Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

REKLAMA POD CZAPKĄ
Notatkę dodano:2014-12-01 18:57:18

 Najgorszy w moim stopniowaniu miesiąc minął. Bez bólu się z nim pożegnałam, choć w ogólnym rozrachunku mogłabym określić całkiem pozytywną oceną. Meteorologicznie upłynął spokojnie, więcej było łagodności w pogodzie, co sprawiło odczucie że strach przed nim miał ogromne oczy, a okazało się to zupełnie niepotrzebne. Staram się w pełnej obiektywizmu ocenie zamknąć miniony czas, jednak wiem, że na dłuższą metę ten obiektywizm zniknie. I kiedy w następnym roku ponownie zbliżę się do listopada, znowu będę narzekać, będę jęczeć. Widocznie tak mam, jak czegoś nie lubię, dużych starań potrzeba do zmiany tego stosunku. Zadra siedzi głęboko i ani po dobroci nie chce zniknąć, ani dobrym przykładem zniwelować mojego negatywnego odbioru. Było minęło, nastał grudzień. Ten miesiąc przeleci w tempie zawrotnym. Miesiąc pełen dni świątecznych, i tych prywatnych dla mnie, i oficjalnych dla wszystkich. Wraz z ostatnimi dniami listopada dla zaakcentowania stanu mijania drastycznie zmieniła się aura. Zimny, przeszywający wiatr, temperatura poniżej zera. Nie są to cyfry powalające, jednak mnie zmarzlucha wyziębiają pomimo paru warstw odzienia. Robię dobrą minę do tej mroźnej gry. Oczy łzawią, nos robi się czerwony, nawet przy braku przypadłości katarowej chusteczka co jakiś czas ma zajęcie z pojawiającą się znikąd wilgocią. Czubki palców marzną, jakby ukryty w nich był jakiś miernik temperatury, stanowczo sprzeciwiający się akurat takiemu zimnu. Awersję do czapek schowałam gdzieś z letnimi ciuchami, i pomimo wiecznego swędzenia głowy, noszę jakby to był najbardziej upragniony kawałek garderoby. Nie cierpię swoich włosów po zdjęciu nakrycia głowy. Nie ma dla nich dobrego fasonu, odpowiedniego materiału. Każdy wariant skutkuje podobnymi efektami. W najmniej odpowiednim miejscu włosy się odkształcą, przyplaszczą, naelektryzują. Co najbardziej fascynujące w noszeniu czapek to fakt, że mam to dziadostwo na głowie przez trzy minuty, a fryzurę zrujnują na cały dzień. Mogłabym spać na wałkach przez całą noc, nie uzyskam tej trwałości odkształcenia włosów, którego ideał staje się wynikiem krótkiej obecności nakrycia głowy. W takich sytuacjach myślę o reklamach środków do stylizacji włosów. Moja wyobraźnia podsuwa tę piękną modelkę, której włosów nawet dwudziestoczterogodzinne wiatry i mgły nie zniszczą. A ja w całej swojej złośliwości podsunęłabym na dziesięć minut swoją czapunię, nasadziła na piękną główkę z wyfryzowanym puklem. I niech ją sobie ściągnie pośród tego całego piękna krajobrazu z radością na ustach, śmiejącymi się oczyma, a później niech zerknie w lustro. Skończył by się spot reklamowy ucieczką skończonej modelki z powiewającymi elektryzującymi włosami, z grzyweczką odpowiednio do anturażu i użytych środków stylizacji, na wieki przygładzoną do czółka. W swojej niewinnej czapeczce odnalazłam anty analogie do pewnego rodzaju reklam a właściwie kłamstw w nich zawartych. I w zasadzie mi przychodzi stosunkowo łatwo znaleźć niekonsekwencje czy też naciąganie w reklamach. Podchodzę obojętnie do ich przekazu, jednak ja stanowię pewien doświadczeniem naznaczony rodzaj ludzki, który nie tak łatwo daje sobą manipulować. Co innego, kiedy w grę wchodzi widz w postaci mojego młodszego synalka. Ten to niczym gąbka, bibuła, absorbent wszelkiej głupoty, chłonie treści, fascynuje się obrazami i łyka niczym pelikan wszystko, co chcą mu z telewizyjnego ekranu wcisnąć. Zabawki z górnej półki marek reklamowanych, dla chłopięcej populacji, słodycze przedstawiane, jako coś bez czego jego życie będzie nijakie i pozbawione jakiegokolwiek smaku, tu już mniejszy nacisk na płeć odbiorcy. Choć ostatnio posunięto się do podziału na płeć czegoś o nazwie kinder jajko. To bym chciał, ale nie takie, bo to dla dziewczyn. Uczę się całe życie, to co widzę nie daje nadziei na jakąkolwiek metę tych zapędów, skoro jak widać można nawet upłciowić słodycze. Zastanawiam się kiedy osiągnięty zostanie szczyt tej walki o klienta. Jak dalece można się posunąć w wymyślaniu kolejnych głupot, choć z drugiej strony obserwując niektórych dorosłych i ich podobne do Kleszczyka zachowanie w tym chceniu posiadania konkretnej kolejnej rzeczy chyba nie ukróci tej batalii. Dopóki znajdzie się choć jeden matołek dla którego ważna będzie etykieta z markową nazwą, fason stanowiący o szczytach elegancji, czy dodane naste ostrze maszynki do golenia, dopóty będą karmić nas nowościami i reklamami coraz bardziej odległymi do normalności i prawdy.

 

 

Poza wszelkimi reklamami znalazłam sobie coś do słuchania. Może komuś też przemówi do ucha i serducha.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MURY PROBLEMÓW
Notatkę dodano:2014-11-29 07:09:07

  Nigdy nie jest tak, żeby jakoś nie było. Coś się wali, wydaje się, nie podźwignę. Brakuje sił, entuzjazmu, inwencji. Jakby przede mną stała ściana, której głową się nie rozwali, objeść nie sposób, przeskoczenie wydaje się niemożliwe. Chiński mur problemów. Można zakasać rękawy, próbując niczym więzień wyłuskiwać po kawałku aby przekopać się przez coś, co wydaje się być na tyle monolityczne, że sam ten fakt powoduje zniechęcenie. Można rozpatrywać na różne sposoby pokonanie muru. Zapewne jakimś katorżniczym uporem udałoby się. Tylko przeważnie nasze problemy nie wymagają aż takiego zaparcia. One niejednokrotnie rozwiązują się same. Spotykamy na swojej drodze dobrych ludzi, którzy niespodziewanie ofiarują nam swoją pomoc. Zdarza się koleje losu tak się układają, że w odpowiednim momencie za jakąś przyczyną problem maleje, kurczy się a nawet niczym wyprysk na skórze samoistnie znika. Nie zawsze tak się dzieje, czasami jesteśmy niezbędni, nasze działanie to jedyna droga do zniknięcia niechcianych sytuacji. Tylko skąd mamy wiedzieć, kiedy działać a kiedy dać sobie spokój. Przecież ścieranie się z problemami wcale nie jest przyjemne samo w sobie. Negatywne odczucie faktu nawarstwienia się trudnych spraw, jakaś adrenalina nie zawsze w pozytywnym znaczeniu, to czasami przymus, konieczność a nie przyjemność. Życie to pasmo wzlotów i upadków, czasów lepszych i tych gorszych, euforycznych uniesień i depresyjnego pogrążenia w smutku znikąd. Jednym łatwiej samodzielnie przechodzić te stany, inni niczym w bagnie toną. Nasze odbiory różnych sytuacji podobnie różne jak my sami. Na coś miewamy iluzję wpływu, coś dzieje się poza nami. Przy całych moich próbach wiary w pewną formę przeznaczenia, jakieś odgórne rozdania losów, nie siadam z założonymi rękoma czekając na to, że zrobi się samo, samo się rozwiąże, lub zniknie samoistnie podobnie jak się pojawiło. Próbuję, podchodzę do rozwiązania sprawy z jakim maniackim uporem, jeśli nawet nie widzę szansy na dobre efekty. Bywa moment, kiedy natrafiam na ten mur nie do przejścia, zrobiłam co mogłam i nie dam rady przeskoczyć ani obejść. To jest ta chwila, kiedy powinnam u podnóża swojego muru siąść i czekać na przeznaczenie. Z moim charakterkiem nie jest łatwe bezczynne siedzenie, nosi mnie, już mam ochotę niczym Monte Christo ryć w murze. I zdarza się coś tam dłubię, choć z mizernym skutkiem. Ja zajmuję się skrobaniem drobinek problemu, nie zauważając, że on jakoś się jednak rozwiązuje. Poza mną, sam malejąc lub znikając zupełnie. Tuż za moment pojawi się następny, i kolejny. Zapominam o pierwszym zajęta tymi, które w niemalejącej kolejce czekają. Czekają abym coś z nimi zrobiła, albo same ze sobą robią coś co powoduje, że maleją. To co było przedwczoraj moim zmartwieniem rozwiało się, pozostawiając ledwie cień obecności. Wcale nie nastąpiła próżnia, w mojej atmosferze gdzieś lewitują kolejne sprawy, czekając karnie na chwilę aby mnie osaczyć i sprowokować do żmudnych prób rozwikłania. A ja w całej swojej dziwaczności będę kruszyć, skrobać, próbować robić wyłomy, aby tylko pokonać koleją przeszkodę. Ponownie nie dam szansy na całkowite rozegranie moich spraw przez przeznaczenie, zabiorę okazję na całkowite samoistne zniknięcie. Widocznie nie potrafię, taka konstrukcja, nie umiejąca pogrążyć się w bezczynności. I istnieje we mnie ta świadomość podobnie jak prawie pewność, że jeśli przestanę skrobać mój mur, to będzie znaczyło, że bagno mnie pogrąża, a ja nic nie robię aby złapać się jakiegokolwiek ratunku. A jeśli tak zupełnie zobojętnieję to chyba po prostu zniknę. Liczę na to, że jeszcze parę murów mam do wyszczerbienia, parę bagien uda się przejść, i choć brudnej, zmęczonej, to nie obojętnej.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POKOMPLIKOWAŁO SIĘ
Notatkę dodano:2014-11-27 21:44:21

Runęły moje plany na dziś, stały się niezrealizowanym czasem przeszłym. Jakby sam fakt głośnego wypowiedzenia miał magiczną moc kasowania zamierzeń. I zamiast realizacji cały kwaśny dzień spędzony w domu. Tu kolejna sprzeczność w całym zwichrowanym jestestwie. Lubię być w domu, podpisuję się dwoma rękoma pod nazwaniem siebie domatorem, jednak i tu występuje pewna anomalia. Lubię i mogę siedzieć w czterech ścianach parę dni, bez wychodzenia z nich pod pewnym warunkiem. Kiedy to jest moja decyzja. W każdej innej sytuacji będzie mnie pobyt w mieszkaniu męczył, nudził, unieszczęśliwiał. Tak jakby z chwilą odebrania mi możliwości decydowania domator przeinaczał się w kogoś zupełnie innego. Co ma być pod przymusem lepiej, żeby wcale nie było. Jakieś moje wewnętrzne trybiki zaczynają pracować inaczej jeśli występuje przymus. Zaczyna kiełkować opór, który rozwija się w ponuractwo i pełnię nieszczęścia. Oczywiście jeśli sytuacja zmusza jakąś wyższą rangą do działania wbrew sobie, poddaję się, co jednak nie sprawia braku poczucia jakiegoś zawodu czy żalu. Gdzieś we mnie jakiś wywrotowiec rządzi moim charakterem i zabiera pokorę, lub też zmniejsza jej pokłady. Dziś też siły wyższe kazały siedzieć w domu, choć i plany i chęci ciągnęły w zupełnie inną stronę. Sztuka rezygnacji, próba pokory, i poczucie niespełnienia. Miniona noc przerywana dolegliwościami żołądkowymi Kleszczyka. Pierwsza odpadła z zawodów poszwa z kołdry. Iluzja spokoju, kolejna wykluczona poszewka poduszki. Za trzecim razem naznaczona wykładzina za łóżkiem, miska przeznaczona ku pomocy, jako coś bliskiego do użycia dopiero za kolejnym atakiem w pełni wykorzystana. Godzinne przerwy na próby wyłapania choć kawałka nocy na to, ku czemu ona ma służyć. Żołądkowe akcje wydają się nie mieć końca. Podobnie wygląda część dnia. Dnia, który w planach był zupełnie odmienny. Dnia, który zniweczył moją pogodę, zasiał niepokój i spowodował, że widzę swoją małość i nieporadność w niektórych sprawach. Oszczędzone mi one bywały, a kiedy nastąpią powodują, że zachowuję się chaotycznie, szukając po omacku pomocy. Na nic w takich sytuacjach stają się porady internetowe. Sobie potrafię wyszukać wariant pomocy, własnemu dziecku nie umiem. Wszystko przyjmuje jak próbę uczynienia mu krzywdy, negacja moich działań. To tylko potęguje coraz gorsze o sobie samej mniemanie. Stres urasta do rozmiarów, które zabierają dobre samopoczucie. Nie wiem, jak rozegrać jutrzejszy dzień, jeśli przypadłość nie minie. Gdzieś opuściła mnie Herkulesowa moc, i może najlepszym będzie pozostawienie spraw samych sobie. Noc przyniesie rozwiązanie, lub pozwoli takowe samej znaleźć. Nie wypowiadam na głos dzisiejszych planów, niech tym razem choć część z nich się spełni.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIESZ....... TO TYLKO PRZEDMIOT
Notatkę dodano:2014-11-26 22:03:16

Kilka minut wyrwanych obowiązkom, parę słów puszczonych po niewidzialnych łączach, co tam, co tu. Mała przerwa, która ma mnie uświadomić, uspokoić, sprawić iluzję, że choć tu, mam jakiś mały wpływ na to co dzieje się w domu. A przecież zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, że beze mnie ten nasz świat nie zawali się w posadach. Nic mój telefon nie zmieni, poza jednym, że utwierdza mnie w przekonaniu o normalnym biegu zwyczajnych spraw.

 

-” Wiesz, jest taka sprawa....” . Nieodłącznie, takie niby niewiele znaczące zdanie, ze specyficzną modulacją mojego męża, stawia na baczność cały mój środek. Nie wiem, czy on z całkowitą premedytacją czy też jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z moich reakcji, akurat taki sposób niejednokrotnie obiera do zakomunikowania mi czasami całkiem błahych spraw. Przerwa następująca po wyrazie „wiesz”, jakby zbierał się do drastycznie zmieniających mój świat wyznań, kataklizm, który będzie opisany doprowadzi do jakiegoś katatonicznego szoku z mojej strony. Ta przerwa ma wyciszyć, uspokoić a dokonuje skutku zupełnie odwrotnego. Jestem pełnokrwistą potomkinią kobiet w swoim rodzie ze zwichrowanym genem spokojnego przyjmowania niewiadomego. Nim ktoś uświadomi fakty, moje czarnowidztwo włącza się w trybie pełnoekranowym. HD czarnowidztwa. Pomimo sporych pokładów optymizmu, wypaczony sposób przyjmowania włącza się samoistnie. Żadna moja walka nie jest w stanie tego wykarczować ze świadomości. Słowo – hasło, modulacja, i moja reakcja od razu wyczekująca najgorszego. Tempo przebiegu możliwych do spełnienia życiowych tragedii, które gdzieś po moich łączach pod czaszką galopują jest tak zastraszająco szybkie, że sama dziwię się jak możliwe. Zapewne mój ślubny nawet nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, nie zauważając niczego dziwnego ani w sposobie ani gramatyce. „Wiesz.....” i już jakiś pstryczek się załączył, oczekiwanie na ciąg dalszy naelektryzowało mnie na tyle, że psychicznie i fizycznie jestem gotowa na wszystko. Kiedy usłyszę złą wiadomość, już na nią byłam gotowa. Kiedy wiadomość jest błahostką, głaz o nazwie oczekiwanie spada wprost pod moje nogi z wielkim łoskotem. Fakt, że spodziewam się przeważnie tego co złe, powoduje, obojętność na błahostki. A kiedy usłyszę, że „zbił się dzbanek, w którym parzę ziołową herbatkę”, gdyby nie odległość i niewidzialność łączy, doprowadziłby że w afekcie stałabym się wdową. Taka pierdoła jak stłuczony dzbanek, nie ma racji bytu w telefonicznej konwersacji, a już na pewno nie ma prawa być poprzedzona czarodziejskim wyrazem „ wiesz” z głęboko modulowaną przerwą przed ciągiem dalszym. Od dawna wychodzę z założenia, że szkło, kamionka, porcelana ma prawo się zbić, emaliowane naczynia obić. Nie boleję nad tym, choć bywa czegoś mi żal, kiedy żywot ulubionego przedmiotu zakończy się w taki sposób. Najlepszy kubek, szklankę, talerz czy kieliszek można zamienić innym, który stanie się podobnie dobry. Niektóre przedmioty są obarczone moim sentymentem, jednak nie jest on rozrośnięty na tyle abym rozpaczała po stracie. To tylko przedmiot. Pamiętam, z dzieciństwa pewne zdarzenie, które być może wywarło jakiś wpływ na moje podejście do szklanych przedmiotów użytkowych. Moja rodzicielka wielkim uwielbieniem darzyła ówcześnie modne kryształowe naczynia. W moich oczach te ciężkie przedmioty były nieporęczne, gromadzące niepotrzebny kurz, i wymagające ostrożności w obchodzeniu się. Ostrożność musiała być zwielokrotniona z uwagi na atencję mamusi do tych szklanych „arcydzieł”. Ona się w nich lubowała, ja odbierałam jako zawalidrogi wycierania kurzu. Akurat to należało do moich dziecięcych obowiązków a dzięki kryształom było utrudnione w realizacji. I właśnie będąc dzieckiem w wieku wczesnopodstawówkowym w trakcie szaleństwa z jedną z goszczących u mnie koleżanek zbiegiem odgórnie wytyczonych szlaków jeden z największych w kolekcji wazonów uległ niespodziewanemu wypadkowi. Pech lub szczęście, w zależności od punktu widzenia polegało na zamortyzowanym przez jakieś nasze reakcje wywróceniu. I miast, jak to powinno mieć miejsce, rozbić się na milion kawałków, on jak przecięty precyzyjną piłką rozdzielił się na dwie części. Mój spokój wzorem prawdziwego kryształu legł w gruzach, popadł w proch i rozwiał się w pył. Trzeba było czekać na przyjście entuzjastki kryształów z pracy, werdykt, wyrok i karę. Tego oczekiwania przepełnionego jakimś strachem nie zapomnę chyba nigdy. Dziecięca wyobraźnia pracowała na podobnych obrotach jak po czarodziejskim wyrazie męża. Jaka za dzieło zniszczenia była kara nie pamiętam. Mama skleiła w jakiś sposób te dwie części, z powtarzalnością co jakiś czas tej operacji. I jeśli nikt tego okazu nie załatwił dokładniej ode mnie, zapewne stoi do dziś dnia gdzieś na którymś z maminych mebli zbierając jak kiedyś kurz. Być może to przepełnione moim strachem wydarzenie miało wpływ na moje beztroskie podejście do wszelkich skorup. Nie chcę aby nikt odczuwał taki strach przy zbiciu czegokolwiek, jaki był moim udziałem. Coś się stłukło, taka kolej rzeczy, będzie następne.... Każdą skorupę można zmienić na inną, nawet jeśli będzie to waza z dynastii Ming....Nie warte one są naszego żalu. To tylko przedmioty.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


COŚ MIJA, COŚ ZOSTAJE
Notatkę dodano:2014-11-24 17:43:42

W spełnialność marzeń dawno temu przestałam wierzyć. Nie zaskakuje mnie ten stan, nie dziwi, choć nie powiem, że przyjęłabym odmianę zupełnie obojętnie. W temacie żadne zmiany nie zachodzą, świat dalej stoi w swoich posadach, ziemia kręci się w dotychczasowym kierunku. Marzenia pozostają w moim mniemaniu w sferze nieosiągalnej. Tu nie pomoże wiara co góry przenosi, inny wymiar, którego nie zmieni żadne moje chcenie. Nie rozdzieram szat, przyjmując jako dawno sprawdzoną normę. Zresztą pisałam już kiedyś o moim stopniowaniu życzeń, marzeń, pragnień, a skoro stan nie uległ zmianie, w chaos nie zostało ono zmienione, kończę wywód, kierując się zupełnie gdzieś indziej.

Minione dni, kiedy moja obecność tutaj odbywała się bez pozostawienia znaku oraz z bzdurną notką w dniu wczorajszym, nie były pozbawione innych doznań i spostrzeżeń.

Pierwsze z nich to fakt, że ostatnimi czasy dzień moich urodzin specyficznie z większą mocą wżyna mi się w pamięć. W tamtym roku, wizyta męża na SOR, obecnie podwyższona adrenalina z odmiennego powodu, jakkolwiek również oscylującego wokół zdrowia najbliższych.

Moja mama wyjechała na pielgrzymkę w nocy z soboty na niedzielę. Daleka podróż do Portugalii miała odbywać się etapami oraz różnymi środkami komunikacji. Z pewną obojętnością przyjmowałam harmonogram, co stało się powodem, że nie zapamiętałam dokładnej godziny wylotu z Berlina. W niedzielny ranek rozdzwonił się mój telefon. Pracą i pobytem telefonu w szafce w szatni, spowodowana moja błoga nieświadomość jeszcze nie dała zmiany nastroju. Jednak w wolnym momencie nastąpiło uświadomienie, że musiała nastąpić jakaś bardzo awaryjna sytuacja wnioskując po ilości nieodebranych przeze mnie połączeń. Były to telefony od osób z którymi raczej nie utrzymuję zbyt częstych kontaktów. W normalnych warunkach nie utrzymuję, jednak widocznie warunki przestały być normalne. Ktoś z rodziny wiedząc o wyprawie mamy, oglądając telewizję natknął się na wiadomość o katastrofie polskiego autokaru wiozącego turystów z polski. Czas się zgadzał, narodowość była zbieżna, wiele przemawiało za ewentualnością akurat takiego trafu nieszczęścia. News był na tyle mało szczegółowy, że postawił na nogi sporą część mojej rodziny. Nie będę opisywać szczegółowo jakie moje działania zostały podjęte, jedno jest pewne rozkręciłam na paru frontach działalność w efekcie czego sytuacja została wyjaśniona. Na szczęście dla nas rozbity autokar okazał się innym pojazdem niż ten, którym jechała maja mama.

Dzień urodzin ma szansę zostać zapamiętany i zostanie. Jeśli tak będą wyglądać moje kolejne urodziny będę mogła ze szczegółami opisać każdy kolejny począwszy od panujących warunków atmosferycznych na anomaliach sytuacyjnych kończąc. Zrobię sobie wykaz : czterdzieste szóste- wizyta męża na SOR, pogoda – mżawka, mgła, umiarkowane zimno, adrenalina na poziomie osiemdziesiąt procent. Czterdzieste siódme – czysto błękitne niebo, chłód temperaturowo oscylujący około siódmego stopnia Celsjusza, słonecznie, mama na pielgrzymce, praca, rozbity autobus, rozgrzany telefon, wyjaśnianie sytuacji, wyciszenie spowodowane dojściem do faktów, adrenalina na poziomie sześćdziesiąt pięć procent.

Czterdziestych piątych nie pamiętam, widocznie niczego szczególnego sobą nie przyniosły, ciekawe co przyniosą kolejne....

 

Tyle o urodzinach, myślę, że na tę chwilę temat zamknę. Jednak zdarzyło mi się jeszcze coś, co sobie zapamiętam. Co prawda tuż przed moim świętem, jednak w tamten zwyczajny dzień sprawiło, że poczułam się bardzo świątecznie. Odwiedziłam pewną swoją znajomą. Od czasu do czasu się spotykamy, mam w niej dobrą koleżankę, jakieś pokrewieństwo dusz, choć dzieli nas spora różnica wieku. Najpierw był wyrzut, dlaczego tak rzadko przychodzę, moje tłumaczenia brakiem czasu, pracą, niechęcią do niespodziewanych wizyt, paroma innymi wymówkami. I wtedy ta osoba, powiedziała, że jestem jedną z tych osób, które mogą przyjść o każdej porze i każdego dnia, bez zapowiedzi, bez zaproszenia. I ja wiem, że tak mnie w tym domu właśnie traktują, jak członka rodziny, jak kogoś, dla kogo zawsze znajdzie się czas. To budujące i niesamowicie miłe w czasach, kiedy tak bardzo człowiek od człowieka się oddala. Być człowiekiem wyczekiwanym. Jeśli choć jedna osoba na świecie na ciebie czeka, a ty wiesz, że to oczekiwanie jest szczere, to wiesz, że jakaś cząstka ciebie jest coś warta. Dobrze mi z tą świadomością.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SPEŁNIJ MOJE MARZENIE
Notatkę dodano:2014-11-23 16:38:00

Kolejne dwanaście miesięcy za mną. Przeżyte całkiem świadomie, z wielorakością huśtawek nastrojów, zmianami wokół mnie, a także pewnymi nieodwołalnymi zmianami we mnie. Następna cyferka zaliczona, coraz mniej czasu na trzymanie się tytułu mojego bloga. Jednak jeszcze ten czas nie nastąpił. Jak nadejdzie, będę się tym martwić. Czy powinnam robić podsumowania minionego czasu, czy zaliczyć ten rok do dobrych, jaki był...? Spokojny, to dobre słowo. Kawałek tego co mi się wydarzało, tu zostawiało swój rozmyty ślad, część pozostawała tylko dla mnie. Czy jestem inna niż rok temu? Aż tak rewolucyjnie zmiany we mnie nie następują. Charakterek wrośnięty w duszę, wydoroślał choć cechy przewodnie takimi pozostały. Zresztą dobrze mi z nim, nie czuję potrzeby zmian. A reszta mnie... jest jaka jest, przez niektórych kochana, przez innych pobłażliwie oceniana, nienawidzona. Zapewne nie różnię się od wielu z nas.

Miałam na dziś pewien plan. Kilka zdań, i prośba. Przeważnie moje plany biorą w łeb, więc dla odmiany....

Mój wywód uświadomił Was drodzy czytelnicy, w fakcie, że mam dziś takie swoje małe święto. Z tej okazji, możecie spełnić jedno moje niematerialne marzenie.

 

Wiem, że parę osób tutaj bywa, dziś proszę o mały znak tych bytności. Proszę pozostawcie pod tą notatką swój komentarz. Napiszcie w nim jedną małą kropeczkę. To niewiele, a dla mnie będzie jakąś oznaką, Waszej tu obecności i sensu zostawiania paru moich słów. Z góry bardzo dziękuję. Będę oczekiwać na skutek swojej prośby, może tym razem moje marzenie się spełni. Z tym marzeniem idę w kolejny rok mojego życia.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


LISTOPADOWE OCZKO
Notatkę dodano:2014-11-21 22:01:49

Małe święto w końcu tygodnia. Niewiele potrzeba by inaczej odbierać zwyczajny dzień. Czasami wystarczy parę wolnych godzin z małymi cegiełkami swoich spraw. Zabudowuję każdy dzień pstrokatymi kawałeczkami. Tworzy się z tych kawałków jakaś całość, czasami bardziej barwna, czasami zupełnie w jednolitej szarości. Dziś było bardziej kolorowe, choć niby całkiem bez czegoś szczególnego. Nawet szarość za oknami, czy też zimno prowokujące mnie do ubrania po raz pierwszy czapki nie zdeptało tych dobrych odczuwań. Rozsmakowuję się w tym, bo kto wie, jak długo ten stan potrwa. Ciało niczym zardzewiały model daje odczuć poszczególne swoje kawałeczki, jednak duch przykrywa całą rdzę dobrym smarem. Pobłażliwy uśmiech kierowcy, który wcześniej uświadomiony w celach mojej porannej eskapady, zostawiam za zamkniętymi oczyma. W uszach nowe odkrycie rodzimej twórczości, w której się rozkochuję. Kołysanie busa, znieczula codzienność, od której nie ma ucieczki. Nie uciekam tylko inaczej odbieram. Jakaś część mnie jest tu nieobecna. Mało ważne stają się sprawy do zrobienia, mam na nie siłę. Liczy się teraz, nie pracowite jutro poza domem, nie pojutrze, kiedy kolejny pełny rok dopiszę do metryki. To z innego wymiaru, który udało się odsunąć. Przyjdzie, będzie, minie robiąc miejsce dla kolejnego rozdziału. A dziś jest takie jakie jest, kolorowe w moim środku, pomimo szarości wokół.

 

Zapach pieczonego chleba unosi się w całym domu, powoli wypierając wcześniejszy aromat racuchów z białym serem. Miesza się to wszystko powodując ożywienie całego mieszkania. Kleszczyk nieobecny pozbywa się nadmiaru energii na zajęciach piłki nożnej w formacie dla nieletnich. To, choć pozbawione sztywnych sportowych reguł i zasad wydaje się czystsze od dorosłego uczestnictwa w meczach i rozgrywkach. Liczy się zabawa, jakaś rywalizacja, za którą nikt nie przewidział zysków. Nie zawsze przestrzegane są zasady fair play, tylko te naruszenia jakby niechcący, bo przecież chce się wygrać. Podobnie jak u dorosłych chęć bycia lepszym prowokuje do zachowań dalekich, od pewnych przyjętych norm, dzieciaki próbują na ile można naginać cierpliwość i przepisy. Porażka w rozgrywanych obecnie małych meczach, skutkuje u Kleszczyka znielubieniem do następnego polubienia członków drużyny przeciwnej. Dobrze, że trener stosuje pewną rotację zawodników w drużynach. Dzięki temu istnieje szansa, że następnym razem, czyli już w poniedziałek znajdzie się młody wśród wygrywających z jakąś różną od dzisiejszej ekipą i zapomni o obecnych animozjach. Tempo zmian nastawienia w kwestiach, lubię, nie lubię jest tak dynamiczne, że nawet nie próbuję, ani w nie ingerować ani nadążać. Jeszcze nie wyklarowane są przyjaźnie, kontakty z rówieśnikami niczym pole minowe. Wybuchy lubienia tuż obok eksplozji nielubienia następują raz przy razu. Największy klasowy przyjaciel za zabawę na przerwie z innym kolegą może zostać w przeciągu dnia parę razy wrogiem. Trzymam dystans od wtrącania się w te relacje. W małoletnim gronie dopóki nie dzieje się krzywda takie docierania charakterów to norma, i żaden rodzic nie jest tam potrzebny. Cóż z tego, że jesteśmy mądrzejsi doświadczeniem, spokojem, umiejętnością niedopowiedzenia wszystkiego, ugryzienia się w język tuż przed momentem krytycznym. Nasze dzieci w tych międzyludzkich sprawach doświadczenia muszą zbierać same. Możemy nakreślić, pokazywać kierunek, wyartykułować pewne skutki, tylko dzieciaki nie chcą słuchać, to dziedzina w której najlepsza nauka, najbardziej zapamiętana to ta na własnych błędach. Zapewne podobnie będzie z treningowym nielubieniem wygrywającego przeciwnika, parę razy zmieniający egidę w końcu stanie się obojętny, lubiany za inne przymioty niż fakt wspólnej przegranej, lub nielubiany z jakichś innych przyczyn. Obserwuję te istoty, którym daleko do dorosłości i widzę zwierciadełka nas, dorosłych. Przerysowane postacie, ekspresyjne zachowania, nie zawsze mogą być powodem dumy z tego, jakimi wzorcami jesteśmy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE JESTEM GOTOWA NA LETARG
Notatkę dodano:2014-11-19 20:50:42

Wczorajsza notatka w swojej szczątkowej postaci została pokonana zbyt wielkim zmęczeniem. Czas zimowy widocznie w specyficzny sposób wpływa na mój biologiczny zegar. Ludziom się nie chce, zegary inaczej zaczynają kierować naszymi organizmami. A może to nie żadne przesilenia jesienne, zimowe, pogodowe, czasowe tylko ja sama ponoszę winę za wadliwość niewidzialnego sprzętu odmierzającego czas. Tylko czy nawet pełne przyjęcie winy za zaistniałą sytuację coś zmieni? Mam swoje lata i widocznie zdarzają się dni, kiedy trzeba odrobinę spasować. To takie rozbieżne z moimi przyzwyczajeniami, nawykami. Właśnie teraz, kiedy nie chcę zwalniać tempa, kiedy dorosłam do brania życia całymi garściami, kiedy pewna mądrość przykryła głupotę młodości, mam zdecydować się na zwolnienie dotychczasowej prędkości. Potarguję się, będę negocjować ze swoim organizmem. Jeszcze nie czas. Może nawet samo ciało nie jest na tyle zbuntowane, że nie wyrabiam, po prostu wieczorami ogarnia mnie senność tak wielka, że nawet nie mam siły doczekać powrotu męża z drugiej zmiany. Sam fakt wstawania przed czwartą rano nie powinien być wymówką, bo przecież zawsze tak było. Tylko, zawsze doczekiwałam, a obecnie siła przyciągająca moją głowę do poduszki jest jakąś wielokrotnością sił grawitacji. Nie daję rady się oprzeć. Funkcje życiowej aktywności stopują z chwilą wypoziomowania mojego ciała na łóżku. Nie męczę się z zasypianiem, nie moszczę w poszukiwaniu doskonałości legowiska. Wypoziomowanie mojego ciała równa się twardy sen. nie ma czegoś takiego jak proces zasypiania, liczenie baranich stad, podsumowanie dnia, plany na jutro. Nie ma mnie, nie ma nic z wymienionych. Ten mój sposób zasypiania stał się pewną podstawą do żartów ze strony małżonka. Dla mnie to oznacza pewien okres równowagi, bezproblemowości. Bo kiedy są problemy, to ani spanie ani jedzenie mi nie wychodzi. Nie przesypiam i nie zajadam swoich ciężkich chwil. Kiedyś mając dosyć dużych rozmiarów trudne sprawy potrafiłam osiągnąć rozmiar trzydzieści sześć, co przy normalnym czterdzieści z haczykiem spowodowało pewien mój zanik. Zrobiło się mnie mało, bez wysiłku, bez ograniczeń żywieniowych, bez problemu choć z dużym problemem. W normalnych warunkach powinnam się więc cieszyć przesypianymi bezproblemowo godzinami, tylko popadanie ze skrajności w skrajność nie jest dla mnie dobrym rozwiązaniem. Możliwa jest też wersja osiągania kierunku odwrotnego do ewolucji i powrót do zwierzęcych cech. Tu zapewne jakaś modyfikacja genetyczna sprawiła, że miast w stronę małpiego rodu się kierować zmierzam gdzieś w okolice brunatnego niedźwiedzia. Ten zwierz w normalnych swoich zachowaniach zapada w zimowy sen, a moje symptomy wyraźnie ku temu dążą. Walczyć z wtórną ewolucją nie mam siły, pozostaje mi więc czekać na efekty i skutki. Nim jednak osiągnę letarg, z którego trudno będzie mnie wybudzić przed wiosną lub bajkowym działaniem odciskającego pocałunek księcia, muszę jeszcze parę spraw nie czekających wiosny załatwić. Mam w planie coś na własne urodziny wyżebrać od czytających tego bloga, a w imieniny zaliczyć Wrocław z paroma punktami topograficznymi. Co prawda zdaję sobie sprawę z efektów mojego planowania, choć pewien procent wykonalności miewa miejsce. Istnieje więc nadzieja na prawdopodobieństwo sukcesu planów. O urodzinowym zamierzeniu mogę napomknąć, bo to już za chwilę, a kto wie, czy uda mi się tutaj zostawić jakiś ślad bytności. Możliwe, że zmęczenie lub cofająca ewolucja spowoduje odpłynięcie w krainę zimowego snu, i z przyczyn, niejako nie zależnych od siebie usprawiedliwienie nieobecności przyjdzie wraz z wiosną. Wymyśliłam sobie taką maleńką prośbę, życzenie urodzinowe do spełnienia przez osoby czytujące moje wypociny. Postaram się w dniu swoich urodzin zamieścić, krótką, paro zdaniową notatkę w której poproszę o pozostawienie pod nią znaku bytności w postaci komentarza pod nią. Nie chcę żadnych słów, może to być jedna kropka, jakiś znaczek, bez jakichkolwiek personaliów. Tylko ślad, że ktoś całkiem realny był i zostawił odcisk tego pobytu. Możliwe, że moja prośba będzie pominięta, milczeniem, jednak kto mi zabroni mieć życzenia, marzenia. Zwłaszcza, kiedy za oknami tak bardzo obdarta z chęci do podziwiania aura, którą jakoś trzeba przeczekać i przeżyć, i nie zapomnieć o grymasie zwanym uśmiechem. Nim Morfeusz rzuci mnie w senną próżnię i na dziś tego uśmiechu każdemu życzę.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZŁOTO JESIENNYCH....MYŚLI
Notatkę dodano:2014-11-17 19:54:05

„Ci którzy chcą -szukają sposobu.

Ci którzy nie chcą – szukają powodu.”

 

Nie jestem pasjonatką złotych myśli. Zresztą czy każda z tych, tak górnolotnie nazwanych prawdziwie może być złotą. Czy zawiera w sobie, w prostych paru słowach, prawdy wiadome, zaskakując formą skąpego przekazu z zarazem głębią zawartej mądrości. Bywają złote myśli grubo ciosane, toporne, niczym mnie nie zatrzymujące. I te najprostsze, z pozoru banalne dające możliwości rozwinięcia, zauważenia ich podobieństw do sytuacji własnego życia. Podobnie sprawa miała się z powyższymi słowami. Gdzieś natrafione, w morzu słowotoku, nie dały się ukryć przed wzrokiem. Być może właśnie dla mnie w tamtej chwili one były przeznaczone. Może powinny stanowić mobilizację do czegoś, co odkładane, wymówkami przykrywane. Zdarza się nam tak właśnie, jak streszczają to powyższe słowa. Chcemy, zrobimy wszystko aby chcenie przekuć na sprawę do której dążymy. Nie ma przeszkód tamujących drogę, nie ma na tyle stromych podejść, których nie damy rady pokonać. Bo prawdziwie chcemy. Wszystko podporządkujemy temu chceniu. Nasze pragnienie czegoś, będzie nas niosło, uskrzydli na tyle, że nie poczujemy jak wiele wysiłku włożyliśmy w osiągnięcie celu. Prawdziwa chęć ominie każdą przeszkodę, bo i my sami silniejsi dzięki niej się stajemy. Kluczymy w poszukiwaniu rozwiązań, byleby tylko dojść celu. W pewnej formie stajemy się nadczłowiekiem, bo wszystko podporządkowujemy celowi, który staje się coraz bardziej w zasięgu ręki. Każdy zdobyty cel przez chwilę daje poczucie szczęścia, że się udało. A udało się tylko dlatego, że prawdziwie chcieliśmy. Ten z drugiego wersu, będzie udawał że pragnie, ale tej iskry, która zapali jego chęć, gdzieś zabrakło. Nawet maleńkim płomyczkiem ona się w nim nie żarzy. Może stworzył pozory, może komuś obiecał, a może z początku nawet miał wizję że warto, że chyba chce. Nie zaiskrzyło się na tyle aby zapłonąć. Trzeba wyjść z twarzą, usprawiedliwić brak dążenia. Znajdzie się stu winnych niepowodzenia, milion wymówek krzyżujących prostą drogę, pozbawiony chęci znajdzie sprzysiężonych wiele powodów blokujących wykonanie. Tak naprawdę będzie próbował wybielić się przed innymi i przed sobą. Przed innymi może uda się ten manewr, bo tak naprawdę cóż nam do czyjegoś życia. Jednak czy takie usprawiedliwianie spowoduje, że sami poczujemy się bez winy w niepowodzeniu. Niektórzy potrafią nawet uwierzyć we wszystkie przeciwności i powody piętrzące się i negujące wykonanie, jednak sądzę, że większość zdaje sobie sprawę z faktu, że sami są winni niepowodzenia, tylko po cóż przyznawać się do swojej słabości przed innymi. To nie jest łatwe, przecież wolimy w czyichś oczach być postrzegani jako ludzie sukcesu, a nie nieudacznicy. Prościej więc mieć powody niepowodzenia, które nie rzutują na nasz obraz. Nie udało mu się bo …. . Bo ma problemy w pracy, bo żona się czepia, bo ciągle pod górkę, bo brak kasy, bo...,bo...,bo... . Dziesiątki takich bo..., wybielają naszą własną winę, w cudzych i czasami własnych oczach. A może warto przyznać się do własnego udziału w niepowodzeniu. Kto wie, być może liczba „bo...” drastycznie ulegnie zmniejszeniu. Nie każdy z nas jest herosem, nie każdy opoką, bywamy karłami, cieniasami, małymi pikusiami. Potrzebujemy czasami pomocy, wsparcia, impulsu oraz prowadzenia za rękę. To nie spowoduje zapewne podniesienia wartości, ale być może pozwoli coś bardziej zechcieć, i wytrwać w tym chceniu bez doszukiwania się wymówek i powodów. Może ktoś drugi pomoże dojść do celu, który kolejnym razem będzie się opierał już tylko na naszym prawdziwym chceniu.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


IGRZYSKA POLITYCZNYCH FANTOMÓW
Notatkę dodano:2014-11-14 22:11:06

Kiedyś, wcale nie tak dawno, był jeden człowiek, którego słowa jakoś bardzo mi pasują do dzisiejszej notatki. Przeszłość nie tak zamierzchła aby nie pamiętać w różnych wariantach i sytuacjach przytaczanego sławnego: „nie chcę ale muszę”. Dziś i mi te słowa cisną się jakoś same, rozgaszczają się, rozpychają w konsekwencji tego, co mój mały świat ma okazję widzieć i obserwować. Obrodziło nam w zbawców świata, powiatu, gminy, miasta i wioski. Zbawcy rozrzucają wszędzie tysiące wizytówek z wizytówkami mało mającego wspólnego, plakatów do niczego nie potrzebnych, gazet walających się po przystankach oraz rozwiewanych przez wiatr. Dzięki takiej współpracy z siłami natury propagandowa makulatura rozejdzie się po świecie, nie omijając lasów, rowów i pól. Zwierzyna łowna, przyszłoroczni grzybiarze oraz inne jednostki zapuszczające się na bezludzia będą miały okazję poznać atuty, walory i przymioty startujących w obecnych wyborach ludzi. Z polityką mi nie po drodze. Ta pani innego dla mnie autoramentu, nie koniecznie warta pochwały i naśladownictwa, jednak jej działanie przeogromne. Ludzie wydawałoby się całkiem normalni, stateczni, poważni zaczynają zachowywać się niczym bezwolne marionetki. Byle tylko dopaść celu będą tańczyć, śpiewać, poniżać się i robić masę rzeczy, o które nigdy byśmy ich nie podejrzewali. Obserwuję. Patrzę. Widzę i ogarnia mnie pewnego rodzaju wstyd za te gumowe jednostki. Polityczne fantomy. Zrobią wiele. Nie posunę się do stwierdzenia, że zrobią wszystko, aby tylko dostać się tam gdzie zmierzają. Jednak z moich obserwacji wynika, że niektórym, zeszmacenie się przychodzi stosunkowo łatwo. Po cóż sypać przykładami, każdy z nas ma okazję obserwować postępującą degradację człowieka, który pójdzie w tany z polityką. Część z tych dotychczas podpierających ściany dostąpi zaszczytu wykonania tanecznego pas z wyczekiwaną partnerką, inna grupa obejdzie się smakiem. Tylko nim rozejdzie się z tanecznej sali, pozostawi po sobie opinię, która przez dłuższy czas będzie się za nimi ciągnąć niczym tren sukni za panną młodą. Kto raz się zeszmaci długo musi czekać na rehabilitację, czasami tak do końca nigdy ona nie nastąpi. Można jako człowiek prywatny zachowywać się jak pajac, można być specyficznym gatunkiem wazeliniarza, oszustem, gnomem bez krzty honoru. Jednak jeśli ktoś próbuje wykorzystywać te „atuty” w szerszym kontekście dopychając się do korytka, w moich oczach staje się jakimś zmutowanym ogniwem ewolucji, które nie zasługuje na jakiekolwiek poparcie. Każdy ze startujących jest najlepszy, ma najwięcej planów na lepsze jutro, bije przeciwników na głowę w tym co zrobi, jak już będzie musiał, choć nie chce, ale przecież nikt inny nie zrobi tak dobrze... Cieszy mnie chyba jedna rzecz, że już za chwilę ten cyrk się skończy. Śmieci z czasem zostaną uprzątnięte, przymioty i zalety wraz z nimi znikną w otchłani kontenerów posegregowane a następnie przetworzone w kolejny produkt makulaturowy, ciekawe do czego będzie w kolejnym życiu użyta ta makulaturowa sieczka....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163525
Osób: 145980