Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

LEKKI TEMAT NA ŚWIĘTO
Notatkę dodano:2014-06-19 22:10:39

„Co tam panie w polityce?”

Nie będzie o polityce. Nie chcę się brukać tymi szmatławymi sprawami, które pokazują jak wiele naszych spostrzeżeń to złuda i całkowita fikcja. Jak dalece ludzie którzy powinni być autorytetami są od widzianych w nich wzorów odlegli. Nie będę wnikać, nie będę się interesować, nie będę analizować ani zgłębiać tej błotnistej sadzawki z czystego zamiłowania do wód czystych, łąk zielonych i błękitu nieba. Dziś o innych przyziemnych choć pod niebiosa potrafiących wynieść sprawach. O tym co potrafi uskrzydlić, co dodaje sił, pozwala na widzenie w nasyconych pastelowymi barwami i potrafiącym wszelkie bariery ominąć, przeszkody uznać za niebyłe dając energii do ich przeskoczenia i nie poczucia żadnego przy tym wysiłku.

Natrafiłam na bloga, na jeden z niego wycinek. Przeczytałam, dał mi do myślenia i z właściwą sobie czepliwością porównywałam do swojego życia, jakieś podsumowania i wspomnienia minione choć w świetle tego co ktoś przeżywa tu i teraz.

Zakochanie. Teraz mamy dobry czas na zakochanie, krajobrazy nasycone barwami, otoczenie przyjaźnie pozwalające więcej odkrywać z naszej cielesności. Ta odkryta cielesność daje nadzieję na kolejne stopnie poznania. Jednak to, o czym powyżej to raczej z mojej młodości niż wynikające z przeczytanego tekstu. Młoda osoba poznała kogoś w necie. Wiadomości, rozmowy, kontakty choć zarazem tylko te nie do końca rzeczywiste, nie w pełni dające możliwość poznania. Nie było spotkania, nie było możliwości doznań „organoleptycznych” nie tych z wyższych poziomów poznania, tylko tych pierwszych, nieśmiałych, oceniających i ocenianych. Wzrok nie miał możliwości oceny w 3D – nowoczesna nazwa a zwyczajna tradycja poglądu na przyszłego? adoratora. Słuch z zakłóceniami nowoczesnej technologii odebrał przekazywane możliwie zniekształcone dźwięki. Węch nawet przy najlepszym sprzęcie pozbawiony był jakichkolwiek możliwości oceny. Ktoś powie, jak mało istotne są zapachy skoro się kogoś kocha. To ja na to krótko: jeśli ukochanego nie będzie przy tobie i ogarnie cię samotność przytul się do jego używanej tuż przed zniknięciem koszuli. Iluzja obecności, jego zapach jeszcze z tobą jest i ty prawie go obok siebie zobaczysz. Niknący, ulatniający zapach twojego mężczyzny choć może go z tobą nie być od dawna wyczujesz pośród miliona innych i w zależności czy opuścił cię na krótko czy już nigdy się obok ciebie nie pojawi sprawi że choćby krótką myślą będzie znów przy tobie. Jednak to także moje wspominki czy też doświadczenia. Młoda dziewczyna wirtualnie poznała, usłyszała, poczuła radosne mrowienia, przysłowiowe motylki i gotowość pełną oczekiwania na realne spotkanie. Zbudowała sobie idealny obraz wybranka, sama chcąc być dla niego ideałem. Niech im się uda to pierwsze spotkanie niech staną się odnalezionymi połówkami pomarańczy, niech spełni się kolejna w świecie cudowna miłosna historia ze szczęśliwym zakończeniem. Romantyczna dusza we mnie chce dobrych zakończeń i dobrych związków. Tylko moja romantyczna dusza wraz ze sceptyczną mieści się w jednym ciele, i prowadzą one ze sobą nieustanną walkę, której żadna nie wygrywa tak do końca bo na każdy argument druga znajdzie kontrę, na każde pytanie dwie odpowiedzi zadowalające każdą z nich. Niech miłosna ich historia będzie spotkaniem dwóch uczciwie podchodzących do uczuć osób, niech nikt z nich nie dozna zawodu oszustwa. Niech nie pozna głębokiego smutku nim jeszcze nie dostąpił szczęścia związanego z rozwojem prawdziwego uczucia.

Nowoczesność daje możliwości z których korzystają nie tylko rzeczywiście samotni, poszukujący prawdziwej ostoi w drugiej osobie, nie tylko ci którzy uczciwie ukazują swoją stęsknioną za związkiem osobę. Odkrywają się szczerze wierząc w podobne zachowania po drugiej stronie internetowego okienka na świat. Swoją szczerością sprawiają, że po części stają się bezbronni, podając na tacy swoje pragnienia które można wykorzystać na różne sposoby. W wielkiej sieci są też oszukańcze pająki czające się na naiwnych, szukające ofiar i je znajdujące. Autorka bloga to osoba dorosła, wykształcona i choć jak sama pisze nie nudząca się we własnym towarzystwie to jednak odczuwająca samotność. Mam wiarę, z pewną kobiecą solidarnością, z dużą dozą romantyczki że natrafi na osobę szczerą i godną aby stać się podporą i osłodą na teraźniejszą samotność którą razem wykreślą z jej i mam nadzieję jego życiorysu. Niech wygra romantyczka nawet w nowoczesnej odsłonie z nowinkami technicznymi w tle. Wspominki zostaną na inny czas, a odsłona moich miłości pozbawiona technologii informatycznych na kiedyś do przytoczenia jako relikt tego co było i nie wróci w takiej formie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIECH OCENIĄ FACHOWCY
Notatkę dodano:2014-06-18 22:02:55

Kołowrotek życiowy, za którym nadążenie staje się czasami prawie niemożliwe. Osaczające ilości spraw do załatwienia, i momentami zdaje się, udaje się je ogarnąć a one, jakieś kolejne wyłażą z najmniej spodziewanych zakamarków. Słoikowy sezon truskawkowy zamknęłam, dodając dla urozmaicenia kolejną porcję z czereśniową zawartością. Sterta pełnych słoików zapakowanych chwilowo w kartony piętrzy się czekając cierpliwie na etykietkę o zawartości oraz przypisanie daty specyficznych „urodzin”. To już nie jest takie pilne, zdążymy kiedy tylko odnajdzie się odrobina czasu na tą mało istotną pracę. Gdzieś w podświadomości coś woła do lasu, po następną porcję owoców. Tylko ten czas, którego tak brakuje. Za jego brakiem maszeruje niechęć do leśnej wyprawy. Może to jakiś rodzaj lenistwa, a może potrzeba zwolnienia narzuconego samej sobie tempa. Dziś udało mi się po pracy wyrwać godzinę dla siebie. Świadomość, że to przyjemność i coś oczekiwanego z początku dodawała skrzydeł, lecz tuż obok tych odczuć pojawiło się zmęczenie z jakimś bólem głowy, który nie dawał pełni szczęścia. Zapewne zmieni się pogoda i moje sensory z pewnym wyprzedzeniem o tym informują. Szkoda, że w tak niewyszukany i dokuczliwy sposób, do którego nie potrafię przywyknąć. Domowe burze z wielkimi wyładowaniami, o których żaden ból głowy nie informuje przeszły, teraz czas na zmiany pogody tej bardziej nieobliczalnej. Zresztą nie tylko pogoda zdaje się być nieobliczalną. Patrząc na jednostki ludzkie czasami mam wrażenie, że one to dopiero potrafią bywać nieobliczalne i nie do przewidzenia. Nawet pomijam tych, którym z jakichś przyczyn nie jest dane panować nad samym sobą w związku z chorobami psychicznymi, jednak nawet ci najbardziej spodziewalni i przewidywalni, spokojni ludzie potrafią zaskoczyć dziwactwami i zachowaniami oderwanymi od wszelkich norm. Do wariata jeżdżącego rowerem z mnóstwem trąbek, światełek i zupełnie dziwacznych gadżetów wraz z upływem lat przyzwyczajamy się, oczekujemy od niego kolejnych wyskoków. Jeśli zacznie tuż obok swojego dziwacznie udekorowanego pojazdu tańczyć czy śpiewać na środku rynku, mniej nas zaskoczy ten wyskok. Przez ciągłe trwanie w jego dziwactwie, przez nieme nasze obserwujące uczestnictwo przygotowani jesteśmy na to, że kiedyś może nam on zaserwować coś więcej. Kiedy poszerzy repertuar zaskoczenie trwa moment, bo byliśmy gotowi. Inaczej rzecz się ma z „normalnymi”, zwyczajnymi ludźmi, którzy norm nie naciągają, żyją cichutko, robią co do nich należy i w tej banalności są niewidoczni. I nagle coś się wydarza, i to coś szokuje. To sprawia, że potrafimy zaniemówić, nie umiemy wytłumaczyć co się nagle stało przecież to taki zwykły człowiek.

Ojciec zapomniał o pozostawionym w gorący dzień w samochodzie dziecku. Szok, niedowierzanie, gromy na tego rodzica. Nie oceniajmy, bądźmy zszokowani, bądźmy przerażeni, ale nie potępiajmy. Nie wiemy co z tym człowiekiem się stało, że doszło do takiego dramatu. Nie jest łatwo takie prowadzące do ogromnej tragedii zachowanie określić jednym słowem, nie jest łatwo wytłumaczyć. Zajmą się tym specjaliści, ocenią, naukowo podejdą, zbadają. Piętno z którym ten człowiek musi się zmagać, jeśli jest przy zdrowych zmysłach nie do pozazdroszczenia. Czy nam, tym normalnym ludziom nigdy nie zdarzyło się zrobić głupoty do której nawet przed samymi sobą w największej szczerości wstyd się przyznać. Nie miało miejsce coś, co później określamy jako utratę świadomego, perspektywicznego myślenia którego brak przez moment sprawił, że postąpiliśmy tak głupio w jak w normalnych warunkach nigdy byśmy nie zrobili? Nie mamy na swoich sumieniach takich głęboko skrywanych przewinień do których przed nikim z całkiem odczuwalnego wstydu się nie przyznajemy, szczęśliwi, że udało się jednak, że nie było większych konsekwencji naszej nieświadomej głupoty?. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SCENIC Z ŻYCIA
Notatkę dodano:2014-06-16 21:33:15

Nieobecna, usprawiedliwiona. Tak mogłabym w ogromnym skrócie niewiele wyjaśniając zarazem określić swój brak bytności. Pięć dni, w czasie których niczym na dobrze rozbujanej huśtawce doznałam całego wachlarzu emocji oraz doznań. Pięć dni w trakcie których praca nie odpuszczała, a ja musiałam trzymać i tempo, i rytm. Pogodzić emocje, choć to ostatnie w świetle pewnych spraw nie udało się i nim w pozytywny sposób poukładam sobie wszystko zapewne minie jakaś cząstka wieczności. Nieobecność moja zaczęła się na huśtawce ogromnym smutkiem. Nie muszę znać człowieka, nie muszę wiele o nim wiedzieć jednak jakiś trybik w moim umyśle odpowiedzialny za uczucia czasami potrafi zalać całą mnie wielkim smutkiem. Kiedyś pisałam o swoim sprzeciwie, o nieumiejętności pogodzenia się z chorobą młodej kobiety. Nie znam jej osobiście, nie widziałam na oczy, z relacji męża dowiedziałam się że zachorowała, że fajna dziewczyna, że żona kolegi, matka dwójki maluchów. To takie suche fakty, niewiele mówiące o tej kobiecie, nic nie mówiące o rodzinnej tragedii. A ta tragedia trwała wiele miesięcy. Pytałam jak jej zdrowie, czy wychodzi na prostą, jaka jest szansa. Nie z ciekawości te moje pytania wynikały. Trzymałam za tę dziewczynę, za jej rodzinę i powrót do zdrowia kciuki, tak bardzo chciałam aby im się udało.

Nie udało się. Kolejna młoda osoba przedwcześnie, niezasłużenie, niesprawiedliwie odeszła. Buntuję się przeciw temu, wewnętrznie nie potrafię pogodzić, i jest mi przeogromnie smutno. Czy moja modlitwa za Nią, gdzieś tam, coś zmieni? Nie potrafię w to uwierzyć, bo dlaczego ta modlitwa nie dała szansy, dlaczego nie zmieniła biegu życia przedwcześnie zmierzającego tam, gdzie nikt na nią nie czekał. Tu miała do załatwienia jeszcze parę spraw. Dlaczego nie dane jej było wychować dzieci, zestarzeć się przy kochającym mężu, jeszcze pobyć tutaj ? Co tak pilnego było, że akurat ją wezwano na tę drugą stronę. Jakie ważne sprawy, które nie mogły poczekać jeszcze dwudziestu, czy trzydziestu lat. Widzę swoją bezsilność, nie czuję sprawiedliwości i jest mi z tą świadomością bardzo źle. Jest mi bardzo smutno, że na nic wszelkie zabieg medyczne, na nic nadzieja, miłość wielu ludzi, sympatia kolejnych i to przysłowiowe trzymanie kciuków przez takich jak ja obcych. Nie nastąpił cud, nastąpił smutny czas dla tej rodziny. Nie wiem jak można im pomóc. Tu też czuję tę swoją małość i bezsilność.

Takie sprawy dają mi powód do zastanowienia się nad sobą, nad tym jak wygląda moje życie. Do różnych wniosków dochodzę. Popadłam w dół samooceny, w jakieś poczucie bezsensu, i zdarzył się mały cud, który mnie za uszy w tego odczuwania wyciągnął. Mała, a zarazem przeogromna dla mnie sprawa. Pewna osoba sprawiła mi tak ogromną niespodziankę, że łzy smutku zastąpione zostały zatykającym gardło zaskoczeniem. Dziękuję siostro.

Moja huśtawka rozbujała się na dobre, z dobrego wyrwała mnie w stan wściekłości, za przyczyną osoby, której ufałam, wierzyłam... Pewien obraz runął, i ponownie przyjdzie mi się otrząsnąć, pozbierać z gruzów. Szkoda, że nie może być zawsze dobrze. Może kiedyś w ramach anegdoty, przypowieści lub przestrogi o tym co mnie tak poruszyło w stronę złości napiszę, jednak nie teraz. Obecnie muszę sobie poukładać puzzle swoich odczuwań, aby po raz kolejny nie dać się przeciwnościom i wyjść z tej utarczki zwycięsko.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ELEGANCKI PECH
Notatkę dodano:2014-06-11 23:21:12

Prawem jakiejś serii kolejny dzień pod egidą słoików, truskawek, i zakończenia aktywności tuż przed godziną dwudziestą drugą. A przecież tyle jeszcze by się chciało, tego co zwą przyjemnością a nie obowiązkiem. Obowiązek to właśnie to stanie przy parującym garnku, robienie czegoś na przyszłość, bez gwarancji że zdąży się to skonsumować. Jednak skoro obowiązek pomyślnie udało się sprowadzić do czasu minionego i znalazł on swój ślad w moich zapiskach, z czystej próżności pozostawię także odcisk choć części tego minionego dnia. Był normalny, co przecież nie dyskwalifikuje go w żaden sposób i maleńką część tego przeszłego dnia pozostawię w ramach prywatnego widzimisię.

Kolejny upalny dzień od samego swojego zarania nie odpuszczał ani słońcem ani szybującą na podziałkach wskaźników temperaturą. Mogłam sobie pozwolić na pewną dozę lenistwa, bez obowiązku odprowadzania Kleszczyka do przedszkola, bo akurat dziś dzień długo wyczekiwanej wizyty u alergologa. Mąż z tytułu ciągle złamanego żebra także w domu, a ja na dziesiątą do pracy, więc ruchy mało pośpieszne, dopieszczone śniadanie i kiedy już mam wybierać się do wyjścia opanowuje mną pewien impuls. Mam takie „przypadłości” raz w roku. No, niech będzie pięć razy w roku. Polegają one na dobrowolnym, samoistnym dobraniu garderoby tak, że ukochane spodnie idą w odstawkę. Stawiam na pełną kobiecość, no, niech będzie z odliczeniem paru procent na brak szpilek i pełnego makijażu. Jednak w przypadku spodniowej konserwatystki, jaką niewątpliwie jestem, wyżej wymienione braki to naprawdę nikły promil przy samej chęci i realizacji przeinaczenia utartego wizerunku. Nikt mnie nie zmusza, żadna impreza w perspektywie, najnormalniejszy z normalnych dni, i coś co każe upodobania odstawić w kąt, a odsłonić kolana, dopieścić szczegóły i wyjść taką odmienną w ten coraz bardziej upalny dzień. Dbałość o dodatki z pewną wyrozumiałością do wielkości ulubionej torby, staram się aby choć jej wnętrze zawierało niezbędne minimum. W przedpokoju na komodzie ląduje kosmetyczka, parasolka, pęk kluczy od mamy, okulary w nie pasującej tonacji kolorystycznej, jakieś odkryte rupiecie, które całkiem dobrze się zadomowiły akurat w bocznej kieszeni. Zbędny balast zostawiam, i lżejsza o ileś tam torba nawet przy swoich gabarytach nie będzie stanowić obciążenia. Kiecka jest z założenia wyszczuplająca, bo tu wstawka innej barwy, tam jakaś zaszewka, tonacja czerń i żółć. Nie byłabym sobą gdyby krytyczne oko, akurat w poglądzie na swoją osobę wyostrzone, nie dostrzegło fałdek, które kłócą się z elegancją, na którą po dobroci przecież stawiam. Kobiety mają w swoich szafach mało wygodne, poukrywane niejednokrotnie przed męską częścią rodziny sposoby na ukrywanie tego co ma być niewidoczne. Noszenie tych wynalazków w tak upalny jak dziś dzień graniczy z pewnym masochizmem w połączeniu z sadyzmem w jednym ciele. Jednak skoro impuls kazał postawić na kobiecą elegancję, oko wynalazło mankamenty, to sztab wymyślił sposoby zaradzenia i w całości została tylko realizacja. Odsztafirowana, z rozdętą do granic możliwości pewnością siebie i swojego wyglądu mogę wyruszyć na spotkanie tego, co przyniesie mój dzień. Moja praca zmusza mnie do zmiany odzienia na całkiem odmienne, ogólne warunki otoczenia nijak się mają do klimatyzowanych pomieszczeń, a wilgotność bliżej do amazońskiej dżungli niż norm europejskich. Ktoś powiedział, że do wszystkiego się można przyzwyczaić i zapewne jakaś racja w tym jest. Powiedzmy, ja się przyzwyczaiłam, moje ciało nie do końca. Reaguje wbrew mnie nadmierną potliwością, rumieńcem lica niczym u zawstydzonej pensjonarki. Osiągnięcia techniki, pracowniczy socjal dają szansę na doprowadzenie się do nieskazitelnej świeżości. Mój dzień pracy powoli, się kończy, upał na zewnątrz ciągle panuje nie dopuszczając do ochłody dla spragnionych, jednak gdzieś w oddali słychać zbliżające się pomruki nadchodzącej burzy. Jeszcze mam troszkę czasu aby się potargować z zarządcami pogody. Stawiamy zakłady, komu się uda wrócić do domu suchą stopą. Przecież mam dziś dzień elegancji, i jestem pełna optymizmu, że akurat mi się uda..... . Koniec pracy, wykorzystuję dobrobyt socjalu, doprowadzam się do świeżości kąpiąc od stóp do czubka głowy. Elegancja wymaga pewnego poziomu fryzury, który udaje się osiągnąć bez zbytnego wysiłku i finansowych nakładów. Niegasnący optymizm wzrasta z chwilą opuszczenia miejsca pracy. Na zewnątrz poszarzało. Chmury, których nie było zaczynają tańczyć akurat na mojej drodze do przystanku. Nie zważam na powiewy wiatru, na pierwsze krople po przejściu dwudziestu metrów od przed chwilą zamkniętych drzwi. Im dalej od tych drzwi, tym kropel więcej, przy dystansie pięćdziesięciu metrów zasłona deszczu zagęszcza się do poziomu odwrotnie proporcjonalnego do poziomu mojej niknącej elegancji. Zimne krople powodują gęsią skórkę, doprowadzają moją dopieszczoną fryzurę do podobieństwa postaci długo strączkowej fasoli, ogólny wizerunek postaci do zmokłej kury. Gdzieś w mojej głowie stawiają się egzystencjalne pytania o sens golenia nóg, skoro teraz byłoby mi cieplej w pełnym owłosieniu neandertalczyka nie skażonego jakąkolwiek elegancją. Gdzie miejsce na kobiecą intuicję skoro mając do wyboru trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku wybieram akurat taki w którym niezmienna od paru dni pogoda potrafi nie dość, że się zmienić to jeszcze pomieszać szyki elegancji. Deszcz pada coraz gęściej. O swoim wyglądzie pozbawionym już nie tylko elegancji ale i samego określenia wyglądu pisać nie będę. Ideał sięgnął bruku. Przystanek na którym doczekam jeszcze politowania w spojrzeniu kierowcy oraz co najważniejsze ustania deszczu dwie minuty po dotarciu na miejsce.... . Wbrew wszystkiemu nawet udawało mi się uśmiechać pod nosem do i z całej zaistniałej sytuacji. A i cały ciąg mojego wyskoku w pełen kobiecy wizerunek utwierdza mnie w stałości ulubienia i pozostania wierną spodniom stanowcze „nie” mówiąc wszelkim sukienczynom przed kolanka, przynajmniej do następnego durnowatego impulsu.....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NORMALNIE (PO)WOLNY DZIEŃ....
Notatkę dodano:2014-06-10 22:42:02

Wolny od zawodowych obowiązków dzień za mną. Upalny, i przepełniony zarówno zaplanowanymi sprawami jak i tymi wynikłymi z impulsywnej mojej działalności. Być może to ten upał tak działał na to co się wydarzało, a może zupełny brak przyczyny w tym co było. Noc przerywana boleściami męża, więc nawet zbytnio nie jestem zaskoczona swoim snem aż do godziny szóstej rano. Oczywiście budzik wcześniej nim zacznie wydawać z siebie dźwięki pobudki już zaczyna wywierać na mnie presję. Jakby moja podświadomość odbierała sygnał, że za chwilkę mam stać się gotowa. Otwieram oczy i wiem, że zbliża się czas aktywności. Nim największe upały zniechęcą mnie do jakiejkolwiek działalności jadę do mamy. Dane słowo, obietnica pewnych prac przy których od paru lat stanowię wyrękę. Narzucam sobie tempo na ten dzień, bo wiem ile mnie jeszcze będzie czekać innych spraw. Do dziesiątej się wyrobię a później plan zakłada szybki marsz z paroma punktami do załatwienia. Dziesiąta na zegarze, tym razem impuls u mojej mamy : „- trzeba wykąpać psa, bo ona śmierdzi...”. Skoro mogłam prać wełniane kołdry, jaka różnica zająć się psem, w podtekście to ja mam być tą, która dokona ablucji. Czytam pomiędzy wierszami to co mówi mama. Czasami wymaga to większej domyślności, czasami jest jak śniadanie na tacy, wiemy z czego się składające. Suczka karnie stoi w misce, bez jakiejkolwiek odrobiny sprzeciwu poddając się moim zabiegom. Czas ucieka, trzeba będzie narzucić ostrzejsze tempo. Wychodząc z domu jeszcze nie zmieniam swoich planów, wiem co mam wykonać, nie myślę o niczym dodatkowym. Nie istotna jest przedpołudniowa godzina, upał zaczyna oblepiać moje ciało, wilgoć znikąd się pojawiająca stanowi warstewkę wszechobecną na całej powierzchni mojej skóry. Częściowo reakcja na gorąco, w kawałku na ten mój szybki marsz. Dzwonię do męża, i już w tym momencie coś zaczęło się klarować w zmiennych planach. Fryzjer... być może uda się tak jak lubię z marszu, bez zapowiedzi. „Nie spiesz się, pozałatwiaj wszystko.” I nagle okazuje się że sama, nie czekając na złośliwe chochliki, mogę sobie zmienić sztywne ramy działalności. Mam sporo czasu, nawet jeśli moja fryzjerka mnie nie przyjmie z jakiejś przyczyny, będę się delektować marnowaniem czasu. Wreszcie raz do roku pozwolę sobie na powolny krok, na spokojne przejście wśród sklepowych półek, normalne załatwienie wszystkiego co jest do załatwienia, bez tego biegu, który dziś zupełnie nie współgra z panującą aurą. Nie wiem czy samodzielna zmiana planów, odgórny scenariusz, zbita w niedzielę szyba czy jakie inne przyczyny sprawiły, że wszystko idzie po mojej myśli. Pani fryzjerka jakby właśnie i tylko na mnie czekała. Brak innych klientek powoduje, że nić naszej mało zobowiązującej znajomości staje się mocniejsza o parę szczerych słów. Rozmawiamy ze sobą niczym dobre znajome, nie pomijając pewnych osobistych faktów. Doceniam ten rodzaj szczerości, to jak pokonanie pewnego stopnia do którego nie ze wszystkimi zdarza się wspiąć w relacjach. Czasami tak się dzieje, że nieznana osoba powie więcej, okryje odrobinę siebie takiej, jakiej byśmy nie poznali gdyby nie sprzyjające okoliczności. Inna sprawa co z tą wiedzą zrobimy. Ona okazała mi szczyptę zaufania, mimo że mnie nie zna a może zaufała swojej intuicji, która mnie nie skreśliła. Kiedyś ktoś powiedział, że na mnie moż, na polegać, że ma do mnie zaufanie. Takie słowa zobowiązują, nie tylko wobec znajomych ale też w stosunku do obcych. Włosy podcięte, jeszcze jedna wizyta, a ich końce wreszcie staną się ideałem do którego od paru miesięcy po nieszczęsnym ślubnym ścięciu dążę. Teraz mam czas na spokojne jego marnowanie. Delektuję się tym nienormalnym dla mnie tempem działania, jeszcze teraz mogę sobie na to pozwolić. Wraz z powrotem do domu tempo ponownie przybierze szybsze obroty, a ja będę musiała dostosować swoje spowolnienie do swojej normalności w pewnym chaosie. Przecież i perspektywa przygotowania obiadu, i część wczorajszych truskawek, i ręczne pranie, i....,i..... Taka norma, która nie jest obca żadnej z nas kobiet. Normalnie wolny od zajęć zawodowych dzień....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PEŁNE BARKI
Notatkę dodano:2014-06-09 23:00:22

Nie wiem co uda mi się dziś napisać, czy będzie to miało jakikolwiek sens. Krótkie „ padam na pysk” byłoby najlepszym zobrazowaniem obecnej sytuacji. Nie dość, że praca w temperaturach tak bardzo przeze mnie nielubianych, że zwielokrotnienie codziennych obowiązków, zmiana skłaniająca do jęczenia, konieczne wyjazdy po których ni jak nie mogę dojść do pionu, to na domiar wszystkiego złego sezon truskawkowy. Cóż mi przeszkadza tenże sezon. W zasadzie niewiele, a powiem, że w normalnych warunkach nie mam nic przeciwko niemu. Lubię truskawki, zawsze za krótko ich obecność na moim stole. Wydaje się, że uda się tymi owocami przejeść i ni z tego ni z owego już ich nie ma, już pozostaje tylko wspomnienie lub spiżarniane zapasy. Żeby zdążyć z dżemami, sokami oraz innymi postaciami truskawki zamkniętej na czas posuchy kupuję ilości detaliczne, półhurtowe oraz hurtowe na zasadzie impulsu, zamówień, okazji. Każda z tych metod jest dobra, tylko nie kończy się na samym wysupłaniu za zakupy gotówki, jeszcze trzeba dokonać dzieła przetworzenia. Wracam z pracy, do tego swojego od paru dni lazaretu, każdy czegoś ode mnie by chciał, jakiegoś słowa, małego gestu, zainteresowania. Kleję się od potu przydałby się prysznic, gdzieś podświadome pragnienie beztroskiego legnięcia, uwaga rozdzielona na wszystkich a zarazem skupiona na garnku pełnym umytych truskawek. I świadomość konieczności działania wisi niczym katowski topór. Wczorajszą słoikową działalność po powrocie z pracy zakończyłam przed dwudziestą drugą. Jakieś syropy z kwiatostanów czarnego bzu, darowana porcja truskawek, i kolejny przerób. Zastawię całą kuchnię albo kolejną czynnością będzie przejęcie dotychczasowych obowiązków męża i wynoszenie całego zgromadzonego dobra do piwnicy. Prozaiczne czynności dotychczas wykonywane przez męża, nie interesujące mnie samym faktem znikania choć wcześniej były. Nie obchodziły mnie śmieci, teraz obchodzą. Nie myślałam o myciu naczyń, teraz myślę. Ba, żeby to tylko na obchodzeniu i myśleniu się kończyło.... Przyzwyczaiłam się do pewnych podziałów w obowiązkach. Teraz czas na odzwyczajenie od przyzwyczajeń. Młody ze wszech miar pragnie pomóc, ale nie mi, bo przecież ja jestem zdrowa. On zauważa, że niezbędna jest pomoc dla chorego. Ostatnio nawet zadał mi pytanie : - „a jak to jest, że ty nigdy nie chorujesz?” I co mam dziecku powiedzieć, że z innych kompozytów zbudowana jestem? Że nie mam czasu, że dane mi być silną, bo akurat mi taka rola przypisana? Przecież tak naprawdę nikt z nas nie wie dlaczego jest się akurat w taki czy inny sposób obciążonym zdrowiem lub chorobą. Że nie krzyczę z bólu, tylko zaciskam zęby po cichu a spod zamkniętych powiek łzy wbrew mnie płyną. Może robię tak aby nie widział słabości, a może nie chcę być postrzegana jako mazgaj. A może w końcu nie widzę sensu jęków ponad miarę. Wszystko w granicach normy, mojej normy, którą sama przed sobą ustaliłam i staram się jej trzymać. Jak człowiek raz zobaczy, że może, że wytrzyma, później już przychodzi łatwiej. A może to sam strach przed perspektywą bólu każe nam w określony sposób się zachowywać. I komuś zdarza się krzyknąć zanim tak naprawdę coś zaboli, zanim nerwy poniosą wiadomość o bólu gdzieś do mózgowego sztabu.

Ostatnio moje ręce, nerwy i sztab cienko się dogadują, nim wyobraźnia zdąży ponieść informację o przeciwdziałaniu już się wydarza bzdura, która wydarzyć się nie powinna. Jakaś seria tłuczenia przedmiotów nadających się do stłuczenia. Nie zbiłam w ostatniej pięciolatce tyle co przez dwie chwile w minionych dwu dniach. Wczoraj przez głupotę załatwiłam dużą taflę szyby pokrywającej stół u mojej mamy, a dziś prawem jakiejś serii porcelanowa miseczka podzieliła los stania się skorupą. Jak przy szybie, mogłam sobie pozwolić na wypowiedziane pod nosem:”na szczęście..” choć akurat ze szczęściem wiele wspólnego ta działalność nie miała, tak przy miseczce, fakt odejścia w niebyt pominęłam milczeniem. Nie przychodzi mi do głowy żadne z powiedzeń pasujących do bicia porcelany, kamionki, ceramiki lub innych tworzyw. Nie będę się wgłębiała w niuanse tego mało istotnego problemu z nadzieją, na to, że na biciu takiej ilości przedmiotów poprzestanę. Choć kto wie, co tam na górze mi zaplanowano....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŻYCIE NA FULL WYPAS
Notatkę dodano:2014-06-06 22:42:26

Nie opuszcza mnie nieodparte wrażenie, złośliwych gnomów czających się na moje dobre samopoczucie. To już nie są chochliki, to z ukrycia działające paskudne, skarlałe w swojej obojętności na mnie gnomy. Było dobrze, normalnie. Wypłatę na konto przelano, dzień wolny, słońce świeci, ranek urozmaicony wypadem na basen (tym razem, wszystko zabrałam), załatwione większe i mniejsze domowe sprawy...Widzę to co dobre, małe złośliwości losu ignoruję udając ich zupełne niezauważanie. Moja taktyka na życie. Czegóż chcieć więcej od pełnego spokoju i leniwej normalności dnia.... I przecież nie chciałam, byłam tym mijającym dniem nawet podskórnie zauroczona, uradowana. I kiedy już, chylił się ku wieczorowi nagłe załamanie tej normalności niczym atmosferyczne wyładowanie na błękitnym nieboskłonie się pojawia. Znikąd ukazuje się coś co niszczy cały spokój i tę trudem zdobywaną normalność. Gdyby ktoś nie wymyślił telefonów, które towarzyszą nam wszędzie i o każdej porze, czas Hiobowych wieści byłby odroczony, nerwy wystąpiłyby bez telefonicznego uprzedzenia. Telefon na dnie torby, na ławce tutejszego placu zabaw daje swoje wibracyjno – dźwięczące znaki. Odbieram, beztroskim, -„wiesz, nie teraz, zadzwoń później”.... To najbardziej czytelny znak, że na mojej ławeczce, mam towarzystwo, że pogadamy później, bo w tej chwili nasza prywatna rozmowa może być krępująca. Moje „nie teraz”, odbija się niczym pingpongowa piłeczka od twardego „ właśnie teraz, bo wiesz, jakby to powiedzieć, miałem wypadek...”

Czar spokojnego popołudnia pryska niczym mydlana banieczka nie pozostawiając po sobie nic. W ramach tego „nic” pojawia się ogrom innych nielubianych przeze mnie stanów. Póki człowiek tak do końca nie wie, co i jak, wyobraźnia podpowiada ewentualności z najczarniejszych scenariuszy. Po wszędobylskim telefonie teraz pora na moją cierpliwość, czas gotowości do działania. Wcześniejszą endorfinę zastępuje adrenalina. Adrenalina wypycha strach przed jazdą naszym budzącym moje wielkie zastrzeżenia autem. Już wiem, co i jak. Złamane jedenaste żebro. Takie stwierdzenie utwierdza mnie w mojej całkowitej indolencji wiedzy anatomicznej budowy naszych ciał. Jedenaste, czyli które? Od dołu się to liczy, czy od góry, z prawej do lewej czy odwrotnie. Już za chwilę będę miała okazję mieć powypadkowy okaz w domu, to i tak się dokładnie dowiem. Z niewielkim łamaniem prawa drogowego dostarczyłam swoją połówkę do domu. Nie usztywniony, jęczący, łykający pigułki oraz z przykazaniem odpoczynku i bez wysiłkowego polegiwania takiego mi go lekarz wypuścił ze swojej strony. A ja ze swojej strony przecież muszę przyjąć, nie rozśmieszać, dbać o życie bez wysiłku, i uzbroić się w cierpliwość do cierpiącego mężczyzny. Tu nie będzie taryfy ulgowej. Bolejący facet to taki full wypas w potrzebach. On nawet nie musi mówić, on zastosuje inne werbalne i niewerbalne środki przekazu. Będzie wzrok spaniela, syk grzechotnika, cierpienie w postawie, jęk rannego łosia, lub kamienna, milcząca tragedia w wyrazie twarzy niczym u Piety Michała Anioła. Absolutnie nie naśmiewam się ani z cierpienia i bólu, bo to bez dwóch zdań jest. Tylko mam małe pytanko do złośliwych gnomów, czy tak naprawdę było to niezbędne akurat dziś i akurat nam... ?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MIEJSCA ZE ZMYSŁAMI
Notatkę dodano:2014-06-04 20:45:18

Na przekór ogółowi, nie będę powoływać się na rocznicę sławetnych wyborów sprzed dwudziestu pięciu lat. O ile mnie pamięć nie myli rok temu wskoczyłam w tamten czas, oceniłam po swojemu i jak sądzę wiele w mojej opinii się od tamtej pory nie zmieniło. Może później sprawdzę z czystej ciekawości co też pisałam rok temu. U mnie dziś zwariowany dzień, który nieudanym początkiem doprowadził mnie do innego rodzaju wspomnień. Nie było żadnej tragedii, nic tak naprawdę na moją głowę się nie zwaliło. Jednak dzień rozpoczął się inaczej niż sobie zaplanowałam. Moje plany zakładały wyszarpnięcie porannej godziny na własną przyjemność. Pozornie przygotowana o godzinie szóstej rano wyjeżdżam aby wraz z paroma podobnymi sobie przywitać dzień w ten dodający energii sposób. Ostatnio zaniedbałam te wizyty, może po części z powodów cięć budżetowych, może z pewnego wypalenia entuzjazmu. Staram się raz w tygodniu bywać o ile zawodowe i rodzinne obowiązki pozwolą. Dziś pozwalały. Cóż, skoro odgórnie nie miałam się stawić, pokrzyżowane moje plany i drogi w tym dniu, jakby bez mojego udziału, jakby wbrew. Jadę, wyjeżdżam ze swojej miejscowości, zbliżam się do następnej i następuje olśnienie. A właściwie ogromnym błędem jest nazwanie tego co zauważyłam olśnieniem, to raczej stwierdzenie bezdenności własnej marności. Na czymże ta moja marność polegała? Gapiostwo, nieuwaga, brak pamięci czy też inny stan na wzór wcześniej wymienionych. Nie zaglądając w trzymaną na kolanach torbę, uświadamiam sobie, że nie zabrałam rzeczy, bez której moje pływanie staje się prawie niemożliwe. Nie muszę sprawdzać pośród pozostałych wiezionych w torbie akcesoriów brakuje okularów, a moje wymacanie dłonią w poszczególnych foliowych torebkach tylko w pełni utwierdza mnie we wcześniejszej pewności. Gdyby mój stan umysłu w tej chwili miał się zmaterializować w postaci komiksowej chmurki, jej zawartość stanowiłby wielki, samotny znak zapytania. Może jeszcze podkreślony ten znak jakimś wykrzyknikiem obrazującym oburzenie na nagle zaistniałą zmianę w planach, prawie skrystalizowanych, prawie doprowadzonych do spełnienia. Czemuż tak bardzo mnie zbulwersowało nagłe odkrycie z pozoru nieistotnego braku. Proste i jedyne wytłumaczenie to to, że moje oczy w alergiczny sposób reagują na chlor zawarty w basenowej wodzie, ochrona jedyna i niezastąpiona to właśnie brakujące okulary. Mogłabym pływać w sposób przez niektórych preferowany czyli bez moczenia głowy, z suchą twarzą oraz pozornym dostojeństwem. Jednak nie jadę na basen aby stwarzać pozory dostojeństwa, tylko aby dać sobie odrobinę wycisku, który ma na moją osobę lepszy wpływ niż pozorowane pływanie. Znak zapytania w chmurce stawia przede mną parę rozwiązań : mimo wszystko dojechać i pozorować, pokonać całą trasę mając przy okazji wycieczkę, zabrać brakujący sprzęt i następnym busem jechać po to, co sobie zaplanowałam lub machnąć na wszystko ręką wracając po nieplanowanej wycieczce do domu. Wysiadam na ostatnim przystanku, poczekam na wymianę przez kierowcę pojazdu, i wracam. Teraz chmurki ze znakami zapytania już wiszą nad głowami kierowcy oraz codziennie jeżdżącej tym kursem nauczycielki. Kierowcę uświadamiam, nauczycielka niech problem sama sobie rozgryza, w końcu kadra naukowa. Wracam do swojej miejscowości i mam dziesięć minut do kolejnego połączenia. Co robić, co robić? Wchodzę do domu. Co robić, czy jechać? Młody jeszcze nie wyszedł do szkoły, - jedź mama, a potem zrobisz mi naleśniki ? Transakcja wiązana. Nie jadę. Może to jakieś odgórne ostrzeżenie, zmiana mojej drogi o parę minut, ileś metrów, abym tylko nie znalazła się tam, gdzie miałam się znaleźć. Jeszcze piątek mam wolny, może tym razem nic nie namiesza w planach, wtedy pojadę. Zostałam. Dziecko zapragnęło naleśników już po raz kolejny. Nie smażę ich dziesięć sztuk tylko wielokrotność ocierającą się o hurt. Dziecko niezmiennie rano, wieczór i w południe od paru dni nic innego nie je niż te przesmarowane dżemem naleśniki. Zapewne za chwilę mu ten zapał przejdzie, jednak nim to nastąpi smażę, smaruję, smażę.... Z naleśnikowej sterty znikają placki jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, za sprawą nie tylko Kleszczyka, podbieramy wszyscy. Mąż najczęściej łyka na sucho, ja z wnętrzem w zależności od upodobań słodkim lub słonym, młody najczęściej w wersji wcześniej wspomnianej.

Dziś kulinarna wena na mój smak przybrała wersję szpinaku ze sporą ilością czosnku. Specjalnie nie kroiłam listków aby w całości wypełniły wnętrze mojej nadziewanej naleśnikowej ekstrawagancji. Pierwszy kęs mojego naleśnika przeniósł mnie w czasie niczym wehikuł, cofając o dziewięć lat zarazem zmieniając moje miejsce pobytu na miejscowość o nazwie Szczawno Zdrój. Znalazłam się tam w wyniku krzyżówki losowej jakimś zawodowym nakazem. Właściwie nie w samym Szczawnie tylko w Wałbrzychu, jednak parę wolnych chwil dane mi było spędzić w pierwszej miejscowości. Późne popołudnie, po ciężkiej pracy wylądowałyśmy wraz z koleżanką w nieznanym miejscu. Głodne, nieznające godnych odwiedzenia miejsc, za czyjąś radą skierowałyśmy kroki właśnie tam i po wejściu do niepozornego budynku dane mi było zjeść wspaniałą lazanię z ogromem szpinaku, rumieniście zapieczoną, delikatną. Podaną w owalnym naczyniu w którym została zapieczona i moje wrażenie, że tej ilości nie dam rady zjeść. Po tym pierwszym wrażeniu niemocy wraz z kolejnym kęsem przyszło wrażenie, że nie odejdę od stołu zanim nie zjem wszystkiego. Nie ważne stało się grzeszenie piątym w hierarchii grzechem, w tamtym momencie szpinak w gorącej lazanii był silniejszy i smaczniejszy od umartwiania i duchowych rozterek. Nie pamiętam nazwy lokalu, nie potrafiłabym do niego wrócić, i zapewne nigdy nie będzie mi dany taki powrót, jednak za każdym razem, kiedy poczuję smak całych listków szpinaku w gorącej naczosnkowanej postaci wracam w cudowny sposób w tamto miejsce, które będzie mi się właśnie tak specyficznie kojarzyć. Mamy takie miejsca, takich ludzi, którzy swoim przypomnieniem przywołują w nas różne wrażenia związane z naszymi zmysłami. Smaki, zapachy, dźwięki i obrazy, które w naszej głowie zmieniają się w retrospektywę czegoś lub kogoś i samą swoją obecnością przywołują dawno minione sprawy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WYRAZISTOŚĆ WAGI MAŁYCH RZECZY
Notatkę dodano:2014-06-02 21:32:50

Z poślizgiem rozpoczęłam kolejny miesiąc. Gdzieś ulatuje natchnienie, częściowo zagadane przez Kleszczyka, w pewien sposób rozmyte prozą życia. Szarpanina taka, jaką przechodzą tysiące naszych rodaków. Wzbraniam się przed kredytami, ale inaczej od jakiegoś czasu nie potrafimy. Odpuściłam, bo wiem, że musimy coś doinwestować, coś zmienić a przy pensjach oscylujących wokół najniższej krajowej inaczej nie damy rady. I trzeba zacisnąć pasa na kolejne lata, okazuje się, że ten pas, którym ściskamy siebie i swój budżet ma dziurek jeszcze parę do wykorzystania. Nie narzekam, choć czasami zdarzają się chwile zwątpienia, marazmu. Wiecznie pod kreską. Mój ulubiony listek spotykając mnie na neutralnym gruncie wracającą z pracy, stwierdza - „ nie poznałem pani”. Nie drążę tematu, bo może się okazać, że nie poznanie wynika z faktu mojej drastycznej, negatywnej zmiany. Uśmiech, uśmiech, jakieś moje „ chyba powinnam puścić totka”. Nachodzą na te słowa dwie znajome z widzenia panie : „no, trzeba puścić ale u nas nawet aby wysłać totka, to trzeba do miasta jechać”. Moje : „widzi pani, nawet jak pani do miasta pojedzie i stamtąd wyśle to przecież żadnej gwarancji na wygraną nie ma. Może trzeba przemyśleć swoje życie i zastanowić się, że przecież największe szczęście czeka na mnie w domu...” . Jedna do drugiej poszeptała, nie słuchałam, pośpiech każe iść po studenta do zerówki. I z jednej strony jest świadomość własnego szczęścia, stanu posiadania tego niematerialnego, a jakby dla przeciwwagi i ta druga strona, która nie chce dać o sobie zapomnieć. Normalne życie a jego odbiór w wielkiej mierze od nas samych zależy. Przecież mogę powiedzieć, mam dość, szlag by to, na cholerę to wszystko. Tylko czy warto. Szarpanina nie na wiele się zda, może trzeba odpuścić, pokornie schylić głowę, zaciągnąć pasek o kolejną dziurkę sprzączkę przewlec i wiedzieć, że jest coś ważniejszego. Pewnie, że nie zawsze starcza cierpliwości, że czasami przytłoczy codzienność bez większych perspektyw na lepiej, więcej, kolorowiej ale ode mnie w wielkiej mierze będzie zależało czy się poddam czy podołam w niesieniu swojego bagażu i swoich trosk. Może dzięki swojemu patrzeniu na otaczający mnie mały kawałek świata, łatwiej znosić szarzyznę. Jadąc do pracy o piątej rano widzieć unoszące się ponad polami mgły, nad którymi pierwsze promienie pomarańczowo świecącego słońca dają szczyptę nadziei, że ten dzień będzie dobry. Zaparowane szyby busika ciągną w drugą stronę tę bardziej prozaiczną, jakby za dwoma warstwami mgieł człowiek był, ale przecież mogę jednym ruchem ręki mgłę z szyby zetrzeć, i już wraca kolor, już inaczej świat wygląda w ostrzejszych konturach i mocniejszym świetle. Wracam do domu, znowu całe miasto do przejścia i mogę narzekać i na współczującą kwestię koleżanki „ nie zazdroszczę tej drogi do przejścia tak codziennie”, moje „ popatrz, jak dbają o moją kondycję, żebym się nie zastała, to cud, że nie muszę dopłacać za taki luksus do miesięcznego”. I mogę narzekać, że przecież to źle, tamto niedobre, mogę ciągle mieć za mało, i nie dosyć. I po części właśnie tak w rzeczywistości mamy wszyscy, tylko co to zmieni. Muszę przykryć brak, tym, czego mam więcej. Tylko pierwsza sprawa, to dostrzeżenie właśnie tych wartościowych spraw, nie koniecznie związanych z majętnością. Tego maleńkiego faktu, że mąż sąsiadki systematycznie wraca na chwiejnych nogach, a jej dziecko chowa się przed tatusiem za matczyną spódnicę, a moje życie bez takiego kolorytu i niepewnego mężczyzny przy boku, a dziecko wita ojca w zupełnie inny, bardziej wylewny sposób. Że choć zdarzają się potknięcia to tuż obok pojawia się pomocna, przywracająca stabilną postawę ręka. Tak naprawdę to bardzo wiele choć zarazem niby nic, zależy jak na to popatrzę czy będę to widzieć jak te promienie nad mgłami czy jak przez matową, zroszoną szybę.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BOCIAN NIE WYGONIŁ OGRODNIKÓW
Notatkę dodano:2014-05-30 22:27:38

Uciekł mi tegoroczny maj, i pomimo starań niewiele mi z niego zostało. Chłodne dni nie dawały delektować się całą pełnią, którą ten miesiąc potrafi ofiarowywać. Ostatnie dni gęsto okraszone deszczami, które każą zmieniać plany, zimnem owiane co zabiera przyjemność z przebywania na zewnątrz. W takie dni robi się wszystko, aby chować się w cieple domów. A i tu ogarnia senność, niczym w szarym listopadzie. Staram się nie tracić nadziei na to, że następny w kolejce miesiąc ograniczy chłody ofiarowując więcej ciepła.

Pokonując swoją codzienną trasę do pracy staram się obserwować zachodzące w moim skrawku świata zmiany. To co dzieje się w przyrodzie, w krajobrazie, w obejściach mieszkańców kolejnych, mijanych po drodze miejscowości. Jakie modernizacje, jakie inwestycje. Coś się zmienia, czy tego chcemy czy nie. I są sprawy, których rokrocznie oczekujemy, że nastąpią. Stanowią jakiś wyznacznik, pewnik, stałą nie do ruszenia. Te zmiany, których zachodzenie stwarza pewność, że coś się kończy lub zaczyna. Kwitnące poszczególne gatunki drzew, różnobarwne rododendrony w pewnym obejściu, kolejne fazy rozwoju zasiewów. Zmieniające się barwy, zapachy, krajobrazy choć przecież trasa niezmienna, tylko upływ czasu stwarza pozory tych wielkich metamorfoz. I jest rzecz, na którą wśród tych innych wielu obserwuję rokrocznie. Bocianie gniazdo. Wiele lat śledzone wzrokiem, zamieszkane, było schronieniem dla paru bocianich pokoleń. Z dniem, kiedy bociany zostały zauważone, wiadomo było : czas zimy się kończy. Na nic zda się nawet chłodniejsza pogoda. Są bociany będzie dobrze. W tym roku, gniazdo zarosło wysokimi trawami, nie było komu o nie dbać. Nie było komu zrobić remontu ani pozimowych porządków. Bociany nie przyleciały. Nie chodzą teraz po pobliskim trawiastym boisku, żaby mogą czuć się bezkarne. Nawet bez nich wiosna się zaczęła, jednak z braku tych miejscowych zwiastunów może ona sama nie potrafi się określić w swoich pogodowych szaleństwach. Brakuje mi tych ptaszysk. A przecież są mi obce. Tylko po głowie chodzą myśli, co się z nimi stało, z jakiej przyczyny nie pojawiły się. Co było powodem, że ich nie ma. Gdybym spersonifikowała te sympatyczne istoty, mogłyby moje myśli iść w kierunku ludzkich przypadłości i przypisałabym ptakom całkiem ludzkie powody nieobecności. Pan Bocian znalazł sobie inną Bocianową. Stara Bocianowa znudzona szarzyzną bocianiego żywota, poszukała sobie zmian, a może sfeminizowała się i stwierdziła, że już dość i miast prowadzić życie w duecie stanie się singielką. A może podeszły wiek spowodował, że zmęczone ciągłą wędrówką osiadły na zasłużonej emerytrze wybierając sobie milszy klimat, lepsze towarzystwo. Bez świadomości, że ktoś taki jak ja, na nie tutaj, w tym dziwnym miejscu czeka, nie kwapią się do powrotu. Takie tłumaczenia byłyby dobre, gdyby w ludzkiej skórze bocianią parę widzieć. Ludziom łatwiej wbrew prostej naturze czynić, opuszczać, wyjeżdżać, zmieniać partnerów, słowa nie zostawiać. Przyczyna nieobecności bocianów zapewne całkiem prozaiczna, ocierająca się o tragedię i śmierć jednego lub dwojga. Bocian to jeden z nielicznych gatunków ptaków żyjących w monogamii. Tym razem nie przyleciały, zapewne para dotychczas gniazdująca w mijanej przeze mnie miejscowości już nigdy się u nas nie pojawi. Przywykniemy do tej straty, będziemy zaczynać wiosnę innymi zwiastunami, może pojawią się inne i zajmą puste miejsce. A może już nigdy gniazdo nie zostanie zasiedlone. Zarośnie trawami, wiatrem traktowane rozsypie się, bez domowników dbających o remonty po prostu zniknie. Podobnie jak mi zniknie kolejny obiekt obserwacji na mojej codziennej trasie....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163169
Osób: 145624