Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

RZEPAK CZY LUDZIE, JEDNA BAJKA
Notatkę dodano:2014-04-11 21:46:13

Trzecia kawa, która miała postawić na nogi jakoś słabo wywiązała się ze swojego zadania. Oczekiwania nie zostały spełnione, organizm działa jakąś siłą rozpędu. A może godziny spędzone na boisku, jeszcze trzymają formę w ryzach. Nieśmiało wychodzące słońce jest bodźcem do opuszczenia domu, i nie istotne są moje pragnienia w nim pozostania. Liczy się to czego pragnie oraz potrzebuje dziecko. Potrzeby matki jakoś na dużo dalszym planie, mogą poczekać, mogą nigdy się nie ziścić. Siedmioletni priorytet nie potrafi zrozumieć, że innym też coś się należy. Uświadomienie potrzeb innych spotyka się z buntem, a trzeba z niejaką konsekwencją wdrożyć w świadomość obecność na tym świecie pozostałych ludzi. Mały egocentryk, którego ustawiamy na pewnym piedestale bycia najważniejszym z biegiem życia dowiaduje się, że jego waga w zależności od sytuacji pomniejsza się i kurczy. Uczy się podstaw współżycia z innymi, bywa okupiona ta nauka łzami bezsilności oraz żalu, że jednak piedestał za mały dla grupy, lub grupa małych ważniaków zbyt wielka. Niektórym wraz z upływem czasu oraz dorastaniem, widnokręgi i horyzonty poszerzają się na tyle, że akceptują grupowość składającą się z tych niezwykłych jednostek, które takie naj.. były. Dochodzi do akceptacji, że jednak życie w grupie łatwiejsze choć rządzi się swoimi prawami oderwania od egoizmu. Niektórym egoizm tak przyrósł do osobowości, że swoim zachowaniem prawie krzyczą : jestem najważniejszy, jestem cały naj... , nie macie ze mną szans. I ludzie schodzą z drogi, nie przez szacunek, nie dlatego, że osoba taka jest obdarzona jakąś estymą. Schodzą, ponieważ często taki ktoś emanuje nie tylko wyższością ale też zarozumialstwem czy odstręcza samym sposobem bycia naznaczonym niezauważaniem obok siebie innych. Taki najważniejszy w swoich oczach ktoś w całej ułomności postrzegania widzi to schodzenie z drogi i interpretuje nieopatrznie na swoją korzyść. Otoczenie daje szansę, czasami obojętnie przyjmuje egocentryka, a bywa w brutalny w swojej bezpośredniości sposób ustawia do przysłowiowego pionu. Nie każdy „ego” wynosi z podobnych potyczek długotrwałą naukę. Niektórzy z głęboko zakorzenioną wiarą w swoje „ja”, w dalszym ciągu widzą marność otoczenia oraz własną przecenianą wartość. Im później zauważą innych i ich ważność, ludzi, tym więcej po drodze zbiorą wrogo nastawionych do siebie, tym trudniej wskoczyć w tory normalnego traktowania a i pewna skaza odbierania pozostanie już na zawsze.

Pracuję nad swoim młodym, aby nie przytrafiło mu się obciążenie wyalienowania w grupie i chyba jak na razie udaje się przeszczepić prospołeczne umiejętności. Jak się Kleszczyk w tej kwestii rozwinie, czas pokaże. I choć wychowywany jak kolejny jedynak w mojej rodzinie, mam nadzieję, że nie będzie odstawał od reszty rówieśników. Nawet jeśli czasami zapomni o obecności na piedestale innych. Przyszło mi do głowy pewne skojarzenie grupy ludzi z rzepakowym polem. Już pierwsze, przerastające całą resztę rośliny zaczynają kwitnąć. Całość pola jeszcze bardziej zielonością pokryta niż intensywną żółcią. Te pierwsze tak rwą do nieba, takie chcą być najbardziej zauważone, ważne. I widać je, w tym odstawaniu od reszty. Tylko za krótki moment całość pokryje się olśniewającą, pylącą żółcią. Pojedyncze pierwsze rośliny jeśli miały swoje szczęście zostały zapylone, i choć były wysokie, choć zakwitały, kiedy inne dopiero się do tego stanu szykowały, teraz w całym jednakowym tłumie znikły. Umknęły razem ze wszystkim co odróżniało je od reszty. W całej ujednoliconej żółci zgubią się, a kiedy przyjdzie pora, na równi ze wszystkimi zostaną tak samo ścięte, i przerobione bez jakiegokolwiek uznania bycia przez krótki czas pierwszymi.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DLA MNIE ZWYKŁY 10 KWIETNIA
Notatkę dodano:2014-04-10 22:13:27

Kolejne odkreślenie w kalendarzu, czarny druk powszedniego dnia podkreśla tę codzienną zwyczajność. Jedyne, co płata figle co próbuje zaskakiwać zmiennością to pogoda. Wszystko inne takie normalne. Szarość chmur pełna gwałtowności, zupełnie inna od tej zwyczajnej mojej szarej codzienności. Ten sam kolor a jakże inne odbieranie w zależności od przypisanych mu emocji lub obserwacji. Stalowoszare chmury krążą nad nami w dniu dzisiejszym przynosząc deszcz lub na parę chwil uciekając i dając możliwości krótkiego zaistnienia słonecznej aury. Melanż tych zmian, właściwy kwietniowi i nawet zbytnio nie powodują one moich niżowych odczuwań. Trzeba przeczekać. Dzień pracy mija, długa droga na oddalony przystanek i w trakcie tej marszruty parokrotnie otwierana parasolka, potem zastanawianie się czy warto ją chować, czy jednak gdzieś na bliskim podorędziu trzymać, aby nie dać się kolejny raz zaskoczyć. Chowam z nadzieją, że jednak dane mi będzie kolejne metry przejść bez konieczności niewygodnego niesienia przeciwdeszczowego sprzętu. Krótka chwila iluzji i powrót deszczowej rzeczywistości. Jeszcze próba przeczekania, przecież drobny deszczyk żadnej krzywdy mi nie uczyni, i tak czuję tę osaczającą wilgoć, która wnika poprzez zamszowe obuwie, rosi kurtkę i fryzurę doprowadza do stanu dalekiego od ideału. Daję szansę na odmianę a nie spotkawszy się ze zrozumieniem przez naturę odpuszczam, i pomimo ciężkiej torby, nadwyrężoną gdzieś ręką dzierżę parasolkę z milczącym manifestem sprzeciwu wobec deszczowego kwietnia. Jakieś rozchwiane skoki ciśnienia powodują senność, która ogarnia mnie z całą mocą w przepełnionym busie. Udało się zająć miejsce siedzące, aby nie słyszeć rozklekotanego pojazdu, uszy izoluję słuchawkami, zamykam oczy i odpływam. Moment oderwania od rzeczywistości wstrząsa gwałtownym alarmem podświadomości: „nie możesz spać, pobudka!”. Ciało pragnie snu, świadomość nie chce dać pozwolenia na tę beztroskę niebytu. Odbywa się wewnętrzna walka, jakby obok mnie, jakbym to nie ja była poligonem na którym ona się toczy. Może powinnam zmienić nawyki, dłużej spać, odstawić używki, przystopować z lekturami. Tylko czy dam radę naspać się na zapas?. Rozleniwię się, nic więcej ponad ciągłą ospałość nie zyskując. A tak przynajmniej moje dni dłuższe, pełniejsze. Przy dziecku nie mam możliwości spokojnego czytania, oderwania i robienia tego co tak przyciąga a zarazem pozbawione możliwości odkładane na kiedyś, czasem na nigdy. Takie kryzysowe odczuwanie zmęczenia nie zdarza się codziennie, przeminie wraz ze skaczącym ciśnieniem, z przelotnymi opadami a może z wiekiem samo przejdzie, lub da się do siebie przyzwyczaić.

Dziś telewizor milczy całe popołudnie choć zapewne gdzieś odbywają się wspominki, nagonki, tragedie i inne aktualne wydarzenia warte lub nie, zaistnienia w środkach przekazu. Minęły cztery lata od wypadku prezydenckiego samolotu. Celowo używam słowa wypadek, bo tylko tak odbieram całe wydarzenie. Nie próbuję doszukiwać się drugiego dna, nie dociekam ani nie snuję spiskowych teorii. Tak miało być, i nasze w tej kwestii zdanie nie odwróci zaistniałych zdarzeń. Zaciekłość pana M. na nic się nie zda, pan K. nie pozna prawdy, bo jej nie potrafiłby przyjąć. W ich oczach prawda jest jedna, i nie ważne czy zgodna z tą jedyną, czy wydumana i przysposobiona do wyobrażeń. Pogodzenie się z własnymi tragediami to czasochłonny i bolesny proces, tylko aby odniósł skutek potrzeba pokory, której niestety wielu brakuje. Cóż osiągnie się wiecznym rozdrapywaniem bliźniejących ran? Może jedynym efektem będzie zakażenie i postępująca martwica na rzeczywistość, która odmienna od wyobrażonej i takiej jakiej samemu by się pragnęło.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Z SEKSEM W TLE
Notatkę dodano:2014-04-09 21:04:46

Najlepszym podsumowaniem minionych paru dni byłyby słowa z kultowego dla niektórych filmu „Vabank” : „...Kruca bomba, mało casu...”. No i właśnie tego czasu jak na najbardziej racjonowane lekarstwo. Pożyczona książka, której zostało dwieście stron choć już pięćset za mną, prawie krzyczy :”zostaw wszystko i pochłaniaj tylko mnie”. A to nie możliwe, dzień nie daje, a i wieczór zmęczeniem zabiera resztki możliwości. Książkę muszę oddać, najlepiej na wczoraj, choć wiem, że osoba od której ją wzięłam zgodzi się na jakąś prolongatę, ale pewien poziom obowiązkowości nie pozwala na przeciąganie i nakazuje mobilizację. Jeszcze parę minut tu, a za chwilę wejdę w inny świat odmienny od mojego. Inna kultura, inne zwyczaje, mentalność, zachowania i tradycje czy też nawet współczesność. Jednak nie będę rozwodzić się nad tamtą innością, choć trudna do uwierzenia, daje się jakoś przegryźć. Cóż jest tam inaczej bo tamtejsza cywilizacja inny kierunek obierała przez lata. Mam prawo nie do końca rozumieć, a może nawet ganić czy czuć pewien poziom zbulwersowania szczególnie losem kobiet czy też zwyczajami. Tylko tam odległość kulturowa jest pewnego rodzaju usprawiedliwieniem tej inności, inaczej rzecz się ma jeśli na tutejszym gruncie zdarzy mi się coś co mną w jakiś sposób poruszy. Są takie sprawy, które dziwnie powodują pewien skok negatywnych odczuwań. Zaklnę pod nosem, określę niewybrednym słownictwem powód mojej konsternacji. Bo czegoś nie chcę i nie toleruję a mimo to ktoś próbuje, zadaje pytania, które mnie irytują.

Wieczorową porą siadając do kompa włączam przy okazji jakieś komunikatory, które są dla mnie tylko i wyłącznie narzędziem rozmów ze znajomymi. Nie obcymi, którzy niczym za karnawałową maską bez twarzy i wyobrażenia, z którymi zupełnie nic mnie nie łączy, a tylko z osobami, które znam. Aby wykluczyć jakiekolwiek natarczywe zaczepki, próby czy chęci zawarcia znajomości, umieściłam opis, że nie gadam, propozycji nie przyjmuję i w ogóle nie jestem zainteresowana podobnymi sprawami. I nie wiem, czy umiejętność czytania ze zrozumieniem jest w społeczeństwie na poziomie nikłym, czy moje słowa na zasadzie przeciwieństwa odbierane jako zachęta i zaproszenie. Co jakiś czas odzywają się nieznani osobnicy z dosyć sporym wachlarzem ofert. Bywają krótkie pytania : „ czy lubisz sex”, bywają oferty bardziej szczegółowe: „ Hej kotku : > moze masz ochotke poswintuszyc razem na skype?”. Ani do tego czy lubię czy też nie, nikomu i nic, ani ze mnie kotek co to sobie pragnie poświntuszyć na oczach Iksińskiego. I nie chodzi tu nawet o to czy jestem w większym czy mniejszym stopniu pruderyjna, oraz jakie są moje w tych kwestiach zapatrywania. Tylko do ciężkiej cholery skoro, ktoś mówi że nie chce propozycji to uszanuj to człowieku po drugiej stronie łączy. Nie zapraszano cię, nikt nie szuka twojego towarzystwa a ty pchasz się komuś z propozycjami których akurat mi zupełnie nie potrzeba.

Niechciane pytania, próby nawiązania znajomości z tymi szczególnymi podtekstami,pomijam milczeniem, ignoruję, udaję, że ich nie ma. A one są, tak samo jak są wśród nas ludzie, którzy nie rozumieją, że moja intymność i całokształt z tym związany, jest tylko moją i mojego partnera sprawą. Nie potrzebuję widzów, osób trzecich, i wywalania wszystkiego na publiczny widok, a kotkiem czy kocicą też jestem dla tego, którego sobie sama wybiorę a już na pewno nie będzie to osoba nieznajoma lub znana tylko z wymienianych wiadomości czy dialogu. Dajcie już spokój Iksińscy....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BUNTOWNIK BEZ POWODU
Notatkę dodano:2014-04-07 22:39:00

Sześć dni pracy za mną, jutro krótki oddech aby móc kolejne dni jakoś przetrwać. Nabierają pędu te mijające dni, coraz bardziej zbliżając do Świąt. A przecież jeszcze chwilkę temu było Boże Narodzenie. Nim się obejrzymy już miną kolejne, a po nich nie wiedzieć kiedy przebiegnie lato.... Cykliczność tego wszystkiego, co nam się przydarza jakoś szczególnie wyznaczona tymi dwoma świętami. Nie przykładamy takiej wagi do innych uroczystych dni w roku. Oczywiście zapewne to mój, katolika punkt widzenia. Nie wiem jak postrzegane to jest przez inne wyznania, lub niewierzących. Zapewne też mają takie dni, które są akcentem regularności i paru pewników swojego świata. Tego większego świata, nie tego malutkiego, prywatnego. Bo przecież każdy ma swoje szczególne, ważne do zapamiętania daty. Tylko, że one są wielkiej wagi dla tej konkretnej osoby, nie dla ogółu. Mijają ludzie, mijają ich charaktery, ich przypadłości, upodobania i nawet pamięć o nich zamazuje się, traci wyrazistość, staje się rozmyta i pełniejsza dobrej pamięci. Wymazujemy te gorsze myśli. Daty stają się czasami mniej ważne, przestają wyznaczać nasz świat, a Święta wbrew wszystkiemu każdego roku są. Odczuwanie Świąt przeze mnie okrojone pewną specyficzną obojętnością. Już wiem jak będę pracować. Kolejny rok, pozbawiony pewnych przeżyć, które powinny być moim udziałem. Przywykłam, mój scenariusz w taki sposób ułożony, nie zmienię tego. Nie rozpaczam, biorę to co dostaję. Wiem, że mogłabym wyściubić nos ze swojego zaścianka, rzucić się w wir poszukiwań, szaleńczo motać próbując odmienić swoje życie. Tylko nie widzę sensu kolejnych zmian, które mogą okazać się pójściem ku gorszemu. Może to lenistwo, wygodnictwo, obojętność, lub strach przed nowym i nieznanym. W dobie bezrobocia, zdaję sobie sprawę jak wiele czasami potrzeba aby znaleźć jakąkolwiek pracę, więc tę, którą się ma wypada szanować i się jej trzymać. Na poszukiwania gdzieś i czegoś, może sobie pozwolić ten, którego nic i nikt nie trzyma w jednym miejscu. A może jeszcze nie nadeszła moja chwila, nie padła kropelka przelewająca w jakiejś czarze goryczy. Do pracujących świąt się przyzwyczaiłam, do nieobecności w domu i innych w tym czasie zajęć też jakoś udaje się przywyknąć. Kwestia podejścia i oczekiwań. Może jestem mało wybredna i zadowalam się tym co skapnie. A może już czasy buntowniczki oddaliły się ode mnie. Buntownik też ma prawo do wyciszenia. Nie każdy się wyszumi, nie każdy dorasta i obrasta w pewien poziom obojętności choć jak patrzę na scenę polityczną to okazuje się, że wieczni buntownicy najczęściej w późniejszych fazach swojego życia ocierają się o śmieszność i posądzani są o pewną dewiację. Przeważnie buntownicy walczą do czasu osiągając poziom jakiegoś zadowolenia, i w czarodziejski sposób znikają ze sceny, lub obierają inną scenę na której następuje cudowna przemiana z buntownika w potulnego baranka, który okazuje się być zadowolony i wyciszony. Czyżby było się „buntownikiem bez powodu” ? A może powody kończą się wraz z odnalezieniem czegoś co usatysfakcjonuje w wystarczający sposób naszego wojownika. Dobra materialne, odpowiednia posada, może szczęście na innych niwach tępi pazurki, wygładza kły i wycisza. A może okazuje się, że powody do buntowniczych zachowań nie warte energii w nie pokładanej. Odkrywają się karty, ukazują wartości w innym świetle i z buntownika wychodzi „cichy miś”.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK
Notatkę dodano:2014-04-03 22:42:58

Planowałam, że będzie lepiej i udało się, było normalnie, bez większych wzlotów i upadków. Spokojnie. Po paru dniach zmobilizowałam się i wykonałam pierwsze dwa z kilku zaplanowanych telefonów. Było zaskoczenie, i niekłamana radość bo przecież najtrudniej uczynić pierwszy krok. Na ten pierwszy krok nie zawsze mamy ochotę, targa nami niepewność jak on zostanie odebrany. Przecież nie chcemy przeszkadzać, narzucać się i odkładamy do kiedyś to co jest bardzo proste. Zrobię jutro, jutro coś wyskoczy, zabraknie czasu, z jutra zrobi się „za tydzień”. Chęć się rozmywa, gdzieś się ulatnia i coraz mniej odwagi do pierwszego małego kroczku. Druga strona też podobnie czeka, w jednakowy sposób odkłada. Można się tak rozmijać przez pół życia aby kiedyś powiedzieć : „wiesz, miałam zadzwonić”, „wiesz chciałem napisać ale jakoś...” . „Ale jakoś...” staje się wszystko usprawiedliwiającą wymówką. „Ale jakoś” trwa miesiącami, latami, coraz tego więcej, w końcu zapominamy. Pierwszy krok staje się za trudny, za wielka przepaść się mijającym czasem wytworzyła i ktoś ważny, lub mniej istotny staje się cieniem przeszłości. Odchodzą nam dawne kontakty, dawni znajomi choć przecież kiedyś lubiani. Wiecznym odkładaniem pierwszego kroku możemy sprawić, że po prostu nie zdążymy. Życie jest najbardziej zaskakującą fabułą, nieprzewidywalną i nie dającą się wyprzedzić, ani sobą dokładnie ze swoimi planami pokierować. Przedwczoraj parę centymetrów dzieliło mnie od maski rozpędzonego samochodu. Byłam w bezpiecznym zdawałoby się miejscu, na chodniku, a jakiś pajac wyjeżdżał z podwórka. Wyjazd zasłonięty gęstymi krzakami, ryzykant rozpędził swoje auto ponad wszelkie dopuszczalne w mieście prędkości. Co mnie uchroniło? . Mój Anioł stróż?. Moja uwaga i zwyczaj sprawdzania czy akurat ktoś nie wyjeżdża z miejsca, które z pozoru bezludne i bezpojazdowe się wydaje? Nie ważne, co mnie ustrzegło, w tym krótkim momencie, kiedy usłyszałam pisk opon i odgłos gwałtownego hamowania a sama zatrzymałam się w pół kroku, ujrzałam jak szybko i łatwo może się w moim życiu zmienić wszystko, łącznie z samym życiem. Czy warto czekać na to, aż komuś przyjdzie do głowy wykonanie pierwszego kroku? Może jednak trzeba się zmobilizować i samemu go uczynić, nie oglądając się na innych, nie licząc na nich. Czekając na krok wykonany przez innych można się nigdy nie doczekać. I są takie sprawy, na które w naszym życiu nikt nie zdobędzie się na pionierski krok. Odejdą w niebyt nigdy nie wyjaśnione, zagrzebane mijającym czasem bo zabrakło krzty odwagi do pierwszego kroku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JUTRO MA BYĆ LEPIEJ
Notatkę dodano:2014-04-02 21:57:48

Dobry dzień czasami ma to do siebie, że końcówka nie do przetrawienia się zdarza. I właśnie wielka wkurzająca moc bezsilności dała znać o swoim wielkim przytupie w finale tego dnia. Presja, coś wbrew sobie czynię, troszkę po łepkach, nacisk i zawalam sprawę. Poszło w świat, on się od tego nie zawali, ale ja się wkurzam na swoją bezdenną głupotę, że dałam się podejść, że chciałam mieć za sobą i że spieprzyłam. Działanie wbrew sobie ma w moim przypadku przeważnie podobny skutek. Może nie daję z siebie całej mocy, może po prostu chcę mieć coś już za sobą i nie angażuję się na maksa. I spotyka mnie kara, której w normalnych warunkach by nie było. Zrobiłabym za dzień, dwa, tydzień, bo mogło to poczekać, ale zrobiłabym w momencie, kiedy byłabym gotowa i poszło by jak po przysłowiowym maśle. Ale nie, poddałam się i na siłę chciałam mieć za sobą to i mam. Teraz trzeba pewnie będzie odkręcić, coś poprawić a nie chcę tego robić teraz bo mogę zamotać się zupełnie. Są momenty, że czuję wielki dyskomfort niedouczenia, braku pewności. Pomstowanie nie pomaga, klnę słowy niewyszukanymi, ale nie odwrócę tego co już się dokonało. Jestem zła, chyba najbardziej na siebie samą. I tego też na tą chwilę nie zmienię, na niewiele się zdadzą klątwy i zaklęcia. Trzeba przespać, przeczekać, zakryć innymi sprawami aż do następnego potknięcia. Bo że takowe będą nie wątpię. Przeczekam. Ochłonę. Przyzwyczaję się. Czas okazuje się najlepszym lekarstwem na wiele ludzkich przypadłości. Mój przyjaciel „Mijający Czas”. Daje zapomnienie, i nigdy nie daje nadziei na odmianę tego co już się stało. Nie ma wehikułów, nie ma powrotów i zmian dokonanego. Nie cofnie się tego, co miało miejsce, choćby człowiek najbardziej na świecie tego pragnął, choćby miało go to uszczęśliwić bardziej niż najwyższa wygrana w totka. Co się zdarzyło, nie daje szansy na stanie się po raz kolejny w innej odsłonie, tej która w naszym mniemaniu lepsza i wygodniejsza dla nas. Choć może to tylko nasze o tych niezadzianych wersjach mniemanie, a rzeczywistość byłaby dużo gorsza niż ta, która ma miejsce. Cóż, nie zmienię, nie będę wiedzieć jak mogłoby być, bo nikt tego nie wie, mogę snuć przypuszczenia, ale tak naprawdę nigdy nie odgadnę. Może dlatego ktoś powiedział: "Nie patrz w przeszłość...bo potkniesz się o teraźniejszość i spieprzysz przyszłość !". Łatwiej będzie przespać, aby jutro ponownie pozbierać siły do dalszych potyczek z bliską i troszkę dalszą przyszłością. Teraz uszy wypełniają The Animals ze swoim „Domem wschodzącego słońca”, w ustach na osłodę słodka cierpkość ulubionego wina, z którym łatwiej zmierzyć się z własną mizernością i małością. Jutro będzie lepiej, od początku do końca dnia. Taki jest mój plan na przyszłość, ile z tego uda się zrealizować, zobaczymy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KTO CO WYGRAŁ
Notatkę dodano:2014-04-01 11:18:39

Uwielbiam mieć wolne, choć ono przesycone sprawami, niedospane, zagonione i często nieobliczalne. Może to uwielbienie wynika z tego, że zbyt mało, że tak racjonowane wspólne życie i bycie razem. W tygodniu kiedy to wolne dniem powszednim się zdarzy inaczej wygląda niż przy święcie. Więcej się mieści i dalekie to moje wolne od lenistwa niedzielnego. Mam dziś święto przy wtorku. Święto dnia wolnego od pracy. Młody smarkający zostaje w domu ze mną. Pozwalam na spanie do oporu, a sama nie umiejąc wylegiwać się ponadnormatywnie, wykorzystuję cichość poranka na zaczęcie tej notatki. Wczoraj sobie odpuściłam, z pełną premedytacją. A dziś, choć jakiś zalążek planów i założeń mam, to tak do końca nie wiem jak potoczą się dalsze godziny. Jeszcze panuje cisza, której niestety nie da się nałykać na zapas. Poranna porcja kofeiny zaliczona, śniadanie zacznie się robić jak młody wstanie, zgodnie z życzeniami, bardziej wypracowane. I rozpocznie się codzienny szum, tego niekończącego, domowego maratonu. Sterta nieprzeczytanych a zakupionych okazyjnie książek urosła i przegrywa wyścig z brakiem czasu. Niewyczerpana póki co pobłażliwość męża z lekkimi oznakami zachwiania przy kolejnej dostarczonej wczoraj książce - „co ty z tym będziesz robić?”. Co będę robić wiadomo, tylko kiedy i gdzie do tej pory nim zrobię umiejscowię... . Odwieczne, a może zadawane już prawie ćwierć wieku pytanie, na które zawsze zdawkowo, wymijająco odpowiadam albo przemilczam. Kochany facet, taki jedyny na świecie, którego misją życiową stało się tolerowanie moich głupot i przyzwalające przykładanie ręki do kolejnych. W takich momentach zdarza się zauważyć jak bardzo mi z nim dobrze. Nie idyllicznie, nie bezproblemowo, bo przejścia różne mamy za sobą, i wspólne tajemnice, które tylko między nami się urodziły i tylko w tej formie, dwuosobowej będą trwać do końca. Jednak w tych zwyczajnych sprawach, malutkich i często zupełnie z pozoru bez znaczenia mogę na niego liczyć. Jego staranie odgadnięcia moich pragnień, urojeń i wymysłów, ułatwianie mi ich realizacji, z pominięciem własnych chęci czy zamierzeń daje mi pewność, że to jedyna osoba na świecie, która tak potrafi. A może nawet nie tyle potrafi a chce. To nie jest wyuczona, lub przez przymus wymuszona maniera. Nie przez wzgląd na to, że jestem żoną, i powinien, bo tak wypada, bo to pewna forma niepisanego obowiązku i pańszczyzny do odklepania. I jeżeli okoliczności pozwolą to cichcem się wymiga, nie zauważy i będzie udawać niewiedzę. On z każdym dniem minionych, wielu już lat całkiem niewymuszenie pieczętuje tym swoim zachowaniem moją pewność wielkiej miłości do mnie. Ta miłość objawia mi się każdego dnia, w każdej prawie chwili. W jednym momencie o tym samym pomyślimy, choć nawet nie w tym samym miejscu akurat jesteśmy. Nasze SMS-y gdzieś na wspólnej drodze w jej połowie się zderzają podążając w przeciwnych kierunkach. Jesteśmy odmiennymi charakterami, inna energia w nas drzemie, inne czasami zapatrywania, całkiem inaczej wychowani i w zasadzie powinniśmy nigdy się nie spotkać lub tylko na moment skrzyżować swoje drogi życia. Jednak coś spowodowało, że właśnie ja stałam się obiektem początkowo obserwacji, a następnie coraz wyższych poziomów uczuć. Oj, przeszedł ze mną krzyż pański ten mój facet, zanim pewien poziom równowagi został nam dany, jednak nigdy, żadnego dnia mnie nie zawiódł w swoim przywiązaniu i okazywaniu tego uczucia, które dla mnie ma. Kiedyś powiedział, że jestem jego największą wygraną w życiu, czymś najlepszym co go spotkało.... Nawet nie wie, jak bardzo się myli. To nasza wspólna wygrana, i najważniejsze, że do niej dodano w gratisie czas na równy jej podział. Nasz czas na radość z największej wygranej życiowej kumulacji.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


LEŚNA PRZYJACIÓŁKA
Notatkę dodano:2014-03-30 18:46:01

              Już w domu, krótkie dobrowolne wygnanie, powrót z radością. Wielki suchy andrut przesmarowany jagodowym dżemem, bez zwracania uwagi na to, kiedy ten domowy dżem powstał. W domu mogę jeść co chcę, nie patrzeć na termin przydatności, na unijne wytyczne. Dżem odnaleziony gdzieś, na zakurzonej piwnicznej półce. Powstał dwa lata temu, z własnoręcznie zbieranych przeze mnie jagód. I moja wola, co sobie z nim zrobię, czy wyrzucę, czy zjem. Nie po to byłam w tym lesie dwa lata temu gryziona przez chmary komarów, moczona jakimiś ulewnymi nagłymi deszczami, abym teraz miała się przejmować, tym, że ktoś wymyślił normy i paragrafy, wytyczne i nakazy, według których mój domowy przetwór powinien zostać wyrzucony, kompostowany lub zutylizowany. Mam to gdzieś i po prostu zjadam to, na co mam ochotę. Jeśli takowa mi przyjdzie to sobie inne słoiki przetrzymam jeszcze dziesięć lat i dopiero wtedy pochłonę, dalej będąc zdrowa i niczym w geście protestu przeciw bzdurom i biurokratycznym wymysłom z pełną premedytacją zrobię i zjem to na co przyjdzie mi chęć.  Otwierając ten słoik, niczym za potarciem czarodziejskiej lampy jakiś Dżin przywołał falę wspomnień z tamtego początku lata, kiedy ogarnęła mnie wena zbierania tych drobnych owoców rosnących w lasach otaczających moją miejscowość. Nikomu z moich bliskich nie dana jest ta chęć i samozaparcie do zbieractwa runa leśnego, przynajmniej w takim natężeniu jak ofiarowana jest ona mi. W dobrych latach staję się dostarczycielem w ilościach za wielkich do bieżącej konsumpcji i za ogromnych dla jednej rodziny. Las mnie wycisza, daje czas na przemyślenia i pewną dozę równowagi i energii. Takie moje feng shui. Pamiętam tamtego lata, ciepły czerwiec, wewnętrzny głos nakazujący wizytę w lesie, a ja nie mogłam tego wołania zignorować. I udało się trafić na moment, który stał się wstępem do parotygodniowego sezonu. Jeszcze przed tłumem zarobkujących i na własne potrzeby zbierających udało się dokonać rekonesansu, znaleźć dobre miejsca i niejako zainicjować sezon. Z każdym dniem coraz więcej osób spotykałam na swojej drodze, aż w którymś momencie powiedziałam : pas, wystarczy i dziękuję za te dary na ten rok. W tym lesie zdarzało mi się spotykać, podobnych do siebie lubiących ciszę, pewne oddalenie od sąsiadów, nie wchodzących sobie w paradę, ale też miała miejsce sytuacja, kiedy mój rewir sąsiadował z pewnym jegomościem dziwnie do mnie lgnącym. Miejscowy pijaczek, którego mijając w lesie pozdrowiłam zdawkowym :„Dzień dobry!” . Dla mnie niezobowiązująca forma przywitania dla niego... Przywitałam, jadę dalej, nie chcąc nikogo mieć za sąsiada. To były moje pragnienia. Przywitany mężczyzna, widocznie śledził kierunek w którym się udałam i nie minął kwadrans już niczym mój cień pojawił się tuż obok mnie ze słowami:

- Ale mnie pani przestraszyła.

Nie miałam zamiaru ani go przestraszyć ani tym bardziej mieć za towarzysza w przeciągu paru godzin, które planowałam w lesie spędzić. Od słowa do słowa, dowiedziałam się, że chwilę przed moim przywitaniem, jakiś zaskroniec obrał sobie za cel swojej wędrówki jego spodnie, lub może ich wnętrze, a samym celem było nie wiadomo które miejsce na ciele mojego rozmówcy. On sam, jako właściciel spodni zafrapowany pozbywaniem się niechcianego gościa, nawet mnie jadącej na rowerze nie zauważył. Mężczyzna złożył mi relację z pielgrzymki i samego faktu pozbycia się intruza. Moja naiwność kazała mi wierzyć, że to będzie koniec kontaktów z tym panem, każde zajmie się swoim jagodowym rewirem. Jak bardzo się myliłam miało się okazać po następnym kwadransie, kiedy pan ponownie się pojawił w zasięgu nie tylko wzroku, ale też można rzec na wyciągnięcie ręki.... . Takie pojawienia, monolog i odejście parę metrów dalej, zdarzały się z częstotliwością prawie idealnej pół godziny. Bez użycia zegarka, pan się pojawiał, odkrywał kolejną odsłonę swojego życia i znikał. Antrakt, kolejna scena monologu, ja jako widz, dwa zdania wtrącone przeze mnie, antrakt i dalej, dalej, dalej. W trakcie mojego oddechu od jego towarzystwa, on zapełniał kolejny słoiczek owocami, a czynił to sprzętem iście profesjonalnym dla zbieracza jagód, można rzec jagodowym kombajnem, wypijał piwo, i ponownie się pojawiał. Następowała scena, i coraz większe moje zmęczenie a zarazem jakiś brak asertywności lub niechęć do sprawienia mu przykrości swoim odwrotem. W pewnym momencie doszłam do milczącego wniosku: wystarczy na dziś i jagód, i tym bardziej niechcianego towarzystwa. Zbieram się do odjazdu, i szczęście moje wprost nie ma granic, panu podobna myśl przyszła do głowy. Powrót do domu w dalszym ciągu w niechcianym duecie. Dam radę, wytrzymam te parę chwil i następnym razem szerokim łukiem będę omijać charakterystyczną osobę. W lesie jest to możliwe, przy odrobinie spostrzegawczości i szybkiej reakcji. Do końca sezonu udawało się, czasami przez odgórny scenariusz, czasami dzięki własnemu refleksowi. Las był mój w całej ciszy i pełni spokoju. Mijały dni, zaprzestałam leśnych wizyt, nasyciłam się, zapełniłam spiżarnię. Inne rozrywki zajęły mój czas, o panu zapomniałam. Moja niepamięć trwała aż do pewnego dnia, kiedy idąc z synem do sklepu napotkałam pana w częstym dla niego stanie mało trzeźwym. Mężczyzna szeroko rozwarł ramiona w geście, którym zwykło się witać dawno niewidzianego znajomego i słowami wyszukanymi ze mną się przywitał : „-Witaj moja leśna przyjaciółko....” . Towarzysze pijackiej niedoli mojego „znajomego” otaksowali mnie wzrokiem w całej skali od zdziwienia do podziwu, ja oblałam się pąsem, gdzieś w środku, jakiś szelmowski śmiech mnie ogarnął.

Moja znajoma mówi : „ ty jakoś przyciągasz takie dziwne indywidua...” . Może coś w tym jest. A może ja po prostu ich czasami cierpliwie, choć z pewnym nerwem, wysłuchuję.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


STABILIZACJA I CHAOS
Notatkę dodano:2014-03-28 20:28:37

Spodziewam się niespodziewanego. Wiosna przemiennie darująca wszystkie możliwości pogodowe, już spowodowała moje do siebie przyzwyczajenie. Życie też daje pewien rodzaj oczekiwania na zmiany, pozostawiając margines na zdarzenia inne, niż się spodziewamy. Nawet nie będąc czarno widzącym pesymistą musimy, choć nie zawsze nam to na rękę, oczekiwać nagłego wyskoku niespodziewanego. Pomimo założeń, tego podskórnego przyczajenia, nasza gotowość do przyjęcia na siebie tych gwałtownych zwrotów zawsze zostaje zaskoczona, i ponosi sromotną porażkę w starciu z losowymi obrotami sprawy. Wszelkie plany idą wniwecz, obracając się w proch a ja niczym strateg obieram inny kierunek działania, inaczej swoje dni ustawiam. Któryś raz z kolei, Kleszczyk zaskakuje stanem podgorączkowym, który zdawałoby się bez przyczyny się pojawia, i zmiana schematów, inne rozwiązania są brane pod uwagę. Wczoraj moje wolne, problem sam się rozwiązuje, dziś uginam karku i zwalniam się aby zdążyć wymienić męża nim on wyjdzie do pracy. Bieg przez całe niemal miasto, tempo pod kontrolą i dziesięć minut rezerwy. Życie samo dba o moją kondycję, nie dając możliwości spokojnie dostojnego kroku, który przystoi paniom w pewnym wieku. I nawet by mi to nie przeszkadzało, choć czasami chciałabym bardziej odświętnie po kobiecemu, jakiś obcas, kiecka.... . Jednak kiedy pomyślę jaki kawał drogi dzieli mnie od przystanku w kąt rzucam pragnienia emanowania kobiecością. Dziś też, wygodne buty, spodnie, nieodzowne torbiska i ten bieg, którego finisz zaznacza się wilgocią na plecach, spoconymi włosami gdzieś nad karkiem. Udało się zdążyłam, jak zawsze. Bo mam zdążyć, choćbym miała podbiegać, nieobliczalnie przyspieszać. Mijamy się w drzwiach, parę słów, jakiś buziak na dzień dobry i na do widzenia. Nauczyliśmy się tego mijania, często w tygodniu tak właśnie wygląda nasze życie. Nie ma wspólnych popołudni, razem zjadanych obiadów. Takie święto zdarza się rzadko. Wiem, że wielu ludzi żyje w taki sposób, bo jest to jedyna alternatywa na normalność. Tą normalność trzeba czasami potraktować jak plastelinę, zmieniając jej kształt, na ile się da ugiąć, zmieszać i formować na swoje potrzeby. Ten weekend pracowity, mąż w domu ja gdzieś. Kawałek niedzieli wspólny, może do tej pory normalność, także ta temperaturowa u Kleszczyka wróci do stabilnego poziomu, nie trzeba będzie nic zmieniać. Przyzwyczajamy się do normalności, do pewnego stanu rzeczy, który od lat trwa i nie każdy ma ochotę na zmiany. W świecie kroją się napędzane czyimiś ambicjami niebezpiecznie wyglądające nawet dla takich politycznych laików jak ja, zmiany. Po naszej wschodniej stronie pewien mały człowieczek z wielkimi aspiracjami coraz bardziej upodabnia się do dawnych, rządnych władzy despotycznych, potępianych przez miliony ludzi, możnowładców, tyranów i siepaczy. Niepomny doświadczeń, wysuwający błędne wnioski z minionej historii, z przerośniętą chęcią posiadania a może chcący przewyższyć niechlubnych poprzedników z różnych stron świata, których historia oceniła, ludzie zapamiętali z tych najczarniejszych postępków, które doprowadziły do światowych tragedii. Nie wszyscy pamiętają, nie każdy otarł się o historię całkiem niedawną, a i brakuje czystej świadomości do czego takie zachowania mogą doprowadzić. Od paru tygodni sytuacja staje się tematem, który nawet w rozmowach szarych ludzi się pojawia. Odbywa się gdybanie, które prowadząc w różnych kierunkach rozwija przeróżne wizje i obnaża postawy naszych rodaków, które stają się dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Wydaje się, żyjemy w jednym geograficznie miejscu, niewielka różnica wieku, jednym językiem się porozumiewamy a nasze poglądy tak odmienne, że przetrawienie ich zajmie mi troszkę czasu. Nie będę przytaczać, bo długość mojej dzisiejszej notatki mogłaby niebezpiecznie się wydłużyć, ale przemyślę, i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała zmierzyć się z realizacją ich i moje życie w dalszym ciągu będzie biegło utartymi torami normalności i spokoju, także tego na światowych arenach. Chcę tej wiary w opamiętanie i liczę na rezygnację z ambicjonalnej chęci władzy i ukazania szatańskiego oblicza nieobliczalności. Wierzę, że scenariusze na górze nie dadzą pozwolenia na realizację krzywdzących miliony zapędów i aspiracji.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


„KLAPKI NA OCZACH...........”
Notatkę dodano:2014-03-26 20:42:27

Zmęczenie to stan, na tę chwilę. A może bardziej znużenie, minionymi obowiązkami, które już zaliczone same odeszły w pewien niebyt, pozostawiły właśnie takie odczucie po sobie. Obowiązkowa obecność na zebraniu w szkole, agitacja w celu przekonania nieprzekonanych do edukacji sześciolatków. Na szczęście nie dotyczy mnie ten problem. Jednak na propagandę się załapałam, wysłuchałam z pełną pobłażliwością w duchu ciesząc się, że kolejny potomek nie będzie mi dany, i ten problem nigdy nie będzie mnie tak osobiście dotyczył. Argument, że jesteśmy w Unii i sam fakt tej obecności wymaga na nas jako społeczeństwie pewnego dostosowania się do tego co u nich jest, a u nas ma być. Cóż to za motywacja, jakie wyżyny myślowe. Znowu ocieram się o politykę, choć miałam tego nie robić, miałam nie ruszać zakazanego owocu. Ale skoro ktoś rzuca we mnie nawet zakazanym, bywa łapać w celu uchronienia się od niechcianego guza. Nie widzi się nierówności zarobkowych, braków materialnych społeczeństwa, które wykluczają coś co stara unia ma, a jej społeczeństwo przyzwyczajone do tego stopnia, że nawet nie zauważa tej przepaści. Choć sądzę, że mniej akurat w dziedzinie szkolnictwa nacisków z Unii, a więcej naszej chęci wyprzedzenia i wprowadzania innowacji aby przypodobać się mocarstwom. Tylu mądrych i uczonych ludzi mamy, a kiedy dojdzie do tego bałwochwalczego przypodobania się własną, dalekosiężną głupotą nikt nie wypowie głośno swojego sprzeciwu. Nie jestem pedagogiem, nie ocieram się nawet o szkolnictwo z tym jedynym wyjątkiem posyłania młodszego syna do zerówki, jednak nawet taki laik jak ja widzi potencjał swojego siedmioletniego dziecka i mając świeże wspomnienia potrafię zauważyć krok, który pokonał w swoim rozwoju. Gdybym posłała dziecię do pierwszej klasy minionego września, żałowałabym tej decyzji. Ślimaczylibyśmy sie w nauce czytania, pod presją byłaby ta umiejętność wymagana i nie sądzę aby nastąpiła prędzej niż w obecnej chwili. Dziecko doszło do pewnego poziomu w swoim rozwoju, dojrzało i składając zaczyna czytać w miarę bezproblemowo. Tak byłby w pierwszej klasie, stanowiąc jakiś ogon w porównaniu do innych, może zdolniejszych, pilniejszych, bardziej układnych i zdobywając oprócz opornie nadchodzących umiejętności też piętno tego gorszego, bo nie umiejącego czytać czy pisać. Takich dzieci jak moje, które nie wyprzedzą swojego rytmu rozwojowego jest więcej, a ustawa i przymus za czas jakiś nie pozostawi furtki wyboru i sześciolatki karnie pomaszerują do szkół. Bo tak jest w Unii.... Dlaczego nie mamy być świętsi od papieża, dlaczego nie wprowadzimy wieku szkolnego od drugiego roku życia? Przecież szybciej wyprodukowalibyśmy kolejne pokolenie do przemielenia w młynie unijnych wskazań i przepisów. Nikt mądry nie zastanowi się nad sensem programów, predyspozycjami uczniów, wybadaniem ich umiejętności które odpowiednio kształcone dałyby nam ludzi, którzy rozwinięci w odpowiednich kierunkach staliby się mistrzami w tym co robią, bo robiliby to z pasją i łatwością. Chcemy wprowadzić to co ma ktoś, nie zważając, czy to ma sens, czy taka wcześniejsza produkcja "wyuczonego" społeczeństwa sprawdza się na gruncie unijnym, czy daje pozytywny skutek. A może taki sposób wcale nie jest lepszy, produkt końcowy nie będzie mądrzejszy od tego który obecnie opuszcza szkołę. Gdzie tu sens? A może tylko ja, osoba krótkowzroczna i uczona w zamierzchłych, gorszych czasach go nie widzę. Jeśli mądre głowy widzą ten sens, niech w sposób przystępny i klarowny dadzą tego dowód, i niech jednym motywem nie będzie obowiązek dostosowania się do tego co ma Unia, bo akurat taka argumentacja zupenie do mnie nie trafia. Przekonajcie mnie, choć ten problem mnie nie dotyczy. Jakoś nie lubię być jedną z wielu owiec w tym prowadzonym bezmyślnie stadzie. Ktoś, z kim moja droga dawno temu się przecięła, mówił .."Klapki na oczach, światło w tunelu i owczy pęd..."

Zostawiam tematy drażliwe, woń kandyzowanej przeze mnie skórki pomarańczowej będzie lepszym zakończeniem tego męczącego dnia, parę słoiczków z intensywną pomarańczowością jest milszym wrażeniem niż niezrozumiałe sprawki, których ani smak, ani aromat, ani przyszłość nie dająca się ogarnąć i pojąć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163558
Osób: 146013