Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

WYBRYK BEZ SKRUCHY
Notatkę dodano:2014-05-28 20:48:05

Pisać, nie pisać ? Oto jest pytanie.

Nie przebiję takim postawieniem sprawy mistrza sprzed wieków, a i waga samego zapytania nie adekwatna do oryginału. Dlaczegóż dziś akurat takie wątpliwości mnie naszły. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. Jednak ich podłoże zupełnie inną przyczyną niż pewien rodzaj niemocy lub braku weny czy też poczucia bezsensu spowodowane. Niby nie wchodzę w swoje życie na tyle aby obcy ludzie mieli na nie pogląd w całej rozciągłości i wszystkich aspektach. Nie odkrywam kołderki, nie buszuję po szafkach w kuchni. Pobieżnie wydaje się traktuję swoje życie. Tylko to mój osąd, i moje zdanie. Jak odbierają treści osoby obce nie bardzo wiem, bo oddźwięk można powiedzieć symboliczny i nie częsty. Tylko w oczach kogoś bardzo bliskiego coś weszło za głęboko, gdzieś posunęłam się za daleko w wynurzeniach. Rozbieżność poglądów. Powstaje dylemat „twórcy”, tak górnolotnie nazwę siebie, choć nie pretenduję do takiego miana, a użyte tu słowo ma mieć tylko symboliczny charakter jako wynikowa powstawania tego tworu jakim jest mój blog. Czyli jest twór, jest i „twórca” tegoż tworu. Wracając do sedna, gdzieś za bardzo zgłębiłam temat swojej prywatności. Oczywiście moja prywatność to zbyt wielkie zawężenie sprawy, przecież nie żyję sama na tym łez padole. W tej wędrówce towarzyszą mi inni, bardziej lub mniej bliscy. No i powinnam starać się pisać w sposób, który nie nadszarpnie niczyjej wolności, choć przecież i ta ich wolność też ze wspólnikami choćby takimi jak ja. Pisać wnikając, ale nie depcząc po odciskach współtowarzyszy. Chyba, że towarzysze cenią pisanie peanów na swoją cześć, bez jakiejkolwiek skazy krytyką. Tylko nie potrafię wyrażać jedynie stanów opierających się na niczym nie skażonych zachwytach. Zresztą, w swoim, całkiem subiektywnym osądzie nie ma w moim otoczeniu ludzi, którym nigdy nie zdarza się zasłużyć na pewien rodzaj przytarcia nosa, wytknięcia błędów czy też odrobiny krytyki. Ze swoich ułomności zdaję sobie sprawę jak i z tego, że krytyczny osąd, choć nie należy do przyjemności pozwala utrzymać poziom równowagi bez specyficznego uderzenia sodówy. Nie jesteśmy doskonali i dobrze jeśli ktoś nam otworzy oczy na mankamenty naszej własnej osoby. Oczywiście to mój punkt widzenia, zapewne nie wygodny dla lubiących tylko głaskanie i miłe słówka. Odbiegłam od głównego wątku, starając się poszerzyć obraz widzianej przeze mnie całości. Do rzeczy jednak, był zarzut: za dużo napisałaś, w końcu to czytają moi znajomi, i oni wiedzą.... a po co … Fakt, po cóż komu jakiekolwiek słowa wychodzące ode mnie. Nikomu świat dzięki nim nie stanie się lepszy, nie ułatwię ale też sądzę, że nie utrudnię czyjegoś życia. Ten blog traktuję jako swoistą formę wyżycia słowem, zabicia akurat w taki sposób czasu. Zresztą czy ważne dlaczego on powstaje. Potraktujmy to jako fantasmagorię nieznanej kobiety. Można ją potraktować jako wybryk, i odbierać w kategorii wyskoku z własnego życia ku, no właśnie ku czemu? Chyba zarówno odbicie we własnych pieleszach i powrót także w nic innego. Nie obnażam całości swoich odczuwań, nie rozbieram na części pierwsze swojego związku, nie relacjonuję codziennych posiłków. Pozostawiam dużą część do własnego prywatnego użytku i są w mojej głowie sprawy o których nikt, nigdy się nie dowie, nawet te niepublikowane notatki nie poczują najmniejszego śladu tego co chcę zostawić tylko dla siebie. Pierwsze zdanie było pytaniem. Czas na odpowiedź, która może nie będzie się podobać, może stanie się przyczyną domowej polemiki. Skoro zdecydowałam się pisać, korzystając z szerszego publikowania swoich tekstów, szczerze pisałam dotychczas nie mam zamiaru zmieniać tego stanu z uwagi na niewielki dyskomfort odczuwania typu : co powie mój znajomy, co pomyśli znajoma. Czy tak naprawdę jest to istotne, jak ktoś będzie odbierał mnie i moje życie. Nie ubędzie ani nie przybędzie ani mi, ani czytającemu. Powołując się ponownie na swoje subiektywne odbieranie rzeczywistości, jeśli nawet odrobinę przegnę z szczegółowym opisem swojego życia, to przecież na zdrowy rozsądek biorąc czy innym nie zdarzają się potknięcia, czy nie krążą nad ich związkami gradowe chmury? Tak bardzo będzie ta moja relacja dziwić? Nie jesteśmy w swoich życiowych potyczkach odosobnieni, zdarzają się one tysiącom podobnych, więc tak naprawdę nawet jeśli ktoś znajomy pomyśli, lub coś powie o mnie czy moim życiu, oceni czy skrytykuje to może najpierw niech nim rzuci kamieniem zajrzy w swoje pielesze i je gruntownie przeanalizuje.

Reasumując, dopóki sama będę miała chęć, będę pisywać, i na nic starania dążące ku zmianie tego stanu rzeczy. Znudzi mi się, zacznę coś innego, sama podejmę decyzję i pewnego pięknego dnia powiem: wystarczy. Jeszcze nie dziś...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DZIEŃ GŁOWY W BEZCHMURZU
Notatkę dodano:2014-05-26 20:34:17

Dziś postaram się nie narzekać, może ograniczę się do wymalowania słowem minionego dnia. Nie będzie o zwyczajnych, dołujących sprawach, postaram się nie sięgać przysłowiowego bruku, jeśli się uda, pozostanie w tej notatce tylko drobny szkic. To taki szczególny dzień dla części kobiet. Choć w zasadzie dla każdej z nas ma on znaczenie. Nawet jeśli z jakiejś przyczyny nie dane nam było stać się matką, to zawsze takową posiadamy. Bycie dzieckiem to nie to samo co stanie się matką. Zapętliłam się w słowach, jednak z chwilą, kiedy stajemy się czyjąś mamą nasz świat przewartościowuje się, nasze życie w pewnym sensie wywraca się jeśli nawet nie do góry nogami, to na pewno porządnie się chwieje w swoich posadach. Jakoś tak nas, kobiety, natura stworzyła, że wbrew tym turbulencjom i akrobatycznym wywrotkom staramy się utrzymać w tym wszystkim równowagę. Będąc dzieckiem, nawet dorosłym nie do końca potrafimy zrozumieć reakcje własnych rodziców. Bo dlaczegóż ta matka, która wstaje skoro świt do pracy nie potrafi spokojnie przespać nocy, kiedy jej dorosłe dziecko jest poza domem. Dlaczegóż przeżywa jego porażki bardziej niż swoje własne, próbuje chronić, przestrzegać, ułatwiać. Nie rozumiemy, my dzieci, nawet dorosłe czepiania się, wtrącania, szpiegowania. Te, nawet dorosłe, dzieci w ten sposób odbierają coś co rodzice nazwą troską. Dopiero z chwilą, kiedy na świecie pojawia się nasze dziecko, sami stając się rodzicami powielamy zachowania wcześniej nie zrozumiane i w naszych oczach ograniczające nas. Przypadłość rodziców. Przypadłość matek. One za to właśnie czepianie, wtrącanie i szpiegowanie mają dziś swoje święto i ci, którym opamiętanie i zrozumienie już zostało dane zapewne choć częściowo uchwycą sens bo i sami będą robić dla swoich dzieci tak, aby im ulżyć, przestrzec, obronić i ochronić. I w ten piękny pogodowo dzień, widziałam maszerujących dużych i małych, z badylkami w rękach i rączkach, kierujących się do swoich mam. Łysy młodzian w okularach idący w odwiedziny do swojej mamy będącej w szpitalu, może była to jego jedyna wizyta, może jutro czy pojutrze nie znajdzie na nią czasu. Dziś, wcale nie odświętnie ubrany, w sandałach na gołych stopach, całkiem codziennie wyglądający, w dłoni trzymał prezentową torebkę i niewielki bukiecik. Może nie potrafi wyrazić swojego podziękowania, może jeszcze nie rozumie ale znalazł czas i do swojej mamy przyszedł. A może to jego największe podziękowanie i jedyne. Znaleźć parę chwil w tym dniu dla swojej mamy, aby wiedziała, że o niej pamiętamy.

W tym roku dzień matki pachniał kwitnącą akacją, której zapach pojawił się niczym kawałek magii pod błękitnym niebem. Znikąd wykwita, znienacka nas sobą osacza i powoduje zaskoczenie, bo idzie gdzieś z wysoka, a my przecież z nosami przy ziemi, z oczyma gdzieś po chodnikowych płytach. Ten zapach każe podnieść głowę, nakazuje zostawić to co pod nogami. I moje oczy starły się z wspaniale czystym błękitem nieba. Nie umawiałam się z tym niebem a moja bluzka jakby właśnie za namową pogody idealnie pokrywała się kolorystyką z tym co daleko nade mną. I szłam taka błękitna coraz wyżej patrząc coraz więcej chłonąc. Tylko dlatego, że bluzkowy błękit nieba zaczął mnie przywoływać, że akacjowy zapach, tak krótkotrwały mnie urzekł, dostrzegłam, że wiosna nie daje mi zbyt wiele czasu na chłonięcie tego co wokół. Morwa gubi przekwitające kosmyki kwiatostanów, czarny bez daje znać że pora podjąć się wypraw w celu nazbierania baldachów, które w zimową porę będą stawiać na nogi wszystkich przeziębionych. Na chodnikowych płytach zostawiłam nie patrząc troski, codzienność, zmartwienia i tak sobie z głową w chmurach świętowałam także swoje święto. Akacjowy dzień mamy, najbardziej niepodrabialny zapach tego dnia. Może nie tylko mi ten dzisiejszy dzień będzie właśnie z tym podniebnym czarem się kojarzył.

Wszystkiego dobrego kochane wszystkie mamy!!!


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ROGACZ PRZED DNIEM MATKI
Notatkę dodano:2014-05-23 22:25:27

Nieubłagany upływ czasu odciska się pewnym piętnem na naszym życiu. Piętno powstaje, niczym świeża rana, goi się i pozornie znika, coś jednak po sobie zostawiając. Jeśli nawet piętno wydaje się całkowicie zabliźnione, niewidoczne my mamy świadomość jego obecności i istnienia. Każdy zdaje sobie sprawę z upływu czasu, z tej niechcianej nieuchronności, jednak z racji pewnego porządku na tym świecie są momenty, kiedy bardziej zauważamy, mocniej czujemy. Dziś siedząc nad tą notatką ogarnęło mnie właśnie takie przeświadczenie wielkiego tempa i szybkości uciekania minionego czasu. Przecież nie tak dawno temu pisałam o dniu mamy, wydaje się, jakbym mogła zacytować tamtą notatkę, a zarazem jest to zupełnie z jakiejś przyczyny niemożliwe i okazuje się, że nagle, ni z tego, ni z owego, minął rok. Kolejny rok, po stronie „miniony”. Kolejny dzień matki, przecież jak co roku... Tym razem byłam świadkiem uczestnictwa mojego syna w organizowanej z tej okazji uroczystości. Bez zająknięcia wyklepany wierszyk, nieporadny współudział w śpiewanych i tańczonych formach całej artystycznej oprawy. Gdzieś zakręciła się łza, jakieś kadry minionego czasu przeleciały przez świadomość. Dziecko starsze o kolejny rok, ja także choć czasami odczucie, jakby tych lat przybyła wielokrotność. I to wszystko już jako byłe, nie budzące ciekawości nieznanego. Popełnione błędy nie dadzą się cofnąć, wypowiedziane słowa już wiszą gdzieś w relacjach. Niektóre relacje stały się dzięki słowom nie do cofnięcia lukami po relacjach. Luki mają to do siebie, że z biegiem czasu zanikają. Przyroda nie dopuszcza do trwania luk. Szczeliny zarastają, zostają zasypane drobinkami ziemi, polany obrastają krzakami i drzewami. A luki po byłych relacjach z ludźmi przykrywa czas, inne sprawy. Okazuje się, że to co było ważne, robi się nieistotne bo znikło jak szpara pomiędzy chodnikowymi płytami.

Nie wszystkie luki w naszych głowach zarastają buszem nie do przebycia. Pamięć nie pozwala na całkowite zabliźnienie. Przeinacza obrazy, koloruje fakty, dodaje nieistniejących szczegółów i pozwala na interpretację luźną i dowolną wedle uznania naszej głowy. Może taka forma ludzkiej pamięci minionego czasu jest lepszym wariantem niż pamięć najbardziej realna bez dodatków. Wspominamy gorsze chwile jako coś całkiem znośnego, minionych ludzi pamiętamy z tej lepszej strony. Dobre działanie upływającego czasu. Za ileś lat, jeśli jest mi to pisane może dzisiejszy burzowy dzień będę kojarzyć jako najlepszy czas. Występ Kleszczyka jako coś o wielkiej wartości sentymentalnej, bibułkowe róże jako najpiękniejsze prezenty a laurki jako beztroski smak dzieciństwa, w którym małe problemy były prawdziwie małe a i te większe łatwiejsze do przejścia. A może nie zapamiętam tego dnia z żadnej innej przyczyny niż tylko jako obraz widzianego po raz pierwszy na żywo wielkiego jelonka rogacza, który stanowił wielką atrakcję nie tylko wśród dzieci bawiących się na placu zabaw ale i wśród rodziców. W końcu zobaczenie jednego z tysięcznej populacji osobnika to sytuacja godna zapamiętania skoro sam przedstawiciel stanowi formę unikatu. Wcześniej obchodzony dzień matki u zerówkowicza będzie powiązany w pamięci z jelonkiem rogaczem, którego przeinaczenie przez mijany czas zapewne doprowadzi do rozdmuchania rozmiarów lub zminimalizowania znaczenia.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DIAGNOZOWANIE KASY
Notatkę dodano:2014-05-22 22:07:42

Brak pewności to pewność po wizytach u lekarzy. Niczym ślepcy poruszają się po omacku po ciele mojego dziecka. Brak konkretnej diagnozy spowodowana w moich oczach wielką wiarą w nieomylność oraz umiejętności. Czasami nie mogę zrozumieć po cóż wymyśla się maszyny pomagające w diagnozach, kupuje się za ciężkie pieniądze sprzęty, a później, kiedy takie cudo mogłoby pomóc zajrzeć w głąb ludzkiego ciała i udzielić konkretnej odpowiedzi brak pieniędzy, brak czasu, brak czegoś jeszcze, co owocuje próbami w leczeniu. Możliwa ewentualność błahostki chorobowej a zarazem nie wykluczony większy problem zdrowotny. Tylko cóż skoro diagnozowanie u nas jak za króla Ćwieczka, macanie, wywiad, próba leków i jeśli coś to zgłoście się tu i tam. Nie pozostaje nic innego jak oczekiwanie. Tu chodzi o moje dziecko a przecież ten problem dotyczy wielkiej części naszego społeczeństwa. Brak diagnozy na czas. Mądre głowy walcząc o wyborcę szturchają tę zdrowotną nutę. Za ich rządów ma się poprawić, ma być lepiej i tak nas zwodzą, a w tym czasie nikną z powodu złych, lub zbyt późnych diagnoz setki ludzi, którym zabrakło szczęścia. Trąbi się o wczesnym wykrywaniu różnych chorób a przecież to, że ludzie się nie badają to nie zawsze tych ludzi wina. Grzech zaniechania następuje nie tylko ze strony niesumiennego pacjenta ale także a może nawet przede wszystkim ze strony nierzetelności lub pozornych oszczędności tych, co mają pomagać przy użyciu wszelkich dostępnych środków. Dostępne środki są, niczym muzealne eksponaty, stanowią pozycję w spisach środków trwałych, są na stanie. Tylko ich zadaniem nie jest być, ich głównym posłannictwem ma być używanie i pomoc ludziom. Dziewięć lat temu mój Tato leżał w szpitalu i parę razy dziennie nakłuwano i ciśnięto mu palce w celu pobrania kropli krwi aby w najbardziej prymitywny sposób zbadać zawartość cukru. Całe swoje życie ciężko pracował, jego palce były twarde, skóra nie chciała się łatwo poddać igle, aby można było pobrać potrzebną kroplę krwi. Silny ucisk nie zawsze dawał spodziewane efekty, nakłuwano głębiej, ciśnięto mocniej. Ten cierpiący mężczyzna pokornie znosił tę niewielką a jednak niedogodność. Na pytanie czy nie można w jakiś bardziej humanitarny sposób wykonywać badania, przecież ludzie chorujący na cukrzycę mają glukometry i we własnym zakresie w warunkach domowych z łatwością wykonują sami sobie to badanie. Okazało się, że urządzenie takowe jest na stanie oddziału, sprezentowane przez przedstawiciela firmy farmaceutycznej tylko nie ma w posiadaniu pasków do niego, bo jak się skończyły to nikomu nie przyszło do głowy aby je zakupić lub poprosić o nie dobroczynnego przedstawiciela. Drobiazg. Niewiele trzeba aby było łatwiej, mniej uciążliwie, ale trzeba odrobiny ludzkiego odruchu. Paski za niewielkie pieniądze po jakiejś znajomości zakupiliśmy. Korzystano z nich pewnie do wyczerpania zapasów aby ponownie zarzucić w kąt urządzenie mogące ułatwić życie. Bardzo często mówi się jak nie wiadomo o co chodzi to niechybnie chodzi o pieniądze. Deprymujące jest jak bardzo ważny jest pieniądz, jak wielka jego wartość w przyrównaniu do walki o ludzkie życie. Z próżnego i Salomon nie naleje. To też prawda,w której znaczenie można odnieść do mamony. Bo przecież wszystko można do pieniądza odnieść. Ile warte ludzkie życie, jaka jego cena, ile sami moglibyśmy dać aby uratować kogoś bliskiego. Niestety często okazuje się, że za mało, nie temu komu trzeba, bo tak naprawdę nie każdemu zależy na życiu i zdrowiu bardziej niż na zimnym, twardym pieniądzu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BĘDZIESZ MIŁOWAŁ....
Notatkę dodano:2014-05-20 22:07:20

Wielki powrót pięknej pogody a u mnie jakby na przekór, jakby z ogromnym podkreśleniem na wspak. Zaczęły się zbierać nade mną chmury ciemniejsze, jeszcze może nie gradowe ale już o kolorze brudnej wody po praniu. Są takie tylko trzeba umieć je wypatrzyć i właśnie takie, coś ze sobą niosące pojawiają się i krążą, żadnym wiatrem nie rozgonione. Mama przechodzi rekonwalescencję po zabiegu dłoni, co już samo w sobie jest wystarczająco dokuczliwe, to do pewnego kompletu coś zaczyna szwankować u Kleszczyka. Mam swoje obawy jednak nie poparte doświadczeniem lub wiedzą staram się zachować jako swoiste gdybanie lub wariant. Dorosły chorujący to problem, natomiast mające problemy zdrowotne dziecko to prawie tragedia. Jeszcze nie wiemy co i jak, jednak cierpienie na małej buzi zabiera wszelkie pozytywne odczuwania. I nie istotne staje się że mamy piękny dzień, że tyle jest planów na te pozbawione zawodowych zajęć godziny. Wszystko staje na głowie i nie liczy się nic poza znalezieniem antidotum na cierpienie. Dziecko zmęczone bólem śpi, a ja mam nadzieję na spokojną noc. Jutro zaczniemy uderzać do drzwi tych co się znają, co mogą pomóc. I mam nadzieję, że okaże się iż to jakaś błahostka. Ale tak to już jest, kiedy w grę wchodzi własne dziecko. Głowa rodziców zaczyna wyolbrzymiać, powstają scenariusze, bo komu jak komu ale własnemu dziecku trzeba ulżyć.

I właśnie przyszło mi do głowy słowo „bliźni”. „Bliźni” czyli każdy z otaczających nas ludzi. Powinniśmy być dla nich wedle słów ważnych dobrzy, powinniśmy traktować jak sami byśmy chcieli być traktowani. A nie daje się. Nie dlatego, że generalnie nie lubimy innych, tylko nie potrafimy utożsamić się z nimi. Bo nie lubię sąsiada z góry i samym faktem tego nielubienia wykreślam go ze spisu bliźnich. Nie przepadam za pewną Iksińską, której głównym celem swego czasu było dyskredytowanie mojej osoby, co robię z tą jednostką? - Wykreślam. I każdy ma listę wykreślonych, a przecież powinnam znielubionego sąsiada traktować wedle słów ważnych jak swoje dziecko, nie w dokładnym sensie z pełnym wypasem relacji matczyno – synowskich tylko jako bliźniego. „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” tak miłuje się własne dziecko, a może nawet bardziej, przynajmniej w czasie kiedy to dziecko jeszcze nim wiekowo jest. Później różnie bywa z ogromem uczuć. I powinnam znaleźć w każdym cząstkę swojego małoletniego dziecka, aby dać szansę na zaistnienie cytowanych słów wobec każdego.

Ktoś napisał parę słów komentarza do mojej notatki dotyczącej dawców szpiku, że rozmyślamy się kiedy już okazuje się, że jesteśmy potencjalnym dawcą. Może rozwiązaniem byłoby ujrzenie w tej nieznanej chorej osobie właśnie swojego dziecka. Nie sąsiada z góry, nie Iksińskiej tylko własnego dziecka. Bo poza paroma zdegenerowanymi przypadkami dla matki nie ma nic ważniejszego niż własne dziecko.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


REZERWA SZCZEROŚCI
Notatkę dodano:2014-05-18 22:25:48

Coś czasami irytuje, ktoś też ma swoje sprawki o których dowiaduję się przez przypadek. Może jednak całkowita szczerość nie popłaca, może trzeba mieć rezerwę. Nie tylko to co w głowie, nie do końca jest uzewnętrznione, ale też inne działania powinny być owiane lekką mgiełką tajemnicy. Wet za wet, prawda za prawdę, szczerość za szczerość. Życie samo się koryguje, nasze podejście zmienia się wraz z sytuacjami, które otwierają nam oczy. Coś z pozoru niewiele znaczące, małe spięcie, i nieumiejętność zwykłego „przepraszam”. Milczenie i udawanie, że nic się nie wydarzyło, że jest w porządku, nie ma sprawy. A w moim mniemaniu sprawa jest. Może mało istotna do naprawienia ale nie w sposób który polega na udawaniu, że wszystko jest ok. To proste udawać, normalność, ale gdzieś w środku jakaś nuta mówi, nie tak ma być. Czegoś brak. Mały zawód. Zawiodłam się na braku zrozumienia, na niedomyślności, na udawaniu, na próbie przemilczenia. Tylko jedno słówko, którego brak powoduje, że inaczej patrzę. Inaczej patrzę nie tylko na tą małą scysję, inaczej postrzegam, z większą ostrością także inne sprawy. Nie jestem osobą, która dowiaduje się o planach pierwsza, stanowię jakiś daleki ogon. Tylko przez przypadek coś w ułamku wiadomości do mnie dochodzi. Nie szpieguję, ufam, wierzę, że tak ma być. A może się mylę w tym podejściu. Może powinnam czasami ubrać się w postać Sherlocka, analizować, łączyć fakty. A może powinnam schować zaufanie pod ręczniki w szafach, wiedzieć, że ono tam jest jako rezerwa, na czarną godzinę, nie na co dzień. Na co dzień ma być ograniczone zaufanie. Szkoda, a tak bardzo sądziłam, że jednak da się, że można. Małe sprawki swoim niedopowiedzeniem bolą może mniej niż te istotne, ogromne. Jednak życie składa się z małych rzeczy, i jeśli coś pęka w takich malutkich, rysa pozostaje czy tego chcemy czy nie. Porysowane życie. Aby jak najmniej tych rys było na życiu musi być staranie z dwóch stron, jedna nie da rady utrzymać gładkości. Może z braku głębszych zadrapań, te płytsze, z pozoru nieistotne potrafią zaboleć równie mocno. Maleńka rysa, spory zawód. Bo ten zawód bodzie w pełne zaufanie, narusza pewnik, chwieje wiarą. Nie pierwszy raz takie chybotania przechodzę i nie uodporniłam się, za każdym razem odczuwam dyskomfort odsunięcia, nieważności. Wiem, że w tym sposobie załatwiania spraw, kiedy staję przed faktem dokonanym jest metoda. Sposób na mnie. Mniej czasu na moją reakcję, która przecież może ubrać się w sprzeciw, veto. Jednak daje mi takie stawianie sprawy poczucie mojej nieważności w duecie. Liczysz się a zarazem pomijana w strategicznych decyzjach spadasz na wartości. Różne spojrzenia na tę samą sprawę ze strony mężczyzny i kobiety powoduje spięcia, nawet tam gdzie ich z pozoru być nie powinno. Bo ona nie dostrzega, a on nie rozumie, ona chce ale inaczej a on nie chce ale tak. Nieistotna sprawa przyschnie tak jak drobna rysa stanie się kolejną do której przywyknę, niczym zmarszczka która mąci gładkość skóry. Kiedy ją zauważymy na chwilę waży humor, a później przyzwyczajamy się do jej obecności. Jeśli nie ma sposobu na wygładzenie trzeba się przyzwyczaić, tylko przyzwyczajanie do nielubianego czasami troszkę boli.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WOLNE, NIE WOLNE
Notatkę dodano:2014-05-15 21:22:30

Ktoś ku utrapieniu maluczkich wymyślił tłumaczących chłodne maje zimnych ogrodników, wpasował w całość zimną Zośkę. I te fikcyjne postacie mają być wytłumaczeniem dla niewytłumaczalnego. Dlaczego jest zimno, choć prawie połowa maja, proste i bez wysiłkowe znalezienie objaśnienia, choć niewiele nam z tego przyjdzie, choć maj w dalszym ciągu może być równie zimny jak przed ogrodnikami z jedyną w tym gronie kobietą. Jest chłodno i kwita. Ten chłodek przez nas odczuwalny nie przeszkadza przyrodzie oblekać się w szaty zgodnie z kolejnością kwitnienia czy rozwoju. Bzy już przekwitają, i w moim mniemaniu ten kwiat identyfikowany z dniem matki nigdy w moim regionie nie doczekuje akurat tej daty. Nie ważne czy rok z opóźnionymi porami roku czy w zupełnej zgodzie z kalendarzem, bez w święto mam jest już tylko wspomnieniem kwitnienia. Kasztanowce także nie zważają na chłodniejsze dzionki. Przyszła ich pora, zakwitły, teraz już jakby dla podkreślenia czasu matur jeszcze są aczkolwiek przy mocniejszych podmuchach wiatru ich płatki gęstym dywanem zaściełają chodniki i najbliższe swoje okolice. Przyrodzie nie przeszkadzają te chłodniejsze dni, rośliny zahartowane nie zważają na parę stopni powyżej zera. Widocznie tylko nam, ludziom nie w smak temperatura każąca zakładać na karki cieplejsze odzienie. My chcemy eksponować więcej ciała, zrzucić nadwyżki bezsensownych choć jakże potrzebnych ubrań.

Maj osiągnął swój półmetek, ja zakończyłam dziesięciodniowy maraton pracy zawodowej i dziś w tym swoim wolnym od niej dniu nie czuję, że tak wiele pod względem aktywności się zmieniło. Dziś też wraca ze szpitala moja mama, i specjalnie dla niej stygnie ciasto, które ma być choć odrobinę osładzającym akcentem. Zupa szczawiowa już gotowa oczekuje na transport, jednak musi jeszcze poczekać na piekący się chleb. Ot takie to moje wolne. Czeka mnie parę dni innego harmonogramu, innego szyku nadchodzących dni. Jestem gotowa na zmiany, i nie rozleniwiam się aby wszystko co będzie do zrobienia gładko dało się załatwić. Swoją porcję odpoczynku dostałam, śpiąc do nieprzyzwoitej dla mnie pory i budząc się przed gotowym do alarmu budzikiem, czyli aż do szóstej dziesięć. Akurat tyle czasu, aby zdążyć przed pobudką Kleszczyka zrobić sobie poranną porcję kawy i jemu, wmuszane później śniadanie. Cowieczorne pytanie : „co ci zrobić na śniadanie?” wcale nie jest gwarantem, że to śniadanie zniknie w tempie błyskawicznym z talerzyka. Nie na wiele zdają się jego naczynia z bohaterami ulubionych bajek, kubki w których kakao ma smakować szczególnie otulane przez samoloty i auta. Spider man stracił swą atrakcyjność podnoszenia tempa jedzenia po dwóch śniadaniach, i powróciła norma memłania. Widocznie takie w deputacie dzieci przyszło mi dostać odgórnie. Nieżercze. Najpierw jeden żuł swoje posiłki łącząc tę czynność z trawieniem, teraz kolejny podobnie czyni. Są dni, że takim tempem doprowadza mnie do pewnego rodzaju szewskiej pasji, tylko cóż można uczynić aby ten stan zmienić, skoro to obciążenie po rodzicielce. Z całej palety wielu innych cech akurat obaj moi synowie taką niezbyt udaną sobie przysposobili. A może to jakaś forma kary, za własne dzieciństwo i granie na nosach rodziców? Aż boję się pomyśleć jakiej kary dostąpi mój starszy synalek.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZMUTOWANY ROZROST EGO
Notatkę dodano:2014-05-13 21:55:04

Przebrzmiewają krótkotrwałe skandale, zrobiły swoją burzę w szklance wody, wprowadziły odrobinę zamieszania i za jakiś czas publiczka o nich zapomni, syta kolejnymi wyskokami podobnych skandalistów. Mali śmieszni ludzie, którzy dla chwili sławy zaprzedają siebie i własne ja. Rozbuchane ego nie pozwala w skromności przejść przez życie, ciągle im za mało. Chyba mi żal takich osobników i tych z pierwszych stron gazet, którym udało się błysnąć ale jeszcze bardziej współczuję tym, którzy za wszelką cenę bardzo pragną, bardzo chcą, bo mają wielką wiarę w ogrom swojej wartości. We własnych oczach są niedościgli, światli, oczytani, obeznani i w całej palecie „naj, naj, naj”. Otoczenie szepcze : „król jest nagi”, a król zadufany w sobie nie widzi nagości, zauroczony swoją królewską, choć z krwi i kości, osobą nie dopuszcza krytyki. Nie dopuszcza słów prawdy. Bo żadna prawda oprócz tej wyznawanej przez niego nie jest prawdziwa. Nie potrafi się taki bufonek ukorzyć, nie widzi swojej małości, bo wiara w własne moce taranuje każdą próbę przywrócenia do normalności. Dobrą cechą jest wiara we własne możliwości, pewność siebie, poczucie siły tylko niech te wszystkie cechy mają choć odrobinę uzasadnienia prawdziwymi możliwościami. Z nieuka nie stworzymy profesora, z analfabety pisarz także raczej nie powstanie. Może ktoś posiadać iskrę, talent, nawet jeśli szkół nie pokończy coś uda się stworzyć. Jednak jeśli iskry brak, a w odgórnym przydziale dostało się tylko zadufanie i próżne rozbuchane ego, niewiele pożytku z takowego osobnika. Zdarzają się tacy wadliwi ludzie w każdym środowisku. Nie muszą mieć aspiracji stania się prezydentem choć i takich historia odnotowywała, czasami ich wywyższanie się ponad innymi o większym potencjale dotyczy spraw mniejszych, jednak są i nic tego nie zmieni. Obierają sobie kierunek i cel, będą robić wszystko aby ten cel dorwać bez względu czy potrafią, czy się nadają. Przecież nikomu nie przyjdzie do głowy sprawdzać predyspozycji, skoro tak się pcha widocznie potrafi. Tacy ludzie zawsze byli i zapewne zawsze będą. Maliniak z serialu „Czterdziestolatek” to taki typowy przykład, wierzył w siebie, robił wszystko co się dało, jak trzeba zeszmacił, jak trzeba przyczaił aby tylko wypłynąć na szersze wody. Dlaczego rozwodzę się nad tym znanym przez wszystkich tematem? Z prostej przyczyny, czasami obecność takich ludzi mnie uwiera, w ich towarzystwie czuję brak tlenu, choćby dlatego, że miernoty ze swoim parciem na określony cel przeważnie ten cel osiągają, a później psują krew tym, którzy choć bez tych rozrośniętych ambicji stanowią zagrożenie, bo są po prostu lepsi i wartościowsi.

Są miernoty wszędzie, każdy zapewne znajdzie takiego delikwenta w swoim środowisku, teraz zapewne będzie okazja do wyeksportowania paru sztuk poza granice naszego kraju. Zbliżają się wybory do europarlamentu, jest szansa na wypłynięcie na szerokie wody paru miernotom, którym tu już za ciasno, za mało, bo przecież oni do wyższych celów, wielkich zadań. Jak życie niejednokrotnie pokazało, na tutejszą sprawiedliwość nie bardzo jest co liczyć, bo miernoty dostępują wydumanych wyżyn, wskakują na wysokie stołki, pokonują górne szczebelki drabiny. I nie liczy się, że nie tam jego, czy jej miejsce. Udało się Koziołkowi Matołkowi dojść do Pacanowa, miernotom też się udaje zdobyć kolejny szczyt, i tylko otoczenie nie potrafi wyjść ze zdumienia jak to się mogło stać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESTEM Z CIEMNOGRODU I DOBRZE MI Z TYM
Notatkę dodano:2014-05-11 22:27:28

Wielowątkowość to jednowyrazowe określenie minionego czasu mojej nieobecności na blogu. Oczywiście nic szczególnego przez ten czas się nie wydarzyło, choć zarazem minione chwile obfitowały w małe zdarzenia, które w jakiś sposób zwróciły na siebie moją uwagę. Czymś mnie na sobie zatrzymały, spowodowały chwile zastanowienia lub oburzenia. Drobiazgi stały się niczym przeszkody do normalnego przepływu życia. Z tych drobiazgów składa się nasza droga, tylko czasami nie zauważamy, coś omijamy, coś wyolbrzymiamy w swoim znaczeniu. Te minione małe kawałeczki mogłyby być niezauważone, lub machnięciem ręki przemilczane. Jednak może nie chcę przemilczać, może dla przyszłości chcę zostawić jakiś ślad. Próżność czy też inna cecha zmusza mnie do paru słów, które tu przeleję. Gdybym tego nie zrobiła, jutro już nie wróciłabym w minione sprawki, coś by uleciało, gdzieś znikło. A tak, wróciłam do domu po krótkiej nieobecności i jakoś przelewają się ze mnie małe i większe emocje, których ślad pozostawię. Moja nieobecność tutaj już od piątku, choć akurat tego dnia z premedytacją poświęcałam czas na doczytanie książki. Na parę uronionych łez nad jej treścią, oraz na wnioski czy spostrzeżenia dzięki tej lekturze osiągnięte. Moje czytelnictwo nie jest możliwe na taką skalę jakiej chciałabym posmakować. To doskoki do lektur, raczej nie górnolotnych czy też poważnie dających do myślenia. Tematyka, epoki literackie jak i autorzy w sporym wachlarzu, z pewną moją spaczoną tendencją. Polega ona na sięganiu po książki jednego autora do momentu kiedy przeczytam wszystkie dostępne pozycje lub nastąpi pewien przesyt. Teraz wstąpiłam w etap Katarzyny Grocholi, a lekturą zaliczoną w piątkowy późny wieczór była „Osobowość ćmy”. Gładko czytana książka, która pobudza do zastanowienia się nad paroma ważnymi dla mnie sprawami. Unaocznia nam autorka jak wiele czasami nie jesteśmy w stanie zauważyć zatopieni w swoich jakże ważnych sprawach. Dochodzimy do wniosków, które nam są wygodne, snobistycznie ważne dla nas jest to, co dla nas, innych problemy nie liczą się dopóki ktoś nie otworzy naszych oczu, nim cała wiedza niczym kubeł zimnej wody nie lunie nam na nasze ego. I wreszcie ten brak dokończenia, jasnego powiedzenia udało się, wszystko poszło najlepiej jak mogło, zmusza mnie do trzymania kciuków, do nadziei a zarazem targa w stronę : a jeśli jednak się nie udało...? Może to niedoskonałe zakończenie, w rodzaju jakich nie lubię, bo właśnie zabierające nadzieję tak bardzo powoduje żal za młodym życiem, które powinno trwać bo najbardziej na to zasłużyło. Kto nie czytał, niech przeczyta, przecież nie zawsze musimy czytać poważne książki utytułowanych autorów aby udało nam się otworzyć oczy na najważniejsze między nami ludźmi sprawy.

Inna mała sprawka, która wywołała lawinę różnorodnych reakcji oraz spowodowała burzę medialną, małe wyładowania w rozmowach, oraz całą gamę ocen. Wczoraj zakończyła się Eurowizja. Nie śledziłam, może w zgodzie z awersją do telewizji, może dlatego, że jakoś nie pałam do podobnych imprez wielką miłością. Jednak tegorocznej Eurowizji nie sposób było nie zauważyć za sprawą zwyciężającego wykonawcy. Określenie jednoznacznie tej osoby nie jest łatwe. Dla mnie z całą odpowiedzialnością użyję tego sformułowania to dziwactwo, choroba a nawet pewien rodzaj dewiacji. Ku czemu zmierzamy jako ludzie, i jak dalece posuniemy się w podobnych zachowaniach, skoro można się czymś takim obnosić, chlubić, czuć dumę oraz udawać, że jest to wszystko w jak najnormalniejszym porządku. Nie jest to dla mnie w porządku, nie chcę mieć w otoczeniu ludzi do których nie będę wiedziała jak mam się zwrócić, jaka jest ich płeć, i kim tak naprawdę oni są. Lubię jasne stawianie sprawy, kiedy czarne jest czarne a białe jest białe, jednak taka zabawa ze swoją osobowością w moich oczach wymyka się jakimkolwiek paletom barw. Nie potrafię tolerować, nie umiem pochwalać, kłóci się to z pewnymi schematami w których byłam wychowana. Coraz bardziej świat próbuje udowodnić, że niegdysiejsze schematy były złe, ograniczone, zacofane i ciemnogrodem trącące. Tylko jakoś wolę tamten ciemnogród, bo w nim łatwiej mi się poruszać, mijających mnie ludzi od razu rozpoznać. Cóż udało mi się całkiem dobrze przeżyć w tym ciemnogrodzie prawie pół wieku i po prostu nie chcę znaleźć się w obcym dla mnie świecie którego sztandarem będzie tolerancja ponad wszystkim i dla wszystkich, oprócz ciemnogrodzian.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KONIK W STAJNI ZAPOMNIENIA
Notatkę dodano:2014-05-08 21:05:54

Jestem jak wymarły wulkan, przynajmniej tak czuję się obecnie, kiedy ciężko wykrzesać energii, która poniesie dalej, szybciej. Może powinnam zaopatrzyć się w jakieś suplementy dodające kopa. Jeśli odpowiednio ukierunkuję swój mózg, przyjmie jakieś placebo w postaci skondensowanej tabletkowej dawki nawozów dla ciała i zacznie funkcjonować na podkręconych obrotach. Może poczuję się taka na granicy wielkich możliwości, bo obecnie to więcej we mnie sflaczałej, pragnącej snu, w dwójnasób odczuwającej wszelkie ograniczenia baby, niż kobiety która chce i może. Za chwile spokoju z książką, czy też ukierunkowane w innych dla mnie tylko ważnych czynnościach gotowa byłabym na wiele. Cóż skoro nie da się pogodzić nadającego Kleszczyka z upragnioną ciszą, bytności na placu zabaw ze skoncentrowanym tylko i wyłącznie na lekturze spędzonym czasem. Życie rozprasza. Życie zabiera czas z tej puli, którą gdyby od nas zależała decyzja, rozparcelowalibyśmy zupełnie inaczej. Ludzie mają przeróżne zainteresowania, koniki, hobby, i tylko najwięksi pasjonaci potrafią wszystko inne podporządkować swoim pragnieniom robienia tego co lubią. Zgłębiają wiedzę, poszukują, tworzą, w dziedzinie, która interesuje. Tylko proza życia nie daje tyle czasu, ile by się chciało, dzieci zabierają spokój, reszta rodziny w osobie połowicy lub małżonka nie zawsze rozumie potrzebę wykonania bzdurnej dla nich rzeczy, czy dokopania się do brakującej wiedzy. Czasami przyjmują z pobłażliwą wyrozumiałością, choć bywa takie podejście potrafi stracić cierpliwość i gdzieś wyparować. Pasja zaczyna irytować, nie rozumiemy jej potrzeby dla partnera. On czy ona albo zaniedbuje, albo ukrywa czy też odkłada na kiedyś, kiedy czasu będzie więcej, spokoju wystarczająco dużo podobnie jak zrozumienia. Mijają lata, pasja kurzy się przysypana prochem czasu, który nie dał szansy na jej rozwój. Czasami w minutach odnalezienia popadamy w zadumę że przecież z tego kiedyś składało się moje życie, to dawało mi radość, a gdzie teraz jestem, jak dalece rozjechały się moje drogi z zamiłowaniami. Podumamy, obiecamy kiedyś powrócić, lub w krótkim zapale wracamy na chwilę, aby ponownie zarzucić do następnego odnalezionego razu. Po szufladach walają się coraz mniejsze ilości hobbystycznych szpargałów, które określane mianem śmieci coraz bardziej okazują się niepotrzebne. Choć kiedyś tak ważne, teraz lądują w segregowanych śmieciach, a w szufladzie pozostaje tylko coraz bardziej blaknące i zapomniane sentymentalne po nich miejsce. Moich zainteresowań z pory, kiedy czas był właśnie nimi zabijany też parę było, może nie takich z którymi mariaż trwałby do końca życia. Jednak ja, to model poszukiwawczy, który jak to już kiedyś pisałam, w swojej naturze ma dojście w wiedzy na jeden z poziomów, obróbkę, liźnięcie i dalsze poszukiwanie czegoś nowego. W niczym nie dochodzę do poziomu mistrza bo rozdrabniam się na wiele różnych spraw. Kiedyś pasją było coś, później coś innego, tylko czy określenie pasji będzie adekwatne do mojego podejścia ? Mój konik to przeważnie nie szlachetny ogier, nie rasowa klacz tylko właściwie po łebkach poznany jakiś konik Garbusek. Dobry na chwilę, nie dający zgłębienia, i było tych mikrych pasji parę, oswojonych troszeczkę aby kiedy już czas stanie się moim przyjacielem a spokój i cisza codziennością móc do nich na chwilkę wrócić i poczuć maleńką dozę sentymentu, że przecież kiedyś już tu byłam, już to widziałam, liznęłam. A może poszukiwacz zajmie się czymś całkiem odmiennym, niezbadane są wyroki...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163148
Osób: 145603