Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PUSTE NACZYNIE
Notatkę dodano:2014-10-24 21:38:54

W codziennym natłoku, zwłaszcza, kiedy samopoczucie w niższych rejonach odczuwań, zapominam o czymś dużym i ważnym dla mnie. Możliwe, że fakt ciągłej obecności, przyzwyczajenia do takiego stanu, powoduje, że wydaje się to takie normalne. Zakłada się w tym przyzwyczajeniu, że przecież tak ma być, bo dotychczas było, to dlaczego ma się coś zmieniać. Przyzwyczaiłam się, że mogę liczyć, że nie potrzebuję niektórych spraw jasno mówić, a one na zasadzie domyślenia i tak się zadzieją. Tak mi właśnie w życiu znormalniało, spowszedniało, że przyzwyczajona do tych faktów nawet nie myślę, o innych wariantach. Nie chcę wysławiać pod niebiosa, wyśpiewywać jakichś peanów, hymnów pochwalnych, bo to, że układa się dobrze, wcale nie znaczy, że stanowi to nieskazitelny ideał. Są rysy, jak u każdego, zagniecenia, które próbuję od dwudziestu pięciu lat prostować, a one i tak pozostają z pewną niezmienną upartością. Może gdybym jednak ugładziła i sprawiła ład wedle własnego wyobrażenia, nie byłoby tak jak jest, a może zgniotło by się gdzieś w zupełnie nieprzewidzianym miejscu. Na zasadzie pewnych praw współżycia, ja udaję, że gładzę, on udaje że już przyjął tę moją wersję, akurat na tę chwilę, by za moment powrócić do stanu pierwotnie niedoprasowanego. Zresztą podobnie rzecz się ma w odwrotnym kierunku. Jakieś próby mające na celu zmianę czegoś we mnie, i mój opór w tej kwestii. Ja i mój mąż. Akurat dziś jest dzień, w którym miałam okazję pomyśleć, że naprawdę jest dobrze. Że nie wyobrażam sobie swojej teraźniejszości w inny sposób. Prowadzimy tak zwyczajne życie, że aż nieprzyzwoita ta nuda, spodziewalność. Jednak widocznie akurat tutaj jednakowo zagniecione wymagania i potrzeby. Nie szukamy niczego więcej, bo po cóż. Tylko, niczym byłoby to, do czego się codziennie wraca bez tej osoby, która już tam jest, lub też za momencik się pojawi. Która potrafi w całym przyzwyczajeniu do szarej normy wyczuć, że potrzebuję czegoś do lżejszego oddychania, że jak coś zrobię znikając na chwilę to tak, jakby mi dano parę dni urlopu. Może nawet chciałby inaczej, coś w inną stronę a jednak dla mnie odstawi te zamierzenia na półkę o nazwie: ”nie tym razem”, bo ma świadomość, że coś innego w tej chwili da mi stokrotnie więcej. I nie trzeba słów, potwierdzeń, zapewnień, to wszystko staje się zupełnie zbędne, a ja i tak wiem, jak dużo, jak mocno, jak wiele... Tylko czasami z przyzwyczajenia, zapominam. I dobrze, że są takie chwile, które dając zatrzymanie otwierają też oczy. Nie te patrzące, oglądające, sprawdzające tylko te, które mamy w sobie i które uświadamiają nam nawet bez namacalnego obrazu, że bez tej swojej połówki stanowiłabym tylko puste naczynie, nie wypełnione tym co dla mnie tak naprawdę najważniejsze. Byłabym niczym pusty kieliszek bez klarownego trunku, pucharek nie napełniony udekorowanymi lodami, waza bez zupy. Dobrze, że jesteś moja zawartości...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CHOĆ SŁABIEJ, TRZEBA PRZETRWAĆ
Notatkę dodano:2014-10-23 20:36:30

Czuję się niczym wyżęta z mocy istota, której mniej się chce niż powinno. Ciemnością otoczona droga do pracy, z której nic nie udało się zarejestrować. Jakby ktoś czarodziejskim guziczkiem wyłączył jakąkolwiek możliwość postrzegania. Nikogo nie mijam, patrzę pod nogi, jedyny okruch jakiejś radości pochodzi z faktu braku deszczu. Chociaż tyle. Jednak nie rekompensuje mi to całokształtu odczuć. Obojętność, znudzenie i poczucie jakiegoś zmęczenia. Nie mam czasu dla swoich fanaberii, odskoków w ulubione miejsca. Akumulator w ciągłym stanie rozładowywania coraz mniej ma w sobie mocy która przedkładałaby się na moje chęci do działania. I staram się, próbuję na przekór niemocy, zbieram się w sobie aby przejść kolejny dzień. A one takie podobne do siebie, niczym dobrym nie dające zaskoczenia. W tym ogólnotłamszącym wszystkim wokół, moje niedopowiedzenie w temacie choroby młodego byłoby przekłamaniem z mojej strony. Trzydniówka temperaturowa Kleszczyka podobnie jak pojawiła się znikąd, tak po całym szeregu wypitych ze zdrowotnymi naparami szklanek, po wielokrotności pomiarów, moich kilometrach przebiegniętych w pośpiechu, znikła zostawiając po sobie spierzchnięte wargi, jakiegoś pryszcza na brodzie i poczucie ulgi. Niech choć z tej strony zapanuje nuda, nie pragnę chorobowych wyskoków. Zwłaszcza, że jutro ostatni mój wolny dzień przed stanowczo za długim maratonem dni roboczych. Dziewięć dni pracy następujących po sobie. Jestem na to wkurzona, bo świadczy takie rozplanowanie nie tylko o łamaniu pewnych praw kodeksu, o czym mam świadomość, ale też o niejakiej bezmyślności. Wyżyłowanie pracownika takim ciągiem wcale nie powoduje u niego ani radości, ani większych mocy i zaangażowania. Czyli moje „witaj dniu wolny”, odbędzie się dopiero trzeciego listopada, a do tej pory muszę uzbroić się w jakąś obojętność, znaleźć coś, co choć w kawałku zrekompensuje mi tę niechęć. Nie będzie łatwo, zwłaszcza kiedy za pasem znienawidzony listopad. Coś wykombinuję, gdzieś w ukrytej stronie mojego ja, jest taka cholera, która nie pozwala się rozsypać. Trzyma mnie to w ryzach, i mimo wszystkich przeszkód nie dopuszcza do rozpieszczania się nad sobą, jakoś przepycha przez przeciwności i czasy bylejakości. Zresztą jak dalece można sobie pomóc jęczeniem nad niesprawiedliwością doli, nad wyszukiwaniem mankamentów życia, nad przeciwnościami. To tak jakby się samemu sobie odbierało w pełnej dobrowolności nadzieję na lepsze kiedyś. Nie warto, choć niektórzy inaczej nie potrafią funkcjonować, jak tylko wyszukując przysłowiowych dziur w całym. Szukają, szukają i o dziwo, znajdują. Okazuje się, że nie są tak piękni jak myśleli, tak zdrowi jak im się wydawało, tak bogaci jak planowali, i mądrzy jak ich utwierdzano. Zresztą każde z tych haczyków odnalezionych dla zdołowania się, może mieć inaczej ustawiony powód do zmartwienia. Bo nie ważne jaka jest rzeczywistość, dla osoby która więcej widzi szarości niż kolorytu, ona zawsze nie będzie taka jak by się jej chciało. Zawsze czegoś będzie za mało, za słabo, za bezsensownie. Przecież nikt z nas nie jest ideałem, we wszystkich dziedzinach. Takich bezawaryjnych kombajnów wśród ludzi po prostu nie ma. Tylko kwestia przyjęcia stanu istniejącego, jako czegoś, z czym trzeba się zżyć nie martwiąc zanadto, lub usiłować zmienić w kierunku swojego wymyślonego ideału. Bez zazdrości wobec innych, co nie wyklucza aby inni stali się wzorem do którego zmierzamy. Nie wszystko możemy zmienić, pokochajmy, niech wada stanie się atutem. Dawno, kiedyś miałam dwie koleżanki, przez czas jakiś nasze drogi się zbiegły. Jedna była dosyć otyłą istotą, co wiadomo, nie upięknia, zwłaszcza w wieku lat nastu. Druga w talii osa, blond bóstwo, adoratorzy w gęstym szeregu. Być może ten rój samców powodował też zagęszczenie koleżanek, które stawały się pewnego rodzaju tłem. Tylko tak, jak adoratorzy rotacyjnie w swej wielości się pojawiali, podobnie pseudo koleżanki bywały. Pierwsza choć z tych niepozornych, w każdym gronie umiała zagrzać miejsca, ludzie, bez podtekstów seksistowskich lgnęli. Parę pięknych chwil w mojej pamięci dzięki niej pozostało, wiele godzin przegadanych. Druga znalazła równie pięknego jak sama, męża, wskoczyła w pieluchy, wyskoczyła z małżeństwa, kibić znikła, uroda została cieniem, ogrom pseudo przyjaciółek wykruszył się po drodze. Jedna miała atuty w sobie, druga jakby przybrana piękną szatą, zewnętrzność tylko coś znaczyła. Czas szatę zniekształcił, pogniótł i zniszczył. Która z nich tak naprawdę pozostała piękną istotą. Ta, która nią cały czas była. Była taką, bo się taką nieidealną lubiła, i inni też lubili.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WRÓG BYWA ZNUDZONY
Notatkę dodano:2014-10-22 20:52:47

Perypetii z temperaturową anomalią ciąg dalszy. Przeskok w inne rozplanowanie powrotów z pracy, i coraz bardziej męczące brzęczenie znudzonego Kleszczyka. Z pozoru nic się nie dzieje, gardło przestało boleć, stan podgorączkowy bez zmian. Moja walka z tym, co uparcie nie chce zniknąć niczym bezsensowne boje z wiatrakami. Awansowałam się na lokalnego don Kichota, choć czasami bliżej mi do jego sługi Sancho. Za oknami od wczesnego, ciemnego przedświtu aż do tego późnego wieczoru jednostajne stukanie kropli deszczu. Ich specyficzny, trudny do naśladowania dźwięk z jakąś narastającą siłą po rynnach tłucze się sprawiając wrażenie ogromnej ulewy. A przecież bywają w ciągu dnia momenty osłabnięcia opadu, zaledwie grubsza mżawka, która we współpracy z rynnami daje moc przedstawienia pozoru tego, co w danej chwili tak naprawdę mniejszej siły. Nie tylko my sami stwarzamy pozory czegoś w swoim życiu, przyroda też potrafi w taki sposób zagrać na naszych odbiorach rzeczywistości. Co prawda dziś pomimo spaczonego odbioru, nic nie mogło uchronić mnie od tej wilgoci, która w jakiś zupełnie czarodziejski sposób dostawała się wszędzie. Parasolka stała się fikcją udającą ochronę, adidasy którym powierzyłam suchość moich stóp, nic sobie z tego nie robiąc cudownie sprawiły stan odwrotny od spodziewanego. To ten czas, kiedy prowadzę jakąś kolejną, w podobieństwie tej z wiatrakami, zupełnie bezsensowną walkę z niechęcią do przeskoku w typowo jesienno – zimowe obuwie. Wiem, że jak już teraz nałożę to nim tak naprawdę pozbędę się ich wiosną, minie stanowczo za dużo czasu. Odwlekam więc ile tylko się da. I stoją przyczajone w szafkach, buty najwłaściwsze na obecną porę a wybieram już przecież nie letnie adidasy. Być może one z tego wyboru właśnie w taki przemakający sposób wykazują swoje niezadowolenie. Tylko tak naprawdę jaki wybór mi pozostaje skoro mam do pokonania spory dystans a czas stanowczo ograniczony. Narzucone tempo powoduje, że nim znajdę się na przystanku moje włosy nie tylko pokryte wilgocią pochodzącą z zewnątrz, ale też przy nasadzie tą ze środka mnie. Mieszają się one i dopiero fakt znalezienia się w domu oraz ściągnięcie wierzchnich warstw ubrania sprawia, że czuję jakieś zimno, które dopiero po chwili znika wraz z pierwszymi łykami kawy. Parę minut nim mąż wyjdzie do pracy i zanurzam się w walce z małoletnim. Walczę o chwilę ciszy, o równe literki, o jeszcze jedno ćwiczenie z zadanych przez nauczycielkę, o zjedzenie, o wypicie, o..., o... . Tych potyczek z dzieckiem każdego dnia ilość ogromna. W czasie choroby jeszcze ona narasta. A mi czasami tak po ludzku zaczyna brakować cierpliwości. Młody zaledwie odrobinę od ziemi odrósł, a już czuję te próby oderwania od decyzji rodziców, sprawdzanie na ile da się nagiąć i wyrwać dla siebie z terenów niedostępnych. Czasami myślę, że za szybko to gna, za wiele gdzieś niezauważone przemyka, jakby ten kalejdoskop coraz szybciej z każdym rokiem się kręcił. Przecież tak niedawno, chwilę temu... Idę wziąć długą, pienistą pachnącą kąpiel, może mi humor poprawi, bo czasu nie zatrzyma to pewne.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WRÓG CHOROBY
Notatkę dodano:2014-10-20 21:38:32

Świąteczność poza mną, powrót do normalności z gorączkową przypadłością Kleszczyka. Mój taniec mający na celu przymuszenie młodego do wypicia mikstur sporządzanych specjalnie z tej okazji. Moje nakłanianie - jego opór, moje prośby - jego płacze, szantaże z próbami odpierania i kontrataku podobną miarką. Lekarstwo powinno być smakowite, pachnące, o zachęcającej konsystencji oraz barwie wedle uznania prowokującej do zażycia. To oczywiście wizja małoletniego. Trudno jej sprostać. Oczywiście o skuteczności zupełnie nie ma mowy w wymienianiu cech lekarstwa. I wszystko co nie odpowiada normom narzuconym przez dziecko, to trucizna, którą wyrodna matka zapewne chce chorego malca skrzywdzić. Męski pierwiastek mojego dziecka ma w sobie pewien wrodzony mankament. Zapadnie na chorobę to indywiduum, wróg w postaci matki musi przymuszać, nakłaniać, przypominać do utraty cierpliwości, do całkowitego znudzenia i obmierznięcia samego faktu zachorowania przez młodego. Z przypominaniem, wiecznymi napomnieniami podobną polkę mam z pierwowzorem mojego dziecka. Zapewne na te słowa się obrazi, cóż tak to jest. Ja sobie w cichości zachoruję, sięgam po antidotum w zależności od przypadłości. Łykam, nacieram, aplikuję, parzę ziółka, inhaluję czy też do przesytu wlewam w siebie litry herbat mających na celu postawienie mnie na nogi. Jeśli chcę utrzeć odrobinę nosa moim facetom to umieram niczym Emilia Korczyńska z „Nad Niemnem”, odstawiam życiowe funkcje na krótką chwilę, jednak zdarza się to tak rzadko, że obraz chorej mnie jest raczej wizją, możliwością niż faktem. Osobnik nie do zdarcia, otrzepujący się niczym kaczka z każdej przypadłości, to w moim domu właśnie ja. Duży prezent odgórnie ofiarowany, z pewnymi moimi działaniami mającymi na celu jak najdłuższe utrzymanie tego daru. Z racji zdrowia nie do zdarcia, w odwecie lub celem odpłacenia mam w domu facetów. Ich chorowanie wymaga mojego zdrowia, cierpliwości i zanudzającej nachalności. Co prawda starszy jak już przygotuję miksturę, bohatersko ją wypije, choć bywa trzeba przypomnieć. Jednak jeśliby miał samodzielnie zalać sobie ziółka, przyrządzić lekarstwo odmienne od farmaceutycznego gotowca, tu już zaczynają się schody. A to pamięć nie dopisze, a to umiejętności za małe. Powodów do utwierdzania w nieodzowności mojej osoby jako samarytanki pochylającej się nad boleściwym małżonkiem znajdzie się zawsze parę. Jakoś udaje się wytrzymywać, bo tu przynajmniej wiara w moją pomoc z pewną dozą zaufania do skuteczności, być może wypracowana przez wspólne lata. Jednak z młodym już tak łatwo nie jest, i moja pozycja pielęgniarsko - opiekuńcza z góry skazana na dodatkowe określenie brzmiące ni mniej ni więcej tylko : „wróg”. Wraz z rozpoczęciem chorowania staję się wrogiem przymuszającym, nakłaniającym, wymyślającym katusze. I tymże wrogiem pozostaję przez cały czas choroby. Moje morale obniżają swą wartość, sens działań wydaje się pustym słowem, spadam do poziomu kata. I trwa ten stan do chwili wyzdrowienia, kiedy to zapomina się o jakichkolwiek moich działaniach, zasługach w pokonaniu choroby. Przestaję być wrogiem, wraz z powrotem zdrowia. Zobaczymy jak długo utrzyma się temperatura u Kleszczyka, i jak długo pozostanę wrogiem katującym ziółkami i naparami.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŚWIĄD PRZY TAJEMNICY
Notatkę dodano:2014-10-19 14:43:20

Zdaje się chwila zaledwie minęła, jedno mrugnięcie okiem, moment, a okazuje się upływ czasu na tyle nieuchwytny, że już nie na godziny a na dni mogę liczyć swą nieobecność. I cóż z faktu dni wolnych od pracy, cóż z większych możliwości skoro niewykorzystane minuty przeleciały nie potrafiąc mnie zmobilizować do aktywności. Inne sprawy zaprzątały głowę, inne rzeczy okazywały się bardziej faworyzowane. Zresztą nawet obecnie, kiedy mam w mieszkaniu ciszę i spokój, nie łatwo przychodzi znaleźć się akurat tutaj. Moi chłopcy dali mi wolną niedzielę. Nie ciągnęło mnie w świat, ani ten dalszy ani ten całkiem bliski. Nie namawiano, nie przymuszano na siłę. Pojechali we dwóch, nawet nie wiem czy miejsce docelowe w efekcie stało się tym, które miało być jeszcze w sferze planów. Jak wrócą dowiem się ze szczegółami, i zapewne jak zwykle z jakimiś niedopowiedzeniami, które dopiero po czasie będą wychodzić. Tak to już bywa z tajemnicami, potrafią siedzieć ukryte, prawie zapomniane, jakby nigdy nie miały miejsca. Aż przychodzi chwila, i ktoś jakby na marginesie rozmowy, coś napomknie, słowo padnie. Jeśli nie drąży się tematu, można nie zauważyć, ominąć nieuwagą. Jednak jeśli zahaczymy nagle okazuje się, coś, kiedyś miało miejsce, nastąpiło jakieś wydarzenie o którym nasze pojęcie miało barwę zieloną lub okryte pozostało bladością. Nasza błoga nieświadomość już przyjęła wszystko jak zostało podane, aż okazuje się że do podania jeszcze coś pozostało, tylko ominięte z różnych przyczyn miało nie ujrzeć światła dziennego. Dzieci ze swoimi wahaniami wobec rodziców są wspaniałą skarbnicą tajemnic, które aż drapią i łaskoczą, a stan ten nie ulegnie zmianie póki ich się nie wyjawi. I tak potrafi tato prosić o milczenie w jakiejś kwestii wobec mamusi, a dziecko aż nosi od chęci wyjawienia akurat zakazanej sprawy. Walczy dzieciak jak lew ze swoimi pragnieniami uświadomienia rodzicielki, próbuje, a jego główka jakby nic innego nie podpowiadała tylko wyjawić, powiedzieć, choć krztynę, maleńki kawałeczek. Wytrzyma dzień, dwa, nawet tydzień aż w końcu czując przeterminowanie tajemnicy z pewną obojętnością coś o czymś, piąte przez dziesiąte... . Jeśli wyłuszczę, zauważę, uchwycę moment wielkiego wyjawiania mam szansę poznać tajemnicę, dowiedzieć się o czymś co żyje w mojej niewiedzy. Jeśli nie uda się dostrzec, dziecko utwierdzi się w przekonaniu, że to faktycznie nic ważnego nie było, że drobiazg nieistotny, bez wartości. Z jednej strony sama potrafię przyjąć tajemnicę, nikomu nic nie mówiąc trzymać tylko dla siebie, nikogo nie wciągając ani nie przekazując co tylko dla mnie miało być. Jednak jest i inna strona mojej osoby, w niej moja ciekawość ogromna, i chęć wiedzy o wszystkim a nie tylko o tym co chcą mi w łaskawości swojej przekazać, coś ukrywając i nie dopowiadając. Ta strona jeśli tylko zobaczy nitkę prowadzącą do kłębka już jej nie puści i kurczowo trzymając będzie drążyć temat i zmierzać do celu. Widocznie tak jak trzymanie tajemnicy u niektórych powoduje to drapanie tak u mnie wiedza o takowej też ten skórny dyskomfort powoduje. Jest tajemnica, jest ciekawskie swędzenie prowadzące do poznania. Sama świadomość że coś jest na rzeczy, powoduje nawracanie tematu, próbę rozwiązania zagadki, smęcenie i męczenie tak długo, aż dowiem się, aż zobaczę. I wystarczy aby mój mąż napomknął w jakiejś swojej dobroduszności, że coś mi kupił. Mam dla ciebie prezent, na urodziny, na imieniny, na gwiazdkę.... Nie ważne czy ta okazja za dzień, czy za pół roku. Ja muszę wiedzieć już i teraz. Nie zaczynaj nawet półsłówkiem napomknięcia o czymś bo świąd skóry w celu dotarcia do tego co, i jak już się rozpoczął. Będę drążyć, aż zmięknie i wydusi co to jest. Moja ciekawość w jakiejś desperacji nie posuwa się jednak do myszkowania i poszukiwań. Męczę słownie, żaden temat nie obejdzie się bez tych katuszy, aż w końcu dowiaduję się, bo któż mógłby wytrzymać ciągłe monotematyczne molestowanie. Zresztą może mój mąż chce wyjawić swoją tajemnicę, bo to nachalne swędzenie go do tego zmusza, jak mnie zmusza aby poznać to co już zaczęło się odkrywać i tylko czeka na finał całkowitego wyjawienia. A może wie, że różnymi sposobami „zmuszę” go do odkrycia utajonego. I te sposoby nie zawsze są mu obmierzłe...  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESTEM NORMALNA
Notatkę dodano:2014-10-17 08:27:30

Do niedawna słoneczna aura, małymi kroczkami przyzwyczajała mnie do pozytywnego odbioru nieuchronnie zbliżającej się pory roku. Widocznie natura doszła do wniosku, że już wystarczy, dosyć głaskania łagodnością, czas na normalność. Od wczoraj deszcz, szarość, rozmięknięte wilgocią, już nie szeleszczące pod nogami liście, lśniący do mokra świat. Skończyły się oślepiające promienie słońca przebłyskujące pomiędzy złotem liści, gdzieś uciekły chęci spacerów, a konieczna do pokonania droga oznaczona największym z możliwych skrótem. Godzina mojego powrotu do domu, z pozoru jeszcze nie wieczorna akurat wczoraj ten pozór skutecznie zwalczyła. Ciemno stalowe chmury spowodowały, że moja droga do domu już w półmroku się odbywała. I zaczyna się dylemat czy wypada o godzinie dziewiętnastej mówić do kierowcy : „dobranoc”. Niektórzy wybierają taką formę, a mi wydaje się to jeszcze nieprzyzwoicie za szybko, więc tylko „do widzenia” na przyszłą możliwość spotkania artykułuję. Ten miniony dzień, do którego w zasadzie może nie powinnam wracać w swoich notatkach, nic szczególnego nie przyniósł. Choć było coś co warto abym sobie zapamiętała, i w chwilach zwątpienia w swoje człowieczeństwo miała okazję przypomnieć. Jedna z mam, klasowego kolegi mojego syna zaczepiła mnie wczoraj prosząc abym na nią poczekała, bo chce ze mną porozmawiać. Nie było mi to na rękę, bo poranki nim wyjdę do pracy przeważnie mam dosyć przesycone i nim wszystko ogarnę robi się dziewiąta a wraz z nią nieuchronnie muszę szybkim krokiem dopaść stojącego na przystanku busa. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to towarzyska pogawędka, gdzieś pod skórą podejrzenia moje klarują się w kierunku jakiegoś występku Kleszczyka. I rzeczywiście coś jest na rzeczy, jednak mam nieodparte wrażenie, że całe sedno gdzieś głębiej jest ukryte. Kobieta znana na krótkie „dzień dobry”, bez jakichś głębszych więzów towarzyskich, niezobowiązujące czasami parę słów i nic więcej. Tym razem rozmowa trwa przeszło pół godziny, i mój syn w tym wszystkim odgrywa znaczenie marginalne, z jakimiś epizodami koleżeńskimi wobec jej syna.

„Chciałam porozmawiać akurat z panią, bo wśród rodziców z tej klasy jest pani taka normalna”. „Normalna”, całe życie byłam przekonana o własnej normalności, choć w niektórych kwestiach lekko zwichrowanej, ale na użytek własny odpowiadającej mi, bez planów zmiany stanu istniejącego. I nagle staje się jasne, że w oczach postronnych moja normalność nie odbiega od norm, które chciałoby się mieć wokół siebie.

 

Jak się okazuje wyjściowy temat relacji naszych dzieci to tylko przykrywka, jakiś błahy powód do rozpoczęcia rozmowy, której ta osoba potrzebuje. Jest rozgoryczona swoimi prywatnymi sprawami, o których dowiaduję się zupełnie nie drążąc tematu, jest zła na relacje, które ja w sposób obiektywny próbuję jej przedstawić wyciszając i tonując ten obraz. Zaczynają pojawiać się łzy w jej oczach, a ja w tym momencie mam być niczym ktoś, kto ustawi jej patrzenie z innego punktu. Czuję się niczym bufor, na którym te złe emocje w niej istniejące jakoś się rozpraszają, zatrzymują. I czuję się niczym matrona, która wie więcej, zna lepiej, inaczej postrzega, inne wnioski wyciąga. Widzę, że stałam się kimś, kto może sobie pozwolić na ukazanie jej tego innego kierunku. Nie atakuj, nie jeż się, podejdź do tego spokojnie, emocje zostaw, a najważniejsze porozmawiaj z osobami, do których masz te swoje bolączki. Z nauczycielką, z mężem, ale bez poczucia o swojej nieomylności i próby ustawienia wszystkich pod swoje myślenie. Odniosłam jakieś wrażenie, że dzięki tym minutom spędzonym przed budynkiem szkoły stało się tej osobie lżej, że w jakiś sposób udało się jej na tę chwilę pomóc samym faktem wysłuchania. Przy okazji zapytam, czy udało się na spokojnie porozmawiać. A może sama do mnie przyjdzie, kiedy pośród innych potrzebna będzie moja zwyczajna normalność.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CO SIĘ DZIEJE Z KOBIETAMI ?
Notatkę dodano:2014-10-14 21:14:50

Obfituje mi październik w znajomych, którym na kark przybywa kolejny roczek. Jakby akurat ten miesiąc miał być najlepszym na przyjście na świat. Lepsi, bliżsi, bardziej honorowani, i wyróżniani, oraz ci, których drogi z moimi się rozeszły, a o których święcie pamiętam. Nie wiem z jakiej przyczyny ta moja pamięć taka nie do wytarcia. Jeśli coś się wryje nie daje się wykasować. Pamiętam choć nie składam życzeń. Nie wymagam też aby mi składano w dniu mojego święta. Kto chce, czy pamięta, lubi mnie, bez przymusu słowo w moją stronę pośle. Generalnie nie życzę ludziom źle, ani znajomym, ani tym całkiem obcym. Nawet tym nielubianym, którzy w jakiś sposób dopiekli nie życzę źle, mając jednak w głębokiej wierze, że przyjdzie czas odgórnej sprawiedliwości i zapłaty za niecne czyny. Dziś jakoś w dniu wolnym od pracy, kiedy brzęczący telewizor gdzieś w tle towarzyszył mojemu mężczyźnie, dotarły do mnie bulwersujące opinię publiczną wiadomości. Zdaję sobie sprawę z możliwości manipulacji opinią publiczną przez dzienniki i serwisy informacyjne. Możliwe, że dla przełamania newsów o znaczeniu ogólnoświatowym podawane są informacje mające odwrócić uwagę, zburzyć spokój czy też spowodować zastanowienie nad światem w którym żyjemy. Jedna matka zabija piątkę swoich dzieci, inna zabija jedno, jeszcze inna zabija dwie córki oraz siebie. Nie wiem, jak głęboko coś musi się w człowieku przewartościować, co musi stać się z psychiką kobiety aby zaczęła zabijać własne potomstwo. Czy wszystkie one były obciążone chorobą psychiczną? Dziwny nawał tych chorób, które każą uśmiercić to, co dla każdej matki najcenniejsze.

 

Kiedyś rozmawiałam z pewną obcą mi kobietą, i ona wcześnie owdowiała, nawet śmierci męża nie przeżyła tak jak stało się to wraz z odejściem własnego dziecka. Powiedziała mi, że najgorsze co może spotkać kobietę to właśnie śmierć własnego dziecka. Niczego aż tak bardzo się nie przeżywa. Umierają rodzice, kochający mąż, rodzeństwo i te wszystkie odejścia są niczym w porównaniu do tego, kiedy odchodzącym jest własne dziecko. Pogodzenie się z tym jest najtrudniejszą, a niejednokrotnie niemożliwą rzeczą. W świetle słów tej obcej kobiety, bez własnego doświadczenia, jednak nie potrafię zrozumieć i odnaleźć wytłumaczenia dla podobnych zachowań. Wymienione przeze mnie przypadki to tylko szczyt, parę akurat dziś przypomnianych. Jednak ten szczyt składa się z wielu, wielu innych, których jednorazowe przypomnienie zaburzyłoby harmonogram całego serwisu informacyjnego. Mam poczucie jakiegoś koszmaru, który dzieje się tuż obok, a jednak jest niewidoczny dopóki nie dojdzie do tej zabierającej życie tragedii. Możliwe, że wraz z jakąś ewolucją powodującą zniewieścienie mężczyzn nastąpiła pewnego rodzaju degradacja w jakimś genie macierzyńskim. Coś uległo wypaczeniu, zepsuło się, i powoduje zachowania niewspółgrające z dotychczasowymi standardami. Zresztą pomijając standardy, międzyludzkie relacje czy też inne przyczyny nakazujące nam takie a nie inne zachowania, tu w grę wchodzą własne dzieci. Niejednokrotnie parę lat wychowywane, które przy tych zdegenerowanych kobietach rosły, rozwijały się, zapewne zarzucały rączki na szyje kochanych mam, dawały im polne kwiatki jako wyraz swojej dziecięcej najczystszej miłości. I taka osoba pozbawia życia swoje dziecko. Nie rozumiem, nie mieści mi się to w głowie, nie odnajduję satysfakcjonującego mnie wytłumaczenia. Nie odnajduję żadnego wytłumaczenia, bo czy jakieś może istnieć. Czy jakakolwiek sprawiedliwość wyrówna tutaj uczynioną krzywdę? Nie będę odpowiadać sobie na to pytanie. Zresztą czy jest ktoś, kto potrafi odpowiedzieć?    


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RÓŻNE POZIOMY
Notatkę dodano:2014-10-13 23:27:31

W telefonie ustawiona tapeta próbuje przenieść mnie w coś, co minionym czasem już dawno ode mnie odgrodzone. Brzeg morza, odcinająca się barwą i konsystencją plaża, groźne stalowe niebo. Wszystko takie odległe i różne od tego, co tu i teraz. Cóż z tego, że piękna jesień, że złoto liści pod nogami, suchy szelest tak ulubiony przez dzieci. Wieczna gonitwa nawet pośród tych złotości, ciepłych brązów i o dziwo częstych promieni słońca niczym innym tylko przygotowaniem do nieuchronnej zimy. Wieczny brak czasu, nie wystarczająca jego ilość na wszystko. Zrobi się jedno, na inne zabraknie. Wolny weekend od zawodowych obowiązków przełożył się na inną działalność. Inna działalność przełożyła się na świadomość każdej kosteczki w moim ciele. Sobota na porządkowaniu działki, kiedy każda czynność powinna być już i teraz zaczęta, zrobiona i skończona. I szarpię się pośród badyli, pomiędzy tym co ma zniknąć a tym co powinno pozostać. Poczucie dobrze spędzonego czasu, widoczne efekty i zarazem świadomość, że to jeszcze nie koniec. Tylko od razu powstaje w mojej głowie pytanie, kiedy ciąg dalszy. Jeśli nie uda się wstrzelić w dobrą pogodę, może okazać się, nic ponadto co już zrobione, zrobione nie będzie. Przełknę taki stan rzeczy, choć wolałabym aby doprowadzić do ładu to co już szczątkowy ład posiadło. Niedziela, dzień, który na odpoczynek powinien być przeznaczony, tylko z pozoru taki się staje. Niby jest spacer, ale nawet tu czas, a właściwie jego brak mnie dopada. Nawet w niedzielę mam jakieś plany do zrealizowania, coś sobie założyłam, coś mi czas zabierze.

Sekretne puszki gdzieś po drodze pogubiły ciasteczkową zawartość, gdzieś ona znikła całkiem w tajemniczych okolicznościach. Winnych brak. I już przede mną roi się wizja pieczenia ciastek. Może nawet nie tyle dla własnego podniebienia co dla męskich łasuchów, zakasam rękawy i uzupełnię powstały brak. I na teraz i na pozbawioną słodyczy godzinę, kiedy nagła chęć ogarnie a w żaden inny sposób tego prześladowania nie jest się w stanie pozbyć jak tylko sięgnięciem po odrobinę słodkości.

 

I ponownie usłyszę od męża nieśmiertelne : „ ty, naprawdę nie potrafisz nie szukać sobie zajęcia...?”. Potrafię, nie potrafię, samo się nie zrobi. Może tylko ta świadomość braku czasu, który gdzieś wtopiony w działalności działkowe, kuchenne, jakieś tam jeszcze inne odrobinę przytłacza. A można inaczej, całkiem odmiennie od tego do czego przywykłam. Dzwoni do mnie kolega, wieczny tułacz, jeszcze w Anglii, już z wizją rejsu gdzieś w stronę Karaibów. Inny świat. Mój dla niego i jego dla mnie. Jego marzenia to te Karaiby, do których zapałał młodzieńczą wizją dotarcia i spełni ją, a moje marzenia takie pozbawione bajkowości. A może brak marzeń spowodowany zbytnim przywiązaniem do prozy codzienności. Inaczej żyjemy, ja zakotwiczona przy swojej małej stabilnej wysepce własnej rodziny, tego tu i teraz. Jakiś wybór dawno temu dokonany, zapewne brak predyspozycji do wiecznych poszukiwań, zadowolenie się tym, co się utworzyło, może tylko czasami z jakąś niespełnioną tęsknotą właściwie sama nie wiem za czym. A on wieczny poszukiwacz, z odwagą do wkraczania w nieznane tereny, kotwica gdzieś spakowana tylko w celu krótkotrwałego postoju przed kolejną wyprawą w inną stronę życia. Czy zazdroszczę, czy też bym tak chciała? Może na dzień, na tydzień, nie na całe życie. Choć ono takie nieciekawe, przy piekarniku i ciastkach, przy brudzącej i nadwyrężającej kości działce, przy dzieciach i całej rodzinnej otoczce. Ale to moje życie, do którego ktoś napisał mój scenariusz, nie biorąc pod uwagę Karaibów, które odkryję osobiście. Tak jak jemu nie dane moje doświadczenia i zrozumienie, że można tę moją jałowość polubić i odnajdywać jakiś poziom spełnienia. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OSWOIŁAM JESIEŃ Z OTWARTYMI OCZYMA
Notatkę dodano:2014-10-09 18:50:48

Oswoiłam jesień. Może w moim środku nastąpiło to oswojenie, a może już przyzwyczaiłam się do myśli o niej, jej nieodwracalności i konieczności. Po prostu złapałam się na pozytywnym myśleniu o wielobarwności, która mnie ze wszystkich stron otacza, mgłach, otulających prawie każdy ranek. Może związane jest to z jakąś zwyżką formy we mnie, ale istnieje też duża doza prawdopodobieństwa, że to dzięki słonecznym dniom, których więcej w tym tygodniu. Nie tylko ich więcej, ale i mój czas na delektowanie się, nawet zupełnie bezwiedne, dłuższy. Korzystam ile tylko mogę, jakby chcąc nadrobić minione tygodnie. Poranne wstawanie aby tylko wyszarpnąć dla siebie parę godzin w chlorowanej wodzie. A kiedy już się w niej znajdę, to tylko z poczucia czekających obowiązków i życiowych przymusów po określonym czasie wychodzę. Być może potrzebny pewien niedosyt w przeżywanych rozkoszach, żeby ciągle się chciało więcej, aby było o czym snuć plany, wyznaczać cele i mobilizować się do ich spełnienia. Podkręcam sobie tempo, bo przecież jest do zrobienia wiele innych rzeczy. Moja zwyżka formy za sprawą całkiem prozaicznych sprawek miała możliwość zaistnieć. Biopsja syna wyszła bez zastrzeżeń, moje przypadłości, o których nawet z czystego minimalizowania własnych spraw zdrowotnych nie pisałam, minęły. Kolejna wizyta u alergologa wyklucza uczulenie Kleszczyka. Pensja już co prawda nadgryziona wydatkami, jednak o czasie na konto została przelana. Czyż trzeba wymieniać więcej? Maleńkie życiowe sprawki, które w jakiś sposób się naprostowują potrafią zasilić pozytywną energią bez suplementów i dopalaczy. Świat potrafi zrobić się lepszy. To był tylko ten mój kawałeczek lepszego świata. A dziś rano, przebierając się z basenowych fatałaszków słuchałam „jednym uchem” jakiejś stacji, na której komuś udało się wygrać pięćdziesiąt tysięcy złotych. Szczęśliwiec bez zastanowienia, bez żalu od razu przekazał z tej kwoty pięć tysięcy złotych na fundację prowadzoną czy też reklamowaną przez tę stację. Obcy człowiek, jakiś anonimowy słuchacz, a czy mogłabym powiedzieć o nim :”zwykły”?. Dla mnie to potężny dużą literą pisany „Człowiek” . Nikt go nie namawiał, nie nakłaniał. Dostał, wcale nie najwyższą wygraną, której nie miał, i bez żalu skubnął z tej nagle objawionej kupki sporą część. Czy każdego z nas stać byłoby na taki gest? Zapewne, za jego prekursorskim przykładem ktoś powieli ten pomysł, może nawet przebijając pierwotną kwotę i to dobrze. Tylko nie będzie tym, któremu wpadł do głowy ten pomysł jako pierwszemu. Jednak w tym zmaterializowanym świecie ten gest jest czymś wielkim. Umiejętność dzielenia się tym co się ma, nie każdemu dana. Dopatrujemy się szwindli, szachrajstw, oszustw. Jeśli nie znamy obdarowywanej osoby, ciężko nam przychodzi pomaganie. A przecież tych potrzebujących jest tak wielu, nie zawsze znamy sytuację, nie zawsze po prostu chcemy na nią otworzyć oczy. Łatwiej jest udawać niewiedzę, wtedy o obojętność i poczucie czystego sumienia także dużo prościej. Nie zawsze konieczna jest finansowa zapomoga z naszej strony, może istnieje inna forma pomocy, która nie uszczupli naszego stanu posiadania. Mam świadomość, że pewnie nie ma takich pieniędzy, które moglibyśmy uzbierać aby dopomóc wszystkim, a i nie wszędzie tylko o pieniądze chodzi. Tylko może trzeba zacząć, od tego małego kroku na który nas osobiście będzie stać. Może dzięki niemu świat i dla nas i dla potrzebujących stanie się lepszy, tak odrobinę, kawałeczek, który wyprze złe myślenie, słabsze samopoczucie. Czy nie warto spróbować?

Pozbawione byłoby to moje pisanie sensu, jeślibym zakończyła tylko górnolotną puentą. Kiedyś pisałam, kontynuowałam, zamieszczałam kolejne odsłony, dziś zamieszczę ciąg dalszy.

Młoda rodzina Adam, Iwona i ich pierworodny synek Janek. Adam dowiaduje się o nowotworze, Iwona jest w ciąży, w dwudziestym czwartym tygodniu rodzi Janka. Teraz jej dwóch mężczyzn potrzebuje dużej pomocy. Obaj walczą. Niestety, Adam nie doczekawszy pierwszych urodzin Janka umiera. Iwona z ciągle potrzebującym rehabilitacji i lekarskiej pomocy maleństwem zostaje sama. Czy my, kobiety, matki i po prostu ludzie możemy jakoś pomóc? Czy potrafimy postawić się w sytuacji w jakiej znalazła się ta młoda osoba? Na takie pytania każdy sam sobie odpowie. Choć można zamknąć oczy, i udawać że to nie moja sprawa, że jest takich setki, że wszystkim się nie pomoże. Aby obejść świat też trzeba wykonać jeden, pierwszy, mały krok.... Czy mogę wykonać jeden krok w pomocy tej realnej osobie?

Janek na stronie TVP FAKTY WROCŁAW - Dziękujemy za POMOC :
http://www.tvp.pl/wroclaw/informacyjne/fakty/wideo/08102014-g1830/17165717

 

FAKTY WROCŁAW  kolejny Reportaż 
i Artykuł na stronie : www.tvp.pl/17168295

strona fb https://www.facebook.com/WascyPomagamyPrzyjaciolom


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


HIERARCHIA DZIAŁANIA
Notatkę dodano:2014-10-07 19:49:44

Jeszcze wczoraj, kiedy w perspektywie był wolny od pracy dzień, rozbuchane wizje tego co zrobię, co nastąpi, dawały poczucie nawałnicy nie do ogarnięcia. Po siedmiu dniach pracy nie tylko zaległości, ale także spraw bieżących nazbierało się wystarczająco wiele. Wydawało się nie starczy dnia, zabraknie czasu. Nawet wczoraj wieczorem, aby dziś się nie rozpraszać zmobilizowałam się do tego by jeszcze przed spektaklem w teatrze telewizji ugotować zupę na dzisiejszy obiad. Nadszedł dzień, wyprawa na basen, pełnia energii, która miała w jakiejś łańcuchowej reakcji się namnażać, konsekwencją pewnych poczynań damsko-męskich pękła niczym mydlana bańka. Rozleniwiłam się, gdzieś uleciała chęć na robienie czegokolwiek. Tak naprawdę czy powinnam czuć wyrzuty sumienia, że jednak okna nie pomyte, coś nie ogarnięte, a coś inne poczeka na kolejne moje wolne bez poczynań rozleniwiających. Czy zawsze muszę robić to, co należy? Zapewne w dobrze pracującym urządzeniu tak powinno być, tylko czy tak naprawdę moje czyste okna są mi niezbędne, czy mnie ich czystość uszczęśliwi? Powiedzmy poczuję się lepiej jeśli je umyję z samej zasady czasu przeszłego a nie perspektywy. Mam za sobą, już nie zaprząta mi głowy prozaicznie prawie niepotrzebna czynność. Opieram się pewnym schematom, może z lenistwa, czy też poczucia pewnego bezsensu, bo trzeba, bo mus. Musu nie lubię nad wyraz. Im on większy tym większy mój opór. Siłujemy się: mój opór i mus czegoś. Bo trzeba, wypada, konieczne. Jeśli ktoś poddaje się wszystkim musom i obowiązkom, jego wolny wybór. Myje okna co tydzień, jego wola. Trzepie dywany co drugi dzień, a pomiędzy nimi wykłada na nie folię żeby nie pobrudzić, maniactwo, którego nie będę potępiać, choć pewien poziom zdziwienia mną zawładnie. Jednak nie przeistoczę się nagle w kogoś, kto podda się bez walki wszystkim obyczajowo przyjętym, lub dla oczu ludzkich wykonywanym musom. I taki dzień jak dziś, choć wolny, może powinnam zagospodarować tak, aby wystarczyło go na musy i przyjemności, to nie płaczę jeśli pierwszego członu nie wykonam. Może większa rozpacz by mną targała z braku wykonawstwa drugiej części, z której obcy mniejszy pożytek mają, niż z moich czystych okien. Jednak jak to mówią, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. A czy tak naprawdę ma jakiegokolwiek znaczenie to, co, i jak o mnie powiedzą? Nie powiem, że nie boli, bo bolą czasami słowa ogromnie. Bardziej niż smagnięcie biczem potrafią zapiec i dłużej się ten ból czuje, bywa, że nigdy nie mija, tylko czy od obcych aż taką wagę one mają? Pozostawię te rozważania na inny czas, a może na nigdy. Wracając do moich musów, okazało się, że jednak nie musiałam, świat się nie zawalił. Może mojej nad wyraz porządnickiej sąsiadce po jednym dniu takiego jak moje obecne podejście, świat by runął, lub zapanowałby w nim chaos, jednak nie u mnie. I dlatego ona pucuje, sprząta, zmywa, jej okna lśnią cotygodniową nad błyskiem pracą. Różowości i błękity stwarzają poczucie pewnej niebiańskiej czystości. Mąż wchodząc do mieszkania, buty karnie przed wycieraczką pozostawia, lub z obawy przed zakusami złodziei wnosi w dłoniach. Nie wchodzą jego buty na nogach, tylko są wnoszone. Jakiż szacunek dla pracy małżonki. Żaden obcy pyłek nie ma wstępu do hermetycznego mieszkania. Więc cóż ja, z kilogramami magicznego pyłu z piaskownicy, znajdywanego w obuwiu, w kieszeniach spodenek. Z częściami klocków, znaleziskami skarbów, dla których choć czasowe schronienie w moim mało porządnym m-3 musi się znaleźć. Być może pewne przyzwolenie na ten wprowadzany chaos ma podstawy z racji jakiegoś istniejącego zamieszania w moim ego. I wyrodna matka uczę swe dziecię, tego bałaganu, choć wymagam sprzątania. Tylko z góry zakładam, że mus nie ma mną rządzić, to czy powinnam wobec potomka zmienić standardy? Gdzież tu miejsce na sprawiedliwość. Zapewne wychowam kolejnego opornego wobec musowych musów, któremu wygodniej będzie z tym co może, niż z tym co musi. A przyjemność stanie się ważniejsza od niektórych musów. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163417
Osób: 145872