Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NOWY ODCINEK ŻYCIA
Notatkę dodano:2015-01-18 18:16:51

Niektórzy mówią że zmiany w życiu następują co siedem lat. Czy tkwi w tym jakaś prawda, czy po prostu łatwiej czekać na coś obierając sobie takie czasowe odcinki, nie wiem. Z moim podejściem trudno w taką kolej rzeczy wierzyć. Siedem lat tłustych po których powinno normalnym tokiem nastąpić siedem chudych, jeśliby tylko stało się regułą zapewne nie pomagałoby w życiu. Nie przychylam się do takich podziałów, bywa spada coś z nieba jak grom niespodziewanie. Lub potrafi zostać zabrane też bez przyczyny czy przewidywania. W moim życiu taki grom właśnie uderzył, jeszcze nie będę analizować przynajmniej publicznie. Kiedy przyjdzie pora ubiorę to w słowa i umieszczę tu. Obecnie muszę się oswoić z sytuacją, poukładać sobie, aż wszystko stanie się normalnością do której przywyknę. Jeszcze nie teraz. Teraz stanowi to dla mnie ogromny dylemat, z którym nie potrafię sobie poradzić. Myślałam o zamilknięciu przez jakiś czas, tylko czy to pomogłoby mi w normalnym życiu. Prowadzę te swoje zapiski już dwa lata, nazbierało się pięćset notatek, które przecież są jakimś moim śladem. To w czym teraz się znalazłam to przecież także ja, z innym problemem, z którym jakoś się uporam i dalej będę żyć. Każda sytuacja w życiu zdarzyła się kiedyś innym osobom. Nie jesteśmy pierwowzorami w tym co nam się przytrafia. Inni sobie poradzili poradzimy sobie i my. Ludzie mają w sobie duże pokłady sił, które objawiają się choć się po nich tego nie spodziewamy. Czasami eteryczna, zwiewna kobietka, która posturą niknie obok towarzyszącego jej mężczyzny, okazuje się być mocarzem, z którym konkurować nie może żaden męski olbrzym. W momentach krytycznych odnajdują się w nas takie moce, że sami jesteśmy zaskoczeni ich obecnością. Fizycznie, psychicznie potrafimy wznieść się na wyżyny, które wydają się nieosiągalne. Przede mną góry, które muszę przejść, przyzwyczaić się do panującego klimatu, i sprawić aby to nowe miejsce mnie nie przytłoczyło. Nie będzie lekko... Nie jest lekko...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOLOROWY EPIZOD
Notatkę dodano:2015-01-16 22:20:54

Epizody potrafią uwznioślić lub staranować nasze odbieranie świata. Czy potrzebuję dużo? Czy jestem wymagająca na tyle, że ciągle mi za mało? Za mało mi w ludziach pewnych cech, które na pewno zrobiłyby ten świat lepszym, prostszym i przyjaźniejszym. Wystarczy gest, słowo i uśmiech aby ten padół stał się łatwiejszy do przyjęcia. Nie zawsze przytłoczona zwyczajnością zauważam te drobne gesty. Niektóre z nich są konsekwencją, tego jak kiedyś zdarzyło mi się zachować wobec kogoś, i po czasie następuje ich powrót w moim kierunku. Nie musi być coś wielkiego. Rumiane jabłko ofiarowane w niczego nie oczekującym geście kierowcy wożącemu mnie codziennie do pracy. Kiedyś, coś, dziś niczym rykoszet innym gestem wraca. Nie trzeba dużo. Trzeba tylko zauważyć. Dziś dla przeciwwagi ostatnich perturbacji z nierzetelnością, która humor zważyła, zdarzyło się coś, co wyciągnęło za uszy ku lepszemu odczuwaniu. Nic wielkiego, nic ważnego dla innych, dla świata, a dla mnie akurat dziś najbardziej kolorowa z kolorowych plam mijającego dnia. I przestało się liczyć parę spraw, co ma być będzie, czy będę się wściekać czy nie. Szkoda tylko że mając tę świadomość górę bierze mój charakterek i nim wyciszę emocje zdążę zacząć kipieć. Możliwe, że ostatnimi czasy zarówno mało przyjazna pogoda ja i kiepski całokształt nie dawały zauważyć, jaśniejszych epizodów. Coś sprawiło, że dziś zarówno wiosenna aura jak i moje możliwości spostrzegania wyostrzyły się na tyle, że to wszystko razem wzięte ukazało lepiej widziany świat. Zrobiło się wiosennie. Odcinam się ubiorem od bohaterów pozbywania się garderoby. Mój szalik wciąż jeszcze przyjacielsko otula szyję. Wbrew tym śmiałkom, pozostaję uparcie ubrana. Niektórzy niczym przedwiośnie zaczynają rozkwitać, opuszczając ciepło okryć. Starają się wyprzedzić wszystko i wszystkich byleby tylko poczuć już wiosenne tchnienie. Lubię patrzeć na niektórych. Ich niewymuszony sposób pozbycia się i wymiany ubrań sprawia, że ich osoby emanują inną porą roku. Nie każdy samym faktem wydekoltowania czy rozchełstania będzie przeze mnie odbierany jak zwiastun wiosny. To są pojedyncze przypadki, które mają w sobie pewien blask inności pośród mijanego tłumu. Dosyć wcześnie na takie osoby, jednak niczym pierwsze jaskółki już mi się dziś objawiły. Stanowię dla nich kontrast ciągłym trwaniem w zimie. Co prawda nikt nie ma pewności kiedy, i czy spadnie śnieg, czy zmrozi nas arktyczny podmuch mrozu. Jeszcze za wcześnie na fetowanie wiosny, choć chciałoby się. Porównując do zimy sprzed dwóch lat, obecna jeszcze nam się nie przejadła, bo jej po prostu nie było.

 

Przede mną tydzień wolnego. Możliwe, że ta perspektywa szerzej otwiera oczy, że choćby nawet pogoda miała się załamać, powodując ponowne ukrycie wszelkich zwiastunów, jakoś łatwiej mi akurat dziś. Jak się potoczy ten tydzień, zobaczę, poczuję i mam nadzieję każdy jego dzień będzie zawierał w sobie taki kolorowy budujący epizod.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZKAWKA CHCEŃ
Notatkę dodano:2015-01-14 21:38:30

Jakieś dalekie tęsknoty cicho skowyczą w więzieniu mojej duszy. Czegoś mi brak, jakiegoś irracjonalnego nie wiadomo czego, co z tej odległości sprawia wrażenie uszczęśliwienia, kiedy tylko znajdzie się w moim posiadaniu. To nie są żadne materialne chcenia, to coś niesprecyzowanego. Możliwe, że potrzebuję jakiejś formy działania, wyżycia się aby wypocić dziwne pragnienia. Zabrano możliwości fizycznego wyskakania. Tu także ekonomia wzięła górę nad potrzebami paru osób. Możliwości prysły niczym mydlana bańka, moje chęci kumulują się we mnie, a zarazem brak zacięcia do samotnych realizacji. Więcej teraz w domu, w towarzystwie ośmiolatka. To też potrafi sprowadzać na mnie pewne tęsknoty za dorosłymi rozmowami, których tematem nie koniecznie musi być zagubiony element lego, czy też połamane kółko z jakiejś zabawki. Potrzebuję takiej zwyczajnej dorosłej odskoczni, przez chwilę, parę chwil. Nie zawsze pragnę samotności. Chwile z samą sobą, ale tylko z tłem, które daje pewność, że kiedy będę chciała mam do kogo i czego wrócić, zostawiając samotność na czas, kiedy za nią zatęsknię. A może moje zwichrowane zachowania, które potrzebują wielu rodzajów i form wzajemnie się uzupełniających to oznaka, że za dobrze mi i powoduje to poszukiwania, i gonitwę za niesprecyzowanym. Po co? Dlaczego, skoro niczego tak naprawdę mi nie potrzeba? Czasami kiedy ma się za wiele, człowiekowi wydaje się, że staje się nieszczęśliwy, bo gdzieś jest coś, co go uszczęśliwi. On nie wie co to jest, ale tęskni. Podobnie i u mnie, choć wszystko na miejscu, żadnych braków, to coś powoduje niedosyt. Wpadł mi w uszy pewien dawno nie słyszany utwór, znalazłam się daleko. Odległość stanowiły zarówno minione lata jak i odmienne miejsce oraz otaczający wówczas ludzie. Epizody, jakże inne od tego co teraz z moim udziałem się odbywa. I ponownie zatęskniły tęsknoty za minionym czasem, który za bardzo porysował moją świadomość. Zabrakło w tym momencie paru osób, których wraz z dźwięczącymi nutami zwielokrotniony brak odczuwam. Minął ich czas, minął nasz czas, pozostały iskry myśli. Żal tamtego czasu, kiedy o człowieku i bliskości z nim stanowiła najzwyklejsza obecność tuż obok. Nie było społecznościowych portali, które niczym największe oszustwo współczesności stwarza pozory, prawdziwie będąc tylko pustką. Namiastka wyobrażeń o przyjaźni, złuda znajomości gdzie okazujemy się być najzupełniej sami i samotni. Pomijam nawet chorobliwe reakcje i charaktery niektórych użytkowników, którzy obnoszą się ze wszystkimi brudami własnego życia. Pozory czegoś, co niewiele wspólnego ma z prawdziwymi uczuciami przyjaźni. Zachłysnęliśmy się, nasyciliśmy a teraz niejednokrotnie odczuwamy zgagę lub niechciane odbijanie czkawką. Drugi człowiek musi być tuż obok by prawdziwie poznać jego wartość. Dla mnie. Nie wypowiadam się za innych, to tylko moje zdanie. Ta realna bliskość daje możliwość poznania siebie, wyłapania chwil, kiedy potrzebna jest dłoń stanowiąca oparcie, kiedy gest otarcia łez czy przytulenia staje się czymś podnoszącym nas z największych dołów i tarapatów. Można żyć na odległość, posiłkując się rozmowami, jednak dla mnie to tylko część całości. Ta część to za mało. Za mało na pełnię, na poznanie, na myślenie w tym samym kierunku, kiedy odgaduje się moment przed, to, co za chwilę zostanie powiedziane. Osiągnęłam pewien stopień takiego zrozumienia z mężem w pół słowa, choć aby wyobrażenie nie stało się zbyt idealistyczne, to nie w każdej kwestii te jednakowe reakcje i myśli wchodzą w życie. Podobnie ze swoją mamą, może nie tyle zrozumienie mentalne, co działania w sferze kulinarnej. - Przyniosę ci galaretę, bo dziś robiłam... - Nie przynoś bo też zrobiłam, i chciałam ci podrzucić. Niejednokrotnie się powielamy tworząc to samo w prawie tym samym czasie. Bez umawiania się, bez jakiegokolwiek napomknięcia, okazuje się że na naszych stołach taka sama potrawa gości. To jedna z nielicznych kwestii w których bez słów się dogadujemy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MRÓWKI W STYCZNIU
Notatkę dodano:2015-01-12 21:39:41

Wciąż czynię błąd w pisanej dacie. Połowa miesiąca za nami, a cyferka z czternastką na końcu jakby wyryta w mojej świadomości nie chce zmiany. Chwila zastanowienia by nie poczynić błędu, świadczącego o obojętności czy też gapiostwie. Jeszcze chwila musi minąć abym bez wahania pisała całkiem pewnie właściwą datę. Mam tę przypadłość powielającą się z każdym początkiem roku. Mijają prawie dwa tygodnie tego miesiąca, i nie zachwyca mnie on sobą. Marsz po rozmokłej grudzie, to określenie najlepiej charakteryzujące ten początek. W paru kwestiach jakoś na przekór, inaczej niż bym pragnęła się dzieje. Niby niewiele złego się wydarza, ale mam takie skojarzenie, które chyba dobrze odzwierciedla moje odbieranie całokształtu. To tak jakbym stanęła zbyt blisko mrowiska, którego nie widzę, a w pewnym momencie czuję obecność wielu mrówek na swoim ciele. Otrzepuję się, część ich spada, część ciągle łaskocze i gryzie. Wydaje się sytuacja jest opanowana, wychodzimy na prostą w pozbywaniu się natrętów, a one ciągle jeszcze w zakamarkach ubrania czy fałdkach skóry są. Podobnie i na mnie jakimś skomasowanym atakiem te z pozoru nieszkodliwe natrętne sprawy wylądowały. Robię chaotyczne ruchy, pozbywam się i wciąż okazuje się, nie do końca się ta operacja udaje. Małe uciążliwe mrówki moich spraw, nie dają się pozbyć i zapomnieć o sobie. Odbierają humor, zubożają lepsze widoki. I prawdziwie nie musi być nic ważnego, aby człowiekowi przestawało się chcieć. Nie potrafię nie widzieć, nie czuć. Udaję obojętność choć w środku kipi złość. Złość, na moje mrówki. Faraonki, niewidoczne a uciążliwe, i te leśne większe, też potrafiące być dokuczliwe. Nie dokuczają mi jak Telimenie, która przez moment zapomniała o otaczającym świecie i dopiero one swoją inwazją przywróciły ją ku przytomności realnego świata. Moja przytomność bez zapomnienia odbiera wszystko aż nazbyt ostro. Być może to taki etap pogłębiony panującą aurą. Chcę się oderwać od tego, przez moment zapomnieć i faktycznie czasami trwa takie oderwanie chwilę. Chwila mija i twardo wraca się w to, od czego nie daję rady uciec. Malutkich ludzi, którzy czasami stado ujadających kundelków przypominają, dylematów moralnych na które nie ma jednej satysfakcjonującej recepty, kąśliwych mankamentów zwyczajnych życiowych spraw. Nie potrafię uciec. Można próbować, jednak te próby zawsze kończą się podobnie. Sytuacje mogą się lekko rozrzedzić, dylematy jakoś się rozwiążą, do skowyczących kundli można przywyknąć lub omijać. Jednak ich świadomość ciągle trwa bez skutecznego lekarstwa. Wylewanie swoich emocji w formach różnorodnych czasami pomaga. Tylko nie potrafię wszystkiego i wszystkim. Szczątkowo coś komuś, więcej komuś innemu, a w środku i tak zostanie cała esencja, która nawet jeśliby wyszła ze mnie, nie zostałaby odebrana tak, jak ja ją czuję. Inaczej odbieramy sprawy innych, sami ich nie zaznając. Wydaje się rozumiemy, a przecież jeśli nie przeżyje się tego, co osoba, której emocje próbujemy przyjąć na siebie, nasz odbiór nigdy nie będzie tak całkowicie tożsamy z jej odczuwaniem. W wielkich i małych sprawach, nasi powiernicy widzą szczątki, kawałeczki i tak też mogą rozumieć. Z moimi wynurzeniami bywa dziwacznie. Z zasady nie kłamię, mówię jak jest. Tylko słuchacze podchodzą do takiej formy w sposób dosyć specyficzny. Im więcej szczegółów prawdy, tym większe niedowierzanie i podejrzenie o fałsz z mojej strony. Utwierdzanie kogoś w przekonaniu o prawdziwości tworzy cały komizm, im więcej powoływania się na szczerość, tym głębszy odbiór zupełnie przeinaczony. Przestałam przekonywać. Kiedy po czasie wychodzi, że jednak nie kłamałam, znowu niedowierzanie. Może ludziom tak bardzo pragnącym szczerości od innych, jednak do końca zupełnie na niej nie zależy. Kłamstwo łatwiej się łyka, prościej w nie uwierzyć, przyjąć do wiadomości. Od prawdy nie można by było się odwrócić i udawać niesłyszenia i obojętności, od kłamstwa przyjętego za prawdę staje się to niejednokrotnie bardzo proste. Usłyszeliśmy to, co nam wygodniejsze, możemy wyjść usprawiedliwieni.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIATR ROZWIEWA ZASADY
Notatkę dodano:2015-01-09 18:27:35

Zasiadły we mnie wątpliwości. Rozpanoszyły się jak u siebie, i zupełnie nie biorą pod uwagę, że ich nie pragnę. Sporo ich, i w różnych kwestiach. Może to ten wiejący z ogromną mocą wiatr miesza w mojej głowie na tyle, że powstają zlepki różnorakich spraw. Wiatru nie powstrzymam, a to co w głowie postaram się usystematyzować by jednak zaistniał jakiś sens tego tekstu. Rozpocznę od pogody, jaka jest, każdy widzi. Choć jak ktoś oddalony od mojego miejsca pobytu, widzi zapewne inaczej. Odniosę się do tego co dostrzegam i odczuwam ja. Wnioski po dzisiejszej marszrucie nasuwają się takie, że czasami zero stopni Celsjusza okazuje się być cieplejsze od plus ośmiu tychże samych stopni Celsjusza. Zapewne to jakiś wyjątek potwierdzający irracjonalne reguły. Dzięki wietrzysku, które z każdej strony atakuje zawodząc i wyjąc nawet spora wartość na plusie sprawia, że odczuwam przeszywający chłód. Nawet w domu, to co panuje na zewnątrz tworzy pewien poziom grozy. Zacinający deszcz, jakieś skrzypienia, tłuczenia antenowych kabli, i te podmuchy, których siła zdaje się mieć na celu wypchnięcie szyb i dostanie się tu, gdzie znaleźliśmy schronienie. Obecnie nawet nie wiem, czy uda mi się zakończyć tę notatkę, bo nastąpiła ciemność spowodowana jakąś awarią prądu. I robi się strasznie. Pozapalane świeczki co prawda dodają nastroju jednak zarazem panująca cisza spowodowana wyłączeniem wszystkich elektrycznych urządzeń potęguje pewną grozę sytuacji. Bardziej słyszalne to co poza domem, a tam panujące warunki niewiele mają wspólnego z przyjemnym, spokojnym, styczniowym wieczorem. Żeby mi aura nie zajęła miejsca w całej notatce porzucam ją w tej chwili i taka otoczona ciemnością przeskoczę na inny temat. Bylebym tylko się nie potknęła, bo w tych warunkach oraz w sprzężeniu z nowoczesnością jest to możliwe. Dlaczegóż wetknęłam tu nowoczesność, już podążam w tym kierunku. Będzie o zakupach w internecie. Jako, że internet ze swoją wszechobecnością i ogromem wdarł się już w wiele dziedzin życia, nie mógł pozostawić tej handlowej niszy jako pustkowie w stanie niezagospodarowanym. Coraz więcej sieci ułatwia swoim klientom taką formę sprzedaży. Sklepów internetowych jak grzybów po deszczu w lesie mieszanym w dogodnej ku grzybobraniu porze. Korzystam z tego dobrodziejstwa, dosyć często. Mam swoje ulubione sklepy jak białostocki Agnex, gdzie systematycznie zaopatruję się w przyprawy oraz ziarna do swojego chleba. Celowo napomknęłam, bo wart ten punkt rozpropagowania. A pozwalam sobie na taką reklamę bo nigdy jeszcze się na nich nie zawiodłam i takich dostawców chciałabym wszędzie. Mam ulubionych dostawców kosmetyków, oraz całkiem sporo transakcji na allegro. Dzięki tej platformie udało mi się poniekąd przez pewien poziom lojalności i rzetelności paru równie rzetelnych kontrahentów znaleźć. I z tym wspólnym zaufaniem, coś poza platformą obopólnie zadziałamy. Ufam, staram się być sumienna, bywa dopłacam do swojej sprzedaży, ale i trafiam przeważnie na podobnych sobie. To jakby wyznacznik tego, że nie lubimy być krojeni i oszukiwani sami tego nie czyniąc. Jednak ten nowy rok, rozpoczął mi się dziwacznie i z pominięciem tych górnolotnych standardów. Zamówiłam w pewnym sklepie internetowym dwa sportowe biustonosze. Cóż rozmiar specyficzny, wymagania skromnie odnoszące się do koloru i rozmiaru. Zapłaciłam kwotę średniopółkową, co przy moich zasobach finansowych sprawiło niejaki uszczerbek, jednak przy podejściu, że kobiecość kosztuje, poniosłam te koszty. Sklep dosyć drogi, bogatoasortymentowy, marki znane koneserom turystyki i sportów różnorakich, więc te moje dwa nędzne staniki jakby umknęły uwadze obsługi sklepu. Nie robię zakupów za pobraniem, wchodzę, płacę, wychodzę i czekam na dostawę. Miałam czekać dwa, trzy dni. Pracowałam w handlu, potrafię zrozumieć poślizgi, inwentaryzacje, różne powody stwarzające problemy. Ponadto okazuję sporą cierpliwość, jednak zdarza się chwila, kiedy i cierpliwość i zrozumienie się kończy. Piątego dnia roboczego po złożeniu zamówienia skromnie zapytałam, kiedy przyjdą zamówione towary. Uzyskałam odpowiedź, że przepraszają, że inwentaryzacje, że jutro i że dadzą gratis. Jutro przeszło, przyszło pojutrze, i dostałam maila. Ktoś się pomylił, i zamiast czarnego przyszedł biały stanik...czy może być dostarczony???? Czy musi być czarny?...Poczułam się jak jakiś niedorozwój. W ofercie były cztery kolory: biały, czarny, różowy i granatowy. Wybrałam czarny i granatowy. Jak daleko w gamie kolorystycznej jest od bieli do czerni, wie każdy widzący człowiek. Wiem, że stanika nie nosi się na czole, eksponując jego barwę. Ale jeśli ktoś chce gorącą herbatę to z racji tego, że w składzie jest herbata podajemy mu mrożoną? Chciałam czarny, ale może mi się odmieniło i z tą schizą było mi bardzo źle, a oni stanęli na wysokości zadania i jednak mnie uszczęśliwią. Nie chcę aby ktoś mnie uszczęśliwiał w sposób odmienny od moich pragnień i chciałabym aby proste zamówienie było po prostu najnormalniej w świecie zrealizowane. Mój mail do nich wyraził moje zdanie w temacie, poczekam na kolejny krok a jak już zakończę tę transakcję zawrę swoją opinię w miejscach ku temu stworzonych i nie będą to słowa jak o powyżej wspomnianym sklepie z przyprawami.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIZUALNA LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Notatkę dodano:2015-01-07 21:49:56

Moje dni takie monotonne, nic z pozoru sobą nie dające, ani nie ubogacające, pełne szarości i całkiem zwyczajne. Może taka ich uroda, że nie obiecują, ja nie wymagam, i w taki sposób wszystko się kręci i układa. Nie każdego dnia tutaj zostawiam parę słów. Bywa posucha wrażeń, braki zauważeń, pewnego rodzaju marazm i zniechęcenie. Miałam parę dni wolnych, wszyscy byliśmy w domu. Być może ten przesyt sobą, brak okruchów tęsknoty powoduje, że nie potrafiłam odłożyć normalnego życia na chwilę i zająć się obserwacjami, których mały ślad bym tu zawarła. A może nie chcę powielać wcześniej czynionych spostrzeżeń. Ograniczam zwielokrotnianie tego samego ujętego w inne słowa. Jednak cóż mogę poradzić, skoro moje życie niczym cyklicznie powtarzające się sytuacje prześladujące mnie co jakiś czas. Może jestem za zwyczajna, za mało we mnie polotu, szaleństwa, które zmieniłoby tę powtarzalność w coraz nowe sytuacje. Odgrywam przydzieloną rolę, choć nie powiem, czasami chciałoby się inaczej. Dla odskoczni czy poczucia nowego smaku. Tylko czy potrafiłabym zamienić wygodne życie w eskapady ku nieznanemu, niosącemu za sobą niewiadome i ryzykowne efekty moich zachowań. Pomimo tych chęci pozostanę w stanie niespełnienia, bo on choć bywa uciążliwy w momentach zwiększonych pragnień, już poznany i nie krzywdzący nikogo. Zapewne gdybym żyła ileś lat temu, kiedy jako kobieta stanowiłabym pewnego rodzaju ubezwłasnowolnioną jednostkę, nawet myślenie o jakichkolwiek zmianach nie przychodziłoby mi do głowy. Tylko czy wtedy nie było na świecie awanturników, dzięki którym świat doszedł do etapu, w którym przyszło mi żyć. Każda epoka miała swoich wywrotowców, i dzięki tym, którzy niedoceniani we własnych czasach, mogę pozwolić sobie na myślenie o diametralnie innych, niż moje własne życie działaniach. Ostatnio natrafiam całkiem przypadkowo i zupełnie nieplanowanie na filmy traktujące o rasizmie w Stanach Zjednoczonych. Nie tym z początków kolonizowania ameryki, nie odległym w czasie. To czasy prawie współczesne, które wydają się być niemożliwe. Z wizją bratniej Ameryki, tak przychylnej dla emigrantów, stanowiącej obietnicę życia po ludzku, dawania szans i możliwości, te filmy niejako nie współgrają. Nie chce się ich treść pomieścić w głowach, w których pełno haseł o równości i braterstwie. I nagle okazuje się jak wiele zyskano prezentując wizerunek kraju nadziei i jak bardzo ten przedstawiony obraz dużo ma w sobie drugiego tła, planów, których lepiej nie widzieć, nie dostrzegać. Ja, której słowo rasizm w wydaniu amerykańskim nie było obce, temat nie stanowił jakiegoś objawienia o którym nie miałam zielonego pojęcia, oglądając dwa obrazy filmowe, głęboko się zastanowiłam nad paroma sprawami. Te filmy to „Służące” oraz „Kamerdyner”. Dwudziesty wiek, całkiem niedawno, wojna z hitlerowskim nazizmem minęła, powinna nauczyć ile jest wart drugi człowiek. Powinna. A w kraju, który jako pierwszy miał własną konstytucję, który od zawsze niejako stanowił obietnicę lepszego jutra dla tych, którzy chcą pracować. I w tej miodem i mlekiem krainie, dochodzi do dyskryminacji tylko ze względu na kolor skóry. Ta dyskryminacja jest rozbudowana do najdrobniejszych szczegółów życia. Jest obecna wśród wykształconych i prostych, bogatych i biednych. Tylko dlatego, że ktoś urodził się z innym kolorem skóry. Formy prześladowań własnych rodaków, przedstawione w filmach ukazują mały wycinek, czasami nie widzimy wszystkiego, jednak nie było zamierzeniem autorów ukazanie brutalnych ociekających krwią aktów przemocy, sądzę, że bardziej chodziło o nakreślenie i przypomnienie, że takie niechlubne historyczne momenty były. Że nie stanowiły marginesu, tak się żyło w tym pięknym kraju obietnicy lepszego. W dobie komputerowych gier, fikcji i fantazji uwierzenie w spokojny przekaz zwyczajnych ludzi nie jest łatwe. Uważam jednak, że jak najbardziej potrzebne. Może jako przestroga, a może jako powód do zastanowienia się, że miejsce i kolor skóry w jakim przyszliśmy na świat, choć nie idealne, wcale nie takie najgorsze. Gdyby nie wielu „wywrotowców” walczących w słusznej sprawie, świat wyglądałby inaczej. Czy w naszych oczach ciągle byłby krajem obietnicy? Zapewne dzięki odpowiedniemu przekazowi obrazu, wyretuszowaniu drugiego planu widzielibyśmy tylko to co chciano by nam przekazać. Dalej byśmy podziwiali, zauroczeni hipnotycznym czołobitnym zapatrzeniem. Dobrze, że powstają takie obrazy, które odrobinę otwierają oczy. Może powinny stać się filmową lekturą obowiązkową dla starszych i młodszych, bo w każdym wieku można znaleźć w takich filmach wartości dla siebie, które sprawią że staniemy się odrobinę innymi ludźmi. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZWODNICZOŚĆ POGODY
Notatkę dodano:2015-01-05 21:38:04

Nie wiem jak określić dzisiejszą pogodę. Więcej ona miała z kapryśnego marca, niż ze stycznia. Szary dzień, który żadnej swojej minuty nie pozbawił tej szarości. Z wielu kierunków atakujący, oblepiający opad ni to deszczu, ni śniegu. Temperatura bliska zeru, i jeślibym miała ten dzień ocenić podobną notę by otrzymał. Pogodowe zero, nic sobą nie dawał, poza niechęcią wychodzenia z domu. Zbyt mocno czułam się zasiedziała, rozlazła i zniechęcona do nicnierobienia w domu, aby dać się pokonać byle opadowi. Wychodząc z klatki tylko niewielkie wahanie mną wzdrygnęło, bo przecież zgodnie z pewną tendencją, parasolka została całkiem bezpiecznie w domu. Na przystanku każdy jakoś skulony w obawie przed tą wilgocią i zimnem. A mnie jakby rozgrzewała sama świadomość, że w przeciwieństwie do pozostałych po prostu nie muszę. Pozostali muszą, bo praca, bo jakieś ważne sprawy, a ja wśród nich po prostu tylko, albo aż chcę. Jak bardzo inaczej człowiek czuje prozaiczne przeciwności kiedy robi coś z prawdziwą ochotą. Deszcz mniej mokry, śnieg szybko znika powodując niezauważanie. Kaptur nie chce na dłużej zadomowić się na mojej głowie, najmniejszy podmuch wiatru zmienia jego docelowe miejsce. A mi to nie przeszkadza. Szybkim krokiem przejdę metry dzielące od miejsca, w które się wybieram, a przecież tam i tak zmoknę, więc jeśli nawet stanę się mokra parę minut wcześniej, nie robi mi to różnicy. Kiedyś uwielbiałam deszcze, moknięcie, delektowałam się skraplającą naturą. Może akurat styczeń nie jest odpowiednią porą aby moknąć, jednak pamiętam po raz pierwszy moje zatoki odezwały się po letniej ulewie. Zdawałoby się, było tak bezpiecznie, ciepło, przyjaźnie, a te wszystkie odczucia były złudne i zakończyła się wiara w nienaruszalność mojego zdrowia przypadłością nawracającą przez wiele lat. Lekarze leczyli półśrodkami. Ja z coraz większą ostrożnością podchodziłam do każdego deszczu, przed którymi starałam się chronić, a przypadłość i tak wracała objawiając się bólem całej głowy. Mojej ostrożności było za mało lub chroniczne powroty były spowodowane innymi przyczynami. Od kiedy częściej bywam na basenie jakby mój organizm wrócił na właściwe tory i przypadłość nie przypomina o sobie. Już staram się nie ryzykować pławienia w letnich ulewach, omijam je, choć sentyment pozostał. Są rzeczy, które się lubi, a z nich rezygnuje, bo potrafią zaszkodzić. Są osoby, które podobnie jak niegdysiejsza letnia, bezpieczna ulewa okazują się zwodnicze i nie warte zawierzenia. Omijam je bo wiem, że kontakt z nimi może więcej szkody niż pożytku przynieść. Co prawda niekiedy wielu lat potrzeba aby zrozumieć szkodliwe wpływy, jednak kiedy ma się już tę wiedzę można omijać zarówno niechciane ulewy jak i ludzi. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ARS POETICA
Notatkę dodano:2015-01-02 21:10:12

Wysycha niekiedy chęć pisania. Może mojej prozy za wiele, zbyt jednoznaczna, nie zaskakująca. Niczym odbitka zwykłego życia, podobnie jak obraz malowany kreską kub pikselami, gdzie wszystko na właściwym miejscu, nie dające zbyt wielu możliwości na wyobraźnię. Nigdy nie potrafiłam pisać wierszem. Ostatnio przerabiałam jakiś konkurs w którym wymogiem był tekst wierszowany. Dlaczego wymaga się rymów, od ludzi porozumiewających się zwyczajną polszczyzną, wyrażaną ni mniej ni więcej tylko zwyczajnymi zlepkami słów, bez cykliczności, rymów, wersów. Czy jako obywatel tego kraju powinnam posiąść umiejętność wyrażania w sposób poetycki tego co mnie otacza? Nigdy nie byłam dla nikogo muzą, powodem do ujęcia mojej istoty w formie wiersza, podobnie jak nikogo nie miałabym odwagi opisać w taki sposób. Możliwe, że moja wartość jako obiektu do poetyckich uniesień zbyt na praktycznych nogach stojąca, a może nie dane było spotkać na własnej drodze żadnego Mickiewicza czy też Słowackiego. W każdym razie nikt nie ujawnił najkrótszego nawet tekstu poetycko mnie ujmującego, zresztą może chwała za taki brak dla rodzimej literatury gdyż mogłyby to jakieś kuplety lub prześmiewcze kpiny wyjść. Dla mnie utwory poezją zwane zbyt wiele dają możliwości zrozumienia. Mogłabym wyczytać zbyt mnogo, oszczerczo interpretować, kłamliwie odnosić do faktów. Coś nieistotnego wyolbrzymić a ważnego pominąć i nie zauważyć. Zdarza mi się przeczytać, zadumać, jednak staram nie wnikać w niuanse słowa, bo ten labirynt może zaprowadzić w ślepy zaułek unieszczęśliwienia mnie niezrozumieniem. Nadinterpretacji w poezji jakbym się obawiała, stąd moje podejście do niej z wielką ostrożnością. Przeczytam, przegryzę w sobie, jeśli tekst mnie swą prostotą przyjmie ucieszę, że udało się pojąć bez konsekwencji. Tylko moje zrozumienie też nie stanowi pewnika istoty treści. Moje tłumaczenie może być błędne i zupełnie pozbawione sensu, który był zamierzeniem autora. Dlatego nie podejmuję się ocen, czy coś ze słowa pisanego jest ramotą czy wartościowym tekstem, zarówno w prozie jak w poezji. Choć z prozą mam mniejszy problem. Czytam książkę, jeśli ona mnie niesie po swoim tekście gładko, staje się mi przyjazna, bez wysiłku daje się zrozumieć zostaje przyjęta jako coś wartościowego, dla mnie. I tylko w ten subiektywny sposób mogę ją ocenić. Nie muszę być zafascynowana wszystkim, co bywa modne dzięki literackim krytykom, nie musi mi się podobać to co utytułowane, czy nagradzane. Nie ma we mnie pretensji aby podobało się to, co nakazują. Być może w ten sposób wychodzi ze mnie prostak i nieuk, jednak dlaczegóż wyznaczone kierunki mają stawać się moimi, skoro ich nie czuję. Lektura ma mi sprawiać przyjemność, nie muszę udawać ekstazy tylko dlatego, że ktoś, nawet najbardziej utytułowany znawca powiedział, że powinnam doznać uniesienia. Jeśli tego nie poczuję na nic wytyczne znawców. Całe gremium oceni coś i uzna za narodową epopeję, czy muszę się podporządkować w ulubieniu tego konkretnego tekstu? Dzieło literackie, sztuka na wyżynach talentu, to wszystko racja, jednak ja, jednostka bez wybujałych aspiracji mam prawo do swojego zdania i skoro coś nie podoba mi się, bo tak czuję gdzieś w środku, na nic przekonywania do innego podejścia.

Wracając do wspomnianego konkursu, zamiast paru rymów krakowsko- częstochowskich, zamiast chłamu który miałby udawać lekkość wolałam z całą przekorą, choć wbrew założeniom zawrzeć swą odpowiedź bez przymusu fałszywych umiejętności zwyczajną gładką prozą. Nawet jeśli nikt tego nie uzna, wolę tak, niż udając zdolności, których nie posiadam. Poezję zostawię tym, którzy robią i robili to jak Leopold Staff, którego fragmencik zacytuję:

I niech wiersz, co ze strun się toczy,

Będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,

Tak jasny jak spojrzenie w oczy

 

I prosty jak podanie ręki.”


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JA CHCĘ
Notatkę dodano:2015-01-01 19:52:34

Nie darowałabym sobie braku notatki w tak szczególnym dniu. Sam w sobie dzień, całkiem normalny, jednak ta data... Pierwszy dzień roku... Kolejny etap życia, niczym rozdział, jakaś zaczynająca się cześć. Skoro może być rok częścią wieku, mogę ten okres potraktować jako wycinek lat, które mi się przytrafią. Mam nadzieję na to, że całość nadchodzącego roku nie będzie tak statyczna i nudna jak miniony dzień. Czuję przeżarcie, przepełnienie, ociężałość, których to konsekwencją powinny być postanowienia z mojej strony solidnego postu i głodówki. Wielka miska owoców kusi, niedopity pseudo szampan też nie chce się zmarnować, jakaś wielka czekolada o wyszukanym smaku za namową syna już okleja moje palce. I mam całkiem dosadnie odczuwaną świadomość przegięcia żywieniowego w proporcji do aktywności ruchowej, a jakiś diabełek zza kurtyny mojego sumienia szepcze, jutro zaczniesz inaczej....Żeby choć w perspektywie było jakieś wydarzenie, które dałoby kopa mojej mobilizacji, ale jak na złość nic takiego nie będzie miało miejsca. Zaczyna mi się ten rok zmianami we własnym planowaniu. Iskierka szczęśliwości dawała nadzieję na odrobinę aktywności w dniu jutrzejszym, okazuje się, że nawet własnej iskierki mieć nie mogę, bo z sykiem gaśnie. Małżonek jakąś eskapadę jednodniową w celu dla mnie irracjonalnym i zbędnym zaplanował, nie powiem grzecznie zapytał o przyzwolenie, które powinno być wydane bo gdyby takowego nie było.... Znam taktykę... mina nieszczęśliwego cocker spaniela, namolne próby przekonywania, że bez niego to … a z nim to... . Ile razy już przerabiałam różne warianty przekonywawcze wobec siebie. Jeśli mój mąż czegoś pragnie moje opory są zagłaskiwane obietnicami, obietnice mają się spełnić za czasokres iluś miesięcy ( może zapomnę, tylko moja przypadłość polegająca na zbytniej pamiętliwości staje na przeszkodzie zbyt częstemu użyciu). Argumenty za spełnieniem pragnienia mnożą się bardziej niż grzyby po deszczu. Obietnice ścielą się na mojej drodze gęściej niż płyty chodnikowe. Mój dorosły małżonek zmienia się w dziecko, które chce. Ja jako drugi biegun tych chceń mam się zgodzić. Mam przyjąć obietnice, najlepiej bez konsekwencji ich egzekwowania. Bo obietnice nie wszystkie mają się spełnić, chcenia męża powinny, obietnice już nie. Kilka lat temu obiecał mi zabawę sylwestrową. Ja niespełniona, niedopieszczona ilością wyskakanych i wytańczonych imprez, lub ujmując to w większą prawdziwość – nigdy nie bywająca z własnym małżonkiem na żadnej tanecznej imprezie, a tęskniąca za tym jak nie przymierzając za wizytą na basenie wymogłam kiedyś obietnicę. Bo przecież choć raz w życiu wszystkiego trzeba doświadczyć.... Lata mijają, czas upływa, ja czy chcę się do tego przyznać czy nie, młodsza się nie robię, a obietnica niczym w jakimś archiwum, przykryta grubą warstwą kurzu ma szansę nigdy nie zostać wprowadzona w życie. I co z tego, że ja chcę. Ja nie cisnę, nie obiecuję, nie głaskam, więc moje chcenie traci na wartości, jest mniej ważne. Ze swoim chceniem żyję wiele lat, okazjonalnie przypomnę, czasami się zasmucę, że nie mogę jak inne kobiety, i dalej chcę. Moje chcenie ma szansę nigdy nie zaistnieć powodując pewnego rodzaju brak czegoś co mogłoby, co miałoby miejsce gdybym je bardziej namolnie wyrażała. Kolejne okazje mijają, udaję, że ich nie widzę, i ciągle jeszcze chcę, z coraz mniejszą nadzieją na spełnienie. Korzystając ze szczególnej daty na liczniku, z czarowności tego czasu, wypowiem sobie życzenie na ten nowy rok : nich moje chcenia częściej się spełniają, tak zwyczajnie bez wiążących obietnic, aby znalazła się odwaga i siła do przeforsowania własnych chęci. Czy to dużo? Póki co chcę naprawdę wcale nie tak wiele...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOŃCZY SIĘ ROK...
Notatkę dodano:2014-12-30 22:10:38

Przedostatni dzień mijającego roku. Może czas na podsumowania, a może na obojętność wobec upływającego czasu. Utarło się, że oceniamy i porównujemy do lat wcześniejszych lub stawiamy za wzór dla kolejnych. Nie ma dwóch takich samych lat. Każdy rok czymś innym dla nas będzie zapamiętany. Jakieś piętno po sobie pozostawiając zmusza zarazem do pewnych określeń lub uogólnień tego co nam się wydarzyło. Nie będę tutaj oceniać minionych dni. Przecież nic moja ocena nie zmieni, ani w tym co mnie jeszcze czeka ani w tym, co już poza mną. Jednak czy tego chcemy czy nie pewien specyficzny wydźwięk tych ostatnich dni w roku jest. Im bliżej końca, kiedy już godziny lub minuty odgradzają nas od zmiany cyfry na kolejną powstaje we mnie pewien dziwny stan napięcia, jakby ktoś dawał obietnicę, że kolejny rok coś sobą przyniesie. Stan obietnicy. Mieszanka nadziei na lepsze nowe z obietnicą spełnienia. Wiem, że to głupie, jednak wraz z wyjściem ze starego roku, wkraczając w kolejny, mam takie podskórne dziwaczne wrażenie. Nie czynię postanowień, nie planuję tylko trwam w tym stanie obietnicy czegoś, co samo się wydarzy i przyjdzie, kiedy czas do tego dojrzeje. Moim zadaniem jest czekanie. Nie muszę wykonywać żadnych kroków naprzeciw temu, co się ma zdarzyć, to nastąpi z moim udziałem a jakby bez niego zarazem. Stanę się odtwórcą wyznaczonego zadania. Każdego roku, kiedy zbliżam się ku nowemu, wiem, że nieznane przede mną już jest przygotowane, tylko czeka na odpowiedni moment. „Ważne są tylko te dni, których nie znamy...” to wielka prawda, która ostatnimi godzinami starego roku jakby na nowo się objawiała. Przede mną ileś dni, których nie znam. Nie wiem, ile ich będzie, tak jak nikt nie może o sobie powiedzieć, że wie. Bez własnej ingerencji w ilość tych dni nie jest ta wiedza dana nikomu. Chciałabym aby ich ilość nie ograniczała się do trzystu sześćdziesięciu pięciu, i jeszcze jakaś wielokrotność tej cyfry przede mną była. Jeszcze parę lat chcę czuć ten stan obietnicy przed kolejnym rokiem. Chyba podoba mi się to co wtedy czuję, już mniej we mnie strachu przed niewiadomym niż parę dziesiątek lat temu. Doświadczenie sprawia, że stajemy się twardsi na życie. Mniej nas w nim zaskakuje, więcej musi się wydarzyć aby prawdziwie zabolało, jak zaboli szybciej liżemy rany. I wcale nie trzeba być zimnym draniem czy też twardzielem po prostu nasza pierwotna delikatność zaczyna się pokrywać grubszą warstwą jakiegoś naskórka, który chroni nas większą obojętnością. Nie jesteśmy obojętni na wszystko i do końca, tylko inaczej sobie tłumaczymy, inaczej przyjmujemy i szybciej przechodzimy do porządku dziennego. Już nie wariuję ze strachu przed niewiadomy przyszłym czasem, dotychczasowe moje życiowe sprawy stonowały ten strach. Jest łatwiej przyjmować nieznane kiedy bagaż doświadczenia sporo waży. A przed kolejnym rokiem ciągle istnieje we mnie nadzieja na to, że ten bagaż nie będzie obciążony zbyt mocno, że dam radę unieść wszystko, co się w nim nowego znajdzie. Że będzie miejsce na dobre rzeczy, że te gorsze, które się pojawią nie zabiją we mnie optymizmu, że ciągle jeszcze będę mieć sił na tyle, aby nieść w podskokach balast bagażu, nie zwalając na barki innych. I niech ciągle tkwi we mnie dusza dwudziestolatki, która choć nie boi się tak bardzo jak kiedyś, ma zarazem tyle odwagi co obecna czterdziestoparolatka. Reszta niech się dzieje wedle odgórnego scenariusza, nie obiecuję przyjęcia w ciszy i z pokorą, ale postaram się przyjąć z godnością.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162810
Osób: 145265