Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

POLSKIE PARADOKSY
Notatkę dodano:2015-03-13 23:01:46

Pod pręgierzem samokrytyki samotnie oceniam własną naiwność i kretyński idealizm. Ktoś kiedyś wpoił bzdurne zasady, w których ważniejszy był człowiek niż cała gama opłacalności i wyliczeń. I zamiast wyleczyć się z tego stanu nadmiernej wiary, że tak jest lub powinno być mierzę się niczym głupi ze ścianą, której nijak głową nie przybije. Co krok potykam się o sytuacje, które w moich oczach poprzewracane na przysłowiową głowę sobie stoją. Dzieją się, ludzie przyzwyczaili się do tego odwróconego obrazu rzeczywistości, na nikim nie robi to wrażenia, świat kręci się nic w tej rzeczywistej fikcji nie zmieniając. Może moje nieuleczalne wyidealizowanie świata stanowi pewien rodzaj zniekształconego odbioru, może błędy wychowawcze zbyt mocno zakorzenione. Istnieje jeszcze zapewne parę wariantów dających odpowiedź na sprawy, które niczym we śnie wariata jednak tu i teraz się dzieją. Specyficzne miejsce ta nasza ojczyzna, zwyczaje i normalność. Moja normalność też mocno naznaczona minioną epoką, która różnie oceniana w moich oczach jednak parę plusów na swoim koncie posiadała. Pominę dyskusyjną sprawę wolności, możliwości obywatela, bo tak wówczas mianowano zwykłego mieszkańca, czy też nacisków i przymusu. Obserwując jednak, dziwnie ciśnie mi się z tych obserwacji parę wniosków, które stanowiąc o pewnej odmiennej logice nic nie zmienią ani niewiele wniosą.

 

Od dosyć długiego czasu obowiązkiem każdego z nas, stało się coroczne rozliczanie z organami przymusu skarbowego. Nie polemizuję ani nie oceniam samego faktu czy jest tam doza sprawiedliwości, konieczności czy logiki. Jest obowiązek, trzeba wypełnić. Nie każdy sobie radzi z rubryczkami i cyframi, które mają być odpowiednim szyfrem wypełnione. Z racji właśnie takiej dysfunkcji pewna moja znajoma podrzuciła mi swoje skarbowe tajemnice celem wybrnięcia z przymusu. Od słowa do słowa i nie tylko papierową wersję zobowiązań jej jako podatnika omówiłyśmy. Po dobrej znajomości, przy kawie, i przeszłość i teraźniejszość zostały porównane na przykładzie jej pracy. Ona rencistka, całkiem na chodzie, i całkiem przyciśnięta koniecznością pracy oraz desperacją zarobku, szukała aż znalazła, kolejne już zajęcie. Nie każda praca ma odzwierciedlenie w corocznym zeznaniu. I niech nikt nie mówi, że zawsze jest to winą pracownika. Nasz kraj to miejsce, gdzie nie tylko Temida ma szczelnie zasłonięte oczy. Każdy wie jak wygląda rynek pracy, i udaje się że tak powinno być. Przeciętny Kowalski musi niejednokrotnie akceptować taki stan rzeczy, jednak już Kowalski na piedestale władzy udawać normalności w tej kwestii nie powinien. Zejdę jednak z piedestałów zniżając się do sytuacji w której jest moja znajoma. Załapała się do pracy przy wojsku. Zabrzmiało dumnie? Nic bardziej mylnego. Wojsko to wbrew niegdyś powszechnie wpajanemu trendowi, nie jest instytucją ani honor mającą na względzie, ani Boga a i ojczyzna w tym ciągu, pod dużym znakiem zapytania. Wojsko ma swoje zabawy w wojny, w ćwiczenia, czy też militaryzację. Zapewne związani z wojskiem podnieśliby larum i bili gromy w moim kierunku. Może zresztą z racji nieznajomości tematu rejony w które weszłam to bagno, które mnie pochłonie wraz z błędnymi obserwacjami. Wracając do rzeczy, znajoma pracuje przy wojsku, sprzątając przydzielone jej rewiry. Żeby było ekonomicznie to nie wojsko ją zatrudnia tylko, ktoś kto wygrał przetarg. Cwaniaczek, który wygrał przetarg na czynności związane ze sprzątaniem „zatrudnił” ludzi, którzy mają sprawić, że warunki przetargu będą spełnione. Jest tylko jedno małe ale, wojska już zupełnie nie obchodzi, że ktoś, kto pałęta się po wojskowym terenie sprzątając prysznice czy stołówki, to tak naprawdę pracująca na czarno osoba. Wojsko ma mieć czyste kible, a kto to robi jest najzupełniej obojętne. Kiedyś we własnym zakresie siły zbrojne potrafiły zadbać o własny wikt i opierunek w całej rozciągłości tego słowa. Obecnie ktoś musi za nich posprzątać, im ugotować, ich otoczyć opieką ochroniarską. Wszyscy ci zewnętrzni pracownicy zapewne podobnie jak moja znajoma pracują na czarno, pod egidą kogoś, kto wygrał przetarg. Wojsko udaje, że nic nie wie o tym procederze płacąc cwaniaczkowi i umywając ręce. Polska ekonomia w świetle ślepego prawa, bo zapewne nawet Temida czmychnęła z tego dziwnego miejsca. Dzięki podobnym praktykom zwykli obywatele mają ogromne szanse na niedopracowanie do jakiejkolwiek emerytury, bo przecież słowo „godna” w tym przypadku to słownikowy figurant, który dla większości społeczeństwa nigdy się nie przydarzy.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


WRÓCIŁAM Z DALEKIEJ PODRÓŻY
Notatkę dodano:2015-03-12 21:39:55

Marcowa huśtawka powodująca całkowitą zmienność aury nie zaskakuje, nie sprawia sobą zawodu. Nadmiar oczekiwań oraz to co otrzymuję jeszcze nie jest dotkliwie odczuwane. Być może zaczynam się zwyczajnie cieszyć nawet z tego co dostaję. Dzisiejszy wolny dzień „uderzył” mnie swoją całkowitą normalnością. Był wyczekany, i choć nie odbiegał przebiegiem od wielu dawniej minionych dni, stał się za sprawą tej zwyczajności niejako początkiem nowego rozdziału w moim życiu. Czasami można się cieszyć nawet ze stalowego nieba, z zimnych podmuchów wiatru i wspólnych zakupów. Nic szczególnego, wartego opisywania a zarazem mającego dla mnie wartość ogromną. To co obecnie odczuwam to jak stan po powrocie z bardzo dalekiej podróży. Moja podróż sięgnęła końca świata, więc i powrót z tamtych rejonów wymagał czasu na przestawienie całego odbioru. Już jestem na właściwym miejscu, i liczę, że nigdy więcej nie zostanę wygnana na tak odległą banicję. Jeszcze o moim wojażu przypomina mi bolący nos, który zachowuje się dziwacznie sprawiając, że o nim pamiętam i odczuwam. Efekt uboczny braku świadomości zaserwowanego mi w szpitalu. Tłumaczę sobie, że zapewne albo sama się wyrywałam przez narkozę albo niedopilnowana zaliczyłam bardzo bliskie spotkanie z jakąś twardą przeszkodą. Staranowałam tę przeszkodę, lub też ona mnie w ramach odwetu, za nie zawinione winy. Jedno jest pewne nos następnego dnia po sztucznym oddaniu mnie Morfeuszowi był na tyle poturbowany, że choć minęły dwa tygodnie nie doszedł do poziomu bezbolesności. Zapewne, kiedy i ta przypadłość zniknie, poczuję się niczym nowo odnaleziona w swojej rzeczywistości. Moje próby dojścia do ładu z zapuszczonym ciałem póki co bez sukcesu aczkolwiek odczuwalne. Jednak samo podejście do tematu daje nadzieję na powodzenie. Zaczynam chcieć, podejmuję wyzwanie, planuję strategię i spodziewam się efektów. Lubię czuć ten stan gotowości do działania. Wyzwala on we mnie jakieś pokłady energii, która sama mnie niesie w obranym kierunku. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie każdego dnia słodko, że znowu będę upadać aby ponownie klnąc pod nosem i otrzepując się z ziemskiego prochu wstawać. To norma, która znikła na stanowczo za długi czas, a obecnie wraz z moim powrotem odnowiła się i po tym gruntowym liftingu jeszcze mnie poniesie w dobrą stronę. Moje zbyt częste odniesienia do minionych dni sprawiają, że jestem niczym ten marzec, który nie potrafi odwrócić się od zimy i pójść w ciepłą stronę wiosny. Huśtawka temperatur, zmiany aury aby wciąż jeszcze pamiętać o zimie. Wszystko wymaga czasu i marcowe harce pogodą, i moje powroty w miniony czas. Przyjdzie pora, zamknę tamten rozdział, jak przeczytaną książkę odłożę na półkę, i dam szansę zapomnieniu. Coraz więcej będzie optymistycznych akcentów, nowych spraw, które swoją ważnością wyprą niechcianą podróż. A nie trzeba dużo. Przebiegające drogę sarny, cicho płynące po stawie dzikie kaczki, czy oczekiwane łabędzie, które swoją nieobecnością zawodzą Kleszczyka, nie dając się nakarmić kolejny dzień przynoszonym chlebem i herbatnikami. Zupełnie zwyczajna normalność, za którą tęskniłam i z której posiadania niezmiernie się cieszę. Za parę dni świat zupełnie się zmieni, będzie kolorowiej, przyjaźniej i przystępniej, czekałam na taki właśnie zwyczajny świat, który daje szansę powrotu i możliwość niewymuszonej radości.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OPUSZCZONA SKORUPA
Notatkę dodano:2015-03-10 22:41:44

Mój czas na ostrość patrzenia nadchodzi. Małymi kroczkami ogarniam coraz więcej z otaczającego świata. Nie zmienił się on, jest taki sam od lat. Nie zawsze potrafimy dostrzegać, tłumacząc swoją ślepotę małą ważnością spraw, własnymi dużo istotniejszymi problemami. Łatwiej nam zamknąć się we własnym świecie, dostrzegać tylko to co tyczy nas, co daje spokój i pewność bez zaskoczenia. Nawet jeśli dobrze zadomowiliśmy się we własnej skorupie, pozornie nic przez nią nie przenika, może nastąpić rewolucyjny przewrót czy kataklizm. Nasza skorupa nie ustrzeże nas przed wszystkim, choć stanowi pewną zaporę. Jesteśmy w niej niczym w swoistej pustelni, własny erem, który tworzymy na osobisty użytek. Bywa czas, kiedy takie odosobnienie jest nam niezbędne, przywraca nas spokój tam panujący do życiowego pionu. Kiedy poczujemy, że możemy wyjść na zewnątrz, szukać innych dróg powrotu, staliśmy się odporniejsi czy mocniejsi na miniony czas, zaskakuje nas to co dzieje się na zewnątrz naszej skorupy. A po drugiej stronie świat wcale się nie zmienił, jest tak jak kiedyś. Następują po sobie cyklicznie i niezmiennie pory roku, ludzie prowadzą swoje sprawy nie interesując się nami, każdy biegnie we własną stronę, która dla niego najważniejsza. Bywa, nie ma w nas odwagi do opuszczenia naszej pustelni, nie czujemy potrzeby. Nie pragniemy wyjścia do świata, który wydaje się być na nas obojętny podobnie jak my nie czujemy chęci bycia kawałkiem świata. Ślepniemy bo tak nam wygodniej. Przytulność bycia tylko dla siebie jest kusząca, i zapewne niektórzy się w tej samotności odnajdują. Charakter, osobowość, trudne przejścia, aż w końcu znudzenie tym, co na zewnątrz skorupy powoduje naszą chęć pozostania dla siebie bez wnikania w cały zewnętrzny świat. Po co po raz kolejny oglądać te same zmiany, przecież nic nowego w nas nie pozostawią. Po co unosić głowę w stronę srebrnego księżyca, czy pomarańczowo zachodzącego słońca. Widziałam to tyle razy, niczym mnie nie zaskoczy miliony razy powielany widok. Drżące na wietrze delikatne przebiśniegi, jutro znikną po cóż się nad nimi pochylać. A jednak chcę widzieć, czuć, po raz tysięczny być zaskoczoną tym, co poza moją skorupą. I chcę patrzeć na szarość, która czeka na eksplozję zieleni, już ją sobie wyobrazić. Ponownie zadziwić faktem, że choćbym nawet bardzo długo siedziała we własnych sprawach, ten duży świat niewiele się zmienił czekając na mój powrót. Wracam, otwieram oczy i ta zwyczajność przyjmuje mnie nie odtrącając, mogę uczestniczyć w widowiskach przyrody, podglądać taniec godowy przedstawicieli wielu gatunków łącznie z moim, wzmagający się wraz z żywszym krążeniem wszystkiego w przyrodzie. Patrzę na nieśmiałość po raz pierwszy dotykających się dłoni młodych ludzi, którzy odkrywają dla siebie coś, co wiele lat temu stało się moim doświadczeniem. Apogeum tego tańca jeszcze przed nimi, nie będzie już przypadkowych świadków, życie rządzi się własnymi prawami. A ja jeszcze jakiś czas chcę obserwować te prawa, chcę być wzruszona, zaskoczona i zbulwersowana. Zostawiam swoją skorupę, zaczynam na powrót widzieć, czuć i doświadczać. Niech się dzieje mój mały,wielki świat. Nie zmienię go, już wiem, że moje znaczenie dla jego wielkości nieistotne, że liczę się tylko dla paru osób, i choćby dlatego, że coś dla nich znaczę opuszczam swoją pustelnię, by razem z nimi po raz kolejny widzieć to samo.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


STOPNIE KU ZWYCZAJNOŚCI
Notatkę dodano:2015-03-08 21:48:46

Trudno mi dojść do normy. Wydaje się, już jestem tak blisko, przecież nic w moim świecie nie uległo zmianie. I powinno być tak zwyczajnie, a nie jest. Mój środek jeszcze nie przeskoczył na pełną normalność. Potrzebuję więcej czasu. Czas jest dla mnie najlepszym lekarstwem. Obok czasu duży kawał roboty zupełnie nieświadomie odwala Kleszczyk, zajmując mi myśli, absorbując własną osobą. Już kolejny raz w życiu jego obecność ustawia mnie w życiowym pionie. Może kiedyś o tym usłyszy i okaże się, że czasami dzieci stanowią dla własnych rodziców coś na wzór mocnego rusztowania. Nie dają się pochylić lub runąć w pustkę niszczących myśli.

 

Już więcej odbieram, jakbym otwierała się na otaczającą mnie zewnętrzność. Wczoraj pierwszą „rzeczą”, która zwielokrotnionym odczuciem dała mi pewność, że mój powrót do normy za sprawą wyczulonego odbierania świata powoli się aktywizuje wypychając marazm i obojętność. Wyszłam o poranku do sklepu i jakbym znalazła się zupełnie w innym miejscu, uderzył mnie zapach wiosny. Są takie zapachy, które jak wizytówka określonych sytuacji, miejsc lub ludzi nagłym pojawieniem się sprawiają na nas wrażenie piorunujące. Mi zapachniała wiosna. Pojawił się ten zapach niewidocznych budzących się do życia roślin, młodych pąków, pękatych i lśniących, które jeszcze nie mają odwagi zazielenić się i ukazać tego, co w sobie kryją. Ten mglisty, szarawy poranek obserwowany przez okna, byłby kolejnym zwyczajnym początkiem dnia. Nic się nie dzieje, pełnia oczekiwania na żywość kolorów, która wyprze wreszcie tę panującą burość traw i nagość gałęzi. Dopiero zapach oddał prawdę o tym pierwszym pachnącym wiosną dniu. Nie buchnęła zielonością, nie rozwinęła się ta oczekiwana pora roku, jednak pomimo że jeszcze nie jest to właściwy czas, ani pora, ten dzień rozwinął się pogodowo jakby zima miała już nie wrócić. Chyba po raz pierwszy słońce zapanowało nie dopuszczając innych pogodowych zmian. Kurtki okazywały się za ciepłe, szaliki niepotrzebne, czapki zbyteczne. I chciałoby się, by już tak pozostało, żeby nic się nie zmieniało oprócz przybrania zielenią dotychczasowej nagości roślin. Czekam na tę zieloność, jakby za jej sprawą i działaniem więcej nadziei na mój powrót do życiowej normy miało przybyć. Możliwe, że za sprawą nagłego ruszenia w przyrodzie także we mnie ten nadmiar krążenia przełoży się na więcej chcenia. Pod skórą już ten stan odczuwam, jeszcze wstrzymuję się tylko z powodu zaleceń oszczędzania i spokojniejszego trybu życia. Większa aktywność da zapomnienie i pozwoli na prawdziwą radość z małych spraw, które będą widoczne i zauważalne. Nie trzeba będzie udawać ani przed sobą ani przed innymi. Jeszcze jutro trzeba będzie jakoś przejść pierwszy dzień w pracy, przecierpieć ciekawość. To kolejny stopień ku zwyczajności. Coraz szybciej wbiegam po tych stopniach, nie chcę już minionego czasu, choć nie łatwo mi o nim zapomnieć. Może nie zapomnę tak do końca nigdy, zawsze będą pojawiać się pytania bez odpowiedzi. Cóż dziwaczny ze mnie typ, za wiele pamiętam, za mocno przeżywam, za głębokie rany we mnie powstają. I choćbym nie wiem jak się starała, pozostają we mnie nie dając się do końca wypchnąć pamięci o innych wciąż przybywających nowych sprawach. Zapewne łatwiej jest zapomnieć, niczym za sprawą czarodziejskiego „delete” wymazać co nie chciane, mój przycisk tej funkcji nie do końca sprawnie działa. Dochodzą kolejne pliki pamięci, archiwizowane gdzieś we mnie i świadomość, że będą tam zawsze, i na zawsze.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MAM OSKARA...
Notatkę dodano:2015-03-05 17:23:26

Czuję każdą kosteczkę, każdy przyczepiony do nich mięsień. To cena bycia twardzielem w żeńskim wydaniu. Za wczorajsze odegranie tej roli wewnętrzna kapituła przyznała mi „Oskara” w paru kategoriach. Sen odbierała świadomość, jak uświadomić rodzicielkę w moich sprawach. Wiedziałam, że nie okłamię, jeśli będę musiała wnikać w miniony czas. Z drugiej strony pełna szczerość zabrałaby spokój mamie, spowodowałaby jej niepokój i nerwy. Nie chciałam tego. Idąc do niej czułam się niczym skazaniec, który niewiele ma szans na ułaskawienie. A jednak cuda się zdarzają, nawet najbardziej beznadziejne wyroki bywają objęte amnestią. Udało się, choć ceną za to była szaleńcza praca nijak nie pasująca do ogólnie przyjętego obrazu delikatnej kobiety mającej się oszczędzać. Jakiś ogrom drzewa do zrąbania i poukładania, które „spadło” na moje barki zabrało mamie jakąkolwiek podejrzliwość czy też ciekawość. Pięć godzin z siekierą o wymiarach daleko odbiegających od cepelianych ciupag filmowego Janosika stało się swoistą pokutą czy też ceną spokoju na teraz. Jeśli nawet kiedyś sprawa wypłynie, bo przecież babcie mają taką specyficzną przypadłość wyciągania z wnuków różnych domowych rewelacji, o których w żaden inny sposób by się nie dowiedziały, czerstwość tematu łatwiej będzie mi przekazać a i jej przyjąć.

 

Małżonek, kiedy zobaczył co wyprawiam, jako ta oszczędzająca się lekko zaniemówił. Odebrał coraz bardziej ciążącą po pięciu godzinach machania siekierę i dokończył dzieła, które przypieczętowało mój spokój i amnestię. Opatrzność nade mną czuwa, nawet jeśli odbywa się to ceną bólu, to niewiele on dla mnie znaczy. Niewygoda nic więcej. Dzięki ostatnim swoim życiowych sprawom utwierdziłam się w pewnej świadomości dotyczącej mojej siły na poszczególnych niwach. Jeśli duch we mnie padnie, nie łatwo mi się podźwignąć. Mój duch ma moc młyńskiego koła u szyi. Cielesność potrafię przezwyciężyć, jeśli czuję siłę w swoim psyche. Spadłam w minionym czasie gdzieś na dno psychicznej studni, dane mi było poczuć całkowitą niemoc, kiedy wszystko się rozsypało, a ja bezradna w najbardziej skrajnej bezradności nie potrafiłam się podnieść. Psychiczny paraliż, który zawładnął całą mną. Dał mi ten stan popalić, a może spopielił pewien etap mojego życia. Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po raz kolejny dane mi się wzmocnić, podnieść z pożogi by ponownie na jakiś czas poczuć przypływ mocy. Nie wiem co mnie jeszcze w wędrówce czeka, doświadczenie, które stało się moim udziałem zatrzęsło w całych posadach moją osobą. Może dzięki temu łatwiej będzie odbić się od dna. Po raz kolejny, choć chyba po raz pierwszy aż tak głęboko to dno było. Już nie grozi mi choroba kesonowa, wynurzyłam się, być może w najwłaściwszym do tego tempie. Teraz trzeba opanować ciało, podbudować ducha i sprawić, że wszystko wróci do normy. Nawet kosztem łupania siekierą, nawet stwarzając czasami pozory nadsiły, i zbierając niewidoczne dla nikogo oskarowe nagrody za życiowe role, których wartość znana jest bardzo okrojonej widowni. Cała reszta widzi mocną babę, która nie do pokonania ma się w ich oczach wydawać. Cóż dla mnie ogolona do roli głowa słynnej aktorki, cóż dwadzieścia kilogramów przybranych, by być bardziej wiarygodnym. Oni mają swoje błyszczące statuetki, a ja wyobrażenie własnej nagrody przekuwającej się w spokojne życie, choć bywa okupione wielkim udawaniem do którego dużej siły trzeba, by moja wiarygodność nie stwarzała jakiegokolwiek powodu do zachwiania pozorów.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CHROPAWY KOSTUR
Notatkę dodano:2015-03-02 19:03:09

Witam marzec podobnie jak on mnie. Zmiennością nastroju, chwiejnością zdrowia, pomieszaniem lenistwa ze zrywami pracoholizmu. Mam tydzień na dojście do normy. Jednak miast tego zachowuję się jakby mój świat rozsypał się w kawałki. Cała miniona sytuacja gdzieś we mnie pozostawiła pewien rodzaj pustki, który dopiero czas zabuduje. Milczę, to milczenie na zewnątrz, krzyczy gdzieś w środku. Kolejna nie przespana noc, kiedy nie potrafię poczuć wygody pościeli. Noc wydaje się być za długa. Wpół do trzeciej to środek nocy, dla śpiocha nawet jakiś zwariowany początek, a dla mnie udręka myślenia. Zwichrowany okaz, który nim przetrawi swoje problemy po wielokroć je przeżywa, analizuje, zadaje pytania bez odpowiedzi. Nikt o tym nie wie. Każdemu wydaję się twardą sztuką. Przybrałam taki rodzaj pozy, nie zastanawiając się czy to dobrze czy źle. Taki człowiek w oczach innych nie potrzebuje pomocy, bo przecież z taką siłą pomoc jest zbędna. Nie wyciąga się ręki do twardzieli, bo oni o własnych siłach wychodzą z mokradeł i bagien. Twardziele nie są przyzwyczajeni do otrzymywania pomocy. Pomoc od innych świadczyłaby o ich słabości, a na tę nie można sobie pozwolić. Bycie twardym stwarza obraz chropowaty. Twardziel to niczym sękaty kostur, na którym można się wesprzeć, ale on sam nie żąda oparcia. Słabe witki, gładkie gałązki muszą otrzymywać pomoc, samym wyglądem mówiącym o delikatności aż się proszą o łagodne traktowanie. Mogą być ozdobą, elementem dekoracyjnym ale nie dają wsparcia. Czasami mam do samej siebie pretensje o tą chropawość, o nadmiar sił. Przychodzą dni słabości a nie potrafię być słaba. W szpitalu lekarka mi mówi: „proszę się oszczędzać”.

 

To ja mogę iść do domu? . „A co chce pani zostać?” . Nie dobrze, że wracam, bo w domu mam zamieszone ciasto na chleb..... Mina pani doktor – bezcenna. „To ja bym na pani miejscu została”. A ja wracam i o dwudziestej zaczynam oszczędny tryb życia, aby po dwudziestej trzeciej zakończyć pieczenie chleba. Jak na złość dwa wsady do piekarnika. Jak na złość twardziel nie potrafi zlec z boleściwą miną obskakiwany przez resztę domowników. Przecież to przeważnie on skacze, oni nie potrafią. Nim otrząsnęłam się z jednego, poczuwszy słabość, coś innego próbuje mnie złamać. Siła złego na jednego. Kolejna kumulacja. Życie dozuje sobie tylko znaną miarką. Raz za wiele, innym razem skąpo. Mam tego racjonowania świadomość, i wiem, że za chwilę przyjdzie inny czas. Łatwiej będzie być chropawym kosturem. Nawet takim z nadmierną przypadłością analizowania i wahań. Wszystko wróci w zwyczajne tory, marzec nie będzie mieszał w przysłowiowym garncu i moje życie ustoi się w normalności. Może te parę dni wystarczy bym mocno stanęła na nogi, a otoczenie ponownie ujrzy twardziela, na którego można liczyć i na którym można się wesprzeć. Przydadzą mi się te wolne dni, ciekawość przyschnie, plotkarskie indywidua stworzą odpowiednio mocne teorie z których w duchu będę się śmiać lub nie mogąc uwierzyć w nadmiar twórczości, obojętnie wzruszę ramionami. Ludzie muszą gadać, jeśli nie mają o czym, sami stworzą pełne „prawdy” wizje i hipotezy. Jakby własnego życia było im mało, koniecznie choć w okruchach chcą nakarmić się czyimiś sprawami. Niektórzy czują wieczne łaknienie takiego współudziału. Mam w swoim zawodowym otoczeniu taką twórczynię teorii wielkich, jedynych prawdziwych i nienaruszalnych. Trudny przypadek. Widać opatrzność stawiając na mojej drodze taki typ ludzki daje pewnego rodzaju doświadczenie i naukę. Patrzę i zdarza się uwierzyć nie mogę. Ot koloryt życia. Nawet twardziele prócz błot i mokradeł mijają barwniejsze krajobrazy. Choć nie zawsze miło wspominane.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE BĄDŹ SALOMONEM
Notatkę dodano:2015-02-27 22:14:29

Powinnam w szczególny sposób dzisiejszą datę zapamiętać. Po parotygodniowej huśtawce dzięki odgórnym zrządzeniom nastąpił krach całego zamieszania. Kilka chwil potrafi zmienić całe życie, początek dnia wcale nie daje pewności jego końca. Tak właśnie dziś znikł mój problem. Może za kilka lat napiszę, a może nigdy nie będę wracać do milczącego piekła, które przechodziłam. Wiem, że odpowiednim tytułem oraz szczerym tekstem w temacie poczytność wywindowałaby się po tej notatce. Jednak czy warto? Ta jedna sprawa owiana pewną tajemnicą, taką tajemnicą wobec ogółu pozostanie. Ciężki kaliber doświadczenia przybył mi do mozolnie dźwiganego bagażu. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek przydarzy mi się to, co przeszłam. Jakaś wiara w pewną dobrą karmę roztaczającą się nad moją osobą dawała poczucie, że ominie mnie to co spotkało. Nie ominęło, dało przedsmak, i na szczęście nie trwało dłużej. Scenarzyści na górze stwierdzili, że wystarczy. Wierzę, że to dobra decyzja. Obecnie po całym diabelskim młynie muszę zejść na swój kawałek ziemi, poczuć stabilny grunt i znowu zacząć normalnie żyć. Moje Himalaje zobaczyłam tylko z perspektywy podnóża, nie musiałam spadać w przepaść gdzieś po drodze, nie kazano zawracać z połowy trasy, a co najważniejsze nie kazano podejmować decyzji, której najbardziej się obawiałam. Moje oczy otworzyły się mocniej, dzięki temu co przeszłam w pewnych sprawach nie będę oceniać innych, bo wiem, że nie można tego robić skoro samemu się tego piekła nie przeszło. Tak łatwo szafować wyroki kiedy sprawa nas nie dotyczy. Hardo mówimy nie powinno się tego czy tamtego uczynić. Ilu z tych twardzieli pozostałoby w swoim monolitycznym tak, lub nie, gdyby mieli możliwość sami przejść podobną sytuację? Herosi podejmowania decyzji w imieniu innych lub za nich. Jakie to proste, potępić iksińską za jej decyzje, samemu patrząc z oddali, bez dźwięku, z przekłamanym brudną szybą okna, obrazem widzianym z oddali. Często oceniamy nie wnikając, to takie łatwe. Za swoje oceny niejednokrotnie bardzo restrykcyjne nie ponosimy żadnej odpowiedzialności. Niczym Salomon ferujemy wyroki, jakby dał nam ktoś do tego prawo. Czy mamy takie prawo? Jeśli naszym udziałem nie bywa oceniana sytuacja lepiej przemilczmy, nie wyrywajmy się bo może krzywdzimy swoim wyrokiem. Nie każdy z nas ma Salomonową sprawiedliwość, choć każdy by chciał takową być naznaczony. Z mojej krótkiej choć zarazem przeraźliwie dla mnie samej stresowej huśtawki wyniosłam pewną naukę. Mam nadzieję, że nie będzie mi dane o niej zapomnieć. Gdzieś w głębi mnie ta nauka pozostanie i będzie co najważniejsze wykorzystywana w życiu. To nie szkolne regułki, które bywa nigdy nie przełożą się na życiowe sytuacje, to nauka wynikająca z normalnego życia. Dużo cenniejsza od całej wiedzy ubijanej w mojej głowie przez minione lata edukacji. Nauka poparta doświadczeniem ma wielokrotną wartość, a nauka wynikająca z naszego życia wypala się niczym piętno gdzieś w nas i pozostaje nigdy nie zabliźniającym się śladem.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RZECZ O BANALNOŚCI MIŁOŚCI
Notatkę dodano:2015-02-24 21:38:38

Przepełniony emocjami wczorajszy dzień. Kleszczyk po raz pierwszy przeszedł szycie, co prawda tylko dwa szwy, jednak jako pewnego rodzaju męską inicjację, można uznać za przejście swoistego progu. Nie zawsze opiekuńcze skrzydła ustrzegą na tyle mocno, że kolejny dzień przejdzie bezkolizyjnie. Tylko dwa szwy, a runęły kolejne plany normalnego dnia. Przez chwilę strach i ogólne rozbicie sprawiło jakiś spokój spowodowany całą sytuacją, jednak to całe odczuwanie już poza nim. Powrócił nadmiar gadulstwa, jakaś nadwyżka energii spowodowana wcześniejszym milczeniem i spokojem. Powróciła norma. Norma nie wyklucza pory snu, nie powoduje zmiany ciszy, która ma być moim sprzymierzeńcem. Jednak tym razem zmieniłam ciszę na pogodzenie znielubionego z lubianym. Kolejne spodnie wołają o szybką reakcję moich umiejętności łatania. Tę prozaiczną, jedną z najbardziej znienawidzonych czynności próbowałam sobie znieczulić poniedziałkowym teatrem telewizji. Spektakl nie był dla mnie premierą, oglądałam go po raz drugi. Za pierwszym razem wstrząsnął mną. Może to za wielkie słowo, jednak właśnie tak wtedy odczułam treść. Po swojemu interpretowałam spektakl, a tym razem z pełną premedytacją chciałam sprawdzić, czy ponownie tak go odbiorę. Już wiedziałam co się wydarzy, jak potoczą się słowa. Echa premiery pozostały i moje uczucia choć zmieniły kaliber gdzieś głęboko tkwią, pozostawiając pytania na które nie ma prostej odpowiedzi. Pewna surowość scenografii każe skupić się na tym, co dzieje się między aktorami. Przestają oni być odtwórcami a widzi się ludzi z ich relacjami i emocjami w czasach trudnych i niejako samoistnie wymuszających dokonywanie wyborów, które rzutują na całe życie. Ja w jakiejś swojej wadliwości szczególnie przylgnęłam do samych relacji dwóch osób, które tworzą zakazany związek, trwają w nim aby po czasie rozejść się każde w swoją drogę. Wątek hitleryzmu, nazizmu odsunęłam na bok, i choć nie jest on bez znaczenia, skupiłam się na kobiecie, która całe życie gdzieś w sobie nosi uczucie do pierwszego pokochanego mężczyzny. Jej świadomość, że ta miłość będzie ją prześladować zawsze. Usprawiedliwia go, wybacza choć on nigdy o to wybaczenie nie poprosi. Bohaterka w jednej ze scen stwierdza, że serce kieruje się własnymi wyborami. Jest przekonująca. Wierzę jej, że choćby miejsce pierwszego kochanka było wypełnione kolejnymi mężczyznami, ona w jakimś kawałku siebie zawsze będzie kochać tego pierwszego. Ma świadomość zarówno własnej krzywdy doznanej od tego mężczyzny, jak i faktu, że zawiodła się na nim, jednak choćby wszyscy stali przeciwko niemu, ona będzie go bronić. Uczucie jest silniejsze od racjonalnych, zdroworozsądkowych pewników. I to uczucie pozostanie z nią do końca. Ona potrafi się do niego przyznać, nawet przed obiektem swojej młodzieńczej miłości, który spotkany po dwudziestu pięciu latach w dalszym ciągu nie potrafi przyznać się do popełnionych błędów, które zaważyły na całym jej życiu.

Jest to chyba pierwsza sztuka, która unaocznia fakt znaczenia prawdziwej miłości, która wraz z rozpadem związku powinna umrzeć, a tak się nie dzieje. Kobieta jest osobą wykształconą, niesamowicie inteligentną a nie potrafi, a może nigdy nie chciała wyzwolić się z dawno minionego uczucia. Dzieje się tak, jakby pomimo lat ono w niej tkwiło. Czy ona nie chce o nim zapomnieć, czy nie jest to możliwe?. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na takie pytanie. Sądzę, że nie jest to możliwe. Przecież ona układa sobie życie. Przewijają się kolejni mężczyźni, jakby ich istnienie miało wyleczyć pamięć o tamtym jednym. Może nawet częściowo się to udaje. Jednak tylko częściowo, bo gdzieś, w zakamarkach wspomnień, myśli, serca ciągle żywe wspomnienie wcale nie zanika. To jeden z aspektów tego spektaklu, może nieistotny, ale zarazem dla mnie uderzający. Nie każdej kobiecie przydarza się nieszczęśliwie zakończona pierwsza prawdziwa miłość, być może nie każda nosi ją w sobie do końca życia. A jeśli nawet nosi, to wie o tym tylko ona. Czy Hanna jest odosobnionym przypadkiem kobiecej ułomności nie potrafiącej wyrzucić z siebie czegoś, co jest tylko wspomnieniem pełnego tragizmu uczucia. A może to wspomnienie tkwi w niej, bo wbrew całemu bólowi zawodu, był to czas dla niej najpiękniejszy.

 

Nie jestem koneserem, odbierałam sztukę po swojemu, nawet przy tak prozaicznej czynności jak łatanie spodni, stanowiła ona dla mnie pewnego rodzaju ucztę. Ucztę, pozostawiającą pytania, niedosyt, pewnego rodzaju radość i przyjemność odkrywania, że powstają takie spektakle, po których pozostaje w nas coś powodującego o nich pamięć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BOGACTWO INACZEJ
Notatkę dodano:2015-02-21 21:59:21

Im dłużej odbywam swoją wędrówkę tutaj, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu co do jednej sprawy. Wiele innych rzeczy bywa mnie zaskakuje, bywa zmieniam zdanie, natomiast akurat ta jedna jakimś pewnikiem się w moich oczach staje.

„Nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak”. Dzisiejsza sytuacja z całą mocą gdzieś z zakamarków pamięci przywołała parę nut piosenki z mojej dawno zamierzchłej młodej młodości. Obecnie czuję się na etapie bycia młodym, stąd to moje pokrętne określenie minionego czasu. Te parę słów i nut to wielki przebój Ireneusza Dudka o prościutkim tytule „Och Ziuta”. Moim rówieśnikom tamte nuty, choć może przykryte sporą warstwą kurzu zapewne na samo ich przypomnienie zabrzmią nostalgicznie choć zarazem głębią ironicznego przemyślenia. Dosyć o lekkiej piosence...

Mój wolny od pracy zawodowej dzień z wypełnionymi obowiązkami wspominanymi wczoraj. Perspektywą zrobienia tiramisu na jutro, po sytym obiedzie z całą rodziną, korzystając z przedwiosennej aury, wyciągam wszystkich na spacer. Leniwe kroki w obranym kierunku, jakieś rozmowy, spostrzeżenia, ot spacerowa norma. Gdzieś w oddali zauważam nieźle zachwianego jegomościa obszczekiwanego przez wszystkie okoliczne psy. - Zwolnij, niech sobie idzie, bo jak mnie zauważy to zaczepi... Wiem, co mówię, już rozpoznaję mężczyznę i wiem, z całą stanowczością, że im więcej procentów ma w sobie tym bardziej wylewny staje się wobec mojej osoby. Taka jego przypadłość. Chwiejność świadczy o sporej procentowej zawartości. Jeśli jest trzeźwy powie krótkie „dzień dobry”, jeśli upojenie przekroczy pewien próg, ogarnia go szczególna atencja wobec mnie. Nie mam pewności, że obecność mojego męża może przystopować dziwaczną komitywę z moją osobą. Kiedyś o człowieku pisałam, z racji wspominania letnich wypadów do lasu, określił mnie wówczas mianem „moja leśna przyjaciółka” na forum paru podobnie napojonych kolegów pod sklepem. Nawet jego zachowanie mnie nie irytuje, co najwyżej staram się unikać niepotrzebnych mi spotkań.

Tym razem zabrakło szczęścia, zauważył i za nic miał obecność małżonka i syna. Wylewnie się ze mną przywitał, parę słów o widocznej dla siebie mojej śliczności wyartykułował, co już samo w sobie świadczyło o odpowiedniej ilości wina... Stwierdził, że mój mąż nie ma świadomości z posiadanego skarbu, i zapewne nie docenia...

Moi chłopcy co jakiś czas łypiąc w moim kierunku, odeszli parę kroków a ja z pijanym jegomościem lekko z tyłu, zmuszona wysłuchać jego życiowych bolączek. Alkoholik z wyobraźnią, pokręconym życiem i wiecznym podkreślaniem ogromnego majątku, który gdzieś niby posiada.

Chłopcy coraz dalej, już zaczynają nawoływać, a ja próbuję się wyzwolić od niechcianego towarzystwa. Nie będę przytaczać ani konkretnych słów, ani całej treści tej rozmowy, bo ona w każdym szczególe mało istotna. „ Pogubiłem się....” . Przeplatając formę z pan na ty, krótko stwierdzam: nie pogubiłeś się teraz , pogubiłeś się wiele lat temu.... On w całym upojeniu, słownym samobiczowaniu jeszcze ostatnie „ mam tyle pieniędzy, a się pogubiłem”. A ja wiele się nie zastanawiając mówię: - widzisz, a ja nie mam... . „To ci dam, ile chcesz?”.

„Nie chcę, nie potrzebuję, mam ich”, pokazałam na moich chłopców coraz bardziej się oddalających. Po tych słowach, stwierdzając, że już idę, biegiem już do swojego bogactwa wyrwałam.

 

Można mieć domy, pieniądze, pseudo-przyjaciół, a tak naprawdę nie mieć nic. Takie sytuacje pozwalają z większym naciskiem zauważyć ile samemu się posiada, i ile to bogactwo jest warte. Pozostanę przy nim i nie zamieniłabym na takie, które posiada pijany jegomość.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BYĆ GŁUCHYM NA BABSKIE SUMIENIE
Notatkę dodano:2015-02-20 20:09:37

Chwilki pozostały nim wyjdę do pracy. Czyste sumienie dobrej żony i matki za sprawą ugotowanego czerwonego barszczu. Łatwo o taką formę czystości sumienia. Świadomość, że obowiązek został wypełniony, że chłopcy po powrocie do domu nie będą głodować. To oczywiście tylko forma przenośni, bo przecież jeśliby nawet nie było tej zupiny, świat by się nie zawalił. Tylko w pewnym moim podejściu istnieje to jako pewna forma obowiązku, że obiad choćby w takiej okrojonej postaci powinien być. Przez lata nabrałam takich nawyków, które nie sprawiają mi przyjemności, zabierają czas i niekiedy stanowią dylemat, a jednak je wypełniam. Jeśli tego nie zrobię zaczyna we mnie odzywać się jakiś głos karcący z całą siłą i upominający, że powinnam, że trzeba. I nie ważne, że jeszcze przedświt, że wolałabym coś innego, biorę się i odwalam swój przydział obowiązków wobec rodziny. Jakoś z pokolenia na pokolenie przechodzą podobne formy obowiązkowości i choć z jakimś zbuntowaniem niekiedy, jednak kładąc uszy po sobie robimy, żeby sumienie siedziało w nas cicho. Wyemancypowane, równoprawne, partnerskie a jednak przydział obowiązków od wieków niewiele się zmienił. Gary należą w dużej przewadze do babskiej części narodu. To my mamy obowiązek, i odpowiedzialność za nakarmienie rodziny spada na nas. Generalnie nie przeszkadza mi ten stan rzeczy. Gotowanie nie sprawia żadnego problemu, czynności na tyle ze sobą zsynchronizowane i zazębiające się, organizacja posunięta do pewnego ideału, gdzie nie tracę czasu na zbędne gesty czy ruchy. Tylko czasami we mnie występuje pewien rodzaj buntu. Bo od lat to samo, a czasami chciałoby się odpuścić. Zamiast kroić marchewkę czy płakać przy cebuli człowiek wybrałby coś innego. Odłożyłby gary a zrobił coś dla siebie, zupełnie nie myśląc o potrzebie zapewnienia codziennego jadła. Przecież nikt, kto nie zjadł normalnego obiadu tak od razu nie zszedł z tego świata. Zejść nie zszedł, jednak już gdzieś w zakamarkach jestestwa odzywa się wyrzut sumienia. Wyrodna żono, matko, kobieto jak możesz nie zapewnić rodzinie strawy? I pogodzona z funkcjami niewiasta zdwajając tempo, goni w kierunku garów, włącza myślenie, kombinatorykę kuchenną doprowadzając do perfekcji wymyśla. Zamiast metodą własnego męża pójść na kulinarną łatwiznę stosując standard w postaci panierowanej drobiowej piersi, ziemniaków i kiszonego ogórka, wymyśla. Jedno danie, drugie, deser, mając jeszcze czasową rezerwę utrze jakieś ciasto i wypełniwszy wszystkie polecenia burczącego sumienia z poczuciem wypełnionego obowiązku padnie lub zajmie się rozrywką w postaci dziurawych na kolanach spodni potomka. Przecież kwestie krawieckie też mają swojego dozorcę sumienia i dziwnym trafem nigdy takowy nie zabiera głosu w męskiej populacji, natomiast kobiety jakoś bardziej wyczulone słyszą aż za bardzo każdą niezadowoloną głoskę wewnętrznego wyrzutu. I wychodzi mi że siedzi we mnie całkiem spore grono tych dozorców, których nie sposób nie słyszeć. W jednej średnich rozmiarów niewieście tylu niezadowolonych nadzorców sumienia, a u małżonka tylko jeden – chyba najgłośniejszy choć nie zawsze efektywny – ja...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163526
Osób: 145981