Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ZWYKŁY PĘCHERZ NA PALCU
Notatkę dodano:2014-07-06 22:35:06

Siódmy dzień pracy za mną, jeszcze dwa w tym ciągu i odpocznę. Nie wiem co sobie zaplanuję, nie wiem jak będzie on wyglądał choć myślę o nim, jest wyczekiwaną perspektywą. Nawarstwią się zaległości, uzbierają chęci do spełnienia, które teraz jeszcze stanowią wizję. Nie tylko ten siódmy dzień pracy w jednym ciągu powoduje zmęczenie i niechęć. Panujące na zewnątrz upały przekraczające na podziałce liczbę trzydziestu stopni, odbierają zapał na robienie czegokolwiek. W takiej temperaturze ogarnia mnie lenistwo i największą ochotę nabieram na spokojne leżenie w towarzystwie nicnierobienia. Młody jęczy, jemu nie przeszkadzają temperatury w piłowaniu głów rodzicom. Tata obiecał na dziś boisko, skoro obiecał naciski ukierunkowane na niego z niejakim pominięciem mojej osoby. Już prawie czuję rozkosz z bliskiego kontaktu z nicnierobieniem w ciszy i spokoju opustoszałego M-3. Tata wyciąga argumenty niczym króliki z kapelusza, przekierowując wczorajszą obietnicę na inne rozwiązania w których już ja staję się niezbędna. Rozkosz zaczyna się oddalać... Albo, albo. Ktoś wymyślił asertywność, tym razem nicnierobienie w perspektywie wzmaga cały jej potencjał. Powietrze nad moimi mężczyznami zaczyna jonizować, prawie iskrzy. Pozostaję z ciszą, nicnierobieniem i poparzonym szpetnie palcem wskazującym. Okład z liścia aloesu sprawił ulgę choć nie dokonał cudu, wielki pęcherz nie da zbyt szybko zapomnieć tego dnia. Ile było do zrobienia przez aloesowy listek zostało uczynione, teraz inne sposoby domowego przynoszenia ulgi. Nieodzowna pomoc internetowych wiadomości i już wiem jakie będą kolejne kroki w próbie zniwelowania boleśnie tworzącego się pęcherza. Sięgnę po odstawioną ostatnimi czasy kozieradkę, dam jej szansę pomocy licząc, że mnie nie zawiedzie. A nawet jeśli niewiele zmieni jej użycie, doznam zawodu i normalnym trybem przejdzie dalsze dochodzenie do normalności poparzonej skóry nic to nie zmieni w podejściu do mojego ciała. Niektóre przypadłości potrzebują po prostu czasu aby o nich zapomnieć. Niektóre nie dają się nawet po upływie wielu lat zapomnieć, zostają nam na ciałach blizny, szramy, znaczki i piętna. To takie cielesne, materialne i widoczne. Są też w nas, w tych potocznie określanych sercach, takie zabliźniające się przypadłości, trwające wiele lat, z których zdarza się nigdy do końca nie doznać uleczenia. Na nic antidotum w postaci innych przykrywających rany spraw. Niewiele zdaje się pomagać, tkwią w ranie odłamki, które nie dają dojść do pełni zdrowia. Udajemy obojętność, uśmiechamy się, przyjmujemy do wiadomości zaistniałą sytuację i staramy się normalnie żyć. I żyjemy w tej pozornej normalności choć czasami na mgnienie oka coś zapiecze w ranie, której być nie powinno. Ludzie się rozchodzą. Jeśli decyzja nie jest obustronna, z pełnym przekonaniem i nie pozostawiająca po związku żadnego balastu istnieje szansa na uleczenie. Zdarza się przyjaźnie z niekłamanym uśmiechem rozejść każde w swoją stronę. Tylko to takie sielankowe, mało realne i zarazem zimne. Jeśli istniały emocje, wcześniejsza miłość i efekty w postaci potomków, już tej sielanki nie ma. Kiedyś gorące uczucia nie jest łatwo wystudzić i schłodzić do obojętności z którą przyjmiemy widok, spotkanie lub wieści o dawnym partnerze. Jeśli skrzywdził będzie w nas złość, jeśli odszedł będzie tęsknota lub pytanie o własną winę z nieśmiertelnym : dlaczego? . Nawet jeśli te początkowe emocje dojdą do optymalnej do życia temperatury, wcale nie znaczy, że rana zabliźniła się na tyle aby na zawsze o niej zapomnieć. Na poparzony palec zastosuję okłady z kozieradki i tranu, owinę bandażem, nie będę moczyć, na poranione serduszko kozieradka nie pomoże....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SPRZYJAJĄCE OKOLICZNOŚCI PRZYRODY
Notatkę dodano:2014-07-03 21:25:26

Bywają dni w których ciągi zdarzeń wymuszone przez jakieś sprawy, obowiązki, sytuacje dają odczucie jakby wszystko co nas spotyka szło po przysłowiowej grudzie. Nic się nie udaje, nie wychodzi, jakoś opornie i bez ładu oraz składu na nas spada. Męczymy się a i tak scenarzyści na górze tak zakręcą, tak zamotają, że samo rozsupływanie tego, co nas spotka zajmuje zbyt wiele czasu aby się z tego cieszyć, naprostowanie zabiera energię i powoduje zniechęcenie oraz pytanie: dlaczego?. Dlaczego akurat ja, dlaczego dziś, dlaczego musi tak być? Na żaden z członów tak stawianych pytań, nie potrafimy sobie odpowiedzieć. Każda z samoistnie wysuwanych odpowiedzi utwierdza nas tylko w tym, że przeznaczenie lub los czyni nam wbrew i na przekór. I myślimy sobie co by było jeśli choć raz stałoby się inaczej, tak jak po maśle, sunąc niczym po nieskazitelnie gładkiej tafli, bez możliwości potknięcia i upadku. Ten dzisiejszy dzień dał mi właśnie tak poczuć, że przez moment jestem niczym geniusz łyżwiarskiej jazdy na doskonale utrzymanym lodowisku. Sunęłam zupełnie bez wysiłku, jakby całkowicie wbrew standardowemu stwierdzeniu, że biednemu zawsze wiatr w oczy. Nie zdarzają mi się takie dni, nie bywa w moim życiu takiego stanu odczuwania, że wszystko działa tak, jakby tylko mi miało ulżyć. Z wielką mocą odczułam to współdziałanie sił całego świata, które niczym zaczarowane tak poukładały małymi sprawkami, tak harmonijnie zgrały epizody z mojego dziennego kawałeczka życia, że zauważyłam z całą mocą jak bardzo może być inaczej bez własnego wysiłku. Pojęcie : urodzony w czepku, bogaty co to mu byk mleko daje i diabeł dzieci kołysze w dniu dzisiejszym nabrało innego wymiaru. I niewiele było trzeba, mało znaczące z pozoru sytuacje sprawiły, że przez ten sprzyjający moment stałam się wielkim bogaczem. Może najważniejsze w tym wszystkim było to, że dane mi było zauważyć tę różnicę między codziennością a takim właśnie sprzyjającym dniem. Kiedy nie musiałam o nic prosić, nie musiałam zabiegać, spieszyć się a fala sama mnie niosła. Ja w tym wszystkim jak pasujący element odnalazłam się i tylko przeskakiwałam niczym małpka z liany na lianę, łapiąc to co samo wpadało w ręce. Znalazłam się w odpowiednim momencie i doskonałym miejscu a później już niewiele musiałam robić. To nie było nic ważnego, ale mogło przebiegać zupełnie inaczej. Na takie inaczej byłam przygotowana i dzięki temu nastawieniu przeżyłam zaskoczenie w całej pozytywnej postaci. Dziś odpowiedni moment i miejsce znalazły się na mojej drodze, a ja tylko uczyniłam jeden krok aby znaleźć się właśnie tam. Zapewne parę razy w życiu dane mi było podobnie wykorzystać nadarzającą się szansę, tylko rezultaty przychodziły po dłuższym czasie, efekty miały miejsce, kiedy już rozmyło się jaki był początek. Przecież całe nasze życie składa się z epizodów i wydarzeń gdzieś, w którymś momencie się zaczynających i podobnie do czegoś zmierzających lub kończących. Niektóre sprawy mają dobre początki z efektami całymi we łzach, a bywa wręcz przeciwnie coś co zaczynało się smutkiem ku końcowi daje radość i pełnię spełnienia. A przecież mogłam kogoś nie spotkać, mogłam się o dwie minuty spóźnić, mogłam dokonać innego wyboru, wracać inną drogą. Małe i większe wybory, których ciąg dalszy w całkiem nieznanym kierunku zmierza. Zdarza się stajemy przed dylematem, wybieramy nasz wybór niczym strzał ślepca, może będzie trafny a może zupełne „pudło”. Opatrzność nie pomoże na nic starania. Na naszych drogach ktoś poustawiał inne osoby, wybieramy z całą wiarą w słuszność. Stawiamy na jedną kartę i zawsze jedna z dwóch możliwości mam miejsce. Trafiony lub pudło. Można się gimnastykować ze swojej strony robić wszystko co możliwe, tylko nie przeskoczy się jednego, przecież druga osoba też ma dwie możliwości... . Niby trafiłam a on spudłował swoim wyborem to mój traf w efekcie też staje się pudłem. Minus i plus nigdy nie chce dać plusa, nie tylko w matematyce, w życiu także. Dziś miałam dzień wielu plusów. Dzięki temu nawet mogłam odstąpić parę dla efektu pewnego mojego wyboru sprzed lat. Nie oponował, chyba też lubi plusy....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZBIOROWA WINA
Notatkę dodano:2014-07-01 22:31:24

Pochmurny przedświt, a może świt, tylko jak mogę konkretnie określić skoro słońca nie widać. Niebo przykryte gęstymi chmurami, a i ta wczesna pora wyjazdu do pracy zupełnie w całym otoczeniu nie kojarzy się z pierwszym dniem najbardziej letniego miesiąca. Dzisiejsze odczuwanie tego co widzę o poranku, tego co czuję skojarzenia bliższe późnemu sierpniowi, kiedy już lato chyli się ku upadkowi. A przecież lipiec powinien zachęcać mnie ostrym słońcem do radosnego prawie podskakiwania, nawet niech to będzie kierunek do pracy, a nie być obarczony długimi rękawami niejednej warstwy odzieży i niepohamowanym ziewaniem. Mam świadomość, że wraz z upływającymi godzinami zrobi się cieplej, słońce być może da zakosztować swoich promieni, jednak tak bardzo liczy się jak się zaczyna, a nie w którą stronę dzień się w efekcie określi. Niestety dzisiejszy nie chciał się określać w stronę której najbardziej się oczekuje. W przepastnej torbie niczym amulet, lub jakiś chroniący przed deszczem talizman cierpliwie czekała parasolka i o ironio, dziwnym trafem zawsze, kiedy ona przy mnie jest, deszcz omija moje okolice lub jeśli tylko się pojawi to z takim natężeniem, że i tak na nic jej mizerna obecność. Podobnie i dziś, skoro parasolkowe pogotowie na miejscu, deszcz tylko w postaci ciężkich chmur kołuje nade mną. Być może to ta niezdecydowana pogoda, powodująca rozdrażnienie oraz podskórną nerwowość była powodem pewnej ostrej wymiany zdań. Mam pewną przypadłość nie pozwalającą mi siedzieć cicho, kiedy dzieje się coś co w moich oczach stanowi o pewnej niesprawiedliwości. Nie muszę kogoś znać, nawet nie zawsze muszę lubić, jednak kiedy coś dzieje się wbrew mojemu wewnętrznemu strażnikowi sumienia, nie umiem przemilczeć. Przecież można spuścić oczy, udawać głuchotę, można, tyle, że nie wychodzi mi to. Dzieje się jakby poza mną, i ripostuję, zaczynam słowem walczyć niczym lwica broniąca młodych. Nie zawsze warto, nie zawsze ma to sens, czasami bywa oberwę po łepetynie bo takie dysputy stwarzają wrogów. Podobnie dziś, słowo, które potoczyło się jak lawina. Ocenie poddano księży, uogólniając w sposób negatywny i określając w jednakowy, wszystkich zrównujący i krytykując w oparciu o przykłady z życia dalekich sąsiadek, pokątnych znajomych. Ocenie poddawała osoba spoza Kościoła Rzymsko – katolickiego. Sama będąc w Kościele Zielonoświątkowym wylewała generalizując wiadra pomyj na cały kler. Na nic moje argumenty, odwołujące się do wadliwych jednostek z podkreśleniem ludzkich, bo przecież sam fakt bycia księdzem nie powoduje zaniku cech człowieczych zarówno tych dobrych jak i tych całkiem negatywnych. Moje poczucie sprawiedliwości nie pozwalało na milczące spuszczenie wzroku z przyzwalającą ciszą na ustach. I nie ma znaczenia, czy będę się wyrażać o przedstawicielach kleru dobrze czy źle, czy jako jednostki doprowadzą mnie do pewnego poziomu irytacji, jednak uogólnianie że wszystko i wszyscy w katolickiej hierarchii są do odstrzału stwarza jakąś sytuację zupełnie irracjonalną i tworzącą wizję jakby kościół do którego należę stanowił jakieś getto złych ludzi zgromadzonych i uniformizowanych w specyficznych szatach. Widzimy jako członkowie kościoła rzeczy, które nam się nie podobają. Oceniamy naszych duszpasterzy, przypinamy im łatki, czekamy na potknięcia, zachowujemy się jak ludzie, z dozą zawiści. Zapominamy, że przynależność do każdego kościoła, odłamu wiary czy też religii wiąże się z naszym podporządkowaniem się pewnym przykazom, nakazom. Przecież przynależąc do różnych organizacji też posiadamy legitymacje, opłacamy składki za sam fakt bycia w wybranym przez siebie gronie. Jeśli określam się praktykującym katolikiem to pewne ograniczenia spowodowane przykazaniami są niczym ta roczna składka dla wędkarza. Po prostu się ją wnosi, tak jak wnosi się w kościół pewne zachowania, ograniczenia czy też podporządkowania. Dlaczego więc tak dziwnym staje się wymaganie od księdza aby parafianie określający się jego owieczkami żyli w kanonami określony sposób. Nowoczesność posunęła się w kierunku, kiedy na ważności straciły pewne dawniej cenione zasady, dzięki temu księża także przymykają niejednokrotnie oko na „nieterminowe wpłacanie składek”. Taki ksiądz będzie dobry, ten który domaga się wnoszenia opłaty w terminie: ochrzczenia dziecka, zalegalizowania związku, obecności na mszy, już nie wart pochwały, już określany mianem wstecznika i złego kapłana. Czy wszyscy są źli? Nie. Czy jeśli paru zboczy z właściwej drogi należy zastosować zbiorową odpowiedzialność? Nie.

Moja znajoma dla duchownych w moim kościele była by surowsza niż Bóg dla Sodomy i Gomory, zapewne odpowiedzią na pytanie : Panie, jeśli znajdziesz dziesięciu sprawiedliwych, ocalisz Sodomę i Gomorę? Pokrętnie wyrzekłaby słowo nie. Otrzymała wolną wolę, tylko czy ten dar nie jest czasami przez nas nadużywany.

Nasza polemika ogniście prowadzona, nie przysporzyła mi przyjaciela. Mały koszt mojego poczucia sprawiedliwości, które nie pozwala na milczenie, kiedy osądzamy wielu za grzech jednostek.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BOLEK I LOLEK, PIOTR I PAWEŁ
Notatkę dodano:2014-06-29 19:02:25

 

Powrót normy coraz bliżej. Nie dzwonię, nie pytam, pozwalając zwykłym rytmem toczyć się upływającemu czasowi. Mam świadomość, że nie przyspieszę ani nie spowolnię tego co ma się wydarzyć. W odpowiednim momencie, o właściwej godzinie wszystko się stanie co stać się musi.

Dziś popularne imieniny.

Piotra i Pawła. Podobnie jak u nas wielu rodziców posiadających dwóch synów akurat takie imiona im nadaje. Jakby jedne bez drugich nie mogły sobie samodzielnie po prostu być. Skojarzenie do Piotra od razu się samo nasunie – Paweł. Do Mistrza doskoczy Małgorzata, do Wołodyjowskiego – Basieńka. W mojej głowie takie pary istnieją w różnych konfiguracjach, z różnych przyczyn, z różnych źródeł się wywodząc. Celem ułatwienia wymyślono taki imieninowy zlepek w dniu dzisiejszym. Okazja się tworzy aby dwóch synów obdarzyć, choć ani jeden ani drugi akurat tego dnia nie powinien obchodzić swojego święta. Daty urodzin zupełnie w innych terminach i zwyczajowo nie ma racji bytu obchodzenie imienin akurat dziś. Tu jednak pewien upór mojej mamy, a babci obu moich synów się przejawia i z niewytłumaczalnym tymże uporem rok w rok akurat tego dnia składa życzenia i obdarowuje obu wnuków.

Z imionami moich synów to jakaś ręka opatrzności lub nacisk nadrzędnego scenarzysty sprawił akurat takie, a nie inne przyporządkowanie dla nich właśnie tych, a nie innych. Albo dziwna ze mnie rodzicielka albo zobojętniała na męskie miana, zupełnie nie miałam pomysłu na jakieś konkretnie ulubione dla moich potomków. Dla ewentualnej córki jedno imię nieodmiennie wiodło prym, i bez mrugnięcia okiem byłaby to Katarzyna. Lat temu przeszło czterdzieści akurat takie imię nadałam swojej siostrze, jakimś snem proroczym nawiedzona. Wedle słów mojej mamy, pewnego dnia się obudziłam i powiedziałam, że jeśli będzie siostrzyczka to ma być Kasicha, a braciszek Krystof. Kasicha niechybnie wyśniona bo nie miałam żadnej koleżanki w swoim bardzo wczesnoprzedszkolnym wieku, która mogłaby być pierwowzorem, natomiast to męskie coś, to było nazwisko pewnego męskiego przedstawiciela płci przeciwnej do którego pałałam wczesnoprzedszkolną miłością wielką. Było mi obojętne najwyraźniej czy to imię czy nazwisko skoro nosił je wybraniec mojego całkiem niepełnoletniego serca. Brat miał być Krystofem. Dzięki opatrzności brata oraz kłopotu z nazewnictwem nie było, natomiast Kasicha przyjęła się stając młodszą siostrą Kasią, lub w wcale nie rzadkich godzinach na nią złości Kaśką. Być może w ramach rekompensaty moja własna córka, jeśli by na tym łez padole się pojawiła była by Kasią bez jakichkolwiek wątpliwości. Cóż, Kasi nie było, ani za pierwszym ani za drugim razem, natomiast imieninowy dylemat był bez dwóch zdań. Pierwszy syn miał być, w paru wersjach różnymi imionami obdarzony. Krystof i dziecięca atencja do niego był daleką przeszłością, nie braną nawet pod uwagę. Pomysłu nie miałam do ostatniej chwili. Gdzieś cicho pojawiał się Marcin, który jakoś do gustu mojemu mężowi nie przypadł, więc skoro sama żadnych typów ani pomysłu nie miałam zdałam się na decyzję ojca i jego wybór, który mogłam zaaprobować lub odrzucić. Wybrał Piotra, tu były pewne moje wątpliwości i delikatne sugestie, bo wiązało się to imię z pewną osobą z mojej przeszłości. Jednak skoro mąż sam wymyślił, uznał że mu ani przeszłość, ani osoba, ani imię nie przeszkadza nie wyrażałam oporu, z jednym tylko zdaniem i napomnieniem aby pamiętał, że sam to wymyślił, więc ewentualnych reklamacji nie przyjmę.

Z drugim synem rzecz miała się tak, że częściowo z wielkiego własnego pragnienia, odrobinę z niepewności medyków już miała być upragniona Kasia... Problem samoistnie z kolejnym wyborem w taki sposób by się rozwiązał i w zasadzie można powiedzieć, nie byłoby go, jednak ponownie opatrzność zagrała nam na nosach i miast dziewuszki wyczekiwanej na świecie pojawił się chłopczyk wyczekiwany, choć zaskakując odrobinę swoim pojawieniem tylko z powodu swej płci, bo cała reszta jak najbardziej była upragniona i uszczęśliwiająca. Miało dylematu nie być, a jednak był. Opatrzność już w swoich scenariuszach stanęła na wyżyny absurdu. Pierwszy raz mąż z wymyślonym imieniem poszedł do urzędu, i gdyby nie to, że do tegoż urzędu nie dotarł goniec z dokumentacją iż pewien mały człowiek przyszedł na świat, pewnie to pierwsze umyślone imię już by było. Niestety formalności nie można było załatwić. Mąż karnie wrócił do połowicy i nowo narodzonego potomka. Po drodze gdzieś pierwotny wybór imienia zbladł, wyparował i nastąpiło ponowne zastanawianie i nowy dylemat. Jakoś operacja wpisania w rejestry mojego młodszego syna pechowo przebiegała, drugim razem też coś wynikło, co się sprzeniewierzyło wybranym imionom. A kiedy wreszcie udało się pogodzić wszelkie przeciwności mąż popatrzył w kalendarz, i okazało się, że tego dnia imieniny obchodzi Paweł. Żeby starszy syn miał jakiś udział w operacji nadawania imienia stanął przed szansą na drugie imię, które nie sprawiło mu najmniejszych problemów z racji tego, że najlepszy kolega nosił imię Marcin... Wśród nowych mieszkańców zawitał więc chłopiec dwojga imion: Paweł Marcin.

Wybór imienia powinien być przemyślany, jednak czy ma wybrane imię wpływ na swojego właściciela i cechy, którymi jest charakteryzowane będą kiedyś przymiotami noszącego konkretne miano? Skłonna jestem czasami się kłócić z takim twierdzeniem, choć bywa, że z całą pokorą przyznaję rację, bo choć nie wszystko, jednak pewne cechy są wspólne dla noszących poszczególne imiona. Może jak bym postudiowała te przypisane właściwości, to mój wybór byłby inny? A może to lepiej, że nie studiowałam bo opatrzność sama zadecydowała za mnie.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIC SIĘ NIE STAŁO
Notatkę dodano:2014-06-27 21:29:12

Jak bardzo zmienił się mój maleńki świat, choć przecież niby tak niewiele się stało. Właściwie to w oczach postronnych nie stało się nic. I ja też powinnam tak do tego podchodzić. Nic się nie stało. Jest dwudziesta pierwsza, właśnie ugotowałam gołąbki na jutrzejszy, a może i pojutrzejszy obiad. Nie stawiałam oporu dla łakomstwa i jeden z takich gorących, parzących usta i język wylądował na talerzyku, zupełnie nie w celu dekoracyjnym lub powodującym swoją nieobecnością w garnku pozorny luz. Pomimo pory stanowczo nakazującej wielki stop dla jakiegokolwiek obżarstwa ten samotny gołąbek został przeze mnie pochłonięty i nawet wiele bym się nie wzbraniała przed następnym. Tu jednak powiedziałam stop, bo przecież nic się nie stało, nie ma co zmieniać przyzwyczajeń. I wmawiam sobie, że jest normalnie a okazuje się, że gdzieś w głębi mnie jednak czuję inaczej, jednak coś się stało, choć z pozoru wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest oprócz …. Choć przecież nawet to, że akurat tu i teraz nie ma, to jednak nie powód do przewrotu wszystkiego na głowę. Kleszczyk zakończył zerówkowy rok szkolny, były dyplomy, książki, jakieś łzy małych dziewczynek, poczucie ulgi i niewiele odstający od normy dzień, który sobie całkiem sielankowo upływał. Mam trzy dni wolnego, z przyczyny tego, że nic się nie stało musiałam tak ustawić swój grafik, żeby akurat teraz te wolne dni miały miejsce. I jesteśmy sobie z absolwentem zerówki sami w domu, tatuś z horyzontu na dni najbliższe znikł powodując, że przecież nic się nie stało. I pozostawił świadomość, że gdzieś jest, a myślami całkiem blisko, a moja świadomość też czuje tę prawie obecność, tylko to takie niematerialne. W domu zrobiło się luźniej, mniej tłoczno, więcej jarzynowej zupy po obiedzie w garnku zostało, nie ma komu tych gorących gołąbków w wielkiej tajemnicy, bez skrupułów związanych z późną godziną z garnka podbierać. Nikt nie oceni ich smaku, nikomu teraz nie przychodzi do głowy operowanie pilotem przy telewizyjnych poszukiwaniach wartych zawieszenia oka programów. Młody już po placowych szaleństwach śpi, a ja dostrzegam to, jak potrafi być jak nic się nie stanie. Cisza, bez perspektywy że za godzinę, dwie będzie relacja z mijającego dnia. Łóżko, które okazuje się za duże nie dające żadnych możliwości ogrzania zimnych stóp. Brak ciepłego oddechu muskającego moje ucho, kiedy przytulony do moich pleców tak bardzo materialnie po prostu jesteś. Nic się nie stało, bo przecież w niedzielny wieczór norma wróci do normy, a to co się nie stało stanie się przeszłością. Te trzy dni powinnam spędzić tak, aby tą większą ilość czasu, którym dane mi dysponować po prostu wykorzystać na swoje sprawki, dla których zawsze jego deficyt i brak nie pozwalają. I jest szansa na wieczorną lekturę, na maseczkę, na jakieś kosmetyczne fanaberie, tylko jak nic się nie stało, tak i ochota jakoś przeszła i z wszystkich fanaberii tylko książka z odpowiednią siłą mnie do siebie przyciąga. W domu inaczej, dziwniej z tą pustką, dorosłym milczeniem, bo młody aktywności dźwiękowej nie zaprzestał i tu jakby wszystkiemu wbrew norma bez jakiejkolwiek anomalii. Dzień mija, kawę zrobię sobie sama, obiad w towarzystwie młodego pochłonę, on sam zaabsorbuje mój czas swoją osobą, tylko dziwnie przyzwyczajona jestem do tego, którego teraz odczuwam brak. Pustka choć nic się nie stało, odrobina smuteczku, za którym pełną gębą panoszy się radość, że to nie na stałe, że nic się nie stało minie i będzie jak zawsze. Dorośli muszą mieć margines na swoje sprawy. Takie sprawy, które dzieją się osobno, i czasami w codziennej wspólnej obecności następuje parodniowa przerwa. Nic się nie stało a przerwa ukazuje pustkę bez tej drugiej osoby. Przyzwyczajenie, rutyna, a może po prostu stara, wypracowana wspólnymi latami miłość, która kocha i wtedy kiedy nic się nie stało i kiedy się dzieje i gdy jesteś i gdy Cię nie ma.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CHWILA DO WAKACJI, LATA PO NICH
Notatkę dodano:2014-06-26 22:18:29

Biała koszulka wyprasowana, bladoróżowe róże czekają na jutrzejszy dzień, aby po kolejnych miesiącach zmienić tor życia siedmiolatka. Zaczynają się wakacje, dla niego pierwsze z tych przełomowych, jeszcze nie do końca wiedza dziecka jest na tyle dogłębna, aby zrozumieć, że kiedyś ten czas kanikuły będzie wyczekiwany i bardzo upragniony. Miną lata i będzie się do niego wracało wspomnieniami, bo już nigdy nie będzie tak beztrosko i tak lekko wraz z nadejściem końca czerwca. Już jest świadomość, że coś nowego rozpocznie się z wrześniem, jednak dla dzieci ten wrzesień wydaje się bardzo odległy. Tak jakby czas dla mniejszych inaczej płynął, jakby bardziej rozciągnięty był niż w odczuciach dorosłych. A ja widzę to inaczej, przecież parę dni temu był dzień matki, ale to moje parę dni to przecież cały miesiąc, który przeleciał w tempie iście sprinterskim. Podobnie stanie się z dwoma nadchodzącymi wakacyjnymi miesiącami. Ale tak odczuwam ja, Kleszczyk inaczej ten czas oceni, inaczej będzie on dla niego płynął. Jak sobie zrobię rekonesans w dawno minione wakacje to różniste one bywały. I takie, które przyjmowałam z wielkim poczuciem ulgi, i inne, które oznaczały że za czymś będę przez dwa miesiące tęsknić. Choć te z różnymi tęsknotami raczej w późniejszych latach edukacji niż związane z początkowym jej okresem. Kiedy człowiek zaczyna ocierać się o dorosłość, większą swobodę ze strony rodziców obdarzony, już prawie może sam decydować, wakacyjna laba inaczej smakowała. Próbowaliśmy się usamodzielniać w dorywczych pracach, choć raczej chodziło tu w moim przypadku o pewną przekorę czy też działanie na zasadzie mogę, ale nie muszę. I mogłam sobie pozwolić aby po tygodniu zesłania w schronisku i kompletnej nudzie z przerwami na akordową pracę w kuchni w trakcie „nalotu turystów” po prostu powiedzieć, nie podoba mi się, dziękuję ale nie tak miało być. Spakować manatki i pojechać w dal siną, czyli pod skrzydełka rodzicielskie. Z tym schroniskiem to była od początku sytuacja na wariackich papierach pisana. Trafiłam na Opolszczyźnie do ośrodka kolonijnego, wraz z paroma koleżankami i kolegami. Mieliśmy tam być jako ekipa na zasadzie: przynieś, wynieś, pozamiataj, ku obsłudze młodzieżowych kolonii. Codzienna praca, prawie przez cały dzień, jakiś miraż wynagrodzenia, i nasz entuzjazm, że przecież własne pieniądze, ośrodek z akwenem wodnym, szansa na wypoczynek po pracy. Rozlokowano nas w domkach z pleśniejącej dykty, woniejących wilgocią i mało przyjaznych jako miejsce wypoczynku w myśl zasady, że przyjechaliśmy tu pracować a nie leniuchować. Pierwszy dzień, poranne przygotowanie śniadania w ilości miliona porcji, a czasy mniej zmechanizowane niż obecnie, więcej pracy ręcznej niż technicznych ułatwień. Jednak od czegóż nasz młody entuzjazm, wizja obfitości zarobkowej, miraż pewnej samodzielności finansowej. I ten pierwszy dzień nagle, jakąś decyzją odrywają mnie od znajomych, podejmując decyzję, że akurat ja mam jechać do schroniska na szczycie górki o nazwie Biskupia Kopa. Na co dzień świeci ośrodek pustkami, na pustkowiu położony, z pustymi półkami w magazynku spożywczym, bo przecież wystarczy przecier z kiszonych ogórków, parę jaj, czerstwego chleba. Prawdziwy niedzielny turysta zadowoli się nawet tak skromną kuchnią i polowymi warunkami. Moje dni mijają, zaprzyjaźniam się z psem, który był agresywny, a jednak w poczuciu wspólnej żałosnej naszej doli dał się oswoić i tolerować mnie. Strefa przygraniczna, spacery ograniczone, nudne siedzenie na coraz mniej malowniczym podwórku i monotonność, która zabiera całą radość i z przyszłych miraży finansowej kariery, i z wizji stania się krezusem. Wytrzymałam tydzień i poczułam, że więcej nie dam rady. Zwiędnę, uschnę, zwariuję i jedynym ratunkiem jest ucieczka, tam gdzie miał być wypoczynek nad akwenem, dyskoteki i moi znajomi, a nie jedyna przyjazna dla mnie mordka eksgroźnego psa. Eskapada zjazdu po dziwnie nieprzyjaznym trakcie zakończyła moją karierę nie tylko w schronisku ale i w ośrodku. Okazało się, że nie ma dla mnie miejsca, a skoro nie chcę samotni w schronisku to fora ze dwora, bo tu ani chwili dłużej tolerować mnie nie będą. Wizje bogactwa wzięły w łeb, ajentka, bo taką nazwą określano wtedy panią prowadzącą ośrodek, rzuciła mi jakiś ochłap w ramach wynagrodzenia, które ani z wcześniejszą umową ani moimi wyobrażeniami wiele wspólnego nie miało. Ze smutkiem wielkim, choć zarazem z poczuciem że to jedyne rozsądne rozwiązanie, zabrałam swoje skromne manatki, i wróciłam na rodziny łono. Parę dni na truskawkowych polach, dało mi zarobek może nie łatwiejszy jednak porównując wysokość niewiele mniejszy od tego co czekałoby mnie po codziennej pracy od szóstej rano do dwudziestej w mało przyjaznych warunkach pracy. Nie musiałam, nie byłam skazana na pracę i podjęłam wtedy decyzję, że nie wszystko i każdym kosztem będę robić, nie chcę wbrew sobie, nie chcę czegoś co daje tylko kasę, bez cienia jakiejkolwiek satysfakcji. Patrząc z perspektywy minionych lat, chyba gdzieś mam zakodowane takie właśnie podejście do swoich zawodowych zajęć, mogę robić rzeczy mało wynagradzane ale nie wbrew sobie. Przy tym co przeciwne mojemu charakterowi, usycham, niknę, choruję i ani sobie ani pracodawcy korzyści nie przynoszę.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


EROZJA ZAUFANIA
Notatkę dodano:2014-06-25 21:42:32

Bywają dni, których być nie powinno, ludzie, których nigdy nie powinnam spotkać na swojej drodze, przejścia niechciane i doświadczenia, które próbują zabić moją wiarę w ludzi i ich ludzkie odruchy. Jestem z jakiegoś odgórnego naznaczenia nasiąknięta wielkim zaufaniem do gatunku z którego sama się wywodzę. Po negatywnych doświadczeniach jakoś otrzepuję się ze złych emocji i odczuć, nie odbierają mi one wiary w swoich pobratymców. Bywa zachwieje się ona, ukruszy niczym lita skała, a jednak gdzieś w głębi mnie ciągle trwa. Popękana, zwietrzała, ciągle narażona na działanie erozyjnych czynników próbujących ją we mnie zniszczyć, a jednak z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu nawet nie w pełni wartościowa po prostu jest. Może zakrawa to moje postępowanie na jakąś głupotę, na nadmierne zaufanie, na zbytnie pokłady szczerości oraz wiary, że jeśli ja komuś dobrze to i on mi podobną miarą, jeśli z mojej strony nie skrzywdzę podobnie krzywdy nie zaznam, nie ukradnę, mi nie zabiorą. I takich naiwnych moich zachowań więcej, w myśl najprostszej z zasad, nie czyń drugiemu co tobie nie miłe. I funkcjonuję, choć nie zawsze wierzą w moją najszczerzej wypowiadaną prawdę, nie zawsze dają wiarę że jak mówię tak jest, jak czynię to nie z chęci zarobku, jak daję to nie liczę na zapłatę. Spotykam wadliwe jednostki, oczywiście w moich oczach bo pozbawione tego spotęgowanego zaufania. Nie zadzwonią komórką inaczej niż przy zastrzeżonym numerze, nie zrobią zakupów przez internet bo niechybnie ktoś ich wykiwa, nie podadzą w żaden sposób swojego adresu, prawdziwego imienia i nazwiska i nie zrobią wielu, wielu innych rzeczy z racji samego braku zaufania. Może im tak lepiej, może ich poczucie bezpieczeństwa tych wszystkich zachodów jest warte. A ja wierzę, ja ufam. I częściej zyskuję na tym zaufaniu niż tracę. I swoistym zaufaniem też moja osoba się w pewnym stopniu może cieszyć. Kto mnie zna, nie ma wątpliwości w szczerość intencji, prawdomówność słów. To zaufanie, którym dane mi się cieszyć stało się powodem, ze pomimo czasowego zachwiania lub umniejszenia pokładów wobec innych jednak nie zanika całkowicie a tylko w wersji uszczerbionej funkcjonuje dalej. Oczywiście wobec jednostek, które nadwyrężyły, lub zawiodły nigdy już prawdziwej wiary nie będzie, nie potrafię tak do końca uwierzyć lub bez jakiejkolwiek asekuracji ufać.

Dzisiejszy dzień wyszczerbił w dosyć pokaźnym stopniu wiarę w istnienie podobnych do moich poglądów u innych. Doszło do pewnej sytuacji, w której ktoś, mało istotny, a obecnie w moich oczach o zupełnie umniejszonej ważności, coś powiedział, a następnie, kiedy doszło do konfrontacji patrząc mi prosto w oczy wyparł się wypowiedzianych wcześniej do mnie słów. Zarzucił mi kłamstwo, choć nie ja kłamałam. Bez mrugnięcia okiem można wyprzeć się swoich słów, można zaprzeczyć czemuś co miało miejsce, można wmawiać komuś zmyślanie... Tylko nie potrafię przyjąć jawnego kłamstwa, nie dam się sprowadzić do roli osoby konfabulującej lub nie kontrolującej swoich słów. Jeśli coś zawalę w całej swojej głupocie się do tego przyznam, jeśli coś powiem nie wyprę się słów, czegoś nie wiem nie będę kręcić ani zmyślać. Wadliwy egzemplarz jednak z pewnym poziomem odwagi za swoje postępowanie. Trafiłam na tchórza, który aby się wybielić kogoś innego próbował pogrążyć, tylko nie przewidział maleńkiego faktu, że ja na zaufanie, którym się cieszę zapracowałam paroma latami szczerości. W oczach postronnych wyszłam z tej sytuacji jako zwycięzca. Tylko w moim środku zaufanie do ludzkiego gatunku ponownie się ukruszyło i odpadł kolejny mały kawałek, którego już nikt nie doklei do pozostałej części.

Niszczenie zaufania kłamstwem, to pierwszy z dwóch dzisiejszych powodów do umniejszonego poziomu tej mojej wiary w ludzi. Drugim była kradzież. Ktoś wszedł, okazja uczyniła z niego złodzieja, skorzystał z niej, i wyszedł jako złodziej. Zabrał coś co miało być dla innych, za co ktoś był odpowiedzialny. Nie zastanawiał się co stanie się dalej, jemu się udało, nasyci się zwycięstwem ze złapania nadarzającej się okazji. Nie myślał o nieczynieniu innym co jemu nie miłe, nie zastanawiał się, przecież skoro nikt za rękę nie złapał....

Ludzki gatunku w którą stronę zmierzasz, skoro przez wieki nie poznałeś co czynić można, a czego nie należy. Na cóż wszystkie przykazania, nakazy, paragrafy, i wreszcie przysłowiowa moralność. Czyżby już nie istniała przyzwoitość, czy może genetycznie zmodyfikowana przybrała skarlały wygląd i wymiary w których dostrzeżenie jej staje się niemożliwe. Dwa przypadki zabijające moje zaufanie w ludzi jednego dnia, to nawet dla takiej optymistki jak ja troszkę dużo. Nie chcę już nic więcej na dzisiejszy dzień...., ani na najbliższe terminy, scenarzyści na górze, dajcie czas na odbudowę....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RÓŻNE ŚWIĘTA
Notatkę dodano:2014-06-24 20:52:37

Wczoraj dzień ojca, dziś dzień przytulania, co wymyślą na jutro nie mam pojęcia. Wiem tyle, że nie mogę wcześniej wymienionych dni połączyć w jedno razem obchodzone święto. Nie mam do przytulenia taty, a takie dni jak wczorajszy szczególnie o tym braku przypominają. Inny ojciec jest przy moim boku w chwilach gorszych i tych lepszych. Ojciec moich synów. Starszy odciął się od pamięci o swoim tacie, zajęty własnym, dorosłym życiem. Młodszy w całej swojej dziecięcej jeszcze mentalności przeżywa i z całym sercem okazuje jak wiele znaczy dla niego ten siwy jegomość. Czy jego obecne zaangażowanie wobec ojca utrzyma się, czy też rozmyje i gdzieś zniknie wraz z małoletnim wiekiem. Nie wiem, może nie potrafimy wychować swoich synów. Chciało się dać więcej niż samemu się miało, a to zaprocentowało skutkiem jakimś całkiem odwrotnym niż oczekiwany. Swój balast każdy powinien nieść samodzielnie, nie ułatwiając nawet własnemu dziecku. Tylko w takim postępowaniu ktoś odszuka zimno i brak miłości. Jeśli się dziecko chce uchronić od nadmiaru złego, ocenią jako nadopiekuńczość. Ciężko być dobrym rodzicem. Każdy z nas, nie tylko tych dorosłych ale także tych całkiem małych jest odmienny. Różne drogi prowadzą do zrozumienia drugiego człowieka, nawet tego, który jest własnym dzieckiem. Czasami nie dochodzi do tego zrozumienia, oddalamy się i w tym oddaleniu znajdujemy spokój. Już nie pragniemy zbliżenia, bliskość nam nie potrzebna. Niech każdy żyje swoim życiem oderwanym od drugiego, i ojciec, i syn. Jak powiedzieć komuś, że czuję jakbym nie miała starszego syna. Czy dojdzie do zrozumienia całej sytuacji? Czy zostanę określona jako jakaś wyrodna suka. Nie warto tłumaczyć, trzeba się borykać, czasami czując kwaśny smak rodzicielstwa. Koloryt zwyczajnego życia. Teraz nasz, rodziców czas ma dla siebie młodszy syn. Czy będziemy potrafili na tyle umiejętnie obchodzić się z nim, aby nie powielić wcześniejszych błędów? Czas pokaże czy za piętnaście lat będzie jeszcze pamiętał o swoim ojcu w ten poświęcony jeden w roku dla niego dzień. A może obudzi się z pamięcią kiedy już będzie za późno. Często nie zdążamy wyprostować krzywizn swojego życia, bo nagle okazuje się, że nikogo już nie obchodzi lub po prostu najżywiej zainteresowanych zabrakło, a wraz z nimi znikł sens jakichkolwiek wyjaśnień. Chciałoby się coś powiedzieć, czymś podzielić, pochwalić a nie ma tego, który mógłby wysłuchać i cieszyć się naszą radością lub pocieszyć w smutku i pomóc, kiedy wydaje się, że wszystkie możliwości zostały wyczerpane. Zdarza się stać nad przepaścią nie mieć koło siebie nikogo, kto mógłby wyciągnąć pomocną dłoń i wtedy nie komentując, nie pokazując swojego niezadowolenia największą pomoc udzielają ci pomijani w wielu sprawach rodzice. Mój Tato, był twardym facetem, jednak miał pewną cudowną cechę, która parę razy w życiu mnie zaskoczyła. Były chwile, w których spodziewałam się całą sobą jego krytyki, jakiegoś słowa które w całej prawdziwości obrazującej sytuację wdeptało by mnie w przysłowiową glebę. Mógł w tamtych momentach ukazać w taki sposób i wcześniejsze swoje racje i moją głupotę, czy też dać do zrozumienia jak niewiele pomimo dorosłości wiem, jednak on przemilczając w tych najtrudniejszych chwilach po prostu mi pomagał. Tylko pomoc, bez wypominania, bez słów krytyki. I po zażegnaniu kryzysowej sytuacji nie było wypominkowego powrotu do całej sytuacji, tak jakby nigdy nie miała ona miejsca. Jeśli nawet rozmowa zmierzała w kierunku niechcianego wspomnienia potrafił uznać za niebyłą całą sytuację. Nie był łatwym człowiekiem, nie był nieomylnym, jednak potrafił być podporą w tych naprawdę złych godzinach. Nie mogę obchodzić już Jego święta, tak jak bym chciała, nie mogę Go przytulić, takiego jakim był. Jednak pamiętam wiele z czasów, kiedy był, i mam nadzieję, że tej pamięci nie będę pozbawiona, że będę mogła do niej powracać aby choć przez chwilę odczuwać, że gdzieś tuż obok On ciągle jest.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


LATA NA KARKU
Notatkę dodano:2014-06-22 23:18:39

Kolejny z pięćdziesięciu dwóch tygodni roku zaliczony. Nim się obejrzę robi się koniec tygodnia, miesiąca, roku... W taki sposób każdemu przelatuje życie, nim się obejrzymy stajemy się z dzieci młodzieżą, a po paru stopniach w pewnych przedziałach wiekowych, całkiem podstarzałymi dorosłymi. Nasze dzieci osiągają podobne stopnie, zdobywają doświadczenie, nam pozostawiając nadzieję, że mimo wszystko tego, co sami zdobyliśmy, co posiadamy w głowach jednak nie przerosną. Choć wiadomo, uczeń powinien przerosnąć mistrza, aby mistrz nie był posądzony o egoizm, a uczeń zdobył o pewien poziom więcej, o parę stopni wszedł wyżej. Parę dni temu spotkałam kolegę ze szkoły podstawowej, jego widok, choć upłynęła chwila nim przypasowałam odmienną od zapamiętanej twarz do imienia i nazwiska, spowodował pewien nawał wspominkowego myślenia. Przecież szkołę podstawową ukończyłam trzydzieści dwa lata temu. Tyle lat, dla niektórych całe życie, dla mnie pewien wycinek. Kolega wydawał się rozpoznać mnie bez problemu, co mogłoby być powodem do pewnego schlebiania sobie samej, że jednak jakaś pozostałość z tej dawno temu byłej dziewczyny we mnie została. Wiem, że to tylko próżne schlebianie, czas dla nikogo z nas nie jest na tyle łaskawy aby pozostawić nienaruszoną naszą cielesność mimo upływu tak wielu lat. Nic tego nie zmieni, i choćby nawet ten czas oszukiwać, on i tak robi swoje. Ja miałam pewien problem z natychmiastowym rozpoznaniem. Znajome rysy, coś co przykuło uwagę nie dając jednak w pierwszym odruchu odpowiedzi, skąd kojarzę tę twarz. Od czasu, kiedy ostatnio widziałam tego chłopaka minęło przeszło dwadzieścia parę lat, nawet pewnie bliżej trzydziestu niż liczby o dekadę mniejszej. Światełko w mojej pamięci niczym świetlik, słabiutko zajaśniało, skierowałam ponownie wzrok na tę twarz, i rozwiały się wszelkie wątpliwości za sprawą krótkiego „ - cześć Basia”. Wiedziałam to Robert B. Dwa słowa, nasza droga się krzyżowała, nie było kiedy przystanąć i zamienić ich więcej. Zresztą jak przez pięć minut rozmowy zrelacjonować całe swoje dorosłe życie. Byliśmy dziećmi kiedy każde z nas wyruszyło w nieznane kierunki dalszego ciągu, tego co było wielką niewiadomą. Czasy tamte mimo że były trudne, dla nas dzieciaków miały inny koloryt niż dla dorosłych. Nawet trwający ciągle stan wojenny jakoś spowszedniał, już nie stanowiąc początkowej niewiadomej budzącej strach i obawy. Przecież mając piętnaście lat nie martwiliśmy się tym, że istnieją ograniczenia godziny policyjnej, bo i tak przeważnie w godzinach wieczornych siedzieliśmy w domach. Niewielkie miasto z paroma działaczami opozycyjnymi nie będące silnym gniazdem oporu, żyło swoim życiem z „Wolną Europą” wieczorami słuchaną, z rozmowami dorosłych przeprowadzanych konspiracyjnym szeptem lub udawaniem, że nic się nie dzieje. Dorastające dzieci, którymi wtedy byliśmy kończyliśmy szkołę podstawową przepełnieni obawami co będzie dalej, co nas czeka od września, który miał być początkiem nowego etapu w naszych życiach. Po tylu minionych latach można powiedzieć, że tylko nieliczni szli przez dalsze życie wytyczoną w tamten czerwiec drogą. Inni przeskakiwali ze ścieżki na ścieżkę, z dróżki na kolejną, zmieniając kierunki i wytyczając coraz nowsze cele. Kończyliśmy podstawówkę, bez większej pompy, pamiętam, że ten etap wywoływał we mnie przeogromny smutek, mieliśmy po ośmiu latach tak po prostu się rozejść. Wszyscy wokół traktowali nas jak dzieci, a my przecież w całym swoim zadufaniu już nie chcieliśmy nimi być, już czuliśmy się tak dorośle, tak pewni siebie. W końcu przecież kończyliśmy szkołę podstawową.... .

W wielkiej tajemnicy przed dorosłymi skrzyknęliśmy się na wieczorny wypad w pewne leśne miejsce. Jednak jak mogłam sobie pomimo całej chęci bycia dorosłą wybrać się razem z innymi nie informując zupełnie o tym fakcie rodziców. To w moim domu byłoby nie do pomyślenia. Z pewnym przeczuwaniem zgody na tą eskapadę tym większy szok rozczarowania przeżyłam, kiedy moja rodzicielka wyraziła zdecydowany sprzeciw całej inicjatywie. Im więcej ja chciałam, tym większa stanowczość z jej strony. Na nic zdały się moje prośby, groźby i obietnice. Nic nie wskórały łzy pół nocy wylewane i moczące poduszki, a nad ranem doprowadzające mój młody wygląd do stanu prawdziwie opłakanego. Podpuchnięte oczy, ratowane okładami z herbaty – chyba po raz pierwszy w życiu na taką skalę, nie wywarły na rodzicach żadnego wrażenia. Jednym z argumentów był trwający stan wojenny, choć sądzę, że to była bardzo wygodna przeszkoda, aby jednak małoletnią córkę ustrzec od możliwości pewnych doświadczeń, których mogłaby posmakować przy tej z pozoru niewinnej imprezie. Po tylu latach już nie dziwię się postępowaniu rodziców. Oni po prostu czuli się za mnie odpowiedzialni, ja nic bym nie zyskała tą wyprawą, tylko między nimi a mną była przepaść wieku i doświadczenia, którego wtedy po prostu nie miałam. Nie potrafiłam przewidywać, moja wyobraźnia nie podsuwała tego przed czym moja rodzicielka chciała mnie uchronić. Wtedy moim marzeniem było być wśród rówieśników. Po tylu latach wiem, że nie warte ani tamto rozstanie ze znajomymi z klasy, ani absencja na leśnym trakcie tak wielu emocji i wylanych łez. Ale wtedy....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PAN „Z.”
Notatkę dodano:2014-06-20 21:39:44

Tak rzadko miewam wolne dni w przypadające kalendarzowo święta, że odczuwanie dzisiejszego piątku nijak się miało do akurat tego dnia tygodnia. Podświadomość przestawiła mnie na poniedziałkowe myślenie. Jakby wczoraj była niedziela a dziś kolejny dzień. Ten mętlik powodował inne podejście, wrażenie że coś umknęło, coś znikło nim dobrze się w tym rozsmakowałam. Okazuje się, że jutro miast wtorku sobota, którą zapewne wstąpię na właściwe tory świadomości. Już trzeci weekend pracowicie spędzony, ponownie zwalę się na głowę mojej mamie. Wiem, że ona czeka tych wizyt, inaczej niż moi chłopcy, którzy tolerują te wyjazdy, choć woleliby abym była w domu. A ja, cóż ja chyba przywykłam do akurat takiego rozwiązania i nie przeszkadza mi ono.

Dziś pomimo błędnych odczuwań, zwyczajne sprawy do załatwiania. Takie najbardziej przyziemne, które po prostu trzeba załatwiać, choć nie zawsze chce się to czynić. Wizyty w placówce służby zdrowia – to mąż, urzędowa konieczność w wydziale komunikacji – to razem. Pierwsza sprawa choć opierała się o chirurga nadszarpnęła psyche mojego małżonka. Mamy w tym naszym prowincjonalnym miasteczku pewnego lekarza, pana Z. Opinia o tymże fachowcu z doświadczeń pacjentów oraz z samego podejścia tegoż wielce ważnego pana do zmuszonej przypadłościami do wizyt akurat u niego, z gruntu niepochlebna i stawiająca pod dużym znakiem zapytania jego zawodową przyzwoitość. Jest on posiadaczem pewnej nieczęstej specjalizacji oprócz chirurgii ogólnej i to chyba jest głównym powodem do dumnego zasiadania pośród lekarskiej braci w średniej wielkości miasteczku i jedynym szpitalu tegoż miasteczka. Zmuszeni chirurgicznymi przypadłościami pacjenci z koniecznością kontynuacji leczenia w państwowej służbie zdrowia nie mają wpływu jaki lekarz ich przyjmie i bywa ironią losu trafiają na pana Z. Przechodzi on przez korytarz wypełniony pacjentami dumnie, nikogo nie widząc, o uprzejmym, zwyczajnym „dzień dobry” chyba nigdy nie słyszał. Porozsiadani pod ścianami, stojący i zagęszczający oczekujący tłumek pacjenci witają widok pana Z, westchnięciem jakby wzmożonych przypadłości, jakby kamień nie spadł a właśnie ciężko osiadł na ich bolesnych ciałach i sercach. Ciche komentarze „ za dwie godziny zmieni się lekarz, może nie zdąży mnie ten... przyjąć” w takiej lub podobnej formie nie zaskakują tych, którzy mieli już pewną przyjemność wcześniejszej wizyty u fachowca. Mąż miał „przyjemność” zdążyć i zostać przyjętym przez ten jakże wysoki personel medyczny. Wysoki personel rzucił okiem na pacjenta i stwierdził, że dwa tygodnie to na złamane żebro dość lenistwa na zwolnieniu, nie istotne objawy, nie ważne odczucia, za nic mamy jakiekolwiek inne sposoby badania czy wywiadu. Jasnowidz w swej wizji widzi, że leczenie zostało pomyślnie zakończone. Z perspektywy biureczka, traktując kolejnego pacjenta niczym towar przesuwający się po fabrycznej taśmie można podjąć taką decyzję, przecież nie bierze się odpowiedzialności za tego anonimowego pacjenta, niech sobie radzi. Boli- ma boleć, niewygodnie – przyzwyczaj się do niewygody, czujesz utrudnienia – a kto powiedział, że będzie łatwo, pracujesz fizycznie – to już jest twój problem symulancie. Skoro sobie na własne życzenie żeberka połamałeś to nie przyłaź mi tu i czasu nie zabieraj. Łaskawca Z., wypisał z wielkiego miłosierdzia zwolnienie na kolejne dni do środy, i w tym terminie zapewne nastąpi cudowne ozdrowienie samym myśleniem, że można będzie nieszczęśliwie ponownie trafić na szanownego fachowca. Cóż w każdym miejscu znajdzie się wysoko aspirujący fachowiec, który za nic ma wszystkich a o którym wszyscy wypowiadają się jak o nikim, tylko niestety zdarza się bywać od tego rzemieślnika zależnym. Szkoda, że pomimo upływu lat takich lekarzy nie brakuje, że fala jakoś ich niesie, że tworzą opinię o naszej służbie zdrowia i zapominają o pewnym stopniu człowieczeństwa, które jako lekarze powinni posiadać aby tymże człowieczeństwem budować zaufanie u ludzi potrzebujących pomocy. Kiedyś oglądałam film o podobnym człowieku, którego przemiana w relacjach wobec pacjentów nastąpiła dopiero po tym jak sam trafił na oddział jako pacjent i był traktowany przedmiotowo przez kolegów po fachu. Czasami znalezienie się po drugiej stronie pomaga, czy pomogłoby panu Z., nie wiem, ale sądzę, że jako pewien rodzaj nauczki na pewno by nie zaszkodziło.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163186
Osób: 145641