja jednego „lekarza” mającego w swoich rękach czyjeś życie i zdrowie rzutuje na sławę całej placówki. Pacjenci uciekają od możliwych błędów lekarskich. Nikt własnego zdrowia na szali czyjegoś doszkalania się stawiać nie będzie. Lekarz, który przyjmuje pacjenta powinien być już na tyle kompetentny by ograniczyć do minimum możliwość zaistnienia błędów. Istnieje sobie szpital, placówka z wieloletnią tradycją, w niej oddział neurologiczny, powstały akurat tu jakieś dwa lata temu. Zatrudniają „specjalistów”, którzy traktują pacjenta jakby był on złem koniecznym, które trzeba przetrzymać niezbędne minimum dwóch dni. Maszynka się kręci. Kalejdoskop ludzi zmienia się bajecznie. Każdy wierzy lekarzowi, bo przecież leczą się ludzie starsi, nauczeni, że ta profesja to misja, to autorytet, jakaś powaga. Prości ludzie ufają medykowi, bo tak ich kiedyś zaprogramowano. Moja siostra zadawała pytania, nie chciała być kolejną sztuką do odhaczenia. Jej ból był na tyle silny, że unieruchomiona nie była w stanie zgodnie z sugestią lekarza wyjść po dwóch dniach. Im więcej pytań tym większa wrogość. Jest pani „roszczeniowa, nie współpracuje z fizjoterapeutą i lekarzami” to można usłyszeć, kiedy staje się niewygodnym pacjentem, który chce zostać zdiagnozowany z przekazaniem wiedzy o swoim stanie zdrowia. Zaczęto bagatelizować przypadłość, w końcu zaproponowano psychiatrę, sugerując jakąś psychosomatyczną jednostkę chorobową. Wynik rezonansu wykazał szerokie pęknięcie pierścienia. Dla mnie ta diagnoza jest jakimś kosmosem, a dla tutejszych lekarzy... Dla mnie może być czymś o czym nie mam zielonego pojęcia, jednak nie dla fachowca, nie dla specjalisty. Sugerowanie, że pacjent jest symulantem z psychiczną przypadłością, nie branie pod uwagę prawdziwego bólu i cierpienia uwłacza temu zawodowi, który powinien mieć dobro ludzkie na względzie. Gdzie tu miejsce na empatię? Może nikt już nie uczy o takich drobiazgach jak Hipokratesowa ramota : „przede wszystkim nie szkodzić”. Czy te zasady tak bardzo bodą we współczesną medycynę, w której pacjent przestaje być człowiekiem stając się kolejnym ewidencjonowanym przypadkiem. Smutne to i niezrozumiałe, bo przecież każdemu z nas może się przydarzyć być pacjentem, nawet postaci górnolotnie zwanej Panem Doktorem. Czy chciałby być tak traktowany jak sam traktuje swoich pacjentów?   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZAS LETNI BRAKUJĄCY
Notatkę dodano:2015-03-27 21:09:10

Prześladuje mnie myśl, że czas rządzi się jakimiś zupełnie niezrozumiałymi dla mnie regułami. Coraz bardziej skłonna jestem przypisać pojęciu mojego czasu kolejny przymiotnikowo brzmiący stwór językowy. Mój czas jest anomalijny. Zimowe miesiące, nie tylko uciążliwe ale i niemiłosiernie wydłużone i ciągnące się wydawałoby się w nieskończoność. Dni krótkie za sprawą wcześnie zapadającego zmroku, jednak w całym tym skurczeniu dają odczucie, że bardziej nadążam ze swoimi sprawami. Może powodem tego jest fakt dłuższego przebywania w domu, bo ani zimno, ani ta ciemność nie jest mi przyjazna. Jednak kiedy dni stają się nie tak krótkie, wiosenne słońce dłużej i intensywniej jaśnieje mi zaczyna brakować czasu na wiele prozaicznie zwyczajnych spraw. Miniony tydzień stał się niejako wzorcem nadmiaru tego co trzeba lub się chce i niedoboru czasowego. Cóż, skazanie na zawodową aktywność, która wielki procent z dostępnego czasu zabiera, wcale nie jest główną przyczyną braków minut i godzin. Zaczął się plac zabaw, spacery i całej maści zżerające cenne godziny zajęcia, z których ani pożytku ani większej radości. Święta już za winklem, a na wszystko brak tykających sekund. Możliwe, że jestem niezorganizowana, rozlazła w działaniach, zbyt pazerna na spawy, bez których tak naprawdę mogłabym się obejść. Wszędzie trzeba z czegoś rezygnować by móc dokonać coś innego. Mam tego świadomość, staram się układać konieczności i obowiązki by jeszcze z tego uszczknąć coś dla samej siebie. I jak bym nie kroiła materiału czasowego zawsze na coś zabraknie. Kiepski widać ze mnie krawiec. Dylemat mieć czy być, robić czy nie robić, dla kogoś czy dla siebie jest tak samo nierozwiązywalny jak czasowy deficyt. Teoretycznie znam odpowiedź na każdą z tych egzystencjalnych zagadek, jednak stanowczy wybór będzie prowokować pretensje drugiego rozwiązania. „Być”, górnolotne, ponad poziomowe i sprawiające większe nasze człowieczeństwo nie obejdzie się bez przyziemnego mieć. Tego mieć, które budzi zawiść, daje niezależność od czegoś zabierając w zamian coś innego. Wypośrodkowanie, choć z pozoru każdy tego dokonuje, wcale nie jest takie łatwe. Samo „być” niczym ideał nieosiągalne i dla większości po prostu nie możliwe. Dochodzi więc do naszego „być” jakieś „mieć”. Im trudniej to „mieć” zdobywamy tym bardziej zanika nasze „być”. Chciałabym więcej czasu na „być”, a nie ma lekko, trzeba poświęcać na przyziemne „mieć”. Nawet nie ogromne, nie rozbuchane, wrzaskliwe, nachalne i przytłaczające, a jednak w dużej mierze zabierające wiele z mojego „być”. Zresztą większość z nas dokonuje podobnych wyborów, które mają dawać pozorną równowagę między przeciwstawnymi dylematami. Czasami zapominamy o „być”, bo pogoń zbyt szybka na refleksje, bo wokół tak niewiele wzorów do naśladowania, bo przytłaczają nas codzienne sprawy własne lub dotyczące szerszego grona najbliższych. Cicho przyznajemy rację „być” zarazem zmierzając w przeciwnym kierunku. Okazuje się, że trzeba umyć okna, wyekspediować młodego na trening, przypilnować jego kaligrafię, genetycznie ciężko obciążoną niechlujstwem i nieuwagą, odebrać wyniki histopatologiczne, ugotować posiłek na czas nieobecności, zadbać o przyziemne „mieć” dla siebie i bliskich. Robić to wszystko co daje żyć tu, a zabiera myślenie o tym co gdzieś. A może tak jest wygodniej, nie frasować się, znajdować przyziemne wytłumaczenie dla swojego podejścia i wyboru tego co łatwiej. Choć czy tak naprawdę nasze „mieć” tu i teraz jest łatwe? Zamykając oczy na niektóre dylematy ułatwiamy sobie by było prościej i by wewnętrznie czuć usprawiedliwienie do postępowania, które czasami jest nie właściwe i z pełną premedytacją czynione.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SŁODKO GORZKIE SMAKI
Notatkę dodano:2015-03-23 22:28:29

Trzeci dzień wiosny, pierwszy dzień tygodnia, siedemnaście tysięcy któryś dzień mojego życia. Wszędzie jakieś wyliczenia, rachunki, kalkulacje. Niektóre przemykają mi niezauważenie inne odciskają się jakby ich ważność stanowiła o czymś szczególnym, lub z jakiejś przekory dla samego faktu zaistnienia. Dni nabierają rozmachu i tempa. A ja jeszcze nie do końca w pełnym rozruchu, szukam usprawiedliwienia i próbuję wyrównać ten zachwiany szyk. Po raz pierwszy od paru miesięcy zebrałam w sobie całą odwagę i ponownie przekroczyłam kolejny próg powrotu do sprawności fizycznej. Dziwne to jak człowiekowi gdzieś ucieknie forma i zaniedba się, w parę chwil znikają możliwości a pojawiają się kolejne zwałki tłuszczu w omaście niemocy. Powrót do normalnej działalności już nie jest tak lekki, a nawet określiłabym że potrafi bywać katorżniczy. Jeden dzień, drugi, kolejny, wylewane siódme poty a efektów jak nie było tak nie ma. W tej chwili nie przeszkadza mi ta forma katorgi, choć prawdę powiedziawszy wolałabym poleżeć z książką niż rozprawiać się z nadmiarem tłuszczyku. Jednak nie mogę zmarnować tej mobilizacji i chęci. A może przede wszystkim faktu, że przecież mogę coś ze sobą zrobić, bo nic mi nie dolega, bo mam zdrowie, które muszę w jakiś sposób w sobie umacniać. Bliska mi osoba leży w szpitalu. Ona choćby najbardziej ze wszystkiego chciała po prostu nie może. Parę lat temu przeprowadzona operacja kręgosłupa coś zabrała z możliwości. Największe chcenie czasami nie pomaga, kiedy wiemy, że istnieją przeciwwskazania. Trzeba zrezygnować z czegoś co przynosi radość, samemu sobie odebrać pewne smaki życia. Bo przecież nasze życie za sprawą upodobań, ulubionych czynności czy zamiłowania zyskuje na smakowitości. Jeśli robimy coś co daje nam radość, co powoduje, że możemy nie dospać, nie dojeść byleby tylko poświęcić się ulubionemu zajęciu w naszym życiu przybywa ten kolejny smak niewyczuwalny na języku a zarazem karmiący nas radością. Można powiedzieć, poszukaj czegoś innego, znajdź sobie surogat. Tylko czy himalaiście można powiedzieć poleż na piaszczystej plaży? Może zajmie się tym leżeniem, jednak ta plaża nie zastąpi szczytów z rozrzedzonym powietrzem, adrenaliną, wiatrem, niepewnością czy co tam jeszcze wyczuwają miłośnicy wysokogórskich wspinaczek. Są czynności, którym trudno przeciwstawić namiastkę. Poszukiwania czegoś nowego też nie do końca spełniają oczekiwania. Może nawet jest szansa na kolejne poczucie radości. Tylko co ma zrobić aktywna osoba nagle przykuta do łóżka. Jakiego surogatu poszukiwać. Jej życie po raz kolejny zwalnia, a ona po raz następny musi się pogodzić ze smakiem rezygnacji. To dla odmiany gorzki smak. Może dlatego sama zdobywam się na „katorgę” wypocenia kolejnych kropli, by wraz z nimi mieć świadomość możliwości, a w dalekiej perspektywie szansę na smak radości i dłuższego funkcjonowania tego co posiadam. Dziś pominę opis szpitalnych „gagów” do jakich są zdolni niektórzy fachowcy w białych kitlach. Jednak kiedyś wrócę do nich z czystego napiętnowania, że do takich sytuacji może dochodzić w obecnych czasach. Jednostki pozbawione profesjonalizmu potrafią sprawić nieporównanie więcej szkody, niż zastępy rzetelnych, naprawdę dobrych fachowców. Szkoda, że menadżerowie w szpitalach nie do końca zdają sobie sprawę z tego faktu. Czołobitność przed „fachowcem” i przymykanie oczu na jego traktowanie pacjenta bywa zdumiewające i sprawiające pozory izolacji od tego co w działalności szpitali powinno być na pierwszym miejscu, czyli od niesienia pomocy i ulgi chorym i cierpiącym. Mydlenie oczu funduszami to kolejna zasłona, za którą bardzo wygodnie można się schować mając na każdą sytuację wytłumaczenie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JEDENAŚCIE LAT
Notatkę dodano:2015-03-20 20:42:19

Raz na parę lat na niebie dzieją się dziwy, które zwracają na siebie uwagę maluczkich. Oczy patrzą w kierunku oślepiającego słońca, by uczestniczyć choć w tej niewielkiej części w tym, o czym rozgłaszają stacje radiowe i telewizyjne. Czy coś nam, ludziom daje ta chwila zapatrzenia w przesłonięte słońce? Przez chwilę jesteśmy zaabsorbowani poszukiwaniami odpowiednio ciemnego szkła, które da większe możliwości obserwacyjne. Kiedy już takowe posiądziemy, znajdujemy się w gronie wybrańców, którzy widzieli. I w czym tak naprawdę uczestniczymy? Jeśliby to zaćmienie nie było rozgłoszone, nikomu nie przyszłoby nawet do głowy wpatrywanie się jaśniejącą gwiazdę. Ktoś nam powiedział, że trzeba patrzyć, więc dostosowując się do ogółu patrzymy. Rzadkie zjawisko, które nic w życie normalnego człowieka nie wnosi. Nawet nie można uznać go za szczególnie urokliwe czy piękne, po prostu coś odmiennego. Przez jakiś czas na świecie zrobiło się jakby nagle nasza odległa „żarówka” straciła swoją moc. Spadek napięcia. Żyjemy tym dziwnym zjawiskiem przez chwilę, by za parę dni zupełnie o nim zapomnieć. Nie odmierza ono naszego czasu, jest tylko dziwnym przerywnikiem, medialnie rozdmuchanym. Już określona jest przybliżona data ponownego wystąpienia zjawiska, które ma nastąpić za jedenaście lat. Czy będzie mi dane doczekać, co się przez ten czas w moim życiu wydarzy, jak wiele się zmieni we mnie i w tym wielkim świecie?. Nie wybiegam w tak odległą przyszłość. Dawno temu przestałam snuć plany czy marzenia. Uleczyłam się z niespełniających marzeń. Moje życie to tu i teraz. Nie chcę optymizmu ani pesymizmu na kiedyś. Moje teraz niech będzie takie jakie ma być, barwnie przemienne. Mogłabym chcieć samych pięknych barw, tylko czy moje chcenie przekładałoby się na to co otrzymam, nikt nie tego nie zagwarantuje. Sama nie posiadam wielkiej mocy, która da odzwierciedlenie i pragnienia przełoży na prawdziwe życie. W jakimś kawałku nauczyłam się cieszyć z małych dobrych spraw, te złe w dalszym ciągu zabierają spokój. Może nigdy nie posiądę umiejętności pogodzenia się i pełnej aprobaty zła. Też nie mam o to pretensji, widać tak ma być. Może nie stępiałam na wszystko, jakiś kawałek mnie w swojej niezmiennej formie funkcjonuje, nie tolerując do końca wszystkiego co mi podają na tacy. Brnę od zaćmienia do zaćmienia, nawet zbyt mocno nie przejmując się dziwnością ich zaistnienia, przybywa mi lat, a wciąż podobnie jak ta świecąca gwiazda coś trwa niezmiennie. Łapię się na bezsensie walki z wiatrakami, na nieumiejętności pogodzenia z czymś wbrew sobie, i nie potrafię z tych zachowań się wyzwolić. Kiedy nastąpi kolejne zaćmienie będę panią tuż przed sześćdziesiątką, czy do tej pory zdążę zapomnieć to, czego uczyli w dzieciństwie, na co patrzyłam będąc nastolatką, co bolało w wieku dorosłym? Jak będzie wyglądał mój dzień, może podobnie do dzisiejszego z wizytą u stomatologa, umytymi oknami i smakiem czerwonych grejpfrutów. A może jedyną sprawą która będzie łączyć te odległe daty będzie tylko lekkie przyciemnienie jaśniejącego słońca, pod którym mnie po prostu już nie będzie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZŁOWIEK TO BRZMI DUMNIE
Notatkę dodano:2015-03-17 17:50:20

Każdy dzień przynosi mi coraz więcej radości przybywającej z rozwoju kolejnej pory roku. Wypatrywane wcześniej z utęsknieniem a niewidoczne ślady zaczynają się nieskrępowanie coraz częściej pojawiać. Jeszcze wstydliwie, z niejakim ociąganiem z koniecznością głębszego wpatrywania, jednak już zauważalne małe oznaki wiosennego optymizmu. Dzień dłuższy, słońce mocniejsze, głośniejsze ptasie akcenty, to wszystko sprawia, że choć nie w pełni to jednak już wewnętrznie pożegnaliśmy zimę. Pomimo tej całej własnej radości, nie stępiałam na otaczający poza przyrodniczy świat. Dzieją się sprawy ludzkie, które dziać nie powinny. Ten duży i ten mniejszy świat przepełniony jest okropieństwami, które potęgują moje odczucie ludzkiego zejścia z pewnego piedestału. We własnych odczuciach czy mniemaniach stawiamy się na szczycie drabiny. Mamy rozwinięte szare komórki, potrafimy odczuwać, dzielić się spostrzeżeniami, posiadamy pamięć, dano nam umiejętność uczuć, śmiechu i łez żalu. Edenowy ideał pomimo ewolucyjnego rozwoju gdzieś jednak zagubił empatię, współczucie wstawiając w to miejsce wyrachowanie i zimne wyliczenia opłacalności. Pomijam szeroki świat, który przecież tworzymy całym zlepkiem pojedynczych istot, stanowi on więc niejako odzwierciedlenie każdej indywidualnej sztuki. Jeśli silniejsza w kanibalizm jednostka potrafi zarazić kolejne swoim podejściem, kto wie, może ogół stanie się kanibalistycznym społeczeństwem. Kwestia tylko jaką siłą przekazania czy też wymuszenia własnych ideałów dysponuje sztuka przewodnia.

Pisałam nie tak dawno o incydencie w którym została zaatakowana niepełnosprawna matka jednego z uczniów klasy Kleszczyka. Wyzwana z podkreśleniem mankamentów fizycznych, poczuła się upodlona po raz kolejny a zarazem szczególnie dotkliwy sposób, bo od osoby dorosłej z pełną premedytacją. Kobieta borykająca się z własną ułomnością od urodzenia, złożyła sprawę na policję. Popieram ją, bo choć sama jestem fizycznie sprawna potrafię wyobrazić sobie choć zapewne nie w pełni jej odczucia. Nie dana nam pewność jutra, tego co nas samych czeka i spotka. Kto wie, może za chwilę nasz świat legnie w gruzach a my sami na podobieństwo tej kobiety zaczniemy borykać się z kalectwem. Popieram i choćbym miała stać sama po jej stronie nie zmienię swojego podejścia. Tuż po całym zdarzeniu po tej stronie wraz ze mną był większy tłum. Zaczęły przychodzić wezwania na przesłuchanie. Tłum zrzedł, gdzieś prysła integracja, solidarność z „inną” osobą stała się niewygodna. Każdy z tych chyłkiem opuszczających tą kobietę swoją postawą dają przyzwolenie na podobne zachowania tej atakującej lokalnej gwiazdy. Bo może nie warto, bo matka jest nauczycielką, a dzieci jeszcze będą chodzić tu do szkoły, bo przecież czy tak naprawdę coś się stało?

 

W moich oczach stało się bardzo dużo. Zwyciężyła dzicz w ludzkiej postaci, a jak wynika po czasie z ludzkim przyzwoleniem. To incydent. Idąc w myśleniu tokiem lawiny, lub starego porzekadła: „od rzemyczka do koniczka” nasuwa mi się parę wniosków. Hitler wraz ze swoją świtą wiele lat temu dał przyzwolenie do uśmiercania ludzi chorych umysłowo, niepełnosprawnych, innych ras. W imię własnych racji czystości rasy wobec wszystkich tych, którzy nie spełniali określonych kryteriów. Czy miał przyzwolenie? Miał milczącą zgodę, bo łatwiej było udawać niewiedzę, ukrywać się za własnymi interesami i wygodą, że mnie to ominęło. A jeśli kolejnym razem mnie nie ominie. I ja lub ktoś z moich bliskich zostanie zaatakowany, bo akurat taką wizję swojej działalności życiowej ludzka swołocz będzie miała. Nie chciałbym zostać sama po drugiej stronie barykady. Jeśli wiem, że racja stoi po mojej stronie będę jej bronić, bo nie chcę nieludzkich powtórek z historii. Tej dużej i tej małej. Nie zawsze można zamykać oczy udając niewiedzę, czasami trzeba się określić i pozostać na swoim stanowisku, bez względu na to czy inni ze mną pozostaną czy podkuliwszy ogony chyłkiem uciekną. Jestem gotowa na samotny sprzeciw, jednak jeśli jest on w słusznej sprawie, nie odpuszczę, bo jeślibym tego nie zrobiła to tak jakbym sama zachowała się w ten haniebny sposób. Tak daleko od chwalebnego gatunku nadrzędnych nie chcę odbiec. Człowiek, to brzmi dumnie..., szkoda, że nie zawsze...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163486
Osób: 145941