Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PRZEŹROCZA Z MINIONEGO CZASU
Notatkę dodano:2014-09-14 21:28:44

Nieobecność, powrót, skoki to tu, to tam. Nie wszystko z własnej woli, i nie wszystko z konieczności. Jutro Wrocław i badania Kleszczyka, może aby nie myśleć przez te ostatnie godziny, włączę przeźrocza z minionych chwil nieobecności tutaj. Jak zawsze przeszedł mi ten czas w tempie zastraszającym. Praca i pobyt u mamy, jakieś czynności w ogródku, działalność zupełnie syzyfowa. Mam świadomość, że jeszcze nie raz czeka mnie walka ze spadającymi liśćmi, jakieś zgniłe owoce, wilgotne już rozkładające się szczątki roślin. Dziś doprowadzone do ładu, jutro powróci do stanu sprzed mojej działalności. W amoku tych działań, zapominam zupełnie o jakiejkolwiek dbałości o fason, choćby w szczątkowej postaci. Czarny podkoszulek po starszym synu dożywa swojej przydatności na grzbiecie matki, właśnie w takich nie do końca eleganckich zajęciach. Czarne spodnie, którym daleko do jakiegokolwiek wspomnienia o fasonie. Nie przywożę do mamy swoich ubrań do czarnej roboty, te czarne znaleziska w moim mało wymagającym mniemaniu zupełnie wystarczą. Nie ważne staje się jak wyglądam, co dzieje się z moimi niesfornymi włosami, ciągle się gdzieś o jakieś gałęzie haczącymi, wyłażącymi spod nieumiejącej utrzymać ich w ryzach gumki. Po godzinie działalności mogę stanąć w szeregu z lumpiarskim półświatkiem. Nie odstaję od nich wizualnie. Może jedyną różnicę stanowi pot, który jak zawsze w nadmiarze opuszcza moją skórę, przy tych ogródkowych zajęciach. Półświatek raczej w pewnej stagnacji, przybierając wersję spoczynkową nie wylewa za wiele kropel potu. Tym ich przebijam w tej konkretnej godzinie. Mama nie byłaby sobą, gdyby dała mi zrobić to, co zaczęłam bez swoich dyrektyw i uwag. Tym razem nie poddaję się sugestiom i przykazom. Na wyraźny sprzeciw, mama usuwa się z mojego terytorium. Czeka na dostawę ziemniaków na zimowe zapasy, a przy okazji zajmuje się porządkami z drugiej strony domu. Mogę skończyć to co zaczęłam, po swojemu, dokładnie na tyle na ile to możliwe. I tak jutro, pojutrze niewiele z mojej pracy będzie widać. Ziemniaki dojechały. Dwudziestopięcio kilogramowe worki nie są może zbyt wygodne, jednak w zasięgu moich możliwości siłowych. W dalszym ciągu nie zwracam uwagi na dbałość o wygląd. Rwanie, podrzut, oczywiście bez treningu i wprawy, worek z ziemniakami gdzieś w połowie mojej postaci znajduje swoje miejsce transportu, wcześniej ocierając się całą swoją pylistą powierzchnią o uda i brzuch. Czarna koszulka i spodnie zmieniają swoją pierwotną barwę na zakurzony brąz z rodzaju ugier jasny plus ochra z domieszką sjeny palonej. Ziemniaki lądują w miejscu przeznaczenia, a ja z poczuciem dobrze spełnionego syzyfowego działania, mogę sobie spokojnie z frontowej strony domu chwilę odpocząć delektując się dojrzałą kiścią winogrona. Z tym soczystym smakiem na ustach, pełną ulgą po skończonej pracy, zapominam zupełnie o swoim wyglądzie. Tak mi dobrze, że kiedy podjeżdżają jacyś elegancko ubrani młodzi ludzie dziwi mnie ich stanowczo za długo zatrzymujący się na mnie wzrok. Oboje ubrani jak na wielkie święto, pełna gala, a ja na wjeździe garażowym z tą nieszczęsną soczystą kiścią w przybrudzonej dłoni. Najpierw on, dłużej niż na to zasługuję z uwagi na osiągnięty wiek, później ona również stanowczo za długo jak na konkurencję dla siebie, z tejże samej przyczyny, przyglądają mi się zatrzymując pełen potępienia wzrok na mojej nędznej postaci. Odrobinę dziwi mnie to zainteresowanie, bo i cóż ciekawego można zobaczyć w mojej osobie?. Że sobie ktoś po pracy chwilę stanie, jedząc winogrona? Dopiero po chwili, pusty śmiech mnie ogarnął, jak zorientowałam się co ich w moim wyglądzie najbardziej przykuło. Nie była to w żaden sposób konkurencja, ani przebrzmiała uroda, ani szlachetność postaci. Zakurzony brud na prawie całym przodzie mojej postaci, upodabniający mnie do robotnika w najniższej grupie zaszeregowania wykonującego roboty ziemne, bez biegłości w sztuce. Jeśliby komu przyszło do głowy postawić mnie obok tych młodych ludzi tak eleganckich i szykownych wyglądałabym na ich tle niczym brudny kominiarz w gronie pierwszokomunijnych dziewczynek. Nie przypuszczałam, że aż tak dalece mogę zapomnieć o tym jak wyglądam, i w zasadzie jak bardzo można nie wzruszać się sobą w takim dalekim od jakiegokolwiek ideału stanie. Zapewne jeślibym miała świadomość swojej wizualizacji skryłabym się przed ludzkim wzrokiem, jednak zapomniawszy, o tym, beztrosko nic sobie nie robiłam z oceny mojej postaci przez tych młodych ludzi, którym może nigdy nie przyjdzie w udziale podobny poziom utytłania i beztroski z tym związanej. Za mało we mnie damy, jednak nie płaczę z tego powodu, tych lalkowatych dam wystarczająco dużo na świecie, a takich jak ja...?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZESKAKUJĘ GDZIEŚ
Notatkę dodano:2014-09-12 20:29:21

Nadchodząca i coraz bardziej wyczuwalna jesień zaczyna oddziaływać na nas z każdą chwilą mocnej. Wilgotne, mżące dni, szarość, nie tylko pieczętują koniec lata jako tę porę, której za mało, za szybko się kończy. Ta otaczająca coraz bardziej ponura rzeczywistość powoduje też pewien stopień nerwowości i drażliwości. Niewinne słówka stają się niczym iskra zapalająca nagromadzoną w nas jakąś wybuchowość. Niewiele znaczące sytuacje w normalnych warunkach rozwiewające się niczym coś, co nic nie znaczy, teraz pęcznieją, nabrzmiewają, aby w końcu z pełnią negatywnych odczuć wybuchnąć. Atmosfera od takich wybuchów zamiast stawać się klarowna, zagęszcza się i kwasi, jeden na drugiego zaczyna się boczyć, krzywo patrzeć. Przyzwyczajeni do czasu urlopów, kiedy niepełna obsada musiała sprężać się na tyle, aby wszystko na czas wykonać, teraz jakby nas za wiele. I zamiast cieszyć się z mniejszego nawału obowiązków, ten nadmiar wolnego czasu właśnie tak wybucha. Przytłaczająca szarość chyba jeszcze tą drażliwość potęguje i nagle okazuje się, że mamy dość jesieni, pracy, ogarnia nas jakieś smutne uczucie zniechęcenia. I właśnie w takim czasie, w jakimś akcie obronnym przed tą stresogenną sytuacją chciałabym coś, gdzieś... jakaś ucieczka w nieznane, w dalekie, byle było słoneczniej, kolorowiej, inaczej niż tu. Takie myśli rodzą się w mojej głowie, pokołaczą się w niej, poobijają i jedyne ich ujście, to te parę słów. Nic nie zostanie zrealizowane, żadne ucieczki nie będą wprowadzone w życie. Oprócz tej jednej, w wyobraźni. Jestem gotowa do nowych przedsięwzięć, które choć na krótki moment oderwą mnie od obowiązków zawodowych, co da iluzję paru innych chwil. Niech by tylko jakieś hasło padło, już mogę działać, ruszam z pełną werwą, aby tylko pożyć inną rzeczywistością, a nie tą zatęchłą, frustrującą. Może potrzebuję odskoczni, czegoś innego żeby nie znajdować się wciąż w takim samym, monotonnym kieracie. Kto wie, czego bym szukała, gdyby nie domowa kotwica, w postaci rodziny, obowiązków. A tak z jednej strony goni człowieka tam, gdzie inaczej, zarazem zatrzymując dużym poczuciem obowiązku. Dualizm, powodujący w efekcie pozostanie w tym samym od lat miejscu. Za mało we mnie chcenia, do odrzucenia kotwicy, a może już nie potrafię jej podnieść, lub nie chcę. Tylko po co te myśli, które stwarzają iluzję kolorowszego gdzieś?. Może aby znaleźć tę odwagę do ucieczki trzeba jej tak naprawę pragnąć, a ja pragnę tylko chwil odskoczni, nie całkowitej zmiany. Nawdycham się tymi innymi momentami, i wracam karnie w kieracik, do następnego przełomu pór roku. Zamiast pogrążać się w marazmie codzienności otoczonej wszechobecną szarością, wilgocią, chłodem przez momencik wyobraźnia przetransportuje mnie tam gdzie lepiej. Przecież w realnym świecie wcale lepiej być nie musi, ale od czegóż mam fantazję, która rozbuduje wizje, doda barw, i spowoduje zapomnienie o szkolnych zebraniach, kłótniach w pracy, chorobach, śmierci i zbliżającej się ponurej jesieni. Nie za daleko się wybiorę, bo kto wie, może mi się za bardzo spodobać, i stanę się nieszczęśliwa, z coraz większym brakiem tego wymyślonego miejsca. Jednak tak troszkę, kawałeczek i przez chwilkę warto zmienić ten otaczający świat na ideał z wyobraźni. Gdzieś wyruszyć, coś posmakować, czegoś dotknąć i poczuć, bez wyrzeczeń, wyrzutów sumienia. Rzeczywistość z moją mentalnością i przywiązaniem do wyrobionego latami stanu rzeczy nie pozwala na szaleńcze eskapady, jednak od czegóż marzenia, po co wyobraźnia, jeśli nie można choć raz na jakiś czas pozwolić jej zadziałać i przez chwilę odskoczyć gdzieś w nierealność. Dobrze mi w moim świecie, nie szukam innych, choć to wcale nie wyklucza, że czasami chciałoby się czegoś innego, nieznanego, obcego, dla samego faktu możliwości zmiany choćby tylko na utopijnie lepsze.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OKRUCHY NA PODŁODZE
Notatkę dodano:2014-09-10 20:43:51

Okruszki, które spadły ze stołu pokrywając sobą podłogę sprawiają zarazem, że nie widzimy już samej podłogi tylko przeszkadzające okruchy. Moje życiowe sprawki właśnie niczym takie okruszki, przykrywają sobą to co nie moje choć ważne, smutne, powodujące różnorodność moich odczuć. Ktoś mówi, dlaczego jesteś jakaś nieswoja, w domyśle poważna, bez tego durnowatego nadmiaru chęci. Nie chcę tłumaczyć, choć mówię, że to nie moje problemy. Przecież nie swoimi się chyba nie przejmujesz...

Właśnie zdarza się, że się przejmuję, nie przechodzę obojętnie. Potrafią mną „tąpnąć” na tyle mocno, że widoczne to jest w moim zachowaniu. Potrzebny czas. Nie tyle jego muszę mieć ile ci, których bezpośrednio te sprawy dotykają, jednak parę dni na powrót do normalności mieć potrzebuję. Niewiele mogę z tym stanem rzeczy począć, widocznie wadliwy model. Nie każdy rozumie, bo przecież tak jest łatwiej, prościej, mniej skomplikowanie i klarowniej. Tylko własne sprawy, na resztę pancerz, przez który tylko jakieś szczątki współczucia przechodzą. Nie udaje mi się wyhodować takiej osłony, zresztą pewnie nawet nie potrafiłabym z nią funkcjonować tak gładko, jak ci, którym ona w wyposażeniu przypisana. Coś się wydarzy, mną zatrzęsie, wyhamowuję w normalności, podłoga z czyichś spraw staje się czysta, widzę ją dokładnie i musi spaść warstwa okruchów z moich sprawek, abym nie patrzyła na to co pod nimi. Abym zajęła się tylko moimi okruszkami. Zajmuję się nimi, ale i podłogę widzę, tylko ten obraz rozproszony.

Moje sprawki dziś dały mi spotkanie z dawno nie widzianą koleżanką z jednej klasy w podstawówce, z jednej klatki, z którą dawne dzieciństwo parę wspólnych chwil miało. Zmieniłyśmy się, ona do pracy, ja na basen, każda pędzi w jakimś celu. Nasze drogi się na tę krótką chwilkę przecięły. Parę zdań, wyrywkowo o różnych sprawach, tak innych od tych sprzed czasów wspólnych zabaw i szkoły. Pobieżne wymiany nowinek, mój poranny słowotok, kiedy w tym krótkim czasie chcę upchnąć jak najwięcej z minionego czasu.

Jej : ...”pozdrów rodziców”, moje:.. „ tylko mamę, bo tata nie żyje...”, jakaś kurtuazja, słowa. I łapię się na pewnym poziomie obojętności. Czas sprawił, że potrafię już normalnie stwierdzić fakt, że mojego taty nie ma. Robi mi się smutniej, jednak ten poziom smutku to zaledwie cień, jakiś mikron z tego co było dawniej. Mówią czas goi rany. Czas najlepszym lekarstwem. Przekonujemy się o tym niejednokrotnie, staje się to naszym udziałem. Coś, co głęboko przeżywany, co zabiera nam umiejętność normalnego funkcjonowania, powoduje, że wydajemy się niczym bezwolne kukły, wraz z mijającym czasem powoduje powrót do tej ogólnie rozumianej normalności. Jakaś cząstka w nas ciągle daje pamięć o osobie, której nie ma, jakieś drobiazgi przywołują obrazy i wspomnienia, jednak nie są one już tak mocne, już da się żyć. Im więcej okruszków czasu, tym mniej widzimy podłogę. Wymiatamy je czasami, a czasami zapominamy, zresztą codziennie spadają nowe i nowe. Niech spadają, niech dają normalnie żyć, choć wiem, że ich obecność nie powoduje u mnie powstawania skorupy obojętności, na smutne sprawy, które się dopiero wydarzą.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MILCZENIEM BLUŹNIĘ
Notatkę dodano:2014-09-08 22:28:44

Każdy dzień, choć z pozoru podobny do siebie, potrafi jakąś swoją cząstką zaskoczyć. Nie zawsze mamy na tyle szeroko otwarte oczy aby zauważyć, aby z tych szczegółów choć mały drobiazg nas na sobie zatrzymał. Biegniemy, patrzymy nie widząc, słuchamy nie słysząc, wyłączamy odbiór świata. Pewnie, że można bez tych szczegółów, że da się radę tylko pobieżnie przyjmując otoczenie przeżyć swoje życie. Przecież nic tak naprawdę szczególnego nas nie może spotkać, wszystko już było, każdy scenariusz wydaje się przerobiony po wielokroć, każda ewentualność kiedyś nam się wydarzyła. Wszystko co będziemy mieli do przeżycia przeżyjemy, złapiemy tyle ile się da, lub ile nam potrzebne. Czym mogłabym podkreślić ten mój mijający już dzień, aby zapamiętać jego szczególność, wyjątkowość? Przypieczętuję jego obraz niesamowitym widokiem księżyca. Po raz pierwszy dane mi było widzieć jego barwę o takim natężeniu czerwieni. Nie był srebrny, złoty, otulony chmurami, wynurzający się spoza nich, był niesamowicie wprost przesycony barwą, którą mogłabym porównać do dojrzałej, zrumienionej skórki czerwonego grapefruita. To nie była czysta czerwień, ani głęboki pomarańczowy, to były właśnie te dwie barwy przełamujące się nie dające w żadną stronę możliwości przypisania jednej konkretnie. Piąta rano, już niewiele drogi temu księżycowi pozostało po naszym niebie, i uczynił z siebie, może szczególnie dla mnie to widowisko. Pełnia w odcieniu dojrzałego egzotycznego owocu. Zaskoczył mnie ten widok, przyciągał magnetycznie. Może ten jeden raz dane mi było dostrzec akurat taką jego postać, upodobnioną do zachodzącego słońca. Czy ta wyjątkowa barwa coś oznacza w nadchodzących dniach, czy związana jest z przepowiedniami, jakieś proroctwo sobą daje? Nie wiem, dla mnie było obrazem wyjątkowym, widzianym po raz pierwszy, i wartym zapamiętania. Pośród normalnych, zwykłych dni, mała plama impresji. Może takie obrazy muszą zakodować się gdzieś w środku mnie, abym miała siłę do przyjmowania tego co przyziemne i smutne. Tego co stara się zmniejszać pokłady nadziei, co ciągle budzi moje niezrozumienie i bunt. Zdaję sobie sprawę, że nic zmienić nie mogę i poczucie tej bezsilności jest niczym brzemię, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Chciałabym ubrać się w podejście obojętności, nałożyć na siebie niczym gruby kaftan nieprzejmowanie się, a nie umiem. Nawet jeśli twarz będzie się uśmiechać, środek wyje z własnej niemocy.

Jakiś czas temu pisałam, o walce pewnej rodziny. Myślę, że nie nadużyję żadnych ustaw o ochronie danych, nie naruszę czyichś dóbr, wymieniając z imienia głowę tej rodziny. Adam Popiel. Dowiedziałam się, że przegrał swoją walkę. Pozostawił kochającą żonę, i maleńkiego synka, oraz gdzieś w tle ludzi, którzy z całego serca życzyli im jak najlepiej, chcieli pomóc, trzymali kciuki za powodzenie.

W takich chwilach każde moje słowo mogłoby być odebrane jako bluźnierstwo, nie będę się rozpisywać, nie będę bluźnić tylko zapytam: dlaczego?. Dlaczego jedną ręką dajesz, a drugą pokazujesz moc odbierając?

 

 

 

Adamowi się nie udało, jest jeszcze jego maleńki chory synek, jeśli ktoś chce wesprzeć jego leczenie podaję link do strony na fb, gdzie można znaleźć potrzebne do tej pomocy informacje. Ta walka ciągle trwa, i o tym trzeba pamiętać. Nawet wtedy, kiedy nadzieja zdaje się umierać.

 

https://www.facebook.com/WascyPomagamyPrzyjaciolom/timeline


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MYŚLI PROWADZĄCE DO WRÓBLA
Notatkę dodano:2014-09-07 20:03:06

Niedzielny poranek inny od pozostałych. Tym razem nie ja, a małżonek wyrusza do pracy. Przymus, obowiązek, siła wyższa, konieczność. Nie jesteśmy panami swojego losu i bywają takie sytuacje, że nie ma innego wyjścia, trzeba się podporządkować robiąc coś nie do końca w zgodzie z pragnieniami. Miał na ten weekend pragnienia, plany, które przybrały zupełnie niespodziewany obrót. I znowu się rozmijamy, wyrywając szczątkowe okruchy na nasz wspólny czas. Ja z Kleszczykiem w domu, z normalnym harmonogramem na niedzielę, jakieś kulinarne starania. Zresztą kto wie, co przyniosą nadchodzące chwile. Wiem co powinnam, co muszę, jednak ile z tego będzie i w jaki sposób wykonane już nie do końca pewne. Wykorzystuję ranek na parę słów. Już zapomniałam o niedawnym urlopie, nie przywykłam do późnego wstawania, w moim zegarze biologicznym niewielkie tylko przesunięcie nastąpiło. Być może odgórnie skazano mnie na to poranne wstawanie, kiedy jeszcze ciemno na zewnątrz. Trzy minuty przed budzikiem, jeśli nawet nie dla siebie nastawionym tylko dla męża, rzut okiem na świecące cyferki ukazujące czas, sen gdzieś odchodzi, a walanie się w samotnym łóżku wydaje się pozbawione sensu. Z ciemności za oknami powoli wyłania się szarość przechodząca w coraz jaśniejszy dzień. Jeszcze nie wiem jaki on będzie, czy słoneczny jak wczoraj czy mglisty. Wrzesień już daje wyraźnie odczuć zbliżającą się jesień. Lipy prekursorki pozbywają się liści, pod dębami coraz więcej żołędzi, chore kasztanowce straszą nadmiarem brązu. Jeszcze z pewną rezerwą w odczuwaniach, jednak już mam świadomość rozpędzania się tej pory roku w najbardziej niechcianym kierunku. Mam pewność, że nim świat się ogołoci z barw będzie jeszcze apogeum ciepłych kolorów, remisja niczym w chorobie, chwilowe oszukanie przed szarością i bielą. Każdego roku to samo, choć nie tak samo. Wczoraj działka, coraz bardziej ogołocona, już nie przyciąga nadzieją dojrzewających owoców, zielenią i rozkwitem. Teraz czeka na niej tylko praca, mająca doprowadzić do jakiegoś porządku dla ludzkich oczu. Nie pragnę takich jesiennych na niej wizyt. Zresztą nie wiem czy zdążę ogarnąć całość, aby w jakimś przyzwoitym stanie wszystko pozostawić. Za daleko, za mało wolnego, a i to wolne już zaplanowane w innych kierunkach. Za tydzień wizyta we Wrocławiu z Kleszczykiem, na którą czekam, zarazem obawiając się. Próbuję te myśli od siebie odgonić, zająć się czymś innym aby rozrzedzić ich intensywność, nie zawsze się to udaje. Im bliżej wyznaczonego terminu tym ciężej. Może dlatego, chciałbym aby już było po wszystkim, nawet kosztem zbyt szybkiego upływu czasu. Nie lubię oczekiwania. Bywa czekanie dające nadzieję na coś dobrego, bywa z perspektywą niewiadomego i bywa niczym kat zabierające i zabijające nadzieję. Różne te czekania w życiu się przydarzają. Chyba jedynie to pierwsze jakoś łatwo przychodzi, kiedy każdy dzień zbliża do spraw miłych. Teraz czekam na niewiadome i może dlatego chciałabym już mieć za sobą. Tylko tydzień z każdą mijającą godziną kurczący się, ale wiem, że będzie się zarazem ten czas magicznie przeciągał. Powinnam znaleźć sobie zajęcie na tyle absorbujące aby nie myśleć, jednak nie potrafię tak do końca wyłączyć tej świadomości. Skoro niewiele mogę poradzić nie pozostaje nic innego jak odczekać a kiedy już nadejdzie ten czas przyjąć co zostanie ofiarowane.

Ludzie przyjmują wiele z tego co zostaje im ofiarowane przez los, czasami potrafią odwrócić się plecami do całego dotychczasowego życia, rzucić się w wir wizji, omamów, spalić mosty i pozostać z pustymi garściami. Ktoś dojrzały, dla odmiany kobieta, a nie wiarołomny mężczyzna. Status materialny sporo powyżej średniej krajowej, wiek sporo powyżej granicy pełnoletności, odchowane dzieci, i czegoś za mało. Zapewniający wysoki poziom życiowy małżonek, czegoś prócz dóbr materialnych nie zapewniał w wystarczających ilościach połowicy. Znalazła sobie młokosa w wieku jak jeden do dwóch, w proporcjach do swoich przeżytych lat. On myślał, że trafił na żyłę złota, ona otumaniona młodą werwą liczyła na podobne zasoby w każdej dziedzinie. Werwa u niego występowała tylko w pewnych sferach dalekich od materialnych, u niej żyła złota stanowiła jak się okazało aktywa małżonka. Wiarołomnej mąż nie pragnął, kochanek z werwą z pustej studni wody nie naczerpie, ona została z pokaźnym wiekiem i pustymi rękoma. Ktoś określił, „zbłądziła”, jak świat stary tak i podobnych przykładów błądzenia na każdym kroku wiele. Ludziom czegoś brak, do dobrego przywykają, niszczą a później okazuje się za daleko zabrnęli i mają okazję poczuć jak może być kiedy dobre mija. Czasami nie warto wyciągać ręki po więcej, choć akurat tej mądrości do siebie nie przypuszczają ci co sądzą, że ich oczekiwanie lepszego ma podstawy powodzenia. Teraz ona też czeka na coś, tylko tak naprawdę jej oczekiwanie może bardziej niepewne od mojego. Inny jego rodzaj z jeszcze jedną różnicą. Ja w swoim oczekiwaniu mam na kim się wesprzeć, a ona …. Sama dokonała wyboru, który chyba w wyniku inny ma smak niż początkowo zapowiadany. Wielkiej mądrości są nasze ludowe przysłowia, niepozorne, i proste, jak choćby to o wróblu w garści...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE CHCĘ WOJNY
Notatkę dodano:2014-09-06 06:54:42

Ciągła szarpanina z wiecznym brakiem czasu powoduje, że choć bardzo chcę, nie zawsze odnajduję go na tyle aby robić to co lubię. Mieć czy być. Niby dylemat odnoszący się do dóbr materialnych, który jeśli go przyporządkować okazuje się, swoim spektrum zajmuje tak naprawdę prawie każdą naszą działalność. Inna forma wyrażenia i mogłabym odnieść jego meritum także do swojego ciągłego braku czasu. Chciałabym i napisać, i poczytać, i zrobić jeszcze parę górnolotnie mało przydatnych spraw a okazuje się, że ugotowanie zupy ważniejsze, że zrobienie zamówienia na przyprawy lepiej też mieć po stronie wykonane. Przyziemność nie daje na tyle mocy aby zostawić ją i zająć się przyjemnościami. Niematerialne przyjemności nawarstwiają się w swojej niemocy wykonania, spychane ad acta. Ciekawa jestem, czy jeślibym została postawiona przed możliwością robienia tylko tego co powodowałoby moje „być”, nie okazałoby się nagle, że zatęskniłabym za wszystkimi lub choć częścią spraw powodujących w normalnych warunkach „mieć”. Nie sprawdzę i nie rozwiążę dylematów, podobnie jak nie ma we mnie mocy na zmianę tego co zaczyna zaprzątać lub choćby naznacza nasze rozmowy, spotkania. Nie interesuję się polityką, ale ona podstępnie włazi w moje życie. Nie pomaga nieoglądanie serwisów informacyjnych, niesłuchanie radia. Otwieram pocztę i zastaję wiadomość z pytaniem: „Grozi nam wojna? Wypowiedz się!”. Po wejściu w treść coraz mocniejsze słowa :”Czy wybuchnie wojna, a jeśli tak, to czy Polska powinna wziąć w niej udział”. Nie rozumiem takiego podejścia, jak nie potrafię zrozumieć, tego, że ktoś mógłby wojny chcieć. Nie pojmuję działań pana Putina, nie dochodzą do mnie żadne argumenty za działaniami zaczepnymi. Kiedyś pisałam o swoim do wojen stosunku, nie zmienił się on i sądzę w dalszym ciągu nie ulegnie zmianie. Duzi polityczni okutani w agresję chłopcy chcą kosztem wielu, zupełnie niezainteresowanych przelewem krwi pobawić się w wojenkę. Mi ta zabawa nie jest ani do mojego „mieć” ani „być” potrzebna. Nie pragnę adrenaliny, niepewności, obawy, niepokoju i niebezpieczeństw. Jeśli w cywilizowanym świecie znajduje się miejsce dla takich, którzy tego wszystkiego pragną, może niech ogłoszą zbiórkę w jakimś oddalonym, ustronnym miejscu, bez udziału postronnych i naparzają się do woli, do ostatniej swojej własnej!! kropelki krwi. Nie będę ich żałować, nie będę wyrażać kondolencji. Co jakiś czas w różnych stronach naszego globu pojawiają się jednostki naznaczone jakimś diabelskim piętnem, które każe i pomaga doprowadzić świat lub jakiś jego wycinek na skraj wojny. Giną ludzie, całkiem niezasłużenie i niewinnie, kiedy te indywidua prosperują całkiem dobrze przyglądając się i wyciągając ręce po coraz więcej nie swojego. Zapominają, jaki przeważnie jest koniec takich jak sami. Ich psychika nie dopuszcza możliwości niepowodzenia i brną coraz dalej w tym tragicznym szaleństwie zupełnie oderwani od rzeczywistości. Najgorsza w tych istotach jest ich pozbawiona jakiegokolwiek humanitaryzmu czy ludzkich odruchów psychika. Moje niezrozumienie budzi niemoc całego, wielkiego przecież świata, który delikatnie wyraża swój sprzeciw, krygując się aby nie ubodło szaleńca, grozi paluszkiem, niczym do małego dziecka mówiąc:”nu, nu, nie ładnie, tak się nie robi”. A przecież ten szaleniec nic sobie z tego nie robi, bo nie obchodzą go delikatne gesty, nie uwrażliwiony jest na głaskanie, czy spokojny sprzeciw. Czyżby nie było mocy na drastyczną terapię tam gdzie powinna ona być przeprowadzona zanim wariat nie nabroi za wiele ? Czyżby historia za mało nas nauczyła, że pozwalamy nawet na samą myśl o możliwości wojny. „Człowiek mądry uczy się na cudzych błędach...” . Może najwyższy czas choć z tej mądrości wyciągnąć naukę, nim będzie za późno dla takich jak ja na ich „być” i „mieć”. Obiecuję nie interesować się polityką, tylko niech ona da mi normalnie, spokojnie żyć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KLEJOWY GENDER
Notatkę dodano:2014-09-03 20:30:29

 

Opętańcze wypełnienie czasu, mojego wolnego od zawodowych zajęć dnia, spowodowało poczucie deficytu chwil na prawdziwe lenistwo. Nie zdążyłam. Tylko tak naprawdę, czy ich chciałam?. Jeślibym prawdziwie pragnęła, wyskrobałabym czas na leżenie odłogiem dla ciała, spowolnienie działalności, bezsensowne obijanie się po kątach mieszkania. Widocznie nie było mi to dziś potrzebne w ilościach nadmiernych, jednak tej odrobiny, która w wolnym dniu powinna się należeć teraz żałuję. Nie było obiboctwa, a jednak znalazłam czas na wiele. Ranny kołowrotek z odprowadzeniem młodego do szkoły, samotny wypad na grzyby, wędrówki po zakątkach z dala od nawołujących się grzybiarzy. Zbyt mało czasu na nasycenie się samotnością i lasem, bo przecież już zbliża się godzina odbioru Kleszczyka, obiad, dwa wsady do pralki, oprawienie grzybów, pobyt na placu i wreszcie chwila spokoju. Niby nic a wszystko zabiera czas, którego jakoś stanowczo za mało. Dobrze, że choć te leśne godziny wyciszenia dla siebie wyrwałam. Łażąc po lesie był czas na przemyślenia i pośród innych refleksji wróciłam myślami do dzisiejszego wyjścia do szkoły. Samo wyjście nawet niewielkie w tych przemyśleniach miało znaczenie. Inny drobiazg, nieistotny dał mi do myślenia. 

Wczorajszy dzień był dla mojego dziecka pierwszym dniem w szkole, tak przynajmniej tą bytność z pełnym wyposażeniem odebrał. Tornister, zeszyty, kredki, pióro, jakieś książki, i wydawałoby się wszystkie rupiecie potrzebne pierwszoklasiście. Wszystkie prócz kleju. Jakoś nie pomyśleliśmy, nie spakowaliśmy, choć w szufladzie leży tego z sześć sztuk. I jak się okazuje wedle mojego syna, nie nadają się one do szkoły. Jakaż tego przyczyna, czyżby jakość kleju nie odpowiadała wymaganiom pierwszoklasisty? A może struktura klejowej masy nie spełnia jakichś wymogów, lub zbytni zapach powoduje odruchy wymiotne lub bóle głowy? Mi wystarczył jeden rzut oka na wzmiankowane kleje aby wiedzieć gdzie tkwi przyczyna zniechęcenia do nich. Jeden z nich w kolorze niebieskim, drugi różowym, sam kolor nic szczególnego. Tylko mąż robiąc zakupy dla wymagającego pierwszaka podszedł do nich chaotycznie, nie zwracając zbytniej uwagi na coś co jak się okazuje jest najistotniejszą sprawą w szkolnych przyborach. Nie ważne jest czy klej będzie kleił, ołówek gładko kreślił, gumka wymazywała to co nakreśli ołówek. Najważniejsze jest to co jest narysowane na opakowaniu kleju, na zewnętrznej farbie ołówka, obwolucie gumki. Zakupione przez męża kleje miały obrazki jakichś potwornych maszkaronów, które obecnie spełniają ważną rolę bycia idolów dziewczynek w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Ani to ładne ani ciekawe ale „dziewczyńskie”. Dla mnie choć płcią żeńską jestem bez dwóch zdań żadnego w tym piękna nie widzę, cóż mój gust widocznie przeżytymi latami wypaczony i wyrugowany z poczucia estetyki. Jednak nie to jest najistotniejsze w moich przemyśleniach. Nawet nie to jest ważne, że moje lata szkolne upłynęły na jednakowo szaroniebieskich zeszytach, którym przypisywanie płci nikomu z nas nie przyszłoby do głowy. Mieliśmy jednakowe kredki z obrazkiem misia, jednakowe przeważnie żółtopomarańczowe ołówki które różniły się oznaczeniem twardości grafitu, klej w postaci gumy arabskiej w specyficznej lekko stożkowej szklanej butelce lub biurowy w metalowych tubkach. Bywało, że odrobina kolorytu i zapachu wkradała się do naszych piórników za sprawą chińskich gumek. Zakup przyborów szkolnych nie był napiętnowany estetycznym wyborem. A przede wszystkim nikomu do głów nie przyszła myśl, że coś nadaje się dla chłopca, a coś dla niego jest zupełne nieodpowiednie. To co kupowali nam rodzice miało się nadawać dla ucznia. Uczniowie to ogół młodych ludzi w określonym wieku, występujący w różnych, jak do tej pory dwóch określonych płciach (pominę wszelkie mutacje i dewiacje), i żadnego znaczenia nie miało to czy ich zeszyty będą się od siebie różnić. Możliwe, że siermiężność tamtych czasów coś nam zabrała, jednak nie zauważam u siebie zaniku oznak płci żeńskiej spowodowanych pisaniem w takim samym zeszycie jak pisał kolega siedzący dwie ławki dalej. Rodzice ówcześni kupowali to co było potrzebne, niezbędne i mieli ten komfort, którego pozbawieni są obecni rodzice. Komfort kupowania pozbawionych płci zeszytów, ołówków i klejów. Sami sobie utrudniamy życie, uczymy tych utrudnień swoje dzieci. Poddajemy się nim, aby dziecko nie odstawało od reszty rówieśników. Ja w całej swojej prostocie wyskrobałam płeć wspomnianym klejom, brutalnie używając nożyka pozbawiłam opakowanie dziewczyńskiego wizerunku. Było brzydkie, jest jeszcze brzydsze ale bez płci. O czasy o obyczaje....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OBCE NUTY
Notatkę dodano:2014-09-01 20:53:37

Wskakuję w ten wrzesień niczym pływak na głębinę, nie wiem do końca co czeka mnie w zetknięciu z lustrem wody. Uszy mam przepełnione dźwiękami żydowskiej muzyki, której energetycznych dźwięków dziś przy tym szarym dniu zapragnęłam. Nie otulam się nostalgicznymi piosenkami, nie chcę ich nastrojowego rzewnego płaczu. Przeciwwagę stanowią inne, pełne rytmu i dynamiki dźwięki, które miałam okazję w trakcie ostatniego pobytu we Wrocławiu gdzieś wśród ulicznych artystów usłyszeć. Nie zgłębiam się w pochodzenie czy etymologię, nie ważny autor, jego ojczyźniana przynależność, rasa, kolor skóry czy narodowość. Coś mi się podoba bez względu na te wszystkie czynniki, słucham. Nie dyskwalifikuję czegoś z uwagi na miejsce pochodzenia. Podobnie staram się nie przekreślać ludzi, nim ich nie poznam. Mam swoje pewne typy narodowościowe z którymi jednak z przyczyn kulturowych wolałabym nigdy się nie spotkać. Może niezrozumienie ich mentalności jest spowodowane nieznajomością źródeł, tradycji z których wynikają ich zachowania zupełnie sprzeczne z moimi środkowoeuropejskimi. Prawdopodobnie jest to uproszczenie, możliwe do korekty, tylko czy byłabym w stanie zrozumieć i przyjąć te odmienne zachowania a następnie się z nimi utożsamiać? Chyba za głęboko wrosłam w to co tu, to czym nasiąkłam od dzieciństwa. Nie jestem gąbką, którą można wyżąć i w miejsce cieczy, która wyciekła wcisnąć coś innego. Stara struktura gąbki jest na wskroś przeniknięta pierwotnie pobraną cieczą, nie da się jej wycisnąć na tyle dobrze aby nie pozostały żadne wątpliwości. Skrupuły są na swoim miejscu, sumienie gdzieś ulokowane, nawyki, zwyczaje, wszystko czym przesiąkłam w większym lub mniejszym stężeniu, ale moje, tutejsze. Staram się nie potępiać kogoś z powodu czy też samego faktu przynależności do nacji. Wiadomo, wychowanie, które z pewnym naciskiem ukierunkowywało nasze sympatie i antypatie do pewnych narodów, nawet w obrębie bliskich sąsiadów, jakiś ślad pozostawiło. I bliżej nam będzie do jednych w sympatii, z samego historycznego naznaczenia. Mogę nie mieć uprzedzeń do poszczególnego członka danej narodowości, jednak już całą nację z pewnym wahaniem ocenię. Historia z pewnym uporem się powtarzała, od niektórych ciągle po plecach i niższych partiach ciała dostawaliśmy, inni z lisią chytrością nas głaskali pięknie obiecując, nic w zamian prócz pięknych wizji nie dając. Naiwne polaczki niejednokrotnie dawały się nabierać niczym ufne dzieci. Oszukane kolejnymi pięknymi słówkami dalej wierzyły w dobre intencje, tłumacząc sobie obiecujących w jak najbardziej usprawiedliwiający sposób. Może tak mamy, jak otwarcie dostajemy w łeb, nie lubimy, jak nas umiejętnie okłamują mimo wszystko będziemy wiecznie przekonani o wspaniałomyślności naznaczonej pechem sytuacji. Chcieli ale nie wyszło... Może więc nie będę wdrażać się w żadne przynależności, niech sobie wykonuje utwór kto chce, dam się ponieść tylko muzyce, bez jakiejkolwiek historycznej czy rasowej traumy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WYBIÓRCZOŚĆ PAMIĘCI
Notatkę dodano:2014-08-31 19:08:28

Ulotna pamięć nie daje zapamiętywać całego ogromu wydarzeń, które nam się w życiu przydarzają. Pamiętam co wydarzyło się tydzień temu, bo miało to jakieś znaczenie odmienne od codzienności. Poszperanie w szufladkach własnej pamięci może nawet dałoby mi odtworzyć co wydarzyło się miesiąc temu, jednak głębsze wnikanie nie dałoby już za wielu pozytywnych wyników przeszukiwania co, kiedy, z kim mi się wydarzyło większy wycinek czasu temu. Moje notatki prowadzone przez ostatnie półtora roku mogłyby mi pomóc w odnalezieniu wydarzeń mających miejsce w opisywanym okresie. Nie są te zdarzenia opisywane szczegółowo, więc i przypominanie byłoby szczątkowe. Na tym polega wybiórczość tego co zapamiętujemy. Nasze osobiste umiejętności zapamiętywania też mają tu znaczenie, jednemu zostaje więcej, drugiemu zaledwie pyłek, szczątki. Nie zaśmieca nam się głowa bo i nie wszystko warte pozostania w labiryncie szarych komórek. Z jakiejś przyczyny udaje mi się zapamiętywać dosyć sporo z tego co spotyka mnie na własnej drodze życia. Jakieś powiązania, wspomnienia, nikłe ślady spraw ważnych i tych całkiem nieistotnych. Nie pamiętam, co miało miejsce dwa lata temu, pięć, dziesięć ale dosyć wyżłobione mam w pamięci wydarzenia z końca sierpnia dwadzieścia pięć lat temu. Nie jest to mam nadzieję objaw Alzheimera, bo i w zakresie zapamiętania tamtego okresu pewne luki u mnie występują. Jednak poza lukami sporo z tamtego czasu udało mi się zachować i jeśli jednak dopadnie mnie wyżej wspomniana choroba, to jeżeli zapamiętam miejsce zapisywania tych notatek będzie szansa na terapeutyczny powrót do przeszłości. Dwadzieścia pięć lat temu kończyła się wraz z sierpniem nasza poślubna podróż. Górnolotne nazwanie tamtej wyprawy, wynikało z faktu odbycia jej po naszym ślubie więc nie było powodu do nazywania jej inaczej. Nie miała też ta nasza podróż wiele wspólnego z ogólnie pojętymi wzorami wyjazdów z filmów, romansideł ówczesnych ani tym bardziej obecnie odbywanymi w kierunku egzotycznych miejsc na mapie świata. Nasza wyprawa samym swoim zaczątkiem czyli wyborem miejsca docelowego rozpoczęła się z naznaczeniem pewnym szaleństwem. Zamknięte oczy, rozłożona mapa polski, strzał palcem w miejsce, które ma się stać tym wybranym. Mapa sporych rozmiarów więc na jej powierzchni miejscowości zarówno duże jak i całkiem małe. Ślepy traf ląduje na miejscowości Kamień, gdzieś w mazurskiej głuszy, najbliższa większa miejscowość to Ruciane Nida. Wyekwipowani w plecaki, namiot, śpiwory, beztrosko zapomniawszy o materacu, który zapobiegliwy mój tatuś w ostatnim momencie dostarcza tuż przed odjazdem pociągu, wyruszyliśmy w swoją podróż konsumpcji małżeńskiego stadła. Pociąg, autobus, autostop, piesze dystanse, pełen wachlarz tamtej wędrówki i sposób na dostanie się w upragnione miejsce. Młodość, miłość i niecierpliwość dodawały nam chyba skrzydeł w tym dotarciu na koniec świata. Nie zauważaliśmy niewygód, chłodnych poranków i wieczorów, braku kąpieli w tutejszym jeziorze, padającego deszczu, przemakającego namiotu i innych niedogodności, które niwelowane bliskością dały nam przeżyć na tym odludziu do końca planowanego czasu. Gdzieś poza nami, w cywilizowanym świecie szalała hiperinflacja, a nam wystarczało tamto odludne i zarazem wyludnione z powodu końca wakacji miejsce. Wspólne prysznice w męskim przybytku, z prozaicznego powodu cieplejszej wody, a może z paru innych powodów, które pewnego dnia stały się także powodem do zazdrości jednego z ostatnich turystów. Nie potrzebowaliśmy egzotyki, nic takiego nawet nie przychodziło nam do głów, wystarczaliśmy sobie sami w każdej godzinie na wyciągnięcie ręki. Parę dni w odcięciu od świata przekrajane bywało wypadami po pieczywo i podstawowe artykuły żywnościowe, bo jak się okazuje duchowość może nie potrzebuje jadła, jednak nasza cielesność jak najbardziej się go domagała. Pamiętam jak pewnego poniedziałkowego dnia, zaskoczeni zostaliśmy prawie czterokrotną zwyżką cen masła, które przez weekend spędzony bez prasy i radia oraz jakichkolwiek wiadomości z kraju dla nas były szokiem nie do zrozumienia. Dokładnie dwadzieścia pięć lat temu nasza podróż dobiegała końca, już wracaliśmy, z przestankiem oraz ostatnią nocą spędzoną w Olsztynie. Okazało się, że hiperinflacja zżarła naszą gotówkę bez naszego szaleństwa, podstępnie wysysając całą wartość z tego, co nam w portfelu pozostało. Ekstrawagancki pobyt w hotelu okazał się powyżej posiadanych funduszy. Staliśmy się biedakami, choć tak naprawdę nie czuliśmy tej różnicy statusu, nigdy nie będąc w zamożnej grupie społeczeństwa. W jakiś cudowny sposób trafiliśmy do schroniska młodzieżowego, znajdującego się nad jakąś szkołą, piętrowe łóżka rozdzieliły nas na tę noc. Naukowiec śpiący po sąsiedzku wzbudzający do dziś dnia nasze wspomnienia z pewnej fizjologicznej przyczyny, która może kolorytu nie dodała jednak zapamiętana przez nas została. Jutrzejszy dzień rozpoczął się dla nas dzwonkiem szkolnym, który przywrócił nas rzeczywistości. Nasz pobyt poza codziennością dobiegał końca. Nie wiedzieliśmy tak naprawdę co nas czeka, co nam przyniosą kolejne dni, miesiące i lata. Wierzyliśmy, że się uda i udało się. Bo tak naprawdę nie trzeba wiele aby być szczęśliwym, czasami wystarczy przemakający namiot w którym jest ta druga szczególna osoba. Chude lata mniej chude wtedy się wydają, a tłuste dużo tłuściejsze się okazują.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BRZEMIĘ NAUKI CZY WIEDZY
Notatkę dodano:2014-08-30 22:06:04

Pominąć, pisać, dać spokój, czy też zmobilizować się na tyle aby wbrew samopoczuciu parę słów po dzisiejszym dniu zostawić. Choć sam mijający dzień jakby chciał swoją miałkością przypieczętować kończący się miesiąc. Ogólny rozrachunek dni, które przeszły, określiłabym jako dobry czas, a właśnie ten dzisiejszy jakby miał nadzieję, że dzięki niemu obniżę ogólną średnią. W poniedziałek mam wrócić do pracy i moje ciało chyba się przeciw temu zaczyna buntować. Może to duch, który w spółce z powłoką cielesną zmówione pokazują, jak niewiele mogę kiedy one zaczną czynić wbrew mnie. Przypałętało się jakieś przeziębienie za sprawą małżonka, który drogę do naszego mieszkania gościnnie wskazał. Zaraza zadomowiła się ukradkiem, cichutko przyczaiła aby zaatakować w przeddzień powrotu do pracy. Oczywiście nie byłabym sobą, abym miała tak bez walki poddać się podstępnemu choróbsku. Nie ze mną te numery. Zapas chustek higienicznych mam zawsze jako żelazną rezerwę, najwyżej uszczuplę tylko po to, aby mieć powód do kolejnego zakupu. Syropy z bzu dodawane do herbaty z imbirem i kardamonem sprawdzają się i łykane bez wstrząsu obrzydzenia mam nadzieję pomogą. Inne sprawy przecież tuż za winklem czasu mnie i naszą rodzinkę czekają już za niewielki momencik. Kleszczyk idzie do szkoły jako pełnoprawny pierwszoklasista. Odbędzie się to przy udziale taty, który mam nadzieję udokumentuje to wydarzenie abym mogła w nim choć częściowo uczestniczyć. Niby ważny dzień, dla każdego z nas, te pierwsze godziny rozpoczynające czas spędzony w szkolnych murach, jednak tak naprawdę chyba niewielu z nas dokładnie pamięta co akurat tego pierwszego dnia ze szczegółami się wydarzyło. Więcej z tego pamiętają rodzice przyprowadzający swoje pociechy, niż one same. Podobnie ja, nie pamiętam jak wyglądały moje pierwsze dni w podstawówce. Samą podstawówkę z perspektywy minionego czasu oceniam bez większego pietyzmu, bardziej w negatywnym kierunku te moje oceny lewitują. Osiem lat z jedną klasą, jednym wychowawcą, paroma piętnami przyklejonymi i dźwiganymi aż do ukończenia edukacji na tym poziomie. Nie polubiła mnie podstawówka podobnie jak i ja jej nie pokochałam. Parę osób z którymi miło mi się spotkać po tych minionych wielu latach, a reszta do wymazania. Możliwe, że sposoby na wychowanie nas, jako trybików pewnego systemu w moim przypadku spaliło na panewce. Dom wpajał inaczej, szkoła rozbieżny wzorzec próbowała przekazać. Nawet nie dotyczyło to jakichś historycznych zaszłości które oświeceni rodzice mi wpajali. Nie żadne rewelacje z czarnymi kartami historii ani wywrotowe akcje rodziców były tu ważne. Sam sposób ich mojego wychowania był odrobinę odmienny od propagowanych wzorców w szkole podstawowej. Nie namawiali do bycia wbrew temu co nakazywano w szkole, jednak sami czasami postępowali inaczej niż uczyła szkoła. Zmysł obserwatorski małego człowieczka jest może nie wyrobiony, choć na tyle wyostrzony aby tę różnicę gdzieś w głębi umysłu zakodować. Niby mały człowiek niewiele robi, jednak raz zasiane ziarenko czeka tylko na odpowiednie warunki do wzrostu. W trakcie podstawówki moje ziarenko czynienia wbrew trwało w uśpieniu. Byłam grzeczną, cichą dziewczynką, starannie prowadzącą zeszyty jednak zupełnie nieaktywną. Przestraszoną, zahukaną, nieśmiałą która zawsze wolała być w ostatnim niewidocznym szeregu, ostatniej omijanej ławce. Najchętniej ubrałabym się w czapkę niewidkę która stanowiłaby mój strój przez całą podstawówkę. Niestety czapki niewidki nikt nie ofiarował, stawiając mój świat na codziennej pozycji przyczajenia aby przetrwać kolejny dzień. Przyklejone łatki piekły swoją nieprawdziwą wartością obniżając poczucie tego, ile tak naprawdę mogę, potrafię i jestem w stanie. Osiem lat, które gdyby czas mógł przejść jeszcze raz zupełnie inaczej bym spędziła. Ten pierwszy etap szkolnictwa chyba więcej mi zabrał niż dał. Przyjaźnie dziecięce nie przetrwały, nieśmiałość i wstydliwość raczej okazuje się bardziej przeszkadzała, z nauk niewiele zostało, choć czy można za to wszystko winić szkołę czy też mnie, nie rozwiążę tego dylematu. Było minęło, i może jednak na szczęście nie wróci. Później jeszcze miałam dwa takie przełomowe, kolejne stopnie edukacyjne. Każdy z nich coś po sobie zostawił, w czymś mnie ukształtował, czegoś nauczył, jakieś piętno po sobie pozostawiając. Co z tych edukacyjnych schodów było najważniejsze? Czy była to sucha wiedza, którą próbowano mi przekazać, czy też większą wartość po tym minionym czasie miały zupełnie od nauki odmienne sprawy? Nie pamiętam dziś wzorów, twierdzeń, schematów, wykresów i tabelek natomiast jakoś nie potrafię wykreślić wspaniałych ludzi, których tam poznałam, paru wydarzeń, relacji i przygód które więcej mnie nauczyły niż tomy książek. Widocznie nie do nauki scenarzyści na górze mnie stworzyli, nie pozostaje nic innego niż nieść to brzemię odnajdując w tym swoje zadowolenie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163063
Osób: 145518