Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CHWILA DLA SIEBIE
Notatkę dodano:2014-07-22 06:48:39

Późniejsze godziny rozpoczynania pracy nie dają mi komfortu na dłuższe spanie. Wieczory zbyt krótkie na wszystkie domowe plany, zajęte do granic niemożliwego i kończące się zmęczeniem tak dużym, że sił nie wystarcza na wszystko co mogłabym jeszcze zrobić. Taktyka tych dni z późniejszą godziną wyjścia inaczej obrana. Póki jeszcze panująca u Kleszczyka cisza pozwala, obowiązki nie drą się nakazem wykonania, i głowa po paru godzinach snu na tyle myśląca aby z niej bez obaw korzystać, wyrywam cenne minuty aby parę słów tutaj napisać. Ktoś zarzucił maniactwo internetowe, inny był w stanie zobaczyć uzależnienie od kompa. Mój obraz w oczach innych inny od tego co sama o sobie myślę. Czy warto naprostowywać, uświadamiać, i próbować zmienić? Przekonanych do takiego, a nie innego poglądu mojej osoby nie nawrócę, a i sama nie na wiele zmian w tej kwestii jestem gotowa. Teraz mam swoje minuty, mąż już w pracy, syn jeszcze otulony bezwładem snu, mój start w prozę życia za moment. Kiedy rozpocznę, zacznę swój codzienny bieg, nie będzie czasu dla swoich fanaberii. Każdemu dany inny sposób na „marnowanie czasu”, inne lubi się sprawy, różnorodne zamiłowania. Tylko trzeba mieć choć odrobinę tych własnych minut. Ich zawsze za mało. Jeden leżeniem w hamaku z pasją oddany, bezmyślnie patrzący w niebo nad sobą. Inny lekturą przytłoczony oderwany od wszystkiego co tu. Jeszcze inny wylewający pot o piątej nad ranem, na dystansie pokonywanym biegiem, który doprowadziłby go już w całym podsumowaniu do Pekinu albo dalej. Można robić mnóstwo, różnych rzeczy. Nie ważnych dla innych i czasami nawet powodujących specyficzne gesty pukania palcem o czoło. Te gesty nie ważne, ocena naszych zamiłowań mało istotna, ale warto mieć to, co nas odrywa od wszystkiego co jest obowiązkiem i koniecznością. Niech to będzie coś, co daje poczucie radości, odprężenia czy też wewnętrznie ucieszy. Ilu nas w całej masie, tyle różnych możliwości i pasji. Nie zawsze wartościowych, nie zawsze w oczach innych godnych polecenia a czasami nawet na tyle mało istotnych że nie zdajemy sobie sprawy, że komuś mogących przynosić radość ze spełnienia. Może się wydawać dziwne, niezrozumiałe codzienne robienie czegoś co nie przynosi pożytku, nie daje zarobku, nic po sobie nie pozostawia dla innych. Tylko tu nie inni są ważni, a osoba, której te czasami banalne sprawy przynoszą radość. Ta osoba, która będzie zadowolona, że uczyniła to co dało jej odrobinę szczęścia. I każdy z nas jest tą osobą. Nie automatem do wykonywania pracy od świtu do późnej nocy, nie robotem do zaspokajania potrzeb innych z których dla nas samych nic nie zostaje, nie służącym ani poddanym. W tej kwestii sami sobie jesteśmy panami i z tego bycia włodarzem swojego i tylko swojego czasu mamy mieć przyjemność. Dla siebie. Jeśli nasze ulubione zajęcie sprawia przyjemność też współdomownikom, małżonkowi, dzieciom, czy bliskim kumplom, to dobrze i można się tym dzielić z poczuciem radosnego przeżywania wspólnych chwil, jednak jeśli nikogo takiego do spółki nie znajdziemy, dajmy innym po prostu święty spokój. Sami zatopmy się w ulubionym zajęciu im dając wolną rękę w poszukiwaniach swoich uszczęśliwiających pasji. Teraz właśnie trwają moje własne minuty przelewania paru literek na wirtualną kartkę, którą pozostawię w przestrzeni internetu, do przeczytania, czy też przemyślenia przez innych. A może zostawiona gdzieś niczym ogłoszenie na płocie, powisi, aby zniszczona i niezauważona przez nikogo po czasie porwana wiatrem zniknąć nie pozostawiwszy najmniejszego śladu. Ja osiągnęłam swój cel, parę minut dla siebie wyrwałam, mój dzień dał mi cząstkę czegoś czego nikt mi nie zabierze. I nie ważne będą inne godziny, w których ugotuję górę ruskich pierogów, zaliczę pracę zawodową, porobię to czy tamto dla innych, na dziś wzięłam łut swojej przyjemności. I każdemu życzę odnalezienia tego, co i jemu da poczucie spełnienia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


LIPIEC MUSI BYĆ GORĄCY I UBRANY W BRĄZ?
Notatkę dodano:2014-07-21 05:55:27

Męczące upały, udręka czy też przymus odczuwalny samym faktem, że zamiast razem z resztą rodziny marnować czas nad wodą, muszę odbębniać kolejne dni do emerytury. Nieobecność w domu daje inne przeżywanie chwil osobno od reszty. Niedługie te nieobecności a jednak zabierające coś, co mogło być wspólne, inne. Aby czas rozłąki nie był przez moich chłopaków całkowicie bezwartościowy i miałki moja propozycja jego wykorzystania w sposób, który nie pozwoli na nudę i na tyle zafrapuje Kleszczyka, że i tacie uda się choć odrobinę odpocząć. - Jedźcie na baseny, kto wie jak długo potrwa ta gorączka. Sama najchętniej także bym z nimi poleniuchowała w taki chłodzący sposób. Cóż, nie tym razem. Łatwiej nie myśleć o tym co przeszło koło nosa, jeśli istnieje cień nadziei na przyszłość. Na jutro, na za tydzień, za ileś tam. A przecież to takie niepewne, bo przecież jutro też nie da nam tej wspólnej możliwości. Ta świadomość pod skórą tkwi, więc nie myślę, co robią moi panowie. Odbębniam godziny pełne wilgotnego gorąca, minuty rozciągnięte poprzez ten upał do granic niemożliwości. Jeszcze trochę, jeszcze odrobina. Wolę nie myśleć, że przecież nim będę miała wolny dzień, jeszcze dwa o podobnie prognozowanej temperaturze mnie czekają. Nie stworzona jestem do takiego gorąca. Nie pragnę, nie lubię, nie tęsknię. Mama wczoraj z pewną dezaprobatą wyraziła się o mojej bladej karnacji. Przecież to takie wbrew być bladą w czasie, kiedy wszyscy , brązowieją, leżą plackiem lub obnażeni pozorują pracę lub faktycznie pracują na ogródkach i działkach. Oni, ci brązowi mają swój wybór, ja pozostanę przy swoim. Przecież odrobina słońca nawet zupełne przez przypadek gdzieś tam, po drodze mnie muśnie. Dekolt, ręce, czubek nosa, to miejsca, które choćbym nawet większą wagę przykładała do ochrony przed słonecznymi promieniami i tak będą odmienne od tego co zakryte w każdej sytuacji. Nie jest tak, że nie podobają mi się takie opalone ciała, tylko chyba lubię ten brąz u innych a nie u siebie. Przyjmuje się ten koloryt jak oznakę zdrowego trybu życia z wieloma godzinami na świeżym powietrzu, z aktywnością. To pewien kanon, który niektórym zabiera zdrowy rozsądek. Czekoladowy brąz przez cały rok, opalenizna na tle śniegu, jesienną pluchą, wczesną wiosną. Ma ten delikwent wyglądać beztrosko aktywny, wypoczęty i radosny a zarazem odmłodzony, bo przecież stetryczałe osobniki nie bywają aktywne na świeżym powietrzu. Pozory których oznaką ma być opalenizna mają zafałszować niejednego leniwego osobnika, którego życie upływa na solarnych łóżkach zimową porą, lub leżeniu plackiem w upale, który ścina białko w jego wyłożonym na działanie promieni słonecznych ciele. U mnie chęci, zapału, ani tym bardziej przyjemności z takiego bratania się ze słońcem. Co prawda kosmetyki chroniące skórę w wielkiej dostępności i gamie, to dzięki doświadczeniu niegdysiejszemu wolę leniuchowanie w cieniu wielkich drzew niż bezpośrednią ekspozycję na słońce. A zdarzało się w latach dawno minionych cierpieć w efekcie zbytniego zbratania z odległą planetę, leczyć poparzeniowe pęcherze i obiecywać sobie : „nigdy więcej...” . Obietnice bywały zapominane, zwiększona ochrona zbyt późno podejmowana, kolejne cierpienia wymagały następne śluby „już nigdy...”. Być może z wiekiem przychodzi pewien poziom obojętności na brąz u siebie i innych a może asertywność to coś, na naukę czego czasami trzeba czasu i doświadczenia. Wiem, że idąc morską plażą taka biała jestem niczym stwór z innej planety, wzbudzam prawie odrazę, a w najlepszym razie niezrozumienie, tylko czy tak naprawdę to istotne jak będę postrzegana przez tłumek obcych ludzi? Nawet jeśli ich zdanie o moim kolorycie będzie w całej mnogości grupy dyskryminujące mnie, odżegnujące od czci i wiary, stało się to dla mnie obojętne i nie stanowiące powodu do zmiany nastawienia. Brąz ciała wymaga poświęceń, podobnie jak bladość z wyboru. Tylko prócz ochrony przed słońcem ja dodatkowo muszę bywać obojętna na presję większości, a to bywa trudne. Trudniejsze niż poddańcze leżenie niczym skwarek na rozgrzanej patelni pod upalnym słońcem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE WAŻNE KIEDYŚ
Notatkę dodano:2014-07-17 21:37:57

Objęła mnie już swoimi ramionami cisza spokojnie się zapowiadającego wieczoru. Kleszczyk zgodnie z narzuconym przez nas rytmem w swoim pokoju brata się ze snem, a ja w tej normalnej drogozmianowej nieobecności męża mam czas dla siebie. Tym razem część z tego czasu zmarnuję na buszowanie po necie, część postaram się przeznaczyć na lekturę lub jakieś kobiece fanaberie. Część z tych babskich konieczności już sobie zaaplikowałam i nie bacząc na fakt, że to środek tygodnia, poddałam się działaniu henny. Tuż obok mały płomyczek świeczki ogrzewa olejek tworzący opar pełen zapachu róż. Kolejna fanaberia. A może potrzeba ,aby podziałać na swoje zmysły w tym cichym domu. Cichość nasycić zapachem. Mieszają mi się te zapachy, zarówno te spod turbana na głowie jak z kominka zapachowego. Od dłuższego czasu włosom aplikuję do mieszanek z henny sporą dawkę cynamonu. Nie wiem czy jakieś inne znaczenie dla samych włosów jego zastosowanie ma oprócz samej woni, która towarzyszy mi przez parę tygodni po farbowaniu. Niech tylko włosy odrobinę zawilgotnieją już cały wachlarz cynamonowego ciepełka czuję. Tłumi on sobą specyficzną woń samej henny, która też mi nie przeszkadza. Kto wie, jakie jeszcze doświadczenia będę czynić na swoich włosach. Dziś odebrałam paczkę z okazyjnie zakupionym zapasem niezbędnego dla mnie kosmetyku, który od paru lat stanowi podstawę koloryzacji. Za każdym razem moja mieszanka różni się składem co potem przedkłada się na efekt końcowy w nasyceniu barwą, tonami i blaskiem z różnymi niuansami. Moje włosy nie mają jednej określonej barwy dzięki temu, a i nie przeszkadza im to w żaden sposób. Kiedy farbowałam zwykłymi, choć z tej średniej półki farbami włosy nigdy nie były takie jak po traktowaniu ich naturalnymi barwnikami. Dzięki internetowi, zakupom na allegro udaje mi się zaopatrywać po okazyjnych cenach i ilościach, które nie każą mi z aptekarską dokładnością uważać na zużycie. Mąż już przywykł, do tego mojego dziwactwa, zresztą jak i wielu innych. Jak sam mówi: „ja cię muszę strasznie kochać, skoro to wytrzymuję”, na co zdarza się usłyszeć : „wiem,że nie jestem tania w utrzymaniu, ale ta lokata już wielokroć się zwróciła”. Zresztą czy życie ma polegać na ciągłym odmawianiu sobie wszystkiego, i odkładaniu na kiedyś? Na kiedy?

Swego czasu na pewnym forum lokalnej gazety rozgorzała dyskusja w której jedna osoba podała kwotę za którą udaje jej się utrzymywać rodzinę aby resztę odłożyć. Kwota była skandalicznie niska, wielce zaniżająca minimum socjalne, w swojej wielkości niemożliwa do osiągnięcia przynajmniej w moich oczach. Oczywiście były argumenty samodzielnego gotowania, pieczenia, zaspokajania wszystkich potrzeb w zakresie przeżycia formą „zrób to sam”. Końcowy argument oszczędnego forumowicza był określeniem innych jako obiboków nieumiejących nic samemu zrobić, natomiast przeznaczających ciężko zarobiony grosz, zamiast do przechowalni w skarpecie celem wydawania na brewerie i swawole w postaci używek i uciech cielesnych. Jakoś szczęściem moim, nie trafiło się złapać w małżeńskie sidła takiego osobnika, który wyprzedzając ministrów sam zaniżyłby mi socjalne minimum do przeżycia każąc na każdym kroku oszczędzać i zaciskać pasa. Chwała wam scenarzyści na górze, że nie unieszczęśliwiliście mnie takim małżonkiem. Czy bym się pokornie poddała, czy bym potrafiła przyjąć taki sposób życia? Nie wiem, i chyba nie chciałabym się dowiedzieć. W moich oczach życie jest do życia, nie do odkładania na później, bo później może nie być. Można nigdy nie zdążyć samodzielnie opróżnić napełnionej skarpetki, choć przez całe życie nie robiło się nic innego niż jej napełnianie kosztem wszystkiego innego. Moje skarpetki są puste do czasu, kiedy nie włożę w nie stóp i niech tak zostanie. A dzięki temu pachnie mi cynamon na włosach, róża oplata wonią cały pokój i po prostu jest mi z tym dobrze, nawet jeśli jutro będę musiała zacisnąć pasa na inne wydatki. Moje życie składa się z czasu, kiedy wydaję i zaciskam ale nie odkładam tego wszystkiego na kiedyś.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOTORYZACYJNY WRAK
Notatkę dodano:2014-07-16 20:59:02

Mogłabym sobie darować dzisiejszą notatkę, i być może podzieli ona los tych wszystkich, które pozostają w zakamarkach mojego kompa nigdzie na świat nie wychodząc. Mało istotne te moje malutkie sprawki, których część udaje się zrealizować, inny kawałek zostaje w sferze odłożenia na kiedyś. Z dzisiejszych planów przyjemności na paru płaszczyznach miały miejsce, obowiązki musiały być, a konieczność nie nastąpiła z powodu zamilknięcia osobnika, który miał rozwiązać nasz problem ze starym samochodem. Samochód jak stał, tak stoi, a my jesteśmy ciągle posiadaczami dwóch czterech kółek. Dobrobyt w czystej postaci. Na półtora osobnika przypada jeden samochód. Dwadzieścia pięć lat temu nie przypuściłabym nawet takiej myśli w najbardziej wybujałych przyszłościowych przemyśleniach. I nie istotne jest, że staruszek stoi bo w zasadzie w moich oczach do niewielu innych spraw się nadaje, chociaż nie powiem ostatnio kiedy nim jechałam odczuwałam pewną nutkę sentymentu, bo przecież parę wspólnych lat za nami. Przedmiot naznaczony sentymentem, choćby z racji tego, że stanowił kiedyś własność mojego taty. Jakoś dziwacznymi kolejami losu stał się naszą spłacaną ratami własnością, bo mama nie bardzo wiedziała co z nim począć. Kupiliśmy i przez dziewięć lat używaliśmy a obecnie kiedy jego kondycja stała się na tyle byle jaka, że więcej się wkłada niż zyskuje brutalnie pozbywamy się przedmiotu namaszczonego sentymentem. Przynajmniej taki mamy plan, aby krótkim adieu wymazać jego obecność ze swojego życia. Przecież to tylko przedmiot. Choć bywa, że i z człowiekiem czynią podobnie. Nie przynosi zysków – goodbye, postarzał się - żegnaj, rozchorował i więcej z nim kłopotów – do widzenia, może kiedyś. „Może kiedyś” czasami nigdy nie następuje. Zamiennik nierentownego, starego, chorego zawsze się znajdzie. Może nie będzie ideałem, może parę razy trzeba będzie wymienić, aby wreszcie wyłuszczyć z tłumu odpowiedni surogat pierwowzoru. Banały w stylu : „naszym największym dobrem są nasi pracownicy” chyba każdy miał okazję widzieć, słyszeć lub czytać. Banały tkwią niczym sztandarowe hasła, a rzeczywistość w naszym kraju jest bliższa nigdzie nie publikowanemu :”wyżęliśmy cię dostatecznie, nic już nam nie zaoferujesz, czas na wymianę”. Kiedyś mnie wyżęto, na szczęście udało się zachować pion, powstać z wdeptania głęboko w ziemię, stanąć na nogi i rozsypane poczucie własnej wartości zebrać w całość, która sprawiła, że znam swoją atuty. Wiem, że nie jestem muzealnym zabytkiem, choć i przebieg swój bez oszukiwania na liczniku posiadam. Parę głębszych rys na duchu, choć na szczęście „karoseria oraz wnętrze” bez generalnego remontu. Na niwach zawodowych parę razy pozbywano się mnie, czasami sama z poczuciem ulgi wychodziłam z pełną godnością przez drzwi, aby nigdy już nimi nie wrócić. Prywatnie od dwudziestu pięciu lat można powiedzieć ten sam team, garaż, kluczyk do stacyjki, i pomimo stania się pewnego rodzaju zabytkowym pojazdem na szczęście nikomu do głowy nie przychodzi wymiana mnie na nowszy model. Zresztą zdarza się, że niektórzy starzy kierowcy lubią wehikuły o większym przebiegu, ale swoje własne, zgrzytające mechanizmy, których wymiana mogłaby okazać się ryzykowna, bo przecież nie każdy nowy i szybki samochód byłby tak spodziewalny jak ten stojący od wielu lat w tym samym garażu. Choć człowieka podobnie jak samochód można się pozbyć, to warte jest zastanowienia czy ta wymiana przyniesie nam wymierną korzyść. Zarówno w prywatnym jak i zawodowym garażu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ROCZNICA MATKI
Notatkę dodano:2014-07-15 23:03:07

Dziś mija pogodnie, z dalszą perspektywą oczekiwania na urlop, który z każdym dniem przybliża się skracając każdego dnia o dzień to oczekiwanie. Są jakieś plany, choć w zasadzie tylko nikły ich zarys. Pastelowa akwarelka planów. Co, i czy w ogóle nam się z tych planów uda wprowadzić w życie póki co wydaje się wielką niewiadomą. Zamiast więc martwić się czy też myśleć co w miesięcznym zasięgu wzroku, ciaśniej obejmę to co już za chwilę. A za tą chwilę mam jutro, wraz z którym przybędzie do mnie wolne od pracy. Prawie poustawiałam sobie co mnie spotka i na ile te spotkania będą przyjemnością, a na ile obowiązkami. Oczywiście plany mogą całkowicie spalić na panewce, wziąć w łeb lub rozsypać się w pył rozwiany podmuchem wiatru. Jednak aby choć odrobinę dopomóc scenarzystom na górze poczyniłam kroki, które mogą naprowadzić ich wizje na moje plany. Basenowe rupiecie spakowane z dwukrotnym sprawdzeniem obecności okularów. To dla przyjemności. Żytnia mąka zmieszana z zakwasem, stanowi wizję obowiązku w którego efekcie powstanie przyjemność ze spożywania własnego chleba. Umówienie z kimś, kto ma sfinalizować zniknięcie naszego starego samochodu podporządkowałabym chyba w rubryce „konieczność”. To główne punkty, choć tych o mniejszej wadze całkiem spory natłok. Niektóre odkładane, inne objawią się niczym królik wyciągnięty z kapelusza prestidigitatora pojawią się jakby znikąd. Jednak nie zdarzy się to czego doświadczyłam dwadzieścia cztery lata temu. Nawet godzina prawie ta sama, dzień podobny, tylko minione lata sprawiają, że coś z tamtejszych odczuć zmieniło wartość, zatarło się, odrobinę przeinaczyło. Ale nawet te wszystkie czynniki nie są w stanie zatrzeć tego, co w pamięci pozostało. To były dla mnie chwile szczególne, jedyne, po raz pierwszy przeżywane. Coś przewartościowujące w moim życiu, odcinające czas, kiedy decydowałam tylko o sobie, a także sprawiające, że jeden ze stopni dorosłości był już nie perspektywą tylko całkiem odczuwalnym namacalnym faktem.

Wspomniana rocznica to ostatni dzień mojej pierwszej ciąży. Nie byłam na nią gotowa, wszystko co się działo ze mną było takie pierwsze, był strach i niepewność, wątpliwości i cała gama rozchwianych odczuć. Nie dało się dłużej przetrzymać narastających bóli, które od delikatności początku w porze obiadowej już tym późnym wieczorem osiągnęły poziom mojej na nie nietolerancji. To był pierwszy raz, jednak pomimo tej niegotowości lub też chęci odsunięcia w czasie o jeszcze parę godzin spokoju, musiałam przyjąć do wiadomości, że tej lawiny nie da się już cofnąć. Obudziłam swojego tatę, a on już trzeci raz przechodząc rozwiązanie we własnym domu, z czego dwukrotną uczestniczką byłam we własnej osobie, raz jako rodząca się i po raz drugi jako rodząca mu wnuka lub wnuczkę. Może to własne doświadczenie dało mu pewność i opanowanie, w każdym razie bezproblemowo dotarłam ekskluzywnym samochodem marki „Zaporożec” pod miejski szpital, gdzie miałam przejść pewną inicjację jako kobieta stająca się matką. To była długa noc. Obudzona położna spisała co miała spisać w półmroku pomieszczenia dokonała przebadania oraz przygotowania mnie do mającego nastąpić rozwiązania. Nie istotne było, że to był mój pierwszy raz, że boli, że w tych zaciemnionych pomieszczeniach jestem sama. Przecież nie byłam pierwszą kobietą na świecie która rodzi, byłam tą,która akurat miała fantazję pojawić się z niedzieli na poniedziałek w celu dezorganizacji spokojnego dyżuru. Nikomu nie przyszło do głowy ulżyć, pomóc. Po tych długich korytarzach oświetlonych jakąś namiastką światła, posuwałam się wzdłuż olejnej lamperii co jakiś czas przystając kłuta krzyżowymi bólami które wydawały się nie mieć końca. Tak długich godzin w moim życiu nie było wiele, ale zapamiętane pozostały chyba tylko te jedne spędzone na ciemnym korytarzu a później na twardym łóżku z którego miałam zejść już jako matka. Z ciemnej nocy powoli robiła się lipcowa szarówka a później ranek, personel przyobleczony najgorszą z form rutyny pojawiał się jakby tylko po to, aby sprawdzić czy może jednak się nie rozmyśliłam i w cudowny sposób nie znikłam. A ja w zupełnym milczeniu ciągle tam byłam, oblana zimnym potem, z coraz częstszymi skurczami i największym z pragnień aby to wszystko było już za mną. Najdłuższa noc w moim życiu zakończyła się pięknym słonecznym porankiem, z którego urody niewiele pamiętam. Ten poranek przyniósł mi poczucie ulgi po minionej nocy. Ból każdego mięśnia oraz przeogromne zmęczenie nie dało mi w pełni cieszyć się małym człowieczkiem, który jutro rano skończy dwadzieścia cztery lata.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GOTOWOŚĆ
Notatkę dodano:2014-07-14 22:32:18

Omijając niedzielną notatkę nawarstwiło mi się minionych sprawek, choć mało istotnych, błahych i takich niewiele ważnych. Teraz udając zupełną obojętność, pomimo wieczorowej pory w ciszy i samotności jem świeżo ugotowany bób, który o zgrozo kulinarna, zapijam trzecią dziś kawą. Ten tydzień będzie okupiony placem dla Kleszczyka, i moimi pustymi wieczorami. Drugie zmiany męża dają mi zwiększony poziom decydowania o potrzebie telewizji w moim życiu. I jak za każdym razem, także i teraz stwierdzam małą przydatność tego, co dzieje się na wielu kanałach. Nie wypieram się zupełnie korzystania z tego zaczarowanego urządzenia. Wczoraj byłam zatopionym w filmowej fabule widzem. Choć nawet wczorajsze siedzenie przed telewizorem poniekąd za sprawą męża, który celowo czy też przez przypadek wynalazł mi film na podstawie książki, którą jakiś czas temu przeczytałam. Cieszę się z tego, że pamiętał, że pomyślał, o tym iż tą ekranizację może będę chciała skonfrontować z czytaną lekturą. Nie było to kino z rodzaju fikcja, która nie może się zdarzyć, nie był tkliwy romans, ani ociekający krwią i podrobami horror. Pamiętam, że swego czasu książka, która stała się bestselerem chyba w efekcie ekranizacji została przeze mnie przełknięta w sposób średnio entuzjastyczny. Teraz dzięki filmowi może zauważyłam więcej, może coś się dzięki bezpośredniemu obrazowi uzupełniło. Film oraz książka noszą jeden tytuł: „Spadkobiercy”. Realia oderwane od mojej rzeczywistości, jednak czysto ludzkie przesłanki bez względu na to gdzie odgrywana jest akcja są podobne u wszystkich ludzi na każdym kontynencie. Zaliczyłam sobie seans z przystojnym Clooney-em w roli głównej, przez chwilę pożyłam czyimś życiem, aby ponownie wrócić do swojej rzeczywistości. Na dziś nie zabieram się za żadną formę kulturalnej rozrywki serwowanej przez telewizję delektując się tym poziomem ciszy, który nie częsty i dosyć upragniony. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że moje życie kręci się ze sporą dawką publicznego lecznictwa. Mały uskarża się na bóle brzucha, lekarze po omacku szukają rozwiązań, a my kalendarz letnich miesięcy mamy wypełniony wizytami u specjalistów, którzy mają wykluczyć lub wynaleźć chorobę i antidotum na nią. Nie potrafię się odnaleźć w tym kalejdoskopie, błądzę po dziwnie dziewiczym dla mnie terenie. Sama na szczęście nie potrzebuję lekarskiej pomocy, więc każda wizyta to dla mnie spore obciążenie. Nie potrafię z białym personelem rozmawiać, czuję się jak intruz, tak nie na miejscu. Mam wrażenie, że moje pytania i wątpliwości brzmią śmiesznie czy wręcz głupio. Każda wizyta to czas, który wydłuża oczekiwanie na ostateczną diagnozę. A ja tak nie lubię czekać, w tej kwestii jestem niecierpliwa. Chciałabym posiąść wiedzę na już, na wczoraj aby móc zaradzić, przeciwdziałać a nie tylko czekać. Takie czekanie sprowadza na mnie ciągły niepokój, który się czai a ja mam być gotowa na odparcie jego ataku. Spięcie które jest efektem niewiadomego. Nie można stracić gotowości, bo zapewne w tym momencie mój brak czujności zostanie wystawiony na próbę. Ta gotowość ma być gdzieś tuż pod skórą nie sprowadzając zarazem mojego życia do poziomu wyczekiwania i przytłoczenia niewiadomym. I udaje się zapominać żyjąc teraźniejszością, jedząc bób, pijąc trzecią kawę, delektując się wieczorną ciszą.....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DZIEŃ, KTÓRY ZAKWITŁ
Notatkę dodano:2014-07-12 22:05:25

Upragnione i wyczekiwane wolne dni, stanowczo za szybko przelatują. Nim człowiek zdąży wprowadzić swoje plany w pełnię wykonawstwa okazuje się, jeden dzionek już jako czas miniony. Drugi co prawda stanowi bardzo bliską perspektywę, jednak wiadomym już teraz jest fakt, że przeleci on jak poprzednik. Zbyt szybko, zbyt mocno przesycony sprawami, które już i tak za długo odkładane aby jeszcze jeden raz próbować odroczyć coś, co zrobione powinno być czas jakiś temu. Dziś choć niebo zaciągnięte zwiastującymi nie wiadomo co chmurami, choć siedemnaście stopni przez dłuższy czas zacięło się na termometrach, podejmuję wyzwanie rzucone przez nieobliczalną naturę. Może będę zmoknięta do ostatniej nitki czekać na wracającego z pracy męża, który w jakimś odruchu człowieczej litości taki obraz nędzy i rozpaczy zabierze do domu, a może uda się tym razem pomiędzy chmurami przetrwać ten dzień. Takie dylematy targają mną od rana do chwili kiedy jednak podejmuję ryzyko i zostawiając pielesze wybieram się razem z Kleszczykiem do miasta. Niech się dzieje, co stać się musi. I oczekuję i spodziewam się a przewrotna natura sprawia, że nic się nie dzieje, dzień co prawda powoli, jednak rozkwita niczym kwiat, którego wyglądu jeszcze nie znamy i z wielką niecierpliwością wyczekujemy. Nie wiemy, czy jego powierzchowność nas zaskoczy, barwa urzeknie a całość da się zapamiętać. Takie oczekiwanie dawno temu mnie ogarniało kiedy zauważałam po raz pierwszy pąki kwiatowe na kaktusach, które z pewną lubością hodowałam. Stały te moje niepozorne choć nie dające o sobie zapomnieć roślinki, stanowiące okazy darowane, lub za pozwoleniem „kradzione”, jak zaczarowane na parapetach. Niewiele zmian w nich zachodziło, liści nie było, rosły powoli nie wprowadzając ani chaosu ani zbyt wielkich zmian swoim ciągle takim samym wyglądem. Nie były szczególnie dbałością otoczone, jak to kaktusy, pić nie potrzebowały zbyt wiele, słońce na południowym oknie w dostatecznej ilości racjonowane było, temperatura otoczenia, jak się później okazało z typu, co nas nie zabije to nas wzmocni. Jeden z kaktusowych okazów, stanowiący pamiątkę po pewnej osobie, pomimo zniknięcia osoby z mojego życia, na parapecie pozostał. Rósł, mężniał, przybierając koślawą wielkość sporych rozmiarów maczugi, wydawał na boki rozrastające się potomstwo, które cierpliwie przesadzałam do kolejnych doniczek lub pozbywałam się brutalnym wyrzuceniem. Lata mijały, wygląd pochylonej maczugi spowszedniał, niby niewiele się z rośliną działo, jednak którejś wiosny, coś innego niż rodzące się kaktusiątka z boku staruszka zaczęło wyrastać. Okudłacony pączek wolno nabierał coraz większych rozmiarów, wymógł swoim pojawieniem się większą dbałość i spowodował w mojej osobie niecierpliwe wyczekiwanie. Nie wiedziałam jak będzie wyglądał kwiat. Teraz już kaktus miał mnie na co dzień, oczekiwałam, wyobrażając sobie czym mnie zaskoczy. Wreszcie któregoś dnia wystrzelił pięknym bladoróżowym dużym kwiatem. Już wiedziałam, doczekałam się, zaspokoiłam ciekawość i co najważniejsze nie zawiodłam się. To nie był kwiaciarniany goździk, róża czy gerbera, ten delikatny wielki kwiat, przez krótką chwilę należał tylko i wyłącznie do mnie. Wtedy doczekałam niewiadomego, które rozwinęło się w piękne wiadome, dziś czekałam podobnie spodziewając się nie wiedząc dokładnie czego. I podobnie nie zawiodłam się choć początek był niczym tamten brązowy niepozorny kudłaty pączek, wraz z mijającymi godzinami dzień rozwinął się niczym pogodny piękny kwiat. Mogłam parę godzin spędzić z mamą, parę godzin poświęcić na swój mały kawałek ziemi. I nie ważne, że niczego na tym moim areale się nie doczekam, że fasolę zeżarły ślimaki, pietruszkę naciową wysysa mszyca, to wszystko staje się mało istotne samym faktem robienia tego, czego się chciało od jakiegoś, ciągle zapracowanego czasu. Oczekiwałam tych paru godzin, ciągle coś mi krzyżowało szyki, przestawiało plany, zmieniało prognozy, zabierając cenny czas i nadzieję, że kiedykolwiek uda się tak wszystko poukładać, aby się powiodły moje plany. Długo czekałam, ale doczekałam. Doczekałam się pracy, samej sobie narzuconej w ten wolny od pracy dzień. I dziwnym trafem potrafiło mnie to w pewien sposób uszczęśliwić. I w poczuciu takiego szczęścia mogę zakończyć ten dzień.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZA - PASZKI I WO - NIE
Notatkę dodano:2014-07-10 21:14:14

Niebo nade mną ostatnimi czasy przewrotnie i zmiennie próbuje straszyć swoimi przeskokami pomiędzy całym wachlarzem barw od bieli, po stalową szarość. Bywa na czysto błękitnym letnim niebie wykwitną szare chmury, przybierając kształty które wyobraźnia każdego z nas dopasuje po swojemu do innych rzeczy i przedmiotów widzianych lub tylko sobie wymyślonych. Piętnaście minut podniebnego seansu, kiedy przez okno wiozącego mnie do domu po pracy busika mam czas na obserwacje. Jakieś nuty goszczą w moich uszach, a oczy widzą to co chce głowa. I przez tę krótką chwilę nie jestem w towarzystwie woniejącego wybuchową mieszanką męskich zapachów pasażera wiszącego tuż nade mną. Próbuję się wyłączyć węchowo, nozdrza nie zdążą się przyzwyczaić do tych niuansów, które odstręczają i powodują bezwiedne odwracanie głowy. Jegomość oprócz pewnego poziomu zapachu niedomycia, niedoprania i niedowietrzenia uzupełnił ten otaczający go zapachowy bukiet jakimś piwem wypitym po pracy. Mieszanka dla mnie zbyt bogata, stąd moje próby oderwania choćby pod samo niebo. Czasami moje zdziwienie nie potrafi przejść do porządku nad pewnymi egzemplarzami naszego gatunku. Nie będę odkrywcza, o tym mankamencie niejeden pisał, mówił, głosił i prosił. Są ludzie zobojętnieli na woń własną, poszerzoną o niemiłe niuanse będące wynikową braku higieny lub w przypadkach odosobnionych o nadmiar używania chemii gospodarczej w celu zbytniego niwelowania neutralnego zapachu własnego. Dziś w busie uwieszony nade mną, niczym brakujące ogniwo w teorii Darwina osobnik rozsiewał woń w gatunku: „zbyt wiele natury”. Na nic moje odwracanie głowy, woń rykoszetem i tak trafiała w moje nozdrza. Błogosławiłam niewielką odległość, i krótki czas przejazdu. Dzisiejszy egzemplarz przypomniał mi pewną osobę z dalekiej przeszłości, która dla odmiany pachniała obierając kierunek zbyt pozytywny w intensywności. Byłam skazana pewnym zrządzeniem losu siedzieć z tą osobą w jednej ławce na lekcjach ojczystego języka. Nic mi nie przeszkadzało w towarzystwie wspólnika w ławce oprócz jednej, jedynej rzeczy. Nadmiar, to słowo nad wyraz doskonale pasujące do ilości męskich pachnideł wykorzystywanych przez niego w codziennej toalecie. Nie wiem co miało tak intensywną woń, czy jakaś woda kolońska, płyn po goleniu czy inny płyn, którego nośnikiem był alkohol etylowy. Nośnik niósł zapach za moim sąsiadem doskonale, a ja coraz mniej doskonale znosiłam sąsiedztwo sąsiada ze wszystkimi niematerialnymi niuansami zapachowymi. Lekcje polskiego po piętnastu minutach sąsiedztwa zaczynały być odczuwane przez moją głowę objawiając się jej bólem. Znosiłam cierpliwie tą udrękę, z przyczyn jakiegoś źle rozumianego przez siebie dobrego wychowania, nie zwracając wprost właścicielowi zapachów uwagi. Jednak moja cierpliwość zbyt długo nadwyrężana wreszcie nie wytrzymała. Postawiłam sprawę jasno, albo nadmiar zapachu albo ja. Zabrzmiało to może despotycznie, z góry zakładając jeden wybór, którym miał być wariant drugi czyli ja. Mogłam sobie pozwolić na takie stawianie sprawy, z tej prostej przyczyny, że moje zeszyty były materiałem źródłowym dla onego sąsiada i korzystał z nich po każdych zajęciach języka polskiego. Mianowicie, on pisał powoli, ja z większym tempem, a co za tym idzie zawartości obu naszych zeszytów różniły się na tyle, że moje za każdym razem stanowiły podstawę do uzupełniania jego kajetu. Być może z góry przesądzając o własnej, lub też własnych zeszytów wadze, wiedziałam, że mogę sobie pozwolić nawet na ultimatum w sprawie zapachu. Nie omyliłam się i sąsiad ograniczył polewanie płynami o intensywnych woniach na etylowym nośniku, aby nie ograniczyć sobie dostępu do mojego zeszytu. Mi ból głowy bez farmakologicznego wsparcia również został w sposób naturalny ograniczony i jak się okazało świat wystarczająco dobrze pachnie bez zbytniego wsparcia nadmiarem chemii. Tamta historia sprzed wielu lat przypomniała mi się dziś, choć zapach obywatela nade mną zupełne inny. Jednak jak się okazuje znaczenie ma dla nas nie tyle sam fakt pachnienia, co jego intensywność. Ani w jedną ani w drugą stronę zbyt wiele się nie zniesie. I szkoda, że nie przed każdym można postawić ultimatum...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TEGO NIE ZALICZĄ DO EMERYTURY
Notatkę dodano:2014-07-09 19:36:12

Po dziewięciu dniach pracy zasłużone „wolne” i tym razem ani chwili dla siebie. Na nic moje wielkie pragnienia, aby te godziny przeszły inaczej. Nie zawsze udaje się robić to na co miałoby się ochotę. Pozornie przywykłam do takich wolnych w tygodniu, które sprawiają, że ich nie odczuwam bo wiadomo, że zrobienie sobie święta gdzieś pomiędzy wtorkiem a czwartkiem pachniałoby jakąś rewolucją. Uczciwie ugotowany obiad, dwa wsady do pralki, zmiany pościeli, parę pomniejszych czynności utwierdzających mnie w odczuwaniu całkiem roboczego dnia. Dodatkowo na swoje barki wzięłam lat temu dwadzieścia pięć brzemię, którego nie mam sposobu się pozbyć. Oprócz bycia żoną, matką, domową kurą, zagonionym robotem i paru innych jeszcze, mam w spisie zajęć dodatkowo całkiem amatorskie zajęcie strzyżenia moich chłopaków. Jednego strzygłam w czasach kiedy jego włosy mianowały się barwą szatyn, coraz bardziej srebrzejąc a obecnie zupełnie w połyskliwą szarość zmienione. Choć aby było bardziej nowocześnie niech będzie, że zmiana poszła w kierunku popielaty metalik. Drugi z mężczyzn z usług fryzjerskich zrezygnował w wieku lat siedemnastu kiedy to niczym wywrotowiec podjął decyzję „dojrzałą” w kwestii drastycznej zmiany barwy owłosienia oraz rezygnacji z jakichkolwiek postrzyżyn. Może przybliżę odrobinę tamto podjęcie decyzji oraz sposoby wykonania marzeń kogoś, komu wydawało że ta przemiana sprawi, że będzie odbierany jako doroślejszy niż w rzeczywistości był. Jak już wspomniałam strzygę swoich mężczyzn, sama siebie farbuję, a zdarzało się nawet samą siebie nieporadnie z przyczyn braku, przy w miarę normalnej mojej budowie, oczu na jakichś czułkach, które pozwoliłyby widzieć nie tylko to, co dzieje się przede mną, ale także co mam za przysłowiowymi uszami. Cóż z postrzyżyn samodzielnych siebie, zrezygnowałam, jakkolwiek pozostałych domowników w ograniczonym zakresie udaje mi się „fryzjersko” zadowolić. Starszy syn dojrzewając odkrył inny pomysł na swój wizerunek. Jego wizja zakładała granatową czerń owłosienia, choć wyjściowym naturalnym kolorem był myszowaty szatyn, oraz zmianę długości – z krótkiego jeżyka na modną ówcześnie potocznie nazywaną emo. Ta jego wersja miała długą grzywę, wiecznie przykrywającą oko, oraz poszarpane końcówki długości zakrywającej ucho, opadającej na kark, generalnie wiecznie gdzieś przeszkadzającej. Jego wybór, jego decyzja i jego prośba do mnie, aby te byle jakiego kształtu włosy uczernić. Tego mi jako konserwatywnej, lubiącej krótki włos u mężczyzn kobiecie było za wiele. Chcesz to sobie farbuj, ale ja do tego ręki nie przyłożę. Uświadomiłam jeszcze młodego, że musi się liczyć z pewnymi konsekwencjami takiej zmiany koloru, w postaci choćby niechcianych odrostów. Moje słowa choćby najbardziej mądre i przewidujące, nie były w stanie zmienić raz powziętej decyzji. Jednak ja też decyzję swoją powzięłam, i nie zamiarowałam przykładać najmniejszego palca do tego dzieła sztuki fryzjerskiej. Swawolnym działaniem za zamkniętymi drzwiami łazienki nastąpiło omaszczenie farbą czarną z odcieniem granatu, fryzury wraz z przyległościami ciała, czyli szyją, czołem oraz kawałkiem pleców. Iluzja zadowolenia z tej upragnionej odmiany była niczym z moją odmową szorowania nieopatrznie pofarbowanego ciała. Chciałeś – masz, pobrudziłeś – szoruj. Czy istnieją środki czyszczące farbę w głębokiej czerni z najwyższym poziomem krycia siwizny inne niż popularny pumeks, nie wiem i tylko takiej rady potrafiłam udzielić męskiemu rewolucjoniście w kanonach męskiego wyglądu. Zapał odrobinę ostygł szorowany do barwy chorobliwie szarej pobrudzonego ciała. Trwało zapuszczanie włosów w oślim uporze, z farbowaniem bywało bardziej ostrożnie i z początkową traumą czyszczenia po nim, odwlekane jak najbardziej. Nadeszły wakacje, gorące dni nie miały litości nad głową przyciągającą swą czernią cały upał. Synek chcąc sobie dorobić pracował na jakimś złomowisku czyszcząc wielkie metalowe pojemniki. Temperatura podzwrotnikowa na zewnątrz pojemników zyskiwała na wartości w znaczny sposób wewnątrz tychże. Wpadające w oczy włosy zaczynały przeszkadzać, słońce nie miało litości wobec koloru, a i czas na ponowne pokrycie odrostów zbliżał się nieuchronnie. Któryś z tych czynników chyba dokonał umysłowego przewrotu i powrotu do wygody krótkiej, męskiej fryzury bez żadnych udziwnień. Któregoś pięknego dnia, bez jakiegokolwiek uprzedzenia o planowanych zmianach, doznałam pełnego szoku, kiedy zobaczyłam na głowie mojego „dorosłego”syna włos długości pół centymetra. Od tamtej pory strzyże się systematycznie a włosy nigdy nie przekraczają dwóch centymetrów. Co prawda już nie moim udziałem są zabiegi fryzjerskie wobec jego osoby, nasze drogi w tej kwestii rozeszły się wraz z farbowaniem w którym nie brałam udziału, i już nigdy się nie zeszły.

W mojej gestii nieodmiennie jest głowa mojego popielato metalicznego męża oraz jeszcze blondwłosego Kleszczyka. Podejrzewam, że gdybym zbierała skrzętnie każdy obcięty samodzielnie włos, przez minione lata uzbierałby się spory ich worek. Dziś ponownie dorzuciłabym kolejne blond ścinki do tej ilości, gdyż nie ma to jak święto w środku tygodnia, przepełnione zajęciami które się lubi lub po prostu z pewnego przyzwyczajenia robi, dla siebie i swoich mężczyzn.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


EMOCJE ZNIKAJĄ PO BURZY
Notatkę dodano:2014-07-08 20:48:02

Dzień dzisiejszy, choć nazwanie tego początku doby zupełnie do dnia niepodobne, rozpoczęła wielka burza. Po upałach, dokuczających i męczących nastąpił przełom, który ponownie wraz z rozwojem dnia sunie ku gorącu o dodatkowo podwyższonej wilgotności. Pierwsza w nocy obudziła mnie dudnieniem o wszelkie dudniące elementy budownictwa wielomieszkaniowego. Huczało w rynnach, obijało się o daszki, stukało po parapetach, z innym natężeniem pukania odbywało się to po szybach. Cała kakofonia dźwięków towarzyszących wzmagającemu się deszczowi. Pootwierane na oścież okna zapraszały ten dźwięk do naszego mieszkania, ale nikomu w ciągle jeszcze panującej duchocie nie chciało się podnieść z wygodnego łóżka aby pozamykać dające odrobinę orzeźwienia okna . Deszcz wzmagał się, to odrobinę uciszał jednak było wiadomym, że to dopiero wstęp do prawdziwego przedstawienia. Mijały chlupoczące minuty, wiatr zaczął przynosić odległe dźwięki grzmotów, które coraz bardziej zdawały się do nas przybliżać. Godzinę trwała wędrówka burzy skądś do nas. Przez ten czas chłodzeni wiatrem i usypiani monotonią deszczu trwaliśmy w jakimś pełnym oczekiwania półśnie, z którego wyrwały nas pierwsze wyraźne huczące gromy. Niebo rozjaśniało się na te krótkie momenty aby ustąpić miejsca potężnym, hałasującym trzaskom burzy. Niesamowite zjawiska budzące grozę i poczucie strachu. Dziecko ocknęło się, człapiąc bosymi stopami obrało sobie nasze łóżko jako cel nocnej wizyty. Nie do końca rozbudzone znalazło drogę pomiędzy nas, i tu czując się bezpieczniej spędziło parę chwil. Burza nad nami, gdzieś tuż obok pokazała na ile stać naturę. Powyłączane elektryczne sprzęty sprawiły większą niż zazwyczaj ciemność nocy pozbawioną wszelkich diod, ledów, światełek z których obecności nie do końca w normalną noc zdajemy sobie sprawę. Zapalana jakąś cowieczorną tradycją zapachowa świeczka migotliwie w jednym kącie pokoju dawała większy pozór jasności. Szaleństwo burzy niczym atak choleryka trwało kilkanaście minut aby iść gdzieś dalej i tam także postraszyć swoją mocą innych, śpiących i nie spodziewających się niczego ludzi. Hałasy zostały wyparte monotonią deszczu, który mniej cholerycznie działał. Strach przed wyładowaniami opuścił Kleszczyka, który z tatą za rękę wrócił do swojego łóżka. Po upale nie został ślad, noc stała się czysta, spokojna. Gdzieś zniknęły pomruki i strachy, zanikły błyskawice, wyciszyło się. Można ponownie zapaść w sen. Po tej nocy dzień rozpoczął się nieśmiało wschodzącym słońcem, które gdzieś za oparami i mgłami leniwie wstawało. Po nocnych występkach pogodowych dzień stawał się ponownie upalny, lekkie podmuchy wiatru tylko podkreślały tą panującą coraz wyższą temperaturę. Narastało odczuwanie zbliżającego się ponownego załamania pogody. Błękit nieba zaczął być wypierany przez stalową nieznoszącą sprzeciwu barwę ciężkich deszczowych chmur. Przekładaniec z możliwości aury, nieznoszący nudy sprawił, że ten dzień stanowił pewne urozmaicenie ostatnio panującego podzwrotnikowego klimatu.

Ja swoimi notatkami podobnie jak dzisiejsza pogoda wprowadzam pewną dozę zamieszania w odbiorze zarówno swoich tekstów jak i swojej osoby. Mój mąż głęboko analizował ostatni tekst podporządkowując zawarte w nim treści do mnie, i do siebie. Gdzieś zaczęły mu się nasuwać jakieś bezpodstawne pytania. Oficjalnie dementuję, nie mam poranionego serca, sfera porównań do zbolałego palca( który niestety jak najbardziej posiadam w stanie poparzonym), nasunęła mi się zupełnie przypadkowo, i bardziej na podstawie tego co obserwuję i słyszę z otaczającego mnie świata niż z własnego doświadczenia. Może kiedyś dogłębniej potraktuję temat z personifikowanymi przykładami aby wymazać wrażenie jakobym wszystko o czym pisuję musiała sama przeżyć. Czasami wystarczy otworzyć oczy, posłuchać, dostrzec...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163028
Osób: 145483