Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PODOBIEŃSTWA I RÓŻNICE
Notatkę dodano:2014-08-29 20:48:56

 

 

„Ty się lubisz katować”. To były pierwsze słowa dzisiejszego dnia wypowiedziane w moją stronę przez małżonka. Pora na takie sformułowanie była wedle niego najodpowiedniejsza, i moje zachowanie jakby przypieczętowało akurat takie podsumowanie mnie. Wedle niego ostatnie poranki urlopowego obiboctwa powinnam spędzić w ciepłym łóżku, oczywiście najlepiej w pewnych formach małżeńskiej aktywności. Tylko kwestia tego, czy akurat taka działalność zadowoliłaby mnie. Może właśnie to, że wstaję szarym świtem, jadę na basen gdzie bez przymusu sobie narzucony dystans przepływam, aby później nie zwalniając tempa energicznie wkroczyć w dalsze punkty harmonogramu dnia. Mogłabym pozostać w ciepłym łóżeczku, rozleniwić się do tego stopnia, że nic więcej nie chciałoby się robić, tylko do końca dnia w nim być. Takie rozwiązanie preferowałby mój mąż, tylko, że on to nie ja. Ja to nie on. Dobór na zasadzie przeciwności, magnetyczne przyciąganie plus do minusa. Nie wydawało mi się to możliwe, bo przecież z innymi przeciwnymi mojej osobie nigdy w życiu nie byłby możliwy tak dobrze funkcjonujący związek. A jednak działa, zazębia się na pewnych obszarach niczym dopasowane zębatki, i żadna z nich nie gubi ząbków na niepotrzebnych zgrzytach. Nie wszystko nas różni, choć tych różnic zdaje się być dosyć sporo, jednak minione lata chyba nauczyły nas ustępstw lub umiejętności niwelowania odmienności w nas samych. I nie zawsze opuszczam łóżko wybierając basen, podobnie jak on nie zawsze robi to co trzydzieści lat temu by zrobił, a byłby to sposób sprzeczny z moim zapatrywaniem. Uczymy się dostrzegać odmienności a zarazem tak się z nimi układać aby stawały się cechami nam wspólnymi. Nie wykorzeniamy bo to nie możliwe, zresztą z pozycji siły niewiele się zyska. W ten sposób można zrazić, spowodować udawanie, pokazywanie własnego oblicza za plecami, po prostu aktorstwo. Niektóre różnice pozostają i trzeba nauczyć się z nimi żyć podobnie jak ja nauczyłam się z paroma występującymi u mojego małżonka a on z moimi. Nie zawsze i nie we wszystkim będziemy się zgadzać, inaczej podchodzimy do pewnych spraw, inny byłby sposób ich rozwiązania. Podobnie jak inne podejście do mojego dzisiejszego pędu w kierunku przeciwnym do ciepłego łóżka.

Wiele lat temu, miałam koleżankę, Anię. W zasadzie nie było to bardzo zażyłe koleżeństwo. Jednak przydarzyła mi się historia z nią związana, która w pewien anegdotyczny sposób utkwiła mi w pamięci. Miałyśmy naście lat, ja wolny elektron bez większej potrzeby lub może odpowiedniego pretendenta na którym mogłaby w tamtym czasie się wesprzeć. Moje patrzenie na męski rodzaj dosyć wyidealizowane, być może z braku doświadczenia lub romantycznych wymagań co do przyszłego kandydata. Ona choć rówieśnica, w związku, który stanowił tajemnicę poliszynela. Chłopak, a właściwie dojrzały mężczyzna u jej boku to jej dawny nauczyciel ze szkoły podstawowej. I różnica wieku i wykształcenie, zainteresowania zupełnie odmienne. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy odmiennością był wygląd, którym to wybranek Aninego serca jakoś w sensie pozytywnym nie grzeszył. Niższy od Anny, zgarbiony, jakiś taki daleki od dziewczęcych ideałów. Jednak coś między nimi stanowiło o tym, że związek rozkwitał, i niechybnie zmierzał do pewnego finału. On, w jakiś sposób pomagał w rozwoju Ani, nie tylko w sferze jej kobiecości ale także na niwach kulturalnych zainteresowań, co powodowało i wizyty w operze i spektakle teatralne na żywo i inny od sztampowego wybór lektur. Ania zdawała sobie sprawę z mankamentów i różnic, ale widziała też pozytywy wybranka. Pamiętam, jak któregoś pięknego dnia spotkawszy mnie poza szkołą, kiedy niezobowiązująca rozmowa zeszła na grunt relacji damsko - męskich zadała mi pytanie, którego nie zapomnę.

- Powiedz, mi czy ja mam za niego wyjść za mąż, bo wszyscy mówią, że on przy mnie to nie przymierzając jak Quasimodo wygląda?. Cóż mogłam na takie określenie odpowiedzieć, jakiej rady udzielić z wysokości swojego niedoświadczenia w tych sprawach? Jedynego, które przyszło mi do głowy : nie patrz na ludzi, bo to ty z nim będziesz żyć. Jeśli ci odpowiada ten człowiek i nie przeszkadza jego wygląd, nie zastanawiaj się tylko wyjdź. Nie wiem jakie znaczenie miała nasza rozmowa, czy moje słowa odegrały jakąkolwiek rolę, jednak Ania za jakiś czas stanęła na ślubnym kobiercu z niepozornym Quasimodo, i żyją wspólnie już parę dziesiątek lat jako małżeństwo.

Różnice dla postronnych tak wielkie, dla niej okazały się być bez znaczenia, a może nauczyła się z nimi żyć podobnie jak ja z różnicami mojego wybranka.

Wpadła mi ta piosenka w ucho pomiędzy pływalnią a przebieralnią na dzisiejszym basenie. Nie tylko w tym uchu pozostała ale jeszcze okazało się całkiem przyzwoity i sensowny tekst za nutą stoi. Wiem że z dzisiejszym tekstem bez związku, ale co mi tam  :)

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE NAJGORSZE MAMROTANIE
Notatkę dodano:2014-08-27 21:05:42

Irytacja. Nie zawsze potrafię zapanować nad tą ogarniającą mnie ze wszystkich stron żeńskiego rodzaju wścieklizną. Wszystko wydaje się normalne, poukładane, stabilne i nie wiadomo skąd wyłazi, osacza, a we mnie niczym w próżniowym kociołku zawór bezpieczeństwa zaczyna z syczeniem sygnalizować podwyższony poziom niechcianego stanu. Byle pierdoła, kalibru zupełnie nie wartego wywołanego stanu okazuje się dla mnie wybuchem ponad swoją wartość. Oczywiście zaraz zaczną się doszukiwania i przyklejanie łatek, że pewnie czterdziestoparolatka ma wiekowy problem. Nic bardziej mylnego. Widocznie mój charakter specyficznego typu w ten sposób reaguje na coś sprzecznego z oczekiwaniami. Fachowcy od naszej psyche posegregowali nas wedle sposobów naszych reakcji i w zasadzie, każdy wie, w którym rządku z racji charakteru może znaleźć współtowarzyszy podobnie działających. Ja również uplasowana jestem w którejś z grup, choć przynależność do jednej konkretnej byłoby zbytnim przekłamaniem. Gdzieś pomiędzy cholerykiem a sangwinikiem. Walka ze swoimi dominującymi cechami niewielki skutek odnosi, choć z wiekiem wygładził się choleryk niegdyś wyłażący na zewnątrz niczym lawa z krateru wybuchającego wulkanu. Możliwe, że nauki dostarczane przez upływ życia uczą stopniowania wcześniejszych gwałtownych zachowań, a może choleryczność traci na sile wprost proporcjonalnie do upływających lat. Tępieje, co nie znaczy wcale, że zanika. I wystarczy mały impuls zapalny, sąsiadka z górnego piętra – taki mój przysłowiowy Gaweł (dla przypomnienia A. Fredro), niestykające kabelki od niepotrzebnego dla mnie, a zarazem niezbędnego dla Kleszczyka sprzętu – czyli telewizora, a mój choleryk budzi się z parotygodniowej drzemki. Nieadekwatnie do sytuacji kipi i syczy zawór bezpieczeństwa. Na syczeniu się nie kończy, mamrotanie to za mało, a zawór ciągle syczy.... Głowy indywiduum z góry nie urwę, choć nie powiem, dosyć zachęcająca perspektywa, zresztą na cóż jej ona skoro i tak nie używana... Nie mam na krwistą rzeź ochoty ani umiejętności, czy też zbytniej ku temu atencji, więc pozostaje reakcja podstępnego lisa, co sprzeczne zarówno z cholerykiem jak i sangwinikiem a przede wszystkim ze mną samą, lub przybranie pozy flegmatyka. Nie potrafię więc mamroczę, głośniej mamroczę i jeszcze głośniej mamroczę. Z telewizorem i nadmiarem kabelków z których jakiś potrafi dokonać cudu rozłączenia fonii, wizji i mojego spokoju też nie potrafię z prozaicznej przyczyny technicznego analfabetyzmu poradzić. Próba cierpliwości, która zgodnie z przewidywaniami kończy się mamrotaniem, głośniejszym mamrotaniem i….. Czy to mamrotanie z pełnym wachlarzem szewskiej mowy, dyskwalifikuje mnie z grona osób dobrze wychowanych, normalnych, nadających się do życia w społeczeństwie? Zapewne w niektórych oczach przypięto by mi łatkę niezbyt pochlebnie brzmiącą, tylko tak sobie myślę że jednak są gorsze rzeczy niż akurat tak wybuchający zawór bezpieczeństwa i moja na ten wybuch reakcja. Można być spokojnie wbijającą w plecy nóż szują nie koniecznie własnymi rękami, lub czyniąc to w nimbie pewnej zakłamanej pozie prostodusznego, łagodnego, cichego na zewnątrz, a w środku pełnokrwistego bydlaka. Podłożyć świnię, wbić nóż w plecy, wykopać dołek, podstawić nogę, to określenia które nie wzięły się znikąd, one mają pełne uzasadnienie w naszych zachowaniach. Więc tak naprawdę, czy moje mamrotanie nawet w nasileniu decybeli to aż tak wiele złego w ogólnym rozrachunku?.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


COŚ O MOTYLACH....I RECYCLINGU
Notatkę dodano:2014-08-26 20:35:17

Deszczowe dziś przepowiedziane przez bolącą wczoraj głowę, wszystko ma swoje źródło, jakieś przyczyny. Nie zawsze potrafię powiązać coś z czymś, kogoś z innym, choć zazwyczaj pewne nitki same ze sobą się wiążą. Wczorajsze łyknięcie przeciwbólowej pastylki dawało mi poczucie ulgi i wiedzę, że będą zmiany, że ten ból głowy, to nie konsekwencja niedzielnego spotkania. Moje ciało zna granice, zdobyte przez życie doświadczenie już nie pragnie ekstremalnych doznań, i w tym, co sama mogę sobie narzucić osiągnęłam pewien stabilny stopień, który nie dopuszcza do bólu głowy nazajutrz. A jednak ten ból głowy się pojawił i nie opuszczał przez wiele wczorajszych godzin. Przypuszczałam gdzie mogła tkwić przyczyna choć ukazujące się słońce dawało błędne poczucie, że niewiele się zmieni, ja znając swoją wrażliwość na zmiany w aurze starałam nie dać się zmylić. Nie do końca potrafię wyczytać z intensywności i nasilenia bólu kiedy nastąpią pogodowe zwroty akcji. Czasami trzeba czekać dwa, trzy dni, bywają całkowite zmyłki, kiedy nic się nie wydarza, choć mój wewnętrzny barometr wyraźnie wskazywał możliwość zmiany. A wczorajsza przypadłość mogła być konsekwencją nie tylko własnego wskaźnika pogody jak i pewnego zużycia własnego ciała, bo ono już wieloletnią eksploatacją może zmylić, choć utrzymałam umiar, który znam, zużycie materiału mogło dać akurat taki skutek. Wszelkie wątpliwości zostały rozwiane dzisiejszym szarym widokiem rozpościerającym się z moich okien. Jak okiem sięgnąć pejzaż przybrał stonowane barwy przytłumionej deszczem szarości ponad wszystkim co jeszcze jakikolwiek kolor posiada. Chmury racjonujące deszczami i tym specyficznym ciężkim kolorytem odpowiedziały na pytania o przyczyny utrapień wczorajszych i zabierały wszelką chęć na wyjścia. Wczesnym rankiem zdążyłam zaliczyć ulubione miejsce, już za chwilę ukrócą się możliwości, inne sprawy staną się ważniejsze. Póki jeszcze mogę wyrywam dla siebie ile się uda. To takie niewielkie, coś dla siebie. Nic nikomu nie zabierające, nikogo nie krzywdzące, choć zarazem dające mi krztynę radości. Nie jest to radość na poziomie buzującego zakochania, emocji pierwszych razów, wstrząsów całym światem. A przecież ludzie w moim, określani umownie średnim wieku, czasami czynią coś, co jeszcze daje im właśnie taki poziom emocji. Kobiety otoczone stabilizacją i codzienną szarością gdzieś marzeniami wychodzą w poziom, do którego nie zawsze mają odwagę się przyznać. Jakieś znudzenie powoduje, że jeszcze choć raz chciałoby się czegoś dającego zapomnienie wartością „motyli w brzuchu”. Choć przez chwilkę chce się wejść na wyżyny dawno zapomniane. Przeżyć tą chęć, która kiedyś niewymuszona sama się pojawiała, drżeniem alarmowała o gotowości, omijała każdą przeszkodę aby tylko się spełnić. Uścisk kochanka, który powodował natychmiastową reakcję, wykradane delikatne muśnięcia ustami, i namiętne, daleko idące mokre pocałunki. Każdy zakamarek ciała odkrywany na różne sposoby i nie nudzący. Każdy inny i każdy wyczekiwany. Te średniowiekowe kobiety pamiętają, że kiedyś to było, że się zdarzało, że było niczym pikantne, gorące danie, którym nie sposób się było przejeść. Pamiętają smak. Mają w pamięci dotyki, i czują dawno minioną gęsią skórkę będącą ich efektem. Tylko okazuje się, gorące danie ostygło, pikanteria wyparowała, mechaniczność dotyku nie przyspiesza bicia serca. Pocałunek niczym wyschnięte źródełko nie daje niegdysiejszej rozkoszy. I mówi się, chciałbym jeszcze choć raz poczuć to, co kiedyś. Nie mówi się tego temu, który powinien także podobnie pragnąć, on nie potrzebuje tak jak ona. Jemu inny poziom doznań wystarcza. Co można zrobić, aby ona nie wzdychała w poduszkę, aby on zauważył jej marzenia. Nie chciałbym aby receptą było spełnienie jej marzeń z innym nim. Tylko jeśli czegoś nie uczynią, ona będzie miała nieszczęśliwy środek pragnący czegoś więcej lub wykona krok, który będzie namiastką szczęścia. Chwila szczęścia, która zburzy dotychczasową stabilizację. Jeśli chęć odczucia motyli będzie tak wielka może zostać uczyniony krok po którym chwila uniesień zaprowadzi na dno przepaści. A może najwłaściwszą byłaby szczerość, z tym obecnym nim. Może ćwiczenia w próbowaniu odnalezienia niegdysiejszych smaków. Może zamiast martwić się brudnymi naczyniami w zlewie, praniem, gotowaniem czy inną prozaiczną normą do wykonania należy pójść na romantyczny spacer, w ustronne miejsce parku, gdzie kiedyś się bywało, i spróbować czy jeszcze się potrafi wykrzesać z pocałunku coś więcej niż odczucie papieru ściernego . Dla iluzji paru chwil motylego odczuwania z kimś innym nie zawsze warto psuć coś, co być może nadaje się do naprawy. Recycling związku z doświadczeniem może byłby lepszym rozwiązaniem niż wymiana na nowy model. Te nowe niejednokrotnie bardziej wadliwe od kiedyś produkowanych, a nie każda marka okazuje się nieawaryjnym Rolls-Roycem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SPOTKANIE MŁODYCH DUCHEM
Notatkę dodano:2014-08-25 19:44:20

Ostatni tydzień urlopowego sierpnia. Komuś przyszło na myśl wyliczanie specyficznego zestawienia dni w tym mijającym właśnie miesiącu. Przez portale społecznościowe przychodziły niczym niegdysiejsze łańcuszki nakazy udostępnień, rozpowszechniania wiedzy o tym ewenemencie. Nie wnikam, nie analizuję, dla mnie ten mijający sierpień inną wartość sobą przedstawiał. Długi urlop, sprawy, które choć nieplanowane jednak się wydarzyły, spotkania, których nie przewidywałam, jednak miały miejsce. I obecnie ostatnie dni w których już niewiele się spodziewam. Liczę, że będą stonowane wydarzeniami, uspokojone w oczekiwaniu na następny przedział czasowy.

Nie było mnie tu parę dni, brakowało czasu, a może wyczekiwanie zaplanowanych wydarzeń pomiędzy które przecież należało ucisnąć normalne życie spowodowało moją absencję. Urlop normalnej kobiety, która przywykła do tego, że ciągle coś trzeba, że należy z różnych przyczyn. Wersja oszczędnościowa życia. Zimowe zapasy, zagospodarowanie plonów, czyszczenie mizernej działeczki z tego co na niej wyrosło, zaowocowało, obrodziło. Jakieś okazje, które należy w całym majestacie obowiązku wykorzystać. Spiżarnia zaczyna pękać w przysłowiowych szwach, a jeszcze jakieś nowe sprawdzone przez kogoś przepisy, coś co bardzo chcę na swojej półeczce po prostu mieć. Mina męża wyrażająca całą sobą negację tej mojej słoikomanii. Za każdym razem odwieczne w takich sytuacjach :”ale to już naprawdę ostatnie.... nie ma gdzie ustawiać, następnym razem ty będziesz robić w piwnicy porządek...” Przytakujące, mające utwierdzić w przekonaniu o mojej zgodzie z na taki przyszłościowy wariant wyartykułowane „tak”, które jak oboje wiemy żadnego pokrycia w przyszłorocznej rzeczywistości mieć miejsca nie będzie. Teraz jest ten rok, ten sierpień i tegoroczne zapasy, choć nasze schematy zachowań powielane niczym mantra. To było jeszcze w piątek, sobotę, a już niedziela była moim dniem na całkowitą wyłączność. Nastąpiło oczekiwane spotkanie, którego wizja z początku rozmyta, mgliście dająca szansę na zaistnienie, w ostatnim tygodniu wyklarowała się na tyle, że w efekcie przyjęła na siebie wykonawstwo i spełnienie. Potrzebne są takie chwile, kiedy parę osób widzi niezbędność spotkania, kiedy wszystkie one zostawiają teraźniejszość z obowiązkami, prawami i obierając jakiś punkt na mapie kraju pojawiają się w nim o tej samej godzinie, tylko po to, aby parę godzin dać sobie wspólnie. Powspominaliśmy, uzupełniliśmy wiedzę o nowości z minionego czasu, przez moment ujęliśmy sobie lat po to, aby wrócić bez uszczerbku w domowe pielesze. Jakieś plany bez konkretu na następny raz, który wiem, że będzie miał miejsce, dopóki znajdą się choć dwie osoby którym będzie się naprawdę chciało. Co zyskujemy? Nic materialnego, a zarazem wiele nienamacalnego dobra, które gdzieś niczym uśpione nasionko czeka na kolejny raz aby wykiełkować entuzjazmem na widok starych znajomych. Mijają lata, a my jakby wbrew całemu światu odnajdujemy w sobie niegdysiejszych młodych ludzi, którzy pomimo zmian ciał, ducha mamy na tyle prężnego aby wskoczyć w minioną rzeczywistość. Odkrywamy siebie i swoje walory, minione marzenia, niespełnione plany i zderzenie z tym co wydawało się na wyciągnięcie ręki a okazywało mrzonką młodości. Inaczej patrzymy na minione wydarzenia, nabraliśmy dystansu, i okazuje się, że przewartościowują się nasze zapatrywania przez miniony czas. Pytamy się o coś co bywało milczeniem okryte, mówimy o rzeczach które kiedyś nieznane teraz mogą być skonfrontowane z doświadczeniami zdobytymi własnym życiem. Mamy kłopoty, do których potrafimy się przyznać, nie wszystko co miało być sielankowe okazuje się takim, i to nasze zwyczajne życie nie pozbawione raf i mielizn, na których często coś tracimy, które nam zabierają więcej niż ofiarowują. Nie wszystko wygląda jak dwadzieścia parę lat temu, a jednak my, sami potrafimy dalej wejść w rozmowę kiedyś przerwaną z nadzieją na jej ciąg dalszy przy następnej nadarzającej się okazji. Już częściej nasze ciała coś dopada, ich sprężystość daleka od dawnego ideału, a jednak chce nam się i sądzę, że tak długo jak jeszcze będzie się chciało, ten młody duch ciągle w nas będzie. Czasami uśpiony, niejednokrotnie nierozruszany jednak obecny.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RATUNEK Z PĘT
Notatkę dodano:2014-08-20 21:04:11

Mieszkanie przesycone zapachem gotowanych pomidorów, smażonej papryki, czosnku oraz ziół w mieszance aż kręcącej w głębi nosa. Dziś dzień produkcji sosu na zimową półeczkę. Ten sos, to coś, bez czego nie wyobrażam sobie szybkiej kuchni. Pewnie, teraz się narobię, nawącham, przejdę zapachami, jednak kiedyś będzie on moim ratunkiem. Awaryjka, takie określenie kiedyś usłyszałam i choć ówcześnie zupełnie inna rzecz była tak nazwana, jednak do mojego sosu pasuje jak ulał. Przyjdzie kryzys czasowy, brak weny kulinarnej lub inna przypadłość nie dająca chęci do dłuższego przebywania w kuchni nad dylematem obiadowym, „awaryjka” będzie moim ratunkiem. Ratunek, słowo kluczyk, które do innej sytuacji mogłabym dopasować, zresztą zapewne choć takie jednoznaczne w wielu opcjach może być rozpatrywane.

Byliśmy w Świnoujściu, wielkie zmiany spowodowały, że miejsce, niegdyś mało przyjazne spacerowiczom, zupełnie zmieniło swoje oblicze. Fontanny, ławeczki, deptak na którym i dzieci i starsi chętnie odpoczywali. Nie byliśmy zmęczeni, jednak urokliwe, osłonecznione ławeczki aż przyciągały nas do siebie. Kleszczyk biegał, mocząc się w fontannie, brodził w sadzawkach, a my oparci o siebie leniwie spędzaliśmy ten czas. Któreś z nas wyciągnęło jakieś paluszki, nie z głodu, może dla zabicia czasu ciągle obserwując młodego zaczęliśmy konsumpcję. Tuż obok jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiło się miejskie ptactwo. Gołębie i wróble. Mamy chleb, są paluszki dzielimy się z nimi chętnie obserwując zachowania ptaków. Ten tego goni, inny szarogęsi się pośród wszystkich, tamten zaczepny, inny ustępujący z drogi. Zupełnie jak ludzie. Ważni i ważniejsi, choć przecież równi sobie, niewiele się od siebie w obrębie gatunku różniący. Inne upierzenie, maleńka rozpiętość w wielkości. Czujność i obserwowanie otoczenia łącznie z karmiącymi. Nieufność wobec obcych. Sypiemy okruchy jednych wyróżniając, nad niektórymi się litując, paru pomijając, a między sobą komentujemy te ptasie zachowania. W pewnym momencie wśród ptaków widzę, jednego lekko utykającego, stojącego na jednej nóżce. Z daleka wygląda na kalekę, przecież każdemu może zdarzyć się wypadek. I nam i im. raz zauważona ułomność powoduje większą obserwację akurat tego jednego gołębia, odrobina współczucia i rzucanie kąsków akurat w jego stronę. Nie wszystko udaje się wyłapać, gołąb jednak za jedzeniem zbliża się w naszą stronę. Teraz już widać przyczynę jego kalectwa i nieporadności. Jedna nóżka przykurczona, opuchnięta z prozaicznej przyczyny – splątane obie do siebie kawałkiem nitki. Widocznie gdzieś nieopatrznie wplątał się ptak, i sam nie jest w stanie się z tych pęt wyswobodzić. Potrzebuje pomocy, jednak jego nieufność wyklucza takową. Próbuję karmić ptaka tak aby zbliżyć się na tyle by móc go złapać. Jednak jest dziki, czuje zagrożenie, nie wie, że mogłabym być jego ratunkiem. Kto wie, jak potoczą się jego losy, nitka będzie trzymać nóżki, i ptak po jakimś czasie przyzwyczai się do tej niedogodności. Może być drastyczniej bo przecież może splątać się mocniej, co może być powodem zbytniego ucisku i …. Przyjmę jednak, że gołąb będzie żyć z tą splątaną na nogach nicią, będzie go ona ograniczać, zabierać pełnię ruchów, do czasu aż ktoś mu nie pomoże, nie zostanie uratowany. Ta nitka będzie dla niego czymś co zabiera pełnię życia. Tak przyszło mi do głowy, że my ludzie też czasami mamy takie splątane, ograniczające nas nitki. Nie zawsze one są widoczne, nie umiejscawiają się na naszych nogach. Tylko mamy takie pęta gdzieś w głowie. Czasami ktoś zostawi po sobie taką zapętloną w naszej głowie, ograniczającą nas nić, i trzeba aby ktoś inny nas uratował. Inna osoba może być ratunkiem. Musi nas oswoić, zbliżyć się, i delikatnymi ruchami ściągnąć nić nas krępującą. Niektórzy nigdy nie spotkają swojego ratownika, przyzwyczajają się, uczą się żyć w tej plątaninie. Mija ich wiele z tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie ograniczające pęta. Tymi nićmi może być wiele spraw, i wiele przyczyn ich powstania. Najważniejsze, aby pojawił się ratunek, bo bez niego choć będziemy żyć, to podobnie jak ten gołąb, nie do końca, nie w pełni.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DWUDZIESTA PIĄTA KROPELKA
Notatkę dodano:2014-08-18 21:39:39

Wielkie łapy prozy życia już nas osaczyły na tyle, że nie łatwo jest pamiętać o minionych paru dniach w innym, jakże odmiennym miejscu. Mąż do pracy a ja w domowej codzienności z normalnością w tle. Kleszczyk przepełniony euforią, całe swoje minione dni musi sprzedać kolegom w piaskownicy. Każdy przywieziony przez niego przedmiot, czy to będzie reklamowy folder, skasowane bilety wstępu na oglądane parę dni temu atrakcje, czy zabawki kupione gdzieś daleko, a nie w osiedlowym sklepiku stanowią atrakcję i powód do szerokich opowieści. Nazwy miejscowości choć nie zawsze coś dla słuchaczy mówią, to jednak stanowią o krajowej egzotyce dla tych, którzy całe wakacje spędzili na tutejszym podwórku. Cóż, dzieci inaczej postrzegają, inaczej ich czas płynie i inne sprawy ważniejsze niż dla nas, dorosłych. A my już odkreśliliśmy tamten pobyt czasem minionym, już ważne to co przed nami a mniej istotne to co było.

Choć nie każde „było” podobnie przez nas postrzegane i podobną miarką mierzone. Jutro mija moja dwudziesta piąta rocznica ślubu. Tego czasu nie wykreślę lekkim „było”. Trudno mi uwierzyć, że to już aż tyle, że więcej byłam mężatką niż panną. A przecież moje bycie panną, to cały czas od niemowlęctwa poprzez wszystkie etapy dzieciństwa, wiek dojrzewania i młodość, tą przed podpisaniem małżeńskiego cyrografu. Srebrne gody, brzmi ta nazwa dostojnie i tak jakby nie nas dotyczyła tylko kogoś innego. A przecież to nasze wspólne ćwierć wieku, nikt nam tych lat nie jest w stanie odebrać. I tak niedawno się wydaje, tak świeżo jeszcze w pamięci, tamte sierpniowe dni, prawie bliższe niż miniony parodniowy wyjazd. Pamiętam epizody, z których jak obrazkowy komiks układa się tamten dzień. Wątpliwości, które wtedy miałam dawno zostały rozwiane, czas ukazał trafność podjętej decyzji, życie pokazało właściwość wyboru. Dylematy z tamtejszych godzin znikły, będąc tylko strachami wyobraźni. Dzięki temu, a nie innemu wyborowi dane mi było poznać smak pełnego zaufania, miłość bez przymusu czy też obowiązku, która jest od wielu minionych lat objawem wolnej woli a nie podpisanych w urzędzie papierów. Patrząc wstecz, widzę jak wiele wspólnie przeszliśmy, ile spraw, które gdyby nie ta druga osoba nigdy by się nie wydarzyły. I w pełni doceniam że potrafiliśmy wspólnie przejść przez te wszystkie lata, wspierając się na sobie, pomagając i stanowiąc pomimo różnic jedność. Jedno drugie stopuje kiedy trzeba, tonuje emocje w nagłych przypadkach, rozładowuje napięcie lub popycha do działania. Jednak nie wbrew ani na przekór tylko dla wspólnego dobra. I sprawdza się ta metoda, a ja mam nadzieję że będzie się sprawdzać jeszcze przez wiele wspólnych, kolejnych lat. Czy mamy złoty środek na udany związek, na dobre małżeństwo? Każda para jest inna, każdą tworzą inne osobowości i charaktery więc trudno o jedną, dobrą recepturę. Nasz sposób dla nas jest dobry, więc w dalszym ciągu będziemy go praktykować, a inni niech metodą prób i błędów dochodzą do własnych niezawodnych formuł, w których miłość, szacunek i zaufanie będą zapewne na górnym miejscu całej listy. Później pozostaje już tylko trzymać się warunków wspólnej umowy a kolejny miniony rok stanie się tylko kropelką wypełniającą nasze życie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POWRÓT W CIĄG DALSZY SIERPNIA
Notatkę dodano:2014-08-16 22:56:29

Mijają nam sprawy dobre, wyczekiwane, upragnione i zawsze te pozytywnej barwy trwają za krótko, za mało, pozostawiając pewien niedosyt. Podobnie i u mnie czas wakacyjnego wyjazdu przeleciał nadspodziewanie szybko, co było do przewidzenia, więc o żadnym zaskoczeniu nie może być mowy. Smak w rodzaju takich, które odczuwa się jedząc wyśmienite ciastko, na którym dekoracja cieszy oczy, i w momencie, kiedy mamy zjeść ten misterny najbardziej odsuwany w czasie ornamencik, musimy z jakiejś ważnej przyczyny odstawić talerzyk. Ciastko z tym co najbardziej nas w nim ciągnęło zostaje, a kiedy chcemy do niego powrócić okazuje się, że nadgorliwy kelner już pozbawił nas najbardziej wyczekiwanego smaku. Coś nas ominęło, na coś zabrakło chwil, można było więcej doznać, a za mało mieliśmy czasu lub czegoś co umożliwiłoby pełne rozsmakowanie. Pewien niedosyt, który nie wiadomo kiedy zostanie zaspokojony pozostaje za każdym razem, kiedy trzeba wracać. Jeszcze po raz ostatni jedziemy nad brzeg morza, jeszcze choć parę kroków, parę zdjęć, chwila którą chce się przeciągnąć jak najdłużej. W końcu, któreś staje się niczym kat, wypowiadający nieodwołalny wyrok : „ to co, jedziemy?”. Jakieś próby odwlekania: „może pójdziemy tu czy tam”, które sprawiają że wcale nie staje się łatwiej a i tak ostateczna decyzja już za moment zapadnie. Może następnym razem pojedziemy, zobaczymy, zrobimy... Nie wiemy, kiedy będzie następny raz, czy w ogóle będzie, choć zakładamy że wydarzy się, bo przecież zawsze chce się widzieć w barwach, które nam odpowiadają. Nie wiemy co nas czeka za chwilę, za tydzień, za rok. Jedziemy w milczeniu. Jeszcze jesteśmy przepełnieni wrażeniami, coś sobie w głowach układamy, przegryzamy minione chwile. Ciężkie chmury wiszą nawarstwiając się coraz grubszą powłoką. Krajobrazy choć odległe od domu to przypominające te bliższe, i nie ważne, że wiele kilometrów od nich. Pagórki pól pokrytych złocistymi ścierniskami, na których niczym szpulki nici leżą rozrzucone wielkie wałki słomy. Wiatraki z odległości naszej drogi dostojne swoją wysokością, a mimo wszystko poniżej stalowych, coraz cięższych chmur. Te deszczowe chmury celowo przybrane w taką groźną postać, jakby miały nam osłodzić powrót swoim wyglądem mówiącym, że nic dobrego nas w tych stronach już nie czeka. To co było dobre już za nami. I może to lepiej, że właśnie tak to niebo wygląda, że wiatr zimny i porywisty. Łatwiej się opuszcza tak nieprzyjazną okolicę. A przynajmniej prościej kiedy cała przyroda daje odczuć, że wielkimi krokami zbliża się koniec lata. Przyjmujemy taki stan i z taką świadomością opuszczamy ulubione miejsca. Wyszarpnęłam tylko dla siebie sporo czasu. Dwa dni samotnych spacerów, dystans Międzyzdroje – Świnoujście pokonany trzykrotnie. Morze od lekko drżącej gładkości do całkiem dynamicznych fal wyrzucających plastry meduz. I moja małość wobec tego ogromu oraz spokój który tu zyskuję. Muszą mi wystarczyć na jakiś czas. Kiedy wrócę do siebie podobną rolę będzie odgrywał las, w którym też spokój daje mi pozytywnego kopa dobrej energii. Teraz czas na normalność, dwudaniowy obiad z tego co się lubi, oczyszczenie z pozostałości nadmorskiego piasku brudnych ubrań, rozpakowanie bagaży i zwyczajny codzienny kieracik. Choć przecież jeszcze sierpień się nie skończył, za chwilę nasza ćwierćwieczna rocznica ślubu, za tydzień spotkanie z koleżankami ze szkoły... mam na co czekać. Czekam na następne wydarzenia, a do minionych zapewne zdarzy mi się jeszcze nie raz powrócić.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NADMORSKA WSTAWKA3 ( ROZWÓD)
Notatkę dodano:2014-08-14 22:49:50

Dwa dni, a jakże wiele potrafi się wydarzyć. Jak dużo potrafi człowiek zauważyć i chcieć zapamiętać lub ze swojej pamięci wykasować. Nie chcę pamiętać parkingowej sytuacji, bo nie była godna zapamiętania. Kwaśny posmak po niej pozostał, więc ją wymażę gumką myszką, zaciągnę warstwą korektora i postaram się zapomnieć w sposób pozostawiający naukę a niwelujący kiepskie odczucie.

Wczoraj był dzień rozwiedziony, osobno mąż, osobno ja. Czasami niezbędne są takie chwile i nie muszą być spowodowane niesnaskami, obrażaniem się czy kłótnią. Każde robi to co mu przyniesie przyjemność. I taki dzień będzie zapamiętany i ładujący nasze wewnętrzne akumulatory. Pogoda potrafiąca płatać figle powoduje zbytnie przewidujące działania, mój plecak wypełnia się przydasiami na różne ewentualności. Ląduje w nim przeciwdeszczowy sztormiaczek karnie poskładany w oryginalnym opakowaniu, ręcznik, cienka acz wartościowa lektura, kurteczka, kanapki, woda, jabłka i parę drobiazgów na niezbadane: a jednak potrzebne. Mąż z synem w samochód, a ja per pedes brzegiem morza przez dziesięć kilometrów do Świnoujścia. Lubię tę trasę, być może gdybym miała możliwość polubiłabym także inne, jednak ta taka znajoma, spokojna i po wielokroć już pokonana. Samotność nad brzegiem morza ma swój smak. Morze niczym nie do końca stężała galaretka tylko niewielkim ruchem daje znak swojego życia. Prawie nieruchoma, gładka tafla odcinająca się swoją zielonością od błękitu nieba. Nie ma tego specyficznego poszumu, który uspokaja i usypia lub tonów łoskotu które dają wyciszenie dla wszelkich hałasów pochodzących z brzegu. Mam przed sobą cel, za sobą zostawiłam mężczyznę rozmawiającego przez telefon. On nawet zapewne nie zauważył tej pięknej otaczającej go przyrody. Prowadzi telefoniczną konferencję, wydaje dyspozycje, wolny czas poświęca pracy i przeżywa swój urlop tak naprawdę bez prawdziwego wypoczynku. Wiem coś o takich urlopach, kiedy telefon był prawdziwą smyczą, wolny czas zabijany przez dobijanie się do mojego osobistego życia, i nie można było powiedzieć: dajcie mi spokój, mam od was wolne. Lepsze pieniądze zabierają coś wartościowego co mamy a tak naprawdę zaczynamy tego nie mieć. Podobnie jak mijany mężczyzna. Daje wytyczne, odbiera raporty, komuś coś klaruje i wzrokiem widzi tabelki, bilanse, targety, a nie dostrzega pięciu ryb,uciekających przed pluskiem ludzkich stóp, nie widzi siebie i dla siebie nic z tego otoczenia nie dostanie bo tu nie ma materialnego zysku o który trwa gdzieś wcale nie daleko dla niego walka. Niech sobie walczy ja już nie muszę, ja mam otwarte oczy i staram się nimi więcej zobaczyć, i całymi garściami wziąć te niematerialne dary na przyszłość i na teraz.

Mijam Międzyzdroje, jakieś niedobitki naturystów, nie do końca przekonane w swoim upodobaniu leżą na obranych pozycjach wyznaczonego sobie terenu. Obchodzę ich obojętnie, i pozostaję sama na tym odludziu. Mam przed cel, za sobą zostawiłam mężczyznę rozmawiającego przez telefon, a przed sobą parokilometrową ciszę. Moje myśli, moje godziny, moje obrazy, których nie potrafię słowem nakreślić. Słońce grzeje coraz bardziej, muszę zadbać o narażone poparzeniem ciało. Zresztą komu będzie przeszkadzało jak wyglądam, kto mnie tu na tym bezludziu będzie oceniał. Mogę ubrać się w co chcę, przykrywać czym chcę a nikomu nie będzie moje bezguście kłuć w oczy. Dwie i pół godziny mojego ładowania akumulatorów w takcie marszu i kolejne parę godzin na ręczniku w takcie których pochłonęłam wziętą lekturkę, podglądałam ludzi w miejscu docelowym mojego spaceru. Leniwie gapiłam się w chmury, obserwowałam bezruch wody i miałam świadomość, że rozwodowe godziny za chwilę się zakończą. To też było piękne w tym dniu, bo przecież było na kogo czekać, a osobne godziny były naszą decyzją taką tylko na chwilę, bez posmaku smutnej samotności.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NADMORSKA WSTAWKA 2
Notatkę dodano:2014-08-12 21:31:12

Moja niewielka wprawka, aby nie zapomnieć, nie odwyknąć od słowa pisanego. Przy okazji ślad na kiedyś, kiedy z nudów będę sobie chciała przypomnieć jak było gdzieś indziej, kiedyś dawniej. To co teraz mi się przydarza będzie przeszłością, a ja będę chciała w nią wskoczyć tym tekstem będę miała pewien punkt zaczepienia do tego skoku.

Ciągle jeszcze jesteśmy w innej rzeczywistości oderwanej od tego co szare i codzienne. Na dzisiejszy dzień wróżowie od pogody dawali pełne optymizmu wizje słońca i temperatury która miała nie męczyć a stanowić o optymalnym w dary zjawisku. Ciepła i promieni miało wystarczyć dla entuzjastów brązowych ciał, a zarazem miało być na tyle orzeźwiająco aby nie męczyć zbytnim upałem. Zresztą jak zauważyłam na naszej rodzimej plaży jakby mniej czekoladowo opalonych ludzi. Teraz widoczną ogromną większość stanowią może nie bladolicy ale leciutko muśnięci opalenizną osobnicy. To zmiana ogromna kiedy przypomnę sobie moje pobyty nad naszym morzem sprzed kilku czy kilkunastu lat. Prym wiodły ciała o czekoladowej barwie w rozpiętości od pełnomlecznej do gorzkiej czekolady. Obecnie panuje moda nazwałabym brązu toffi. Leciutki, złocisty niuans, który można osiągnąć nawet brązującym balsamem. Podoba mi się ten trend, jest czymś za czym kiedyś tęskniłam prawie wytykana palcami ze swoim kolorytem, który zawsze odbiegał od panującej ówcześnie gorzkoczekoladowej mody. Obecnie osoby ciemnobrązowe są wyjątkami podobnie jak ja kiedyś takim wyjątkiem byłam w swojej bladości. Wracając do mijającego właśnie dzisiaj, miało ono być optymalnym w cieple dniem i takie zgodne z obietnicą były początki, z błękitem nieba, słońcem i grzejącym, letnim ciepełkiem. Strach przed jednostkami pływającymi u Kleszcza tak jak znikąd się pojawił, tak nagle znikł, można wybrać się po starych dla nas, rodziców szlakach. Niech dziecko zobaczy, niech ma co wspominać. Cel wyprawy obrany, stosunkowo mało obładowani manatkami, które mogłyby stanowić tylko niepotrzebne obciążenie. Świadoma decyzja pozostawienia koca, parasolek, okryć wierzchnich, przecież to ma być słoneczny dzień. Wiktuały spakowane, ruszamy z planem co, kiedy i gdzie. Po drodze napotykamy zmiany, poddajemy własnej ocenie to, co powstało a czego nie było. Wspominki i konfrontacje z zapamiętanych miejsc i sytuacji. Nie wszystko negujemy, choć wskoczenie w teraźniejszość tak bardzo odmienną od zapamiętanej nie jest do końca bezkrytyczne. Dotarliśmy do plaży, tu już spokojnej niż przy głównym wyjściu, od celu wędrówki dzieli nas jeszcze spory odcinek do przejścia. Błękit nieba przyoblekł się w smugę stalowej wielkiej chmury idącej od lądu wprost nad nami. Moje wątpliwości mąż z nieźle udawanym znawstwem rozwiewa. A ja wierzę w to co mówi, bo... ufam, jestem przekonana o wiedzy w temacie, a może po prostu chcę tej pięknej pogody. Chmura przybiera coraz groźniejszy wygląd, choć jeszcze cicho nad nami sunie, ale przecież istnieje pewność, że nic się nie wydarzy. Pewność ostudzona została pierwszymi wielkimi kroplami deszczu, zalana ulewą, wyciszona błyskawicami. Stalowa chmura ukazała swoją nieobliczalność dla turystów na plaży, dla wróżów pogodowych w ich pewności siebie i dla nas. W przeciągu chwili zmokliśmy, biegiem szukając jakiegokolwiek schronienia razem z innymi obraliśmy kierunek wejścia przez które moment temu wchodziliśmy. Cały harmonogram dnia padł niczym domek z kart, do pierwotnie wyznaczonego celu nie dotarliśmy. Deszcz co jakiś czas ukazywał pazurki i z pełni pogodnego dnia niewiele zostało. Zmiana planów w tym dniu następowała częściej niż mogliśmy to przewidzieć. Widocznie taka uroda naszego klimatu, nie ważne czy nad morzem, czy w górach. Umiarkowanie nieobliczalne zmiany w pogodzie nie pozwalają na dokładne plany, ale przecież do tego powinnam przywyknąć, bo i we własnym życiu mam podobnie. Co się polepszy to się.... Zresztą jutro też jest dzień, i znowu wróżowie dają nadzieję....tylko ja jakoś mniej im wierzę. Zaufanie zniszczone nie odbudowuje się tak szybko jak niszczy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NADMORSKA WSTAWKA
Notatkę dodano:2014-08-10 22:08:56

Czas urlopowania inaczej przepływa, inny jego bieg i tempo. Miałam tego świadomość od samego początku i wiem, że nim się dobrze zaaklimatyzujemy już będziemy wracać. Jest inaczej niż sobie wydumałam, na takie wydumane i spełnione wakacje będę musiała jeszcze poczekać parę lat. Zresztą kto wie, może nigdy mi się nie przydarzą. Podejmując pewne decyzje w swoim życiu samoistnie rezygnujemy z sytuacji, które mogłyby mieć miejsce , które chcielibyśmy aby miały miejsce. Kleszcz jest absorbujący, jeszcze parę lat skazani jesteśmy na znoszenie kaprysów w rodzaju: chcę do wody - boję się wody, chcę na plażę - kiedy już stąd pójdziemy?. I w zapomnienie niech idzie pragnienie romantycznego zachodu słońca w miłym przytuleniu tylko dwojga dorosłych. Jeszcze nie nadszedł ten czas, bo między nami ciągle pałęta się absorbant wszelkiej uwagi. A może kiedy nadejdzie ta upragniona możliwość staniemy się za starzy, nie będzie wypadało, a może nawet pokłady zdawałoby się niewyczerpalnego żaru wygasną. Marzeniem moim cichość plaży, ze słyszalnym tylko szumem fal. Takie to możliwe a zarazem odległe niezmiernie. Od obcych mogę uciec, iść tak daleko, aż w sąsiedztwie znajdą się tylko nieliczni, którym w głowie także cisza i spokój. Jednak od własnego dziecka nie ucieknę. Póki nie zacznie żyć swoim, nawet nie dorosłym, ale w miarę samodzielnym życiem trzeba pić piwo nawarzone samemu sobie. I pijemy, tylko czasami cierpliwości po prostu zaczyna brakować.

Po sześcioletniej nieobecności wielkie zmiany w samej miejscowości, która kiedyś niczym relikt nienaruszalna i ciągle taka sama trwała. Obecnie tak jak w większości miast naszego kraju powstały handlowe placówki, galerie handlowe. Gdzieś znikł klimat w którym pewien spokój zamieszkiwał a na to zepchnięte na margines miejsce z całą buńczucznością weszła komercja. Sześć lat, niewiele a zarazem ogrom patrząc po zaistniałych zmianach. Nie wszystkie są złe jak i nie wszystkie są dobre. Ja patrzę na to z innej perspektywy, z sentymentem nie biorąc pod uwagę potrzeb mieszkańców czy też galopującej techniki. Było takie dla mnie wspaniałe miejsce częstego pobytu, plaża dla wybrańców, nie każdy tam trafiał w swoich wędrówkach. Mi było dane to szczęście odkrycia spokojnego miejsca, miejsca w którym mogłam nasycić się bursztynowymi okruchami, i przede wszystkim zatopić się we własnych rozmyślaniach bez przeszkadzających osób trzecich. Aby dostać się do tego miejsca potrzebna była pewna doza cierpliwości i wiedza, że takowe miejsce po prostu jest tuż obok. Jakiś czas temu, rozpoczęto wielką budowę, strategiczną dla gospodarki, zajmującą ogromny teren wraz z przyległą plażą. Sens słów piosenki śpiewanej przez Irenę Santor zyskał na namacalnej rzeczywistości. „Już nie ma dzikich plaż, na których zbierałam bursztyny...” stało się smutnym młotem rozbijającym moje wspomnienia, nie odmaluję ich inaczej niż poprzez własne słowa, które być może kiedyś przeleję na papier. Nakreślę jaskrawe słońce, intensywną woń wyrzuconych na brzeg wodorostów, chmury i wiatr niosący drobinki piasku. Przypomnę jakieś zdarzenia, które inaczej smakowały wtedy, a w chwili obecnej nie ma możliwości do ich powrotu, bo jak powiedziała poetka: „nic dwa razy się nie zdarza”. Jednak nim o tym co kiedyś, trzeba przyjąć to co teraz, nawet z jęczącym Kleszczykiem w tle tych mających nastąpić wydarzeń. Przecież dzisiejsze epizody mogą być smakowitym kąskiem zwłaszcza za jakiś czas, kiedy staną się przeszłością. Będę z nostalgią przypominać próbę przekupstwa finansowego mającą zneutralizować ogromny strach przed pływaniem promem. Strach nie poddał się mamonie, natomiast doprowadzony do granic wytrzymałości tato w myśl zasady jak nie kijem go, to pałką perswazją słowną strach zniwelował do stanu poddańczego wejścia na prom. Irracjonalną bojaźń zwalczono, gdzieś wyparowała ale może w naszej, rodziców pamięci pozostanie ten epizod, przypominany jako anegdota z dzieciństwa drugiego syna. Jutro znów przyniesie coś, co będzie warte zapamiętania, nawet jeśli moje wspomnienia co do miejsca będą odmienne. Życie nie znosi próżni, tylko pamięć płata nam figla ciągle chcąc, aby wszystko co zostawiliśmy w jakimś porządku zastać w tym samym stanie. I nie ważne, że w całym swoim racjonalnym podejściu wiemy, że to niemożliwe, gdzieś w środku oczekujemy właśnie tego niemożliwego.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162970
Osób: 145425