Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PYTAM, PYTAM....I NIE MAM ODPOWIEDZI
Notatkę dodano:2014-12-29 18:52:53

Mój luksus pobytu w domu nadal trwa. Jeszcze parę dni nic tego stanu nie zmieni. Kierat w innym wydaniu. Za oknami po dzisiejszej nocy zrobiło się biało. Nie są te ilości śniegu pozwalające na saneczkowe szaleństwa, jednak utrzymujące się przymrozki powodują moją wielką niechęć do wychodzenia z ciepłego mieszkania. Oczywiście za własną przyjemnością gotowa jestem nawet do poświęcenia w postaci wczesnego wstawania oraz przejścia dystansu dzielącego mnie od upragnionego miejsca odpoczynku. Tylko, tych minut tak mało, i już trzeba wracać. Młody denerwuje swoja gadatliwością, nieumiejętnością powstrzymania się od tego męczącego słowotoku. Jakiś nieopanowany upór w ciągłym wydawaniu dźwięków. Po paru godzinach tego szczebiotu wybucham. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że musi być ujście tego gadania, ale żeby aż tak.... Nawet nie zganiamy na siebie winy genetycznej powstania tej wady u młodego, bo ani ja, matka aż takiego gadulstwa nigdy nie uskuteczniałam, ani tym bardziej mąż i ojciec w jednym. Nie powiem, że jestem mrukiem czy milczkiem, daleko mi do takiego określania własnej osoby, jednak ilości słów artykułowanych przeze mnie w formie wydawania dźwięku nijak się mają do tego, co czyni młody. Tutaj w formie pisanej powstają teksty dosyć długie, jednak jest to zarazem coś z możliwością pominięcia, darowania sobie czy zupełnego ignorowania i nie czytania. Natomiast ja nie mogę zamknąć uszu dla wszystkich dźwięków zarówno tych sensownych jak i zupełnie pozbawionych logiki, które dzięki mojemu dziecku powstają. A on je produkuje ciągle, bez jakichkolwiek kosztów tej produkcji. Nic się nie zużywa, wytwórczość niczym perpetuum mobile ciągle trwa. Dobrze, że istnieje coś takiego jak noc, dzięki której mogę zregenerować zszargane uszy, nerwy i cierpliwość, bo inaczej kiepsko siebie widzę. Zresztą nawet ta utrata cierpliwości powoduje pewien dyskomfort w moim byciu matką. Utarło się, że mamy to takie osoby ze zwielokrotnioną ilością cierpliwości, które potrafią powstrzymać gniew czy zniecierpliwienie. Cóż nie jestem taka. Czy to oznacza, że jestem złą matką? Czy takim zachowaniem powoduję szkody w moim dziecku? Czy w końcu to oznaka, że nie ma we mnie wystarczających pokładów miłości wobec niego? Zdaję sobie sprawę, że w wychowaniu człowieka nie ma złotego środka. Kiedyś jedna nauczycielka, z dosyć długim stażem pedagogicznym, dodatkowo co według mnie ważne, bezdzietna panna stwierdziła, że wszystko w wychowaniu zależy od rodziców. Że wszystkiego mogą nauczyć i wychować tak, że w efekcie powstanie doskonały egzemplarz. Nie zgodziłam się z nią. W moim mniemaniu albo tak niewielu z nas nadaje się na rodziców, albo nie potrafimy w swojej rodzicielskiej głupocie robić tego, co dla naszych dzieci jest najlepsze. Jak inaczej tłumaczyć, chuliganów, morderców, sadystów, złodziei, kłamców oraz dziwki. Przecież od takich i im podobnych aż się roi na świecie, i co, każdy z nich miał złych rodziców? Popełniali oni same wychowawcze błędy? Jak wytłumaczyć efekty wychowawcze, kiedy w rodzinie jest pięcioro dzieci, czworo wyjdzie w dorosłość całkiem normalnych, porządnych, a jedno niczym czarna owca będzie kraść, pić i bić. Czy ci rodzice inaczej wychowywali to jedno? Czy te różnice wychowawcze wobec tego jednego były aż tak wielkie, by w efekcie powstał zupełnie odmienny twór w stosunku do pozostałych dzieci? Gloryfikuje się bezstresowe wychowanie, czy tak naprawdę wobec każdego przyniosłoby ono jednakowy skutek? A jak my rodzice bez pedagogicznego przygotowania idąc niejednokrotnie po omacku po wychowawczym labiryncie mamy znaleźć najlepsze rozwiązanie każdej bolączki tego kształtowanego przez nas człowieka? Za wiele tych pytań, zresztą czy jest jedno uniwersalne rozwiązanie wobec każdego z nas jako rodzica i każdego z naszych dzieci, przecież każdy z nas jest inny.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZAWARTOŚĆ JEDNEJ SZUFLADY
Notatkę dodano:2014-12-27 18:55:46

W moich odczuwaniach w kwestii polubienia świąt nic nie uległo zmianie. Cieszę się już bytnością w domu, wolnymi od zajęć zawodowych dniami. Z racji panujących przymrozków, które osobiście odczuwam jako mróz na całkiem wysokim poziomie zimna, najchętniej nie wychodziłabym z ciepłego mieszkania. Nie mogę sobie pozwolić na taką domatorską ekstrawagancję, choć z drugiej strony cieszę się, że ominą mnie minuty na owiewanym wiatrami przystanku. Luksus wyboru godziny wyjścia na spacer z Kleszczykiem całkiem mocno poprawia mój humor. Zresztą młody nawet zbyt mocno nie naciska na wyjścia. Brak śniegu powoduje równocześnie brak wzmożonej aktywności saneczkowej. Ile na naszej drodze znajdziemy skutych lodem kałuż, aby z chrzęstem zdeptać wierzchnią twardą powłokę, jakie można napotkać atrakcje w tym nieprzyjemnie wietrznym krajobrazie? Niewiele tych magnesów ciągnących na spacery. Jeśli świat się nie otuli bielą, kiepsko widzę wszystkie wolne dni. Dzieciaki mają tak długie wolne od szkoły, że sprawia to wrażenie kolejnych, dodatkowych zimowych ferii. Sceptycznie podchodzę do ilości dni wolnych w szkołach. Pomijając fakt, że rodzice nie często mogą zapewnić opiekę nad dzieciakami, to nawet jeśli uda się takową znaleźć, one po prostu się nudzą. Faktem jest pozorna akcja dająca wybór dla rodziców nie mających możliwości załatwienia sobie dni wolnych od własnej pracy. Tylko to polega raczej na pewnego rodzaju nacisku psychologicznym. Nauczyciele mówią, oczywiście my pracujemy, oddajcie dzieci pod naszą opiekę, i zaraz po tym sugestywnie podana ilość dzieciaków, które będą w tym czasie w szkole. „ Wie pani, jeszcze oprócz pani dziecka, będzie jedno, dwoje dzieci...z grupy przedszkolnej”. W podtekście wyczuwa się jakby ktoś powiedział: „ lepiej niech siedzi w domu, bo tu będzie samo z nauczycielem nerwowo patrzącym na zegarek w oczekiwaniu na odebranie niechcianego balastu”. Zakłamana sytuacja w której ktoś odgrywa rolę dobrego, a my rodzice musimy też sprostać zadaniu bycia dobrymi. Dobry rodzic stanie na głowie i załatwi sobie wolne aby dzieciak nie siedział gdzieś w pustej szkole sam z niezadowolonym z jego obecności nauczycielem. W tak niewielkich miejscowościach jak moja nie ma co liczyć na zorganizowane atrakcje. Rodzicu zapewnij dziecku sam wypełnienie dnia. Prace kuchenne odchodzą z racji pozostałych po świętach sporych ilości zapasów, które odbierają tę możliwość zapełnienia czasu. Pozostają gry, od których od wielu lat mam gęsią skórkę. Nie przepadam i cóż na to mogę poradzić. Przemagam się tylko dlatego, aby nie być tak do końca złym rodzicem. Zdaję sobie sprawę, że tradycyjne gierki w rodzaju pchełek czy chińczyka dosyć szybko się potrafią znudzić, jednak nie chcę całodziennego przesiadywania Kleszczyka przed monitorem czy telewizorem. Z dwojga złego wybieram tradycyjne polegiwanie na dywanie i do znudzenia rzucanie kostką, niż dziesiąte życie ofiarowywanie przez komputer. Na ile starczy cierpliwości jeszcze nie wiem, ale już zdaję sobie sprawę, że nie będzie łatwo zabudować tego czasu. Sama z siebie najchętniej wykorzystałabym te wolne dni na jakiś wyjazd, jednak to podobnie jak wiele innych spraw, które z nudów mi się roją mogę włożyć w niespełnialną szufladkę z marzeniami.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŚWIĘTA DWOJAKO
Notatkę dodano:2014-12-22 21:46:48

Kończy się ten ociekający zajęciami dzień. Utwierdził mnie w stanie, którego mam świadomość a zarazem staram się rokrocznie przełamać to odczuwanie. Chciałabym polubić zbliżające się Święta, nie potrafię. Stanowią one dla mnie czas, który najchętniej spędziłabym zupełnie inaczej niż nakazuje obmierzła tradycja. Nie przekreślam wszystkiego, jednak sporo wolałabym ominąć. Możliwe, że wychodzi ze mnie biblijna Marta, zagoniona domowymi zajęciami. Zapewne za wiele właśnie z tej postaci we mnie. Moim tłumaczeniem będzie że życie mnie zmusza do pewnych nielubianych zachowań i czynności, tradycja wymaga, a za mało sił aby przeciwstawić się wywołując domowy kataklizm. Przecież musi być jak co roku, bo mama, bo dzieci. I brakuje w tym wszystkim miejsca dla mnie, i moich odczuwań. Nawet nie mam wizji jak mogłoby być inaczej bo i na cóż mi ta wizja, której wypełnienia nie widzę żadnych szans. Rokrocznie zbliżając się ku temu czasowi mam jakieś wewnętrzne pragnienie aby już było po. Z całych świąt oraz tej otoczki jakieś momenty, których istnienie coś mi daje, resztę pozostawiając do wykasowania. Brakuje takiego korektora, który dopomógłby mi w tym dziele, i tkwię w czymś za czym ani nie tęsknię, ani nie lubię. Obrazoburczy ten mój stosunek, tylko cóż mogę począć skoro tak dużo fałszu i obłudy nawarstwia się, a w czasie świąt jakby ktoś to wszystko ukrywał pod dywanik ze świąteczną fikcją. Udaje się różne pasujące do „Opowieści wigilijnej” schematy, mamy krótkoterminowe nawrócenia, maski łagodnych min na twarzach, teatralne gesty następujące tylko dlatego, że tak wypada, bo czas świąteczny. Sztuczne pojednania, wystudiowane epizody mające sprawić, że świat przez krótką chwilę ma wyglądać na lepszy. Nie przekonują mnie one, wyczuwam podskórnie ten kłamliwy fałsz. A ja w całym swoim utopijnym i głupio naiwnym patrzeniu na to wszystko wolałabym aby ten świat nie udawał lepszego tylko taki po prostu się stawał. Cóż skoro wilcy nawet pod owczą skórą wilkami pozostaną, barany nic z baranów nie stracą ani z wilków nie zyskają. Minie parę dni i wszystko wróci do normy, zapomni się o podniosłych deklaracjach, czynach i słowach. Pojednania pójdą w niepamięć, wrogowie dalej wrogami będą. Chwila przemiany trwająca za krótko i tylko z okazji, nie dla samego faktu przeistoczenia złego w lepsze. Możliwe, że te wszystkie czynniki zabierają mi radość z radosnych przecież godzin. Za wiele wraz z upływającymi latami życia dostrzegamy, już nie tak łatwo przekonać nas do magii, coś pryska niczym mydlana bańka, a my w pewnych zachowaniach pozostajemy udając parodniową radość. Być może ten obowiązek udawania zniechęca. Trudno mi jednoznacznie określić przyczyny mojej niechęci. Marta wypełnia postawione przed nią życiowe powinności a w głębi buntuje się przed koniecznością utartych schematów. Za wiele obrosło konieczności wokół tych świąt, za mało dziecięcego entuzjazmu. Coś przeleciało pomiędzy palcami, i nie udaje się złapać. Gdzieś rozmyła się radość i nie potrafię jej w sobie na nowo zbudować. Nie pierwszy to taki rok, być może nie ostatni. Ponownie, niczym Marta zrobię to co do mnie należy, będę zmęczona i zniechęcona. Bo tak trzeba, tego się ode mnie wymaga, nie pytając ile radości z tego zostaje we mnie samej. Może za daleko posunęłam się w egoizmie, wyszarpnięcia dla siebie choć krztynę, i teraz nie do końca daje mi radość coś co rozbieżne z pragnieniami. Cóż dostosuję się, przecież to tylko chwilka, po której wróci normalność wilczych wilków i baranich baranów.

Jednak w całej otoczce świąt jest prócz dziegciu też miodowa nuta, którą lubię. W tym czasie pamięcią ogarniamy ludzi, których na swojej drodze spotykamy i do nich w jakiejś formie kierujemy słowa życzeń. Czasami bardziej wyszukane, kiedy indziej skromnie traktujące samą uroczystość Świąt. Te krótkie słowa stanowią tradycję, która ma w sobie sporą dawkę pozytywnej siły. Dla tej kropelki pamięci warto dojść do tych szczególnych dni. Wrócę tu dopiero po świętach, więc za pośrednictwem tej notatki, chciałabym parę słów dla swoich znajomych oraz całkiem obcych czytających te wypociny pozostawić swoje życzenia.

 

Życzę Wam, aby wbrew powyższemu tekstowi roziskrzyła się magia nad Wami, aby tradycja przeszło dwóch tysięcy lat dodała Wam siły w zmaganiach z wszelkimi przeciwnościami. Abyście czuli tę moc, która pozwoli być lepszym i na swojej drodze spotykać lepszych. Niech Wasza wiara w innych nie będzie określana naiwnością i niech nigdy się nie złamie w starciach z brutalnie myślącymi odmiennie. Życzę abyście przez te szczególne chwile znaleźli w sobie dziecięcą wiarę, radość i ufność w Istotkę, która pojawiła się dawno temu w betlejemskim żłóbku. Niech Jej moc spływa na Was i powoduje, że Wasze życie dzięki temu stanie się łatwiejsze i prostsze. Dzięki tym Świętom niech się poukładają Wasze sprawy, to co ważne niech wyprze sprawy nieistotne, które wraz z pierwszą gwiazdką znikną z Waszego nieboskłonu. Ponadto tak całkiem zgodnie ze standardami życzę spokojnych Świąt w zdrowiu i pogodzie ducha wśród tych, których kochacie i którzy Was kochają.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZA CHWILĘ ODPOCZNĘ
Notatkę dodano:2014-12-21 21:29:43

Stanowczo za szybko uciekają mi przedświąteczne chwile. Deficyt czasu z nadwyżką pracy do wykonania. Sporo już odkreśliłam z typowo przedświątecznych, narzuconych sobie zadań. Jutro apogeum. Pozornie wolny od pracy dzień, stanie się kołowrotkiem wielu spraw. Minione parę dni mojej nieobecności spowodowane kilkoma czynnikami. Gdzieś powstawały początki notatek, zmęczenie nie dawało ich zakończyć. Coś okazywało się ważniejsze. Dzięki tej rezygnacji z pewnego rodzaju przyjemności pozostawienia paru słów mogłam zająć się przyziemnością zmaterializowaną pod postacią ogromu pierników, kruchych ciastek, śledzi przechodzących obecnie w lodówce smakiem śliwki i cynamonu. A te wszystkie kulinarne wybryki to przecież nie wszystko czym żyłam przez parę ostatnich dni. Miniony tydzień w jakimś szalonym tempie mi upływał. Pośród tego wszystkiego czułam się niczym marionetka, podążająca za kierującą mną dłonią. Mało było mojego czasu. Kolejny weekend poza domem, kolejne dni w pracy. Ktoś mówi : „ ale pani dobrze, wolne w tygodniu...” . Jakoś nikomu nie przyjdzie do głowy powiedzieć : „ jak fantastycznie pracować w soboty i niedziele, praca w święta moim marzeniem...”. Widzi się że pozwalam sobie na wypad o szóstej rano w dzień powszedni na basen, ale już faktu, że spędzę w pracy pierwszy dzień świąt, jakby nigdy nie było. Przywykłam do tej konieczności choć czasami chciałoby się inaczej, normalniej, święta w święta. Właściwie chyba z racji takich szczególnych, rocznych świąt moje pracownicze morale gdzieś ulega skurczeniu i odzywa się pragnienie bycia w domu kiedy wszyscy pozostali też tam są. Specyfika pracy, a może moje życiowe szczęście do akurat takich zajęć, które od wielu już lat coś zabierają by dać coś innego w zamian. Z wielką łatwością można powiedzieć, skoro nie odpowiada, czas poszukać czegoś innego co zaspokoi własne chcenia. Tylko to moje narzekanie występuje raz na jakiś czas, więc czy dla iluzji zmiany warto rzucać wszystko na jedną szalę? Od dawna stałam się niczym liść niesiony nurtem strumyka, tu mną zawiruje, tam gdzieś podtopi, znowu wypłynę, zahaczę o wystające przeszkody i dalej wartko płynę. Wiem, że są sytuacje, relacje, sprawy w których nie będę tak bierna. Jednak w kwestiach zawodowych rozleniwiłam się na tyle aby nie szarpać się w poszukiwaniach tego lepszego, co przeważnie wcale lepszym nie bywa. Małe miejscowości mają tę przypadłość, że ich spokój okupiony przeważnie mankamentem większych trudności w znalezieniu pracy. Młoda konkurencja której niejednokrotnie jednym z nielicznych atutów właśnie ten metrykalny wskaźnik wieku, zabiera szanse na stanie się poważnie traktowanym potencjalnym kandydatem. My, dojrzali choć nie starzy ludzie, nim zostaniemy sprawdzeni, przeegzaminowani już stajemy się skreśleni. Mając wybór pomiędzy pięćdziesięciolatkiem a o połowę młodszym osobnikiem przeważnie większe szanse otwierają się przed młodym wilczkiem niż starym wilkiem. Moje spojrzenie na tę kwestię piętnem pewnego doświadczenia naznaczone. I nie będę stanowczo stwierdzać, że tak jest zawsze, że w każdym starciu z młodszą konkurencją przegrywamy. Jednak zdarza się to na tyle często, że powoduje pewien poziom stresu z tym związany. Jak już mamy pracę, to z samego faktu przyszłych perturbacji ze znalezieniem nowego zajęcia oraz różnych coraz większych wymagań po prostu trzymamy się starego zajęcia. Nie mówię tu o specjalistach czy fachowcach, bo ci innymi standardami bywają objęci. Jednak cała zwyczajna ludzka masa nim zmieni dobre na lepsze, a lepsze na najlepsze dogłębnie przeanalizuje możliwości oraz własne szanse. Mój leń mówi, że nie warto szukać lepszego, że przecież pracujące święta czy niedziele to nic strasznego, można w takim układzie funkcjonować i całkiem normalnie żyć.   


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


BYLE DO ŚWIĄT
Notatkę dodano:2014-12-16 21:52:49

Próbuję utrzymać się w narzuconych samej sobie ryzach. Staram się nie poddawać nastrojom, chandrom. Uciekam od złych ludzi, którymi ostatnio jakby obrodziło. Może to taka pora, podobnie jak sezon na grzyby. Sezon na objawienie w niektórych ludziach zła. Wszędzie dudnią o szlachetnych zachowaniach, o zauważaniu bliźniego, o pomocy uboższym, a na mojej drodze niczym muchomory poustawiały się jednostki, wobec których moje zamiary cokolwiek krwiożercze. Chęć zdeptania muchomora. Utopijne myślenie, że grudzień, że za pasem święta, czas większej łagodności w zestawieniu z zachowaniami ludzkimi pełnymi jadu i agresji coś we mnie niszczy. Jakaś cząstka we mnie niknie. Gdzieś zamiera wiara w normalność, zwyczajność taką spokojną. Kiedyś ktoś zarzucił, że nie wierzę w ludzi. Gdyby to była prawda, nie widziałabym jakiegokolwiek sensu ciągnięcia tego przedstawienia. Dla równowagi pojawiają się jednostki całkiem normalne, dzięki którym iskierka nadziei ciągle się tli. Nie wierzę w ludzi, którzy potrafią zachować się w sposób dla mnie karygodny, który nie przystoi do mojej hierarchii wartości. Czy mam za wielkie wymagania, za daleko posuniętą ostrość odbioru całego świata? Możliwe, że moja normalność rozmija się ze standardami innych osób. I przyjmuję taki stan rzeczy, tylko jeśli nawet ograniczyłabym swoje wymagania do pewnego obszaru jasno określonego, ramami, czy granicami, których przekroczenie już stanowi dla mnie anomalię, a ktoś jest jeszcze od tej anomalii sporo oddalony to mam prawo do negacji jego zachowań. Tolerancja każdego ma jakieś granice, których przekroczenie może spowodować oburzenie. Wewnętrzna ochota aby nigdy nie być narażonym na kontakt z jednostką która jest tak bardzo odległa od moich standardów, wcale nie sprawi, że tego kontaktu nie będzie. Mogę ustępować pola, nie z tchórzostwa, nie ze strachu, tylko z wygody dobrego samopoczucia. Walka z kimś, kim wewnętrznie się pogardza, nie stanowi dla mnie wartości sama w sobie. Niech się zżera to indywiduum wewnętrznym jadem i samozniszczeniem, z mojego otoczenia wolę w miarę możliwości wykluczyć. Nie daje się niejednokrotnie, człowiek bywa skazany, na obcowanie, na przebywanie w tym samym miejscu, i nie zawsze się wytrzymuje pewną narastającą presję. Kropelka wystarczy a czara zaczyna być przepełniona. Przelewają się emocje, coś zaiskrzy, gdzieś nastąpi wybuch. Szkoda, że akurat w takim szczególnym czasie. Wypieram, a przynajmniej staram się na ile to możliwe łagodzić, nie zawsze się udaje. Nie pozostaje nic innego jak przeboleć, przeczekać, dać ostygnąć emocjom. Czasami na swój sposób zabijam w sobie stan poirytowania wysiłkiem fizycznym. Jeślibym w takim stanie zabrała się za coś przynoszącego pożytek zapewne odwaliłabym niezły kawał roboty. Ten mój amok choć nie jest długotrwały, powoduje wzmożone działania, które skutkują tym, że następnego dnia odczuwam swoje ciało. Nie wystarczą mamroczące zawory bezpieczeństwa, emocje muszą mnie opuścić przynoszącym zmęczenie wysiłkiem. Zapominam o tym co robię, działając mechanicznie, myśli przetrawiają skumulowane we mnie emocje. Może dzięki temu udaje się szybciej w sobie poukładać, a w konsekwencji nie stracić całkiem tej krztyny wiary w lepsze jutro, z lepszymi ludźmi w otoczeniu. Dobrze, że tych wartościowych ludzi więcej na świecie niż muchomorów, bo ciężko byłoby wytrzymać z tą budzącą agresję czerwienią ich wyzywających kapeluszy. Metaforycznie traktuję te jednostki, które niczym przysłowiowa łyżka dziegciu potrafią zepsuć beczkę miodu. Dobrze, że mam dwa amortyzatory na własny użytek w najbliższym otoczeniu. Jeden z wyboru, drugi z konsekwencji tegoż wyboru. Duży i mały, nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo dzięki nim moje życie sprowadza się na właściwy poziom. Wczoraj po powrocie z pracy Kleszczyk, z jakiejś przyczyny, wręczył mi zapakowane w pudełko coś, co miało być prezentem. Nie ważna była cała materialna zawartość stanowiąca jakieś jego skarby, którymi postanowił w przypływie chęci obdarowania nas rodziców się podzielić, najważniejsza w tym pudełku była kartka. Niewprawnie narysowana cała nasza rodzinka, co prawda zdekompletowana, ograniczająca się do naszej trójki z jednej strony, z tekstem na odwrocie: „ DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO TATO I MAMO HURA BARDZO WAS KOHAM OD PAWŁA”. Czego mogę chcieć więcej, i nie ważne są wszystkie muchomory tego świata wobec tych z błędami napisanych własnoręcznie, bez żadnego przymusu słów. Kiedyś, mój mały amortyzator zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy dokonał cudu ochraniając mnie przed czymś, co nieuchronnie by mnie dopadło gdyby nie jego dziecięcy gest. Może kiedyś przy okazji o tym napiszę, teraz zajmę się łagodnym przejściem grudnia. Byle do świąt, po których mam nadzieję emocje ostygną, i powróci normalność, a kalendarzowa zima wymrozi muchomory.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


STAPELIA PSTRA
Notatkę dodano:2014-12-11 19:03:38

Wiele lat temu, w przebłyskach poszukiwania życiowych pasji, nadszedł czas zainteresowania sukulentami. Nie były to czasy z tak szeroką dostępnością jak obecnie. Zdobycie nowego okazu odbywało się na zasadzie wymian, darów lub poszukiwań po kwiaciarniach. Nie była to droga łatwa. Efekty tej pasji zagęściły swoją obecnością sporych rozmiarów parapet. I szczerze muszę przyznać, nie były to okazy bezcenne. Wielkiej wartości sobą nie przedstawiały choć zapomnieć o nich nie było łatwo. Niebezpieczeństwo pokłucia w razie nie zachowania ostrożności było codziennością, z którą nauczyłam się żyć w jakiejś symbiozie. Każde podejście do niebezpiecznego parapetu okupione było pewnego rodzaju skupieniem z uwagi na niebezpieczeństwo zbyt bliskiego kontaktu. Pasja, która okazała się czymś nietrwałym nie zajęła mnie na tyle, aby rozwijać się na własnym terytorium, wolałam podziwiać efekty czyjejś hobbystycznej pracy. Gdzieś na półce z książkami do dziś dnia znajduje się atlas kaktusów, jako jedyna pozostałość po krótkotrwałej fascynacji. W swoim chaotycznym zbieractwie zdarzyło mi się poszerzyć swój mizerny zbiór o niepozorną roślinkę. Nie była ona typowym kaktusem, jednak z uwagi na gruboszowate łodyżki choć pozbawione cierni stanowiła ponętną odmianę. Wreszcie jedna, która nie będzie sprawiać bólu przy przesadzaniu i innych pielęgnacyjnych działaniach. Pasja nie była jak widać pasją prawdziwą, skoro skłonna byłam do ustępstw w gromadzeniu roślin z różnych rodzin botanicznych. Coś skłoniło mnie do zakupu tego okazu. Nie był wymagający, choć mało interesujący. Kiedy pojawiły się szybko powiększające pąki byłam prze-szczęśliwa. Bez wysiłku niepozorna roślinka zakwitnie. Nie mogłam się doczekać. I jak się okazało było warto. Kwiat był niesamowicie inny o wszystkiego co do tej pory miałam okazję we własnym zakresie wyhodować. Umaszczenie niczym futerko geparda, kształt pięcioramiennej gwiazdki, coś odmiennego od rodzimych kwiatów. I radość moja byłaby pełna, gdyby wraz z pięknem wizualnym nie dotarł do moich receptorów jeden poważny mankament. Zapach, a raczej smród, który odebrał piękna, powodując jakąś niechęć i pewnego rodzaju odrazę. Piękno kwiatostanu nie było w stanie przebić negatywnych odczuć. Po jakimś czasie bez smutku zrezygnowałam z pielęgnacji tej rośliny. Pozwoliłam jej uschnąć, swoim zaniechaniem doprowadziłam do zniszczenia. Zapomniałam o niej i niepamięć ta trwała aż do dnia wczorajszego. Można zapytać cóż stało się tak ważnego, czy też istotnego że z dawno minionych zakamarków pamięci wyłoniło się wspomnienie tamtego botanicznego okazu. Miało miejsce wydarzenie z pozoru zupełnie nie związane z moją hobbystyczną parapetową uprawą.

 

W dniu wczorajszym mój małżonek był obecny na szkolnym zebraniu rodziców. Sprawy bieżące jak zazwyczaj ma to miejsce zostały przedstawione przez wychowawczynię, nastąpił rozdział jakichś obowiązków konkretnym rodzicom w związku z nadchodzącymi imprezami klasowymi. Rzeczowo i normalnym tokiem wszystko się odbywało. Z poczuciem jakiejś ulgi zebranie dobiegało swojego finiszu. Pierwszaki to przeważnie niekłopotliwe istoty, nienauczone jeszcze dorosłego cwaniactwa, śladowo obciążone krętactwem. Nauczycielka z długim pedagogicznym stażem, czegóż chcieć więcej. Normalne, najzwyczajniejsze w świecie zebranie. I tu okazuje się jak bardzo w pozorach można się mylić. Jedna z matek, osoba zadbana, elegancka, z jakimś poziomem wykształcenia, we własnym mniemaniu czymś lepszym ponad pozostałą rzeszę rodziców postanowiła w dosyć niewyszukany sposób wyrazić swoje zdanie w paru kwestiach. Kobieta nie dobiegając mety zebrania postanowiła zmienić bieg historii. Wedle jej obserwacji wyrażonych nieznoszącym sprzeciwu tonem głosu jedno z dzieci nie powinno być uczniem tej klasy. Atakuje jej syna, wedle relacji nieomal maltretując także inne dzieci. Atak nadpobudliwej mamusi ukierunkował się na matkę wyimaginowanego przeciwnika jej dziecka. Druga kobieta z pewną niepełnosprawnością fizyczną pod gradem ataków gwiazdorskiego popisu żurnalowej lalki nawet za sprawą obrony nauczycielki nie miała żadnych szans obrony. Wywiązała się awantura w której zabrał też głos mój małżonek. Podstawą do jego interwencji był nie tylko ton awanturującej się mamusi, ale też wcześniejsza jej korespondencja pełna jadu w naszym kierunku, w której domagała się ona przedsiębrania kroków wychowawczych wobec agresji naszego syna, który nomen omen również atakował jej aniołkowate dziecię. Pani, zbyt to wygórowany tytuł do tego indywiduum, ale daleko mi do jej poziomu, więc tylko stąd tak górnolotnie ją tu nazwę, swoją furią niczym szerszeń w damskim rodzaju atakowała na oślep nie dopuszczając do siebie żadnych zdroworozsądkowych argumentów. Po zakończeniu zebrania jej niewystudzona agresja potrzebowała dalszego ujścia, więc już przy niewielu świadkach zaatakowała niepełnosprawną kobietę wytykając jej fizyczne mankamenty. Nie będę opisywać co działo się dalej, zresztą sprawa jak się wydaje jest rozwojowa, i kto wie jaki finał obierze, jednak powoli ukierunkuję swój wywód zmierzając do powiązania z rozwiniętym początkiem. Podobnie jak stapelia kiedyś przebywająca na moim parapecie początkowo zachwycająca urodą swojego kwiatu okazała się nie do przetrawienia z uwagi na odór, tak samo ta agresywna kobieta, jest nie do przyjęcia wśród pozostałych normalnych kwiatów. Ludzka stapelia rozsiewająca odór własną agresją i zdziczeniem obyczajów przepełnionych egoizmem w powiązaniu z ogólnie rozumianym bestialstwem. Nie chcę jej na moim parapecie, tamtą roślinę przestałam podlewać, co zrobić z tym okazem?.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


NIE PRZEPRASZAM WBREW
Notatkę dodano:2014-12-09 21:55:27

Świat posiwiał, jakby pomimo ranka lat przybyło całemu otoczeniu. Przymrozek we współdziałaniu z mgłą zmienił cały krajobraz. Nawet intensywne promienie słońca nie były w stanie rozmyć siwizny traw. Stonowany szronem aż po horyzont kawałek mojego świata, gdzieś daleko jakby z tymi mglistymi oparami zawierał jakiś układ tworzący jedność. I nie wiadomo już gdzie kończy się szron, a zaczyna mgła ponad którą w całej swojej intensywności próbuje rządzić jasność słońca. Taki typowy późnojesienny krajobraz, pełen specyficznego piękna, choć zarazem mało przyjazny w tym zimnie.

 

Jadąc do pracy późnym rankiem napawałam wzrok widokiem, który zdawał się uspokajać i wyciszać. Gdzieś w głębi kieszeni mój samograj dziś zwolniony z obowiązku odrywania mnie od całego świata. Dziś tylko oczy miały ucztę. I wydawać by się mogło, że wszystko wokół mnie dzięki temu oszronionemu otoczeniu będzie spokojnie swoimi torami się toczyć. O złudne nadzieje, o naiwna istoto. Wystarczyła chwila abym zaiskrzyła całą gamą złości. Nie cierpię stawiania mnie pod murem, który zabiera możliwość jakiejkolwiek ucieczki. Jakby mnie ktoś zagonił w zaułek bez wyjścia. Z każdą osobą na świecie mogłabym stoczyć walkę do zgonu swojego lub przeciwnika. Tylko jak walczyć z własną matką. Kiedyś ścierałyśmy się stanowiąc jakieś straszne swoje przeciwności. Ją denerwowało każde moje słowo, na mnie podobnie działały jej słowa. To przekładało się na poglądy, na czynności, na działania. Z czasem jakoś nauczyłyśmy się z tym mankamentem żyć, omijając sam zaczątek konfliktu. Przestałyśmy się kłócić o byle bzdurę a jeśli coś mogło stać się punktem zapalnym, udawałyśmy że tego nie ma, przeskakując nad niechcianą sytuacją. Ona istniała ale zostawiałyśmy przykrytą milczeniem, byle tylko nie wgłębiać się w wybuchową istotę. Jednak nie byłybyśmy sobą, gdyby nigdy nic się nie wydarzało. I właśnie dziś pewna sprawa, która powinna być pozostawiona ad acta, niestety została przez mamusię ruszona. Gotuję się w sobie. Od paru dziesiątek lat jestem już bardzo dużą dziewczynką, która ma swoje zdanie, która jeśli nie chce, to czegoś nie robi, a jeśli zechce zrobi bez względu na zdanie otoczenia. O tym z pozoru mało istotnym fakcie mojej mamie zdarza się zapominać. Powinno być tak jak chce mamusia, moje odczucia i odbiory się nie liczą. A ja nie cierpię być traktowana jak sztubak. Kiedy zmusza się mnie do przepraszania i do wybaczania. Jeśli czuję że nabałaganiłam przeproszę. Ale ja mam zrobić to sama, z pełną swoją skruchą i szczerze. Podobnie z wybaczaniem. Jeśli takowe ma nastąpić też ma być prawdziwe. Nie potrzebuję niczyjego pchania mojej osoby ku tej czynności. Wyrosłam z dziecięcego przymusu w formie : podajcie sobie ręce, przeproście się, pocałujcie i idźcie się bawić. Sprawa wydaje się załatwiona. Tylko dla mnie to pozory, nic nie warte, z samym wybaczaniem nie mające wiele wspólnego. Będąc dzieckiem ta forma przymusu do przeprosin była dla mnie większą karą niż zabronienie czegokolwiek innego. Przepraszanie kiedy nie czułam się winna, to coś czemu całym swoim wnętrzem się sprzeciwiałam. Rósł we mnie bunt potęgując zarazem urazę do tego przymusu a niejednokrotnie do osoby zmuszającej mnie do działania wbrew sobie. Kiedyś narzucano mi konieczność przepraszania bo byłam dzieckiem, manipulowano mną wykorzystując fakt, że przecież powinnam się podporządkować starszym. Tylko od tamtej pory sporo się zmieniło. Argumentacja, że tak trzeba, że wypada, bo święta, bo wigilia, bo rodzina, dochodząc do ostatecznego asa z głębi rękawa: to co z ciebie za katoliczka, powoduje nic innego niż kiedyś w dzieciństwie. Opór. Tylko ja już nie jestem dzieckiem. Czasy kiedy z łkaniem w poczuciu niesprawiedliwości przepraszałam minęły. Mogę pozwolić sobie na opór przed czynieniem wbrew sobie. Nie chcę przymusu, nawet jeśli okaże się to kolejnym stopniem do piekła. Trudno, kiepski ze mnie katolik, kiepski człowiek, byle jaka matka. Ale dla faktu bycia w oczach innych lepszą, nie mam najmniejszej ochoty stać się gorszą we własnych oczach. Nie nadstawiam drugiego policzka, nie przepraszam za nie swoje winy. Cóż taka jestem i nie sądzę abym nagle miała się zmienić tylko dlatego aby kogoś usatysfakcjonować swoim giętkim kręgosłupem.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


IMBIROWA PIKANTERIA
Notatkę dodano:2014-12-08 18:55:50

 Gdzieś pomiędzy kapuśniakiem, mielonymi, rosnącym chlebem, i paroma innymi sprawami, wypełniającymi mój wolny od pracy dzień, w doskoku staram się wyskrobać parę chwil na pozostawienie śladu tego, że jestem. Wolne weekendy w dalekiej perspektywie, ale dzięki temu zyskuję czas wtedy, kiedy wszyscy są poza domem. Święto moich godzin w powszedni dzień. Organizuję sobie ten czas, a właściwie on sam nasyca się domową działalnością, z której muszę ukraść coś dla siebie. Kręcenie się w ferworze domowych czynności po pachnącej kiszoną kapustą kuchni współgra z kobiecą próżnością, której materializacja w postaci maseczki oraz paru innych kosmetycznych namaszczeń stwarza ze mnie postać z innej galaktyki. Musi znaleźć się czas na wszystko, i znajduje. Tylko umiejętności pogodzenia bezczynnego leżenia w kosmetycznym letargu z kulinarnymi działaniami nie potrafię w żaden sposób pogodzić. Straszę więc pustkę mieszkania swoją dziwacznie wyglądającą postacią, robiąc parę czynności w jednej minucie. Kolejna kawa znikająca jakby podświadomie, zagryzana pikantnymi kawałeczkami kandyzowanego imbiru daje namiastkę własnego święta. Zapachowy olejek, w drugim końcu mieszkania odrywa od prozaicznej kapusty. Imbir dodaje pikanterii całej jałowiźnie świata. W życiu nie dodaję żadnymi swoimi działaniami adrenaliny czy też ostrości, więc być może dlatego moje podniebienie dla przełamania całej łagodności wymaga czegoś innego. Może ktoś, kto prowadzi okraszone szaleństwem życie, dla stonowania pragnie bezpłciowej papki rozłażącej się po podniebieniu. Ja mam inaczej. Ostatnio mojej rodzicielce wyartykułowało się coś co mnie odrobinę zaskoczyło : a co ty chcesz zdradzać męża?. W kontekście odmowy zjedzenia kolejnego pączka, takie stwierdzenie było daleko posuniętą improwizacją moich zachowań. Dziwne to myślenie, bez dotychczasowych podstaw do niego, a zarazem zaskakujące. Czyż fakt jakiejś dbałości o własną formę może być przyczynkiem do myślenia o rozwiązłości, choć takowej dotychczas nigdy nie było? Może otoczenie oczekuje na zmianę moich zachowań. Znudziłam się taka po swojemu normalna, w pewnych kwestiach i zachowaniach przewidywalna. Jakby niczego więcej ode mnie się nie spodziewano ponad tę jałowość. Nagle powinnam zrobić półobrót i stać się kimś zupełnie innym. Tylko na czym powinna polegać ta odmiana? Jakiś czas temu w trakcie rozmowy z pewną dobrą znajomą poruszyłyśmy temat tej naszej życiowej stabilizacji. Jeden dom, jeden partner, z pozoru nic szczególnego. Taki zdawałoby się grobowiec po którym niczego się już nie spodziewamy. Mi wystarcza i nie traktuję tego, jako coś mnie uwierającego czy też ograniczającego. Możliwe, że moje podejście do życia czystą monogamią mocno naznaczone, nie pragnie więcej, nie szuka nowego, nie daje nadziei potencjalnym oferentom. Kobieca rozmowa bez widzów innej płci naznaczona szczerością i pewną prostolinijnością. Gdzieś pada moje stwierdzenie, że widocznie nie ma we mnie genu kurewstwa, który by mnie pchał w inne rejony.

 

- „ A mi z wiekiem jakby gdzieś on powstał...” Bardziej ze śmiechem to było, z jakiejś przekory, jakiejś chęci przeżycia przez chwilę czegoś co podkręciłoby odbieranie siebie i świata. Zawirowałoby i dało poczuć, że jeszcze mogę, jeszcze potrafię. Jednak z drugiej strony niech grobowiec czeka, niech będzie do czego wrócić. W tych kwestiach brak mi takich pragnień, nie dążę do nich, nie szukam, bo mam świadomość że nic dobrego mi to nie przyniesie. Chwila pikanterii w zachowaniach skutkuje niejednokrotnie długotrwałym niesmakiem do siebie i świata. Ja wolę poczuć przez chwilę pikantny imbirowy posmak który wystarczająco dobrze przełamuje łagodny smak mojego życia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZOOLOGICZNA OBIECANKA
Notatkę dodano:2014-12-04 23:10:34

 Obfity dzień, takimi słowami mogłabym określić minione godziny. Całkiem zwyczajny a zarazem z pewnym naznaczeniem prywatnego święta. Raz w roku, powinnam świętować z całą rzeszą swoich imienniczek. Cicho i bez pompy przechodzi mi ten dzień. Nie potrzebuję niczego więcej. Niektórzy o mnie pamiętają, zaskakują tą pamięcią w najbardziej miły sposób. Tą skromną formą paru szczerych słów dają chyba największą radość.

 

Przeważnie ten grudniowy dzień przechodzi bez echa, którego nie pragnę i tak naprawdę nie lubię. Oczywiście jeśli ktoś o mnie pamięta, nastraja mnie to bardzo pozytywnie. Niczego więcej nie potrzebuję. Dziś miało być spędzone inaczej. Za sprawą wrześniowego pobytu Kleszczyka we wrocławskim szpitalu, akurat na dziś wyznaczono wizytę kontrolną. Termin ustalony trzy miesiące wcześniej stał się przyczynkiem do dłuższej wizyty w tym mieście. Parę tygodni temu otwarto afrykarium we wrocławskim Zoo. Z ust pewnej osoby, za jej poleceniem o atrakcyjności tego miejsca postanowiliśmy wykorzystać pobyt na wizytę oraz osobiste sprawdzenie. Po porannej bytności w poradni, dysponując wolnym dniem spędziliśmy parę godzin odwiedzając ogród zoologiczny. Faktycznie nowo powstały obiekt sprawia duże wrażenie, jest czymś innym, jakbyśmy się znaleźli nagle w zupełnie innym świecie. Dzięki niemu oraz wielu zmianom w samym ogrodzie pobyt staje się frajdą, nie tylko dla dzieci ale też dla dorosłych, w których budzi dosyć emocjonalnie wyrażane zachwyty. Oglądając zarówno to nowe miejsce jak i spędzając godziny w całym Zoo, gdzieś niczym za sprawą niewidzialnego wehikułu przebiegłam w pamięci parę wizyt w tym miejscu. I nagle gdzieś ukazała mi się pierwsza zapamiętana, dawno temu, kiedy jako dziecko pochłaniałam wzrokiem wszystkie egzotyczne zwierzęta, nie zwracając zbytniej uwagi na sam obiekt. Późniejsze odwiedziny, z jakąś częstotliwością i powroty w to miejsce jak w coś znajomego, nie zaskakującego już innością i nowością. Po paru takich dziecięcych wizytach Zoo, straciło na swojej atrakcyjności, niczego już tam nie mogłam odkryć. Długo nie stanowiło kierunku moich wypraw. W roku osiemdziesiątym szóstym ubiegłego wieku niejako przy okazji bytności w dolnośląskiej stolicy oraz poszukiwań pewnego przedmiotu ponownie tam się znalazłam. Już dorosłymi oczyma patrzyłam, minęła dziecięca fascynacja, bezkrytycyzm. Bylejakość tamtego miejsca, spowodowała, że solennie sobie obiecałam nie pojawiać się tam przez najbliższe dziesięć lat. Czas mijał, osoby z najbliższego otoczenia się niczym w przedstawieniu teatralnym zmieniły. Te nowe, które się pojawiły nie do końca znały przyczyny i motywy mną kierujące oraz doprowadzające do tak długotrwałego postanowienia. Udało mi się odwlekać wizytę przez jakieś dziewięć lat. Nastał czas, że trzeba było pokazać pierworodnemu tamto miejsce. Karencja mojego postanowienia się zakończyła, a zrozumienie przez otoczenie tej irracjonalnej obietnicy mogłoby skutkować określaniem mojego zachowania jako maniactwo lub inna psychiczna przypadłość. Dałam spokój z młodzieńczymi postanowieniami i przez minione lata parę razy odwiedzałam tamto miejsce. Niewiele się ono zmieniało niczym relikt pewnego swojego wizerunku. Ostatni raz „zaliczyłam” wrocławskie Zoo pięć lat temu. Bez podniety dla tego co zastałam, bez obietnic, kładąc na szalę walor edukacyjny dla kolejnego swojego dziecka, stwierdzając, że to miejsce niejako trzeba po prostu zobaczyć. Ono w tej nienaruszalności wizerunkowej trwało przez dziesięciolecia przeze mnie zapamiętane. Dopiero teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nastąpiły zmiany. Duże zmiany, ogromne, idące w jak najbardziej pozytywnym kierunku. Obiekt dzięki afrykarium staje się nowoczesny, inny, wart odwiedzin i już nie ma tu miejsca na obietnice wieloletniej absencji. Te zmiany dają szansę na przyszłość dającą coś nowego, świeżego i innego. Nie obiecuję więc ani absencji ani nie wyznaczam terminu kolejnej obecności. Przyjdzie czas, okoliczności się poukładają, może znowu zawitam i zostanę zaskoczona czymś nowym, co z wielką przyjemnością będę mogła pokazać swojemu dziecku, które mam nadzieję nigdy nie założy na siebie obietnicy nieprzyjeżdżania do tego Ogrodu Zoologicznego.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POPRZECZKA
Notatkę dodano:2014-12-02 22:06:27

 Ile się oczekuje, ile się dostaje i jaka z tego radość wynika. Każdy czegoś innego od życia chce. Ja jakoś mało pragnę, zbytnio wymaganiom poprzeczki nie podnoszę. Możliwe, że jest to uzależnione od tego spokoju, którym nauczyłam się cieszyć. Moje wymagania nie są rozbuchane i jeśli dostanę coś więcej, coś ponad normę, cieszę się niczym dzieciak lizakiem. Nie patrzę na wielkie góry do zdobycia. Mount Everest nie jest moim pragnieniem. Wystarcza mi kolejna mała górka, która zasłania widoczność. Nie muszę jej zdobywać, obejdę, aby tylko minąć. Małe wyzwania i potrzeby. Jeślibym sobie umyśliła szczyt na miarę Everestu, nie zdobyła go zakwasiłoby mi to zapewne całe życie. Stałabym się zgorzkniała i przygnębiona. Nadwyżka w zaplanowanych do zdobycia sprawach i nie osiągnięcie ich zapewne zasmuca. Choć i są ludzie potrafiący podporządkować własnym pragnieniom, nawet takim rozrośniętym całe życie. Zadają się tylko z odpowiednimi ludźmi, robią to co trzeba aby osiągnąć swoje plany, czasami wbijają noże w plecy, czasami odkładają moralność na niewidoczną półkę, ranią tych, którym na nich zależy. Na pierwszym planie jest zdobycie Everestu. To może być góra, może być przedmiot, konkretny człowiek. Coś normalnym szaraczkom niedostępne. Mają takie plany, takie zapędy, wielkie marzenia, które starają się spełnić, zdobyć. A ja jakaś taka nieprzystająca do wysokich poprzeczek w pragnieniach. Dziwię się czasami sama sobie, że tak niewiele potrzeba do osiągnięcia radosnego nastroju. Jeśli zdrowotnie rodzinka utrzymuje stabilizację, normalność biegnie zgodnie z naszymi małymi planami, czegóż potrzeba więcej. A i to, że czegoś potrzeba potrafię sobie dostarczyć. Codzienność toczy się gładko, bez rys i fałdek. Znajduję czas dla siebie, całymi garściami chwytam te małe chwile. Z tych chwil urastam w wewnętrzną moc i siłę.

 

Grudzień dobrze mi się zaczął. Troszkę niespodziewanie maleńkie dary od nieprzewidywalnego losu spadły mi prosto w ręce. Jakiś ciąg wydarzeń, który samym faktem zaistnienia zatrzymał mnie na sobie. Wczoraj jadąc do pracy w wyniku pewnego zawirowania kierowca nie skasował mnie za bilet, z całą świadomością. Nie była to oznaka jakiejś sympatii czy zwichrowanego wobec mnie stosunku. Okoliczności tak się ułożyły, i to jedyne wytłumaczenie. Dziś podobnie, pewien zbieg faktów, usterka nowoczesności w postaci informatycznego zablokowania komputerów sprawiło mi prezent w postaci darmowego wejścia na basen. Jakbym przyciągała takie sytuacje, niczym magnes opiłki. Aż jestem ciekawa, czy ten ciąg już zakończył swoją działalność wobec mojej osoby, czy też jeszcze będzie skłonny zrobić mi jakiś niespodziewany prezent. Nie mam nic przeciwko takim działaniom losu, może być tego więcej. Podobnie jak więcej na dziś chciałam dać sobie wycisku. Już dawno sobie umyśliłam, że jeśli tylko pojawi się okazja do obecności na zajęciach zumby zrobię ile się da, aby w nich uczestniczyć. Dzień wolny bezsprzecznie stwarzał taką możliwość, pozostała tylko kwestia opieki nad Kleszczykiem. W domu sam na tak długo nie chciał zostać, ja nie kwapiłam się do wzięcia go ze sobą. Pertraktacje były dosyć żywiołowe, jakkolwiek całkiem owocne. Czy takie pragnienie to coś wielkiego? Mała sprawa, potrzebująca tylko odpowiednich okoliczności. Okoliczności się stworzyły, reszta zależała ode mnie. A ja chciałam, tak naprawdę. Młody wraz ze mną spędził ten czas, na zajęciach. Z tym, że ja w pełni zaangażowana wylałam siódme poty, natomiast on raczej jako jedyny męski pierwiastek na sali stanowił pewnego rodzaju odmianę i ozdobę. Widać nie było mu tam źle, bo przebąkuje o możliwości dalszego swojego towarzystwa na kolejnych zajęciach. Ja skoro zaczęłam, postaram się pomagać okolicznościom. I nie istotne jest, że nie trzymam tempa, że czasami zagubię rytm, lub nie dokładnie wykonuję poszczególne układy. Najważniejsze jest w tym fakt, że ten mały pagórek pragnienia nie okazał się niedostępny, że jego szczyt niezbyt stromy do osiągnięcia, i choć niski, jednak dający mi radość. Dużą radość, z małej rzeczy.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163013
Osób: 145468