Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NIEZDECYDOWANA ONA
Notatkę dodano:2014-03-25 22:00:39

Niczym rozkapryszona młoda panienka, która niezdecydowana, troszkę chciałaby, a boi się, z jednej strony tupie nóżką, bo ma być tak, jak sobie ustaliła, z innej wycofuje się obierając odmienne wyjścia. Przebiera, marudzi, stroi fochy lub uśmiecha się całą sobą. Daje nadzieję na normalność a już za moment wali w gruzy to co wydawało się konstrukcją nie do obalenia. Namiastka stałości a zarazem ciągłe zmiany nastrojów, których nikt nie przewidzi ani nie zrozumie. Nadążyć za zmianami nie sposób, zrozumieć nie podobna, przyzwyczaić się... cóż trudno ale skoro nie ma innego wyjścia... trzeba pokochać właśnie taką, bo pewna uroda w tym zmiennym i nieobliczalnym charakterze istnieje. Nie wszyscy wytrzymują z taką kobietą, niektórzy rejterują, tracąc nadzieję na stabilizację, a przecież istnieje szansa na wyciszenie, na osiągnięcie równowagi. Tylko potrzeba cierpliwości, przeczekania, dania możliwości na zdobycie pewnej dojrzałości, a może okazać się ta podfruwajka najlepszą i jedyną, której nie zamienilibyśmy na żadną inną.

Czy ten cały opis miał przedstawiać faktycznie tylko niepełnoletnią, niewiastę? Dzisiejszy dzień, tak właśnie zmienny oddawał całym sobą początek wiosny, i takie dziwaczne skojarzenie z młodą białogłową przyszło mi na myśl. Bo było dziś i pięknie, malowniczo z intensywnymi promieniami słońca, z niebem w jednym końcu błękitno niebieskim, w drugim stalowo szarym. Zdarzało się deszczem zostać zmoczonym, spotkać się z gradem stukającym i odbijającym się od ziemi, a za chwilę poczuć na twarzy duże płatki śniegu. Kalejdoskop tych zmian w przeciągu jednego dnia ukazał całą krasę marcowego dziewczęcia. I od dziś ta wiosna, dla mnie stała się nastolatką niezdecydowaną w swych poczynaniach. Może przyjdą inne pory roku i też będzie taki dzień, dający mi skojarzenia z coraz starszą kobietą, która w ostateczności zamieniona w białowłosą zimę stanie się staruszką. Ale teraz króluje młoda siksa, która każe być przygotowanym na wszystkie pogodowe ewentualności. Przeczekam, tak jak wszyscy i jak po raz kolejny, tę różnorodność i nieobliczalność. Będę napawać wzrok żółto kwitnącymi forsycjami, bladoróżowymi magnoliami, które pozbawione zieleni liści tylko w ten monotematyczny kolor ubrane rozjaśniają tą panującą w większości bezbarwną w ogromie porę roku. Chłód panujący przez ostatnie dni spowolnił wybuch zieleni, jednak tylko moment dzieli nas od gwałtowności przemiany krajobrazu. Parę dni ciepła, które zapewne w tym pogodowym kalejdoskopie nastąpią wprowadzi nas w szok następujących po sobie zmian. Niektórych pewnie nie zauważę w ciągłym pośpiechu, inne będą rzucać się w oczy wielokrotnie. Będę chłonąć ile się da, robić głupie ujęcia ślimakom, kroplom rosy, rozprostowującym się listkom klonów. Fanaberie na które mogę sobie pozwolić mając współczesną smycz w postaci telefonu komórkowego na podorędziu. Przywykłam do tych technicznych urządzeń, których przecież nie tak dawno temu nie było. Czy fakt ich obecności w mojej torbie, cały czas przy sobie ułatwia mi życie? Zapewne w niektórych sytuacjach stanowi pomoc, pewne udogodnienie, jednak bywa też balastem kiedy czekam na znak życia od kogoś, a w zagonieniu i wiecznym pośpiechu go po prostu nie ma. Kiedy telefon staje się nadzieją na kontakt, a własne lenistwo lub jakieś niesprecyzowane opory tę nadzieję zabijają. Wtedy wolałabym aby nigdy nie powstał, aby jego powszechność nigdy nie zaistniała. Jest możliwość, a brak chęci na wystukanie paru cyfr. Brakuje mi paru ludzi, brakuje rozmów z nimi, dawnych kontaktów, które jakoś umarły choć przy możliwościach technicznych nigdy umrzeć nie powinny. Ludzie gdzieś po drodze znikli a pozostało urządzenie które samo nic nie daje i w niczym nie pomoże. Chyba powinnam się zmobilizować i wykonać parę telefonów. Czuję, potrzebę użycia telefonu w celu do którego pierwotnie, zanim został wzbogacony o wielorakie funkcje, powstał czyli do normalnej rozmowy. Znajdę wolną chwilę i odbędę parę połączeń przypominających o sobie, pewnie niektórych zaskoczę, tak jak mnie zaskakiwała wiosna dzisiejszego dnia. Cóż kobieta, nawet ta z dawno minionym wiekiem nastoletnim ma prawo do pewnej zmienności.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


UMIARKOWANE KLIMATY
Notatkę dodano:2014-03-24 22:28:55

W dosyć odległych czasach „Czerwone gitary” wyśpiewały przebój o tytule znakomicie oddającym obecną aurę :”Ciągle pada”. Drugi dzień, kolejną noc, bez przerwy, bez odrobiny przejaśnienia. Deszcz potrzebny, oby tylko znowu nie poszła aura w drugą, przesadnie mokrą stronę. Jakoś tak się u nas zdarza, że z rzadka tylko wypośrodkowana ta nasza pogoda. Niby klimat umiarkowany jednak bywa, że z takim określeniem niewiele wspólnego ma to co nas otacza. Albo susza albo powódź, albo ziąb bez końca albo upał nie dający normalnie funkcjonować. Zima bez zimy, lub przesada z jej trwaniem sięgającym połowy roku. Jakoś tak to umiarkowanie przybiera bardzo często wartości maksymalne lub pominąwszy jakiekolwiek wypośrodkowanie, minimalne. Obserwując nie tylko pogodę ale także nasze otoczenie, politykę, i to najzwyklejsze życie, właśnie w taki wariacko umiarkowany sposób wiele spraw się dzieje. Klasa średnia, czyli można rzec umiarkowana w naszej szerokości geograficznej w jakiejś szczątkowej postaci, niezauważalna, prawie nie istnieje. Społeczeństwo albo minimum zarobkowe i socjalne w przeogromnej większości albo krezusi, nie ma środka. O zasiadających w naszym rządzie i sejmie może nie będę się wypowiadać, z wiadomej przyczyny nie tykania tematów politycznych, a może z drugiego powodu, bo i tu także można byłoby znaleźć więcej osobników z minimum niż maksimum umiejętności do sprawowania zaszczytnego obowiązku wobec nas jako obywateli i wobec ojczyzny w której przyszło nam żyć. Jednak w tej całej huśtawce znajdują odzwierciedlenie najzwyklejsze i najbardziej palące sprawy, tych zwyczajnych szarych obywateli. Rozgorzała dyskusja, zaogniło się, odezwali się rodzice dzieci niepełnosprawnych, nie chcą wiele, znowu minimum. Paru politycznych gwiazdorów błysnęło, niestety przeważnie pokazali nie tę twarz, której powinniśmy się spodziewać po wybrańcach. Umiarkowany klimat, umiarkowane żądania, nie zrozumie ich ten, który nigdy nosa nie wychylił z bezpiecznego, zdrowego otoczenia, który nie ma świadomości jak wiele wyrzeczeń, poświęceń, zaabsorbowania potrzeba do opieki nad dzieckiem niepełnosprawnym. Mam wiele szacunku dla rodziców którzy potrafią, którzy mają tej cierpliwości na tyle aby starać się stworzyć bezpieczną przystań dla swoich dzieci. One dla nich są najukochańsze, najpiękniejsze tak jak dla każdego rodzica jest jego dziecko, tylko one nie zawsze są układne, spokojne, mogące same zająć się sobą. One tych rodziców potrzebują niejednokrotnie do wszystkich czynności życiowych przez całe swoje życie, one się nie usamodzielnią, nie wylecą z gniazda, aby kiedy przyjdzie czas wylotu dać odpocząć rodzicom, którzy już pewien etap mogą zamknąć. Od początku wymagają więcej i aby były szczęśliwe, w poczuciu bezpieczeństwa muszą to dostawać od rodziców, którzy dla spełnienia się w tej ogromnie wymagającej roli zostawiają inne sprawy, chowają jakieś swoje plany, aspiracje, rezygnują z tego wszystkiego, bo najważniejsze jest dobro ich dziecka. Zawsze i na wszystko w naszym kraju brakuje pieniędzy, przepaść do minimum do maksimum jest przeogromna. Nie zniwelują jej nawet wywalczone obietnice ona pozostanie. Nie przyszło nam żyć w państwie socjalnym, niewiele w nim umiarkowania. Jestem za godnymi pieniędzmi dla osób zajmujących się swoimi niepełnosprawnymi dziećmi, i niech to będą godziwe pieniądze. Jeśli rodzic faktycznie zajmuje się tym dzieckiem. To nie może być wyciągnięcie pieniędzy na ten konkretny cel, podrzucenie dziecka babci a samemu podjęcie pracy na czarno. To przykład jak najbardziej prawdziwy i życiowy.

Jestem za prawdziwymi rentami dla osób chorych, a nie za jałmużnami dla rencistów, którzy okazują się sprawni do całkiem ciężkich prac i w niektórych wymagających zdrowia zawodach. Umiarkowane prawo daje pewne możliwości naginania i wyciągania kasy, choć jest to w sprzeczności z pewną moralnością i normami. Ale skoro państwo czasami przez pomyłkę daje taką szansę...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


FORMA CUDU
Notatkę dodano:2014-03-22 22:16:21

Pogodowi czarodzieje, zapowiadali na dzisiejszy dzień aurę, która już samą tą przepowiednią chciała zatrzymać nas w domu. A przecież nasz wspólny, wolny weekend nie zdarza się co tydzień. Nie zawsze mamy komfort przebywania razem, wspólnych planów, robienia czegoś bez presji, że za chwilę trzeba będzie się na jakiś wycinek dnia rozstać. Nie zawsze czekają nas wspólne posiłki, leniuchowanie i praca. Akurat dziś i jutro miało być nasze, z jakimiś planami do załatwienia. Pogoda puściła do nas szelmowskie oczko. Rankiem niebo zaciągnięte chmurami, które mogły w takiej postaci krążyć przez cały dzień, jednak mogły też się przepoczwarzyć w coś, co oblecze nasz świat wilgocią i opadami. Ryzykujemy, co będzie to będzie. To ryzyko, a może wiara, że jednak uda się część planów zrealizować, że nasz scenariusz na dzisiejszy dzień ma być wybrany po części przez nas. I spędzamy ten pochmurny dzień na swoim zapuszczonym płachetku ziemi, próbując doprowadzić do jakiegoś ładu, powoli coś sadząc, bo przecież nie wiemy, kiedy nasza następna wizyta będzie miała miejsce. Udaje się spędzić wielką część dnia, zgodnie z wcześniejszymi planami. Działka coraz bardziej przybiera cywilizowany wygląd, równe rzędy zasadzonych ziemniaków, jagoda kamczacka pozbawiona poszycia z chwastów, maliny doprowadzone do ładu. Jeszcze sporo nas czeka, jednak małymi krokami dojdziemy do porządku, który nas na jakiś czas zadowoli. A później zachodzące zmiany będą nas zmuszać do przyjazdów, następnie przyjazdy staną się wypoczynkowe, bo zapał minie, zieloność wyciszy zapał do prac, mocniejsze stanie się zaproszenie do wyciągnięcia się pod drzewami na trawie niż grzebania w ziemi. Nie byliśmy dziś przygotowani do tak długiej bytności, może jednak nasza wiara nie była z tych bezgranicznych. Jedzenie wzięte w skromnej ilości, od dla dziecka, i niewielka kromka dla mnie. Mąż twardym nie, zostaje o pustym brzuchu zapełniając się tylko wodą. Jego wybór, ja zaczynam odczuwać głód, a za głodem przychodzi chłód. Nie mogę się dogrzać jeszcze przez dłuższy czas po powrocie do domu. Jednak od czego komfortowe cywilizowane warunki do pienistej kąpieli, która dodaje energii i ciepła. Pławię się w tym mokrym cieple. Za oknami spełniają się pogodowe wróżby, ulewa, jakieś wyładowania, pierwsza wiosenna burza. My bezpieczni, w domu, już syci, już inne wspólne sprawy. Wspólny czas, jeszcze nam go mało, jeszcze chcemy więcej. Sąsiadka z działki mówi, na emeryturze wam się znudzi, będziecie sobie przeszkadzać, ciągła obecność razem w domu obmierznie. A może wcale tak nie będzie, może wreszcie kiedyś tam, będzie czas na który okaże się czekaliśmy całe pracowite życie. Teoretyzuję, bo nawet o emeryturze nie myślę, jest to dla mnie pojęcie tak odległe, tak fikcyjne, że jakiekolwiek gdybania stają się niczym bajka, w którą niby się wierzy, lub raczej bardzo by się chciało wierzyć a zarazem praktyczny umysł tę wiarę w każdym zalążku depcze i niweczy. Zdaję sobie sprawę, z upływu czasu, jednak nie wybiegam aż w tak odległą przyszłość, nie stanowi ona dla mnie jakiegoś powodu do trosk czy radości. Może właśnie to, że nasze życie jest tak wielką niewiadomą, chce nam się codziennie wstawać, robić prozaiczne rzeczy, nudę jakoś przetrwać, zabudowywać, smuteczki wytrzymywać, i liczyć, że stanie się pewnego, zwyczajnego dnia taki cud, na który w tej cierpliwości się czekało. Może on być dla jednych tą drugą osobą, dla innych wspólnym czasem, doczekanym po długim wspólnym a zarazem osobnym życiu. Może ten cud przybrać formę różnorodną dla każdego, a może też nigdy się nie zdarzyć. Jednak czeka się bez względu na wszystko. Może ten cud już trwa przybierając postać normalności, do której przywykliśmy i nawet we własnym egoizmie nie zauważamy, że mamy więcej niż inni. Kwestia jak do tego co mamy podejdziemy, z miną radosną czy naburmuszeni z pretensjami do świata, że nasz cud nie chce się zdarzyć a przecież inni mają, innym się udaje. Zastanówmy się czy aby nam w tej całej roszczeniowej pozie nie wystarczająco się udało, czy naprawdę mamy za mało.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY
Notatkę dodano:2014-03-21 22:28:17

"Kto powiedział, że noc jest od spania? Nie, nie, proszę państwa, noc jest właśnie od niszczenia sobie życia. Od analiz tego, co było już i tak zanalizowane milion razy. Od wymyślania dialogów, na które i tak nigdy się nie odważymy. Noc jest od tworzenia wielkich planów, których i tak nie będziemy pamiętać rano."

 

/Eric Emmanuel Schmitt

 

Natrafiłam na tę myśl, gdzieś w sieci. W zasadzie spodobała mi się ot tak, jak podoba mi się parę innych, ujmujących wiadome w parę prostych słów. Wielu z nas myśli podobnie, a jednak nie zawsze potrafimy swoje myśli w skondensowanej formie wypowiedzieć, i zawrzeć w nich tę prawdziwą prostotę. Odkrycie odkrytego, zauważenie czegoś co mijane codziennie nie zwraca na siebie naszej uwagi, bo po prostu jest, jak część krajobrazu, jak stare drzewa, których brak zauważamy dopiero kiedy zostaną ścięte. Moja noc była do spania, po aktywnym dniu, wyliczance, przejściu z ramion do ramion, zapadłam w głębię takiego snu, który nad ranem zamknął moje uszy na wyjście męża do pracy, na każdy z dźwięków będących normą w bloku. Obudziłam się standardowe dwie minuty przed nastawioną na budziku godziną pobudki, oczywiście pierwsza myśl po wynurzeniu się z tej głębokości snu : „zaspałam!”. Niepoprawność mojej konstrukcji polega na pewnej dozie paniki zanim zacznę racjonalnie myśleć po takiej formie odpoczynku. Nie zdarzają się często takie sytuacje, jednak kiedy już zaistnieją zachowuję się jak pełen gotowości do walki spiskowiec. Przebudzenie w moment, gotowość w ułamek sekundy, powrót racjonalnego myślenia w kolejne natychmiastowo po sobie następujące chwile. I już budzik zaniesiony do Kleszczyka, który ostatnio upodobał sobie tą formę budzenia i odbywa się to bez marudzenia, w zadowalającym tempie. Nie wiem, czy dziecku obecność budzika dodaje dorosłości, czy uważa, że to lepszy sposób niż namolna matka wielokrotnie przychodząca do pokoju ze słowami :”Pawciu, wstawaj”. Podkręcam tempo, kuchnia, mleko się grzeje, kanapki z domowego chleba,do szkoły, pół niezdrowej białej bułki na teraz, moja kawa, mój chleb. Wszystkie sprawki załatwione, ubieramy się, nad nami wisi wielki znak zapytania : w co się ubrać?. Wiem, że taki dylemat nie przystoi chłopcu w wieku dalekim do dorosłości, tym bardziej nie przystoi chłopcu, któremu w doborze garderoby pomagają rodzice. Dylemat ma podłoże innego rodzaju. Pierwszy dzień wiosny, ma być uczczony przez dzieciaki z zerówki kolorowym ubiorem, ma być kwieciście, kolorowo, radośnie. Tylko ja w swojej praktyczności nie mam w zwyczaju kupować ubrań w deseń kwiecisty dla dziecka, które jakiejś ocenie kolegów jest poddawane. To nie ma być dzierlatka, dziewczynka mieniąca się kolorami niczym spolszczona wersja papugi, to ma być chłopak. Jemu w garderobie potrzebne są ubrania praktyczne, w stonowanych barwach, wygodne i nie krępujące ruchów. Nie dajmy się zwariować, przyjdzie czas, że dziecko samo poczuje chęć, lub nigdy takowej nie dozna, do przebieranek, do uczestniczenia w korowodach żegnania zimy lub witania wiosny. Na dziś jedyną deską ratunku upatruję w szalu kwiecistym, pstrokatym, który jakiś czas temu dla siebie na jakiejś wyprzedaży kupiłam. Daję możliwość wyboru i alternatywę schowaną w plecaku. Sam zadecyduje, czy wykorzysta i kiedy. Wiem, że moje dziecko nie jest przesadnie obciążone szaleństwem, więcej w nim skrępowania niż odwagi do pewnych przeinaczeń czy przeistoczeń w coś innego niż jest w nim na co dzień. A przecież pierwszy dzień wiosny jest tylko raz w roku, więc jeśli takiemu małemu poważnemu mężczyźnie nie w smak jego kolorowe obchodzenie, niech ma tę możliwość. Za tzw. moich czasów był dzień wagarowicza, przestępstwo ucieczki ze szkoły, często mające swoje negatywne konsekwencje w postaci nagan, kar. Tamtejszy dzień uczył nas uczniów pewnej solidarności, jednoczenia się w gronie klasy w sprzeciwie obowiązkowi chodzenia do szkoły w ten jeden dzień. Jeśli będziemy jednością może uda się ominąć karę, bo karanie całej klasy to tak jakby nikogo nie ukarać. Później się to zmieniło, w dzień szkolny choć bez lekcji, lub ze zorganizowanymi w formie zabawy zajęciami, aby tylko młodzież nie opuszczała szkoły. Teraz ta forma przybiera kształt różnobarwnych przebrań, ciekawe w jakim kierunku ten pierwszy dzień wiosny pójdzie w przyszłości. Jeszcze cała edukacja przed nami, będę obserwować i czynić porównania.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ENERGIA ODNAWIALNA ?
Notatkę dodano:2014-03-20 21:40:07

W marcu jak.... Odmiennie niż wczoraj. Czysty błękit, który bywał poprzecinany tylko liniami zostawianymi przez przelatujące w oddali samoloty. One same widoczne nawet z tej, tak ogromniej odległości. Żadnej niweczącej ten błękit chmurki. Ciepło, pełnia wiosny, gdyby nie bezlistna pustka na gałęziach drzew można by pomyśleć : maj. I oprócz wiosennej aury, dobry taką zwyczajną normalnością ten mój dzień. Wszystkie plany zmieściły się w harmonogramie, żaden chochlik nie namieszał. Rankiem, jeszcze przed wyjazdem do miasta ugotowana jarzynowa zupa, później mój czas, moja fryzjerka naprawiająca to co inna kiedyś wprowadziła na mojej głowie. Zanim wyrównam tamten chaos minie jeszcze dłuższy czas, jednak już widzę poprawę. Jestem niepoprawną konserwatystką w podejściu do moich włosów. Nawet nie idzie o to, że boję się różnorakich doświadczeń, prób, barw lub kształtów fryzury. To wszystko próbowane w kolorystyce od jakiejś niepoprawnej, nieudanej żółci w latach wczesnej młodości, po piorunującą marchewkę lub ognistą czerwień, lub konstelację wielu barw w jednym czasie. Podobnie z długością, bywało różnie, no może z pominięciem pewnych form przestrzennych w postaci irokezów czy też wygolonych do gołej skóry znaków i symboli. Jednak każde moje początkowe szaleństwo w efekcie kończyło się zapuszczaniem włosów, wyrównaniem ich długości i konserwatywnym noszeniem owłosienia w tej niezmiennej formie. Jakoś zawsze ta postać okazuje się najwygodniejsza, zarówno pod względem codziennego uczesania jak częstotliwości wizyt u fachowca. Mogę nie pojawiać się przez rok i najwyżej przybędzie parę centymetrów, które i tak gdzieś zasupłane, ograniczone gumką lub w inny sposób okiełznane. Dziś się pojawiłam, zaczęłam wiosennie porządkować, i jest szansa, że przy tempie w którym moje niesforne włosy rosną porządkowanie zakończy się nie wcześniej niż jesienią. Mogłabym zrobić drastyczne ciach, i osiągnąć wspaniale jedną równiuteńką długość, jednak stawiam na dłuższe działanie. Nigdzie mi się nie spieszy. Do następnego wesela jeszcze bardzo wiele czasu, pewnie zupełnie do tej pory posiwieję i już nawet stosowana henna nie będzie się sprawdzać w roli maskującej wiek. Może nadejdzie moda na siwiznę, która stanie się jedynym wyznacznikiem osiągniętego poważnego wieku. Społeczeństwo a przynajmniej jego czterdziestoletni odłam, czy też wycinek, nie chce się starzeć, dba o zdrowie, katuje się na siłowniach, zażywa basenowej przyjemności, jeździ na rowerze lub biega, bo kijki to już domena starszych, a my nie chcemy być w tej grupie. Nie będę generalizować, że wszyscy osobnicy, że całe pokolenie z tego przekroju wiekowego egzystuje w ten młodzieniaszkowaty sposób, jednak wielu i wiele z nas właśnie w taki sposób się zachowuje. Czy to dobrze, czy źle, że stajemy się babciami całkiem realnymi a zupełnie się nimi nie czujemy, bo to za szybko, za wcześnie, jeszcze nie ten czas?. Nie potrafię ocenić, w końcu też jestem z tego przedziału wiekowego, i próbuję na swój sposób nie dać się zrzędliwości, moralizatorstwu, i pokonaniu przez mijający czas. Zresztą uważam, że taki sposób ma więcej plusów niż negatywnych stron. Dzięki niemu daję radę dźwigać się w te gorsze godziny, staram się stanowić oparcie dla małżonka, mobilizuję siły dla Kleszczyka, aby nie usłyszał od kolegów, że ma zramolałą mamę. Nie wiem na jak długo wystarczy tej energii, czy ona z rodzaju odnawialnych czy na wyczerpaniu, ale wiem, że sama od siebie będę robić ile się da aby te moje akumulatory jeszcze przez jakiś czas były zapełnione. Takie dni jak dzisiejszy dodają kolejną energetyczną porcję. Kiedyś ją wykorzystam, teraz zmykam w objęcia któregoś z mężczyzn w moim łóżku. Morfeusz czy mąż? Może zrobię wyliczankę .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SĄ PRAGNIENIA DO SPEŁNIENIA
Notatkę dodano:2014-03-19 21:30:41

Zasnuło się dzisiejsze niebo szarością, załzawiło wilgocią. Dzień dzięki temu wcześniej zakończył swoją szychtę, choć ponoć już przeszło cztery godziny dłuższy. To, że dłuższy nie ulega wątpliwości, jednak w słoneczne dni, jasność rządzi niebem o parę minut dłużej, a nawet jak już słońce gdzieś w oddali się za horyzont schowa, to jeszcze daje znaki,że było, że niechętnie odchodzi. Taki dzień jak dziś umyka chyłkiem, szybko chowając się za ciemność. Ja akurat nie odbierałam go negatywnie, ot taki normalny z paroma uśmiechami, które dzięki różnym sprawom goszczą na mojej twarzy. Nawet nie odczuwałam zwyczajnego przy takiej pogodzie znużenia i senności. Może teraz jest ten czas lepszy, a może to bliskość wiosny tak na mnie działa. Jeszcze dwa dni...

Dziś dostarczono mi kieckę do której moje gabaryty muszą o dwa kilo ulec zmianie. I ma to być zmiana w tę gorszą stronę, trudniej osiąganą. I podejmuję taką decyzję zagryzając suchego wafla przesmarowanego czereśniowym dżemem. Dwa kilo, niewiele, dam radę, i kolejny raz udowodnię, że mogę jak chcę. A tej kiecki chciałam od pierwszego spojrzenia. Czerń i żółć, bez rękawów, niesatysfakcjonująca mnie długość do kolana. Mówią miłość wymaga poświęceń. Będę się poświęcać, przemogę awersję do ukazania kolan, docisnę i wytopię te dwa kilogramy, które przybyły po zimie. Byłam cierpliwa w jej zdobyciu, chodziłam długo, obserwowałam, próbowałam aby wybrany model za wybraną cenę stał się moją własnością. Po paru próbach, cierpliwie znoszonych porażkach udało się kupić za prawie połowę ceny. Właściwie, kiedy już bez entuzjazmu podchodziłam do licytacji, bez nerwowego obserwowania końcowej walki, całkiem niespodziewanie zakończyła się ceną, której nie przewidziałam w optymistycznych założeniach. Może ktoś przespał czas, zapomniał, wyjechał, coś w wielkim zaaferowaniu innego czynił, ja na tym ugrałam sukienkę, która będzie mnie mobilizować. I będzie sprawiać, że nie będę mogła doczekać się jej pierwszego nałożenia. Może tym razem będę w czołówce tych co cięższe fatałaszki ściągają z siebie najpierwsi. A może doczeka w cierpliwości na odpowiedni czas i porę bez pośpiechu i wyprzedzania pór roku.

Jutro wolne, choć pełne planów. Zaczyna mnie nosić, włosy zaczynają przeszkadzać, czas na wizytę u fryzjerki. Muszę zrobić porządek z wycieniowanymi strączkami, znudziła mnie ta nierówna walka z ich strukturą i absorbującymi wilgoć właściwościami. Nie pójdę na całość, kosmetyczne podcięcie choć pewnie w granicach dziesięciu centymetrów. Może tym razem uda się bez zbędnych szykan z umawianiem i wcześniejszą rejestracją wpaść, natrafić na wolną chwilę mojej fryzjerki, załatwić sprawę szybko i bezproblemowo, a następnie bez jakiegokolwiek modelowania polecieć na basen. Jeśli faktycznie jest ten lepszy mój czas, to wszystko się uda, i pozostanie poczucie całkiem dobrego kolejnego dnia. A jeśli się nie uda, cóż pozostaną tradycyjne sposoby z zapisywaniem, lub odłożę wizytę do następnego miesiąca. Nie ma parcia. Mam ten komfort, że wizyty u fryzjera i ich czas to mój wybór. Jeśli ten wybór nie współgra z możliwościami fachowca, dokonuję kolejnego wyboru i kolejnego. Włosy zwinięte, klamra, gumki, lub luźno fruwające na wietrze, gubiące formę i pierwotne ułożenie. One żyją swoim życiem, ja nauczyłam się to tolerować, czasami po pomstuję, poprawię przeszkadzające kosmyki i kolejny miesiąc przechodzę nie odczuwając zbytniego dyskomfortu. Symbioza z tym, czym obdarzyła natura. Niestety z gabarytami nie będę żyć w symbiozie, tu nie będzie przeciągania kolejny miesiąc. Jutro nawet jeśli fachowiec od włosów nie zmieści się w harmonogramie, basen upchnę i dam z siebie ile się da. Pragnienie kiecki się spełniło, to i z pragnieniem pozbycia się dwóch kilogramów, dam radę. Ale od jutra....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


INNE SPOJRZENIE
Notatkę dodano:2014-03-18 22:12:44

W tygodniach, kiedy króluje moja dziwnie zabierająca mi cały dzień zmiana, brak czasu na odpowiednie zorganizowanie wszystkiego tak, aby każda rzecz w tym harmonogramie zdołała się zmieścić. W życiu nie da się skoncentrować wszystkiego tak jak można to uczynić z komputerowymi plikami. Potem tylko się wypakowuje, z jakiegoś zipa lub innego tworu i wkładamy do tego wora bez opamiętania. Życie nie chce się zipować, nie chce się koncentrować, każda rzecz ma swoją określoną czasową pojemność i rozmiar, możemy się starać lekko ją zmniejszyć, coś pomijamy, bo tylko w taki sposób zyskujemy na czasie. Ja wczoraj pominęłam bytność tutaj, zrezygnowałam aby liznąć odrobinę kultury w postaci poniedziałkowego Teatru Telewizji. Może liczyłam na duchowe wzniesienie ponad szarą rzeczywistością, może chciałam skonfrontować swoją pamięć ze sztuką Zapolskiej w nowej interpretacji. Położyłam na szali coś wybierając ponadczasową sztukę. Czy byłam zachwycona? Czy sięgnęłam wyżyn dzięki tej interpretacji? Czy w końcu ona mi się podobała? Zapominam, że główna bohaterka, może być panią w moim lub nawet młodszym wieku, i początkiem jakoś nie mogę przełknąć w tej roli Magdaleny Cieleckiej. A przecież Dulska to postać mająca tyle lat co ja, nie musi być gruba i stara, przecież ja się tak nie czuję, i już łatwiej dochodzi do tolerancji odtwórców postaci. Zmierzam się ze swoją metryką i łatwiej mi się identyfikować z tytułową bohaterką niż jak to bywało w szkole, kiedy budziła ona moje pełne niezrozumienie i odrazę, a mi wiekowo bliżej było do córek, niż do niej samej. Zapewne pewne poglądy też zostaną inaczej odbierane, niż kilkadziesiąt lat temu. Twórcy zmienili formułę sztuki, nie samą treścią, bo byłoby to pewnego rodzaju świętokradztwo. Oni poszli w inną stronę. Zaczynając przedstawienie wszystko jest jak w czasach Zapolskiej, jednak wraz z trwaniem sztuki scenografia zmienia się dochodząc do nowoczesności lub może lepiej nazwać to do współczesności. I choć cały anturaż kłóci się z treścią, bo przy obecnym wyzwoleniu młodzieży od konwenansów, przy zmianach norm moralnych, ja odczuwam pewien dysonans. Już nie do końca wszystko mi tu gra. Oczywiście, dulszczyzna jest ponadczasowa. Zakłamanie w pewnych kwestiach, ich zamiatanie pod przysłowiowy dywanik było i jest ale zakończenie w tej współczesności, zatraciło dla mnie ten przekaz. Rozdźwięk jak na moje odczuwanie przeogromny, zupełnie nie pasująca sytuacja młodych do czasów współczesnych. Oderwanie od rzeczywistości, bo choć zakłamanie było i będzie, to przykład bękarta służącej nijak mi do współczesności nie pasuje. Zmieniła się obyczajowość, zmieniły standardy zachowań, i aby współczesna scenografia nie kłóciła mi się z treścią dramatu trzeba by było go całkowicie zmienić, a to raczej trąciłoby pewnym manifestem czy też rewolucją na sztuce Gabrieli Zapolskiej. Z tej właśnie przyczyny chyba pozostanę w swoim konserwatywnym podejściu do tej sztuki. Niech by się zaczynała i kończyła w czasach Zapolskiej. Oczywiście to tylko moje, całkiem prywatne zdanie. Ciekawość zaspokoiłam, zobaczyłam, jaki może być odbiór i przekaz przez inne osoby, przez twórców spektaklu. Jak bardzo odmienne jest coś na co patrzymy z różnych perspektyw. Może to dobrze, że powstają różne interpretacje, jak to mówią dla każdego coś dobrego, jednak osobiście wolę tradycję w sztuce niż unowocześnianie, choć sądzę, że w tym przypadku miało to być głośnym wyrazem ponadczasowości zachowań Anieli, bo i takich Anieli jest wiele, pod każdą szerokością geograficzną i w każdej epoce. Kończę na dziś, choć tak całkiem w odmienną stronę mnie poniosło, jakby poza moje życie. Mogę zwalić to na karb wpływu sztuki, ale tylko w ramach pewnej wymówki i usprawiedliwienia. Jutro jak się uda wrócę w normalność, a jak zabraknie czasu to ponownie znajdę tłumaczenie swojej nieobecności.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


AWARIA NIEZROZUMIAŁEGO
Notatkę dodano:2014-03-16 19:42:09

Dwa wolne dni kończą się z poczuciem bezsensownego minięcia tak cennego czasu. Przewidywana zmiana pogody przyniosła wiatr i deszcze, opady i podmuchy. Do całości urozmaicającej ten pogodowy stan rzeczy doliczyć można atrakcję w postaci braku prądu. Ot niby nic, pewne małe uprzykrzenie codzienności. To prawda, tylko dla mnie to uprzykrzenie rozdyma się do rozmiarów poważniejszych z tej prostej przyczyny, że w tej swojej zmechanizowanej rzeczywistości polegam na energii elektrycznej w każdej dosłownie dziedzinie. Nie ugotuję obiadu, nie zagotuję wody na herbatę, nie będę korzystać z netu, z stacjonarnego telefonu, nie umyję się. Wszędzie prąd. Ten niezrozumiały dla mnie twór, który jeśli jest przyjmuję i korzystam, kiedy zamiera, staje się nieobecny, ja mam pewien problem. Wczoraj dzień wyglądał niczym jakiś pokiereszowany przerywnikami dostaw prądu układ, który nie miał pewności czy ma działać, czy całkiem zamrzeć w aktywności. Pik!! pik!! pik!!…, załączają się urządzenia, mikrofala, jakieś skrzyneczki po podłączane do telewizora, stacjonarny telefon, burczy lodówka. Działalność pięć minut. Zgon w ciszy, która obejmuje wszystko na dziesięć, piętnaście minut. Pik!!pik!!pik!!burczenie, parę minut działania i cisza. Operacja :”jest, nie ma” powtarza się, irytuje, przerwy raz są dłuższe, raz odrobinę krótsze. Gotuję wodę na kawę, zdążyłam, przerwa. Podgrzewam zupę, mikrofala wypuszcza porcję Kleszczyka, moja już ciepła, mąż się nie załapał, przerwa...Mija pora obiadowa, zupa wystarczy, zwłaszcza, że i mąż w końcu się doczekał... Nie wiem co mnie w końcu skłania do szukania wiedzy, kiedy w końcu wróci normalność. Stał się cud, moja komórka łapie neta, szukam namiarów na oddział mnie obsługujący. Numer stacjonarny, komunikat: chcesz się dowiedzieć dzwoń i podany jest numer krakowski!! Chcę się dowiedzieć i dowiaduję : konsultanci obsługują linię w dni powszednie...A tu proszę, sobota, konsultant z Krakowa też człowiek wolne musi mieć. Szukam dalej, jakiś inny numer i ostatnia deska ratunku, numer alarmowy. A tu niespodzianka, jałowy, smętny głos nagranego komunikatu objawia mi że są awarie w różnych miejscowościach, u mnie planowych wyłączeń nie ma, awarii nie zanotowano. Muszę wysłuchać całego komunikatu aby tą wiedzę przyswoić. Za to dowiaduję się, że w takiej Bielawie lub Pieszycach Dolnych a może na odwrót planują włączyć o tej i tamtej godzinie. Czas mija, może komórka nie zdąży się rozładować. Każą mi wybierać tonowo cyferki, przy trzeciej kolejny komunikat : „ na połączenie z konsultantem czeka mniej niż dziesięć osób, prosimy o cierpliwość, przepraszamy, bla,bla,bla”. Pomiędzy komunikatem muzyczka równie smętna jak moja mina, a może jej celem jest współczucie dla pracujących w tej firmie. Komunikat wysłuchuję naście razy, w końcu mniej niż dziesięć osób to dla mnie, osoby z dzieciństwem i wiekiem nastoletnim przypadającym na czasy kryzysu, to żadna kolejka, przestoję, przeczekam. Doszłam wreszcie do lady, tfu, do konsultanta. „Jest pani pierwszą osobą, która dzwoni z tym problemem, nic nie wiemy, zaraz wyślemy ekipę” Pomna wcześniejszej informacji, że moja rozmowa zostanie nagrana, uświadomiłam miłego pana, że akurat brak telefonów nie powinien dziwić, skoro nie jest to taka prosta operacja, a podane numery albo wymagają cierpliwości nie każdemu danej albo są z powodu soboty nieobsługiwane. Miło z panem porozmawiałam, uświadomiłam, że nawet nie mam możliwości zagotowania wody bo nowoczesność posunęła mnie w zaufaniu do prądu z pominięciem rosyjskich pokładów gazu. Podałam swoje dane, łącznie z kontaktową komórką, której żywot mógł się w każdej chwili dokonać z powodu braku zasilania. Pan stanął na wysokości zadania, pchnął sprawę dalej, prąd po półgodzinie powrócił. Tak minęła moja sobota. Przecież napisałam dwa dni, drugi dzień powtórka, z dźwiękiem PIK!! w zmienionym schemacie długo bez prądu, prąd na chwilę. Po dwunastej nauczona doświadczeniem, zdobytą rutyną dzwonię, i pewnie ponownie będę jedyną z całej miejscowości, której brak prądu przeszkadza, która chce zrobić niedzielny obiad o normalnej porze, która jest wadliwa w swej upierdliwości na to, co nie funkcjonuje a powinno. Wysłuchałam wiadomości z dostaw prądu w miejscowościach całego Dolnego Śląska, dziś nie było kolejki, przy niedzieli widocznie lenistwo ogarnia społeczeństwo. Przy ladzie tym razem pani konsultant, rutynowe pytania, prośby o cierpliwość, szczypta straszenia, że jeśli się okaże, że tego nieszczęsnego prądu tylko u mnie nie ma to zapłacę za całą operację przeprowadzoną przez pracowników energetyki. Bo przecież ja, zanim do nich zadzwonię powinnam zrobić rekonesans po okolicznych blokach i domach, ja mam mieć wiedzę, gdzie i co się w prądzie dzieje. Cóż ona postraszyła, ja mam prawo się nie bać. Tym razem na prąd czekałam do siedemnastej. Szlak trafił obiad o porze normalnej. Wszystko czekało, w gotowości, aby stać się obiadokolacją. Złość już przeszła, choć poczucie pewnego niedosytu zostało. Niedosytu normalności, takiej w której wszystko działa.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PANIE NA PRAWO, PANOWIE....
Notatkę dodano:2014-03-14 21:20:44

Wieczorna cisza, spokój i chwile samotności kiedy dziecko za ścianą śpi, mąż dopiero za parę godzin wróci z pracy. Telefony załatwione, wizyt nie przewiduję, zwyczajne chwile dla swojego widzimisię. Książka czeka na moje chwile przeznaczone tylko dla niej. Już raz w dniu dzisiejszym stała przed taką szansą. Jednak coś innego było ważniejsze, wyparło przeogromną chęć zanurzenia się w lekturze. Już nie plac zabaw, obecnie „Orlik” staje się najbardziej ulubionym miejscem zabaw. Te zabawy nie polegają na przesypywaniu piasku z kupki na kolejna kupkę, wraz z upływającym czasem Kleszczyk coraz częściej inne rozrywki zaczyna preferować. Piłka, w różnych wariantach, jakieś latawce i inne przedmioty mające zabić ten jego dziecięcy czas i temperament. Nie zawsze na podorędziu znajdzie się kumpel do wspólnej zabawy. I muszę wystarczyć ja. Ale nie taka statycznie zajmująca się lekturą i sporadycznym rzucaniem okiem na sposób zabawy. Ja mam być zaangażowana, mam podziwiać, mam współuczestniczyć całą sobą. Szczególnie dziś ciężko jeszcze to zaangażowanie wychodzi. Pewna partia mięśni nie daje bezproblemowo się poruszać, siedzenie z książką pozostaje w sferze marzeń. Tych nie do spełnienia w tamtej konkretnej chwili. I staram się, w pracy mogłam się migać, unikać zbędnego wysiłku, przy dziecku nie jest to wskazane. Wynegocjowałam, że nie po każdą piłkę będę biec, kopnięcia mają być słabsze. Negocjacje, a raczej ich wynik tylko w początkowej fazie gry miały jakiekolwiek znaczenie. Później podania są silniejsze, mój nos, zaliczył bliskie spotkanie z piłką. Pamiętam, że mam być twarda, to jestem, choć łzy same stanęły w oczach, nie poddaję się. I stoję na bramce, grupa wyrostków omiata nas dziwnymi spojrzeniami, ten widok nie jest normą. Mamusie siedzą na placach,siedzą w kuchniach przygotowując coś na powrót z podwórka, na bramkach stoją tatusiowie. Zachwiana równowaga, a przecież i matka czasami musi choć nie chce, choć wolałaby nad książką … Czy ten stan rzeczy to także wynik feminizmu, czy stan konieczności wyższej? Choć mężuś umył dziś ostatnie z brudnych okien i mógłby podobne pytanie zadać w tej kwestii. Co kobiece co męskie, co komu przystoi, a co zupełnie nie do przyjęcia. Są domy z konkretnie wytyczonymi rejonami dla poszczególnej płci. I funkcjonują, członkom tych maleńkich społeczności chyba jest z takim stanem rzeczy dobrze, przyzwyczajają się i trwają w schematach. Jednak coraz więcej jest związków gdzie i mężczyzna ugotuje i kobieta, coś z hydrauliki naprawi. Nie wyobrażam sobie, abym miała być zostawiona sama sobie z tymi kobietom przypisanymi czynnościami. Jakoś potrafiliśmy dojść do tego nie burzącego naszych relacji spokoju, że mąż uczestniczy w tym wszystkim co niektórzy zwalają na barki kobiet. Od początków naszego małżeństwa dawał się wciągać w kuchenne potyczki z gotowaniem, opiekę nad dzieckiem w pełnym wymiarze czynności i zaangażowania. Może to po prostu taki cudowny egzemplarz, a może egzemplarz kochający swoją księżniczkę i pragnący dać jej zamiast gwiazdki z nieba swój czas i siebie w takiej właśnie pozwalającej na moje wyzwolenie z okowów damsko - męskich czynności formie. Dlatego księżniczka wie, że dobrze jej z tym jedynym rycerzem i nie marudzi, wychodząc z mniejszym mężczyzną grać w nogę, bo wie, że kiedyś ten mały, kiedy stanie się już dorosłym rycerzem nie będzie wyznaczał co dla kobiet a co dla mężczyzn przystoi. Przykład uczy.

Mogłabym roztoczyć wizje jutrzejszego dnia, kiedy z tatą Kleszczyk będzie mógł po męsku stanąć w szranki przy nożnej. Tylko moja głowa mówi, że jutro może być bardzo odmiennie w pogodzie. Bez prognoz mogę z pewnością przepowiedzieć zmianę pogody, od rana głowa daje te swoje bolesne znaki, ja interpretuję i czekam. Wyciszam zapowiedź zmiany pogody tabletką, już wiem, i radości z tego co ma nastąpić nie czuję. Było tak pięknie, szkoda, że tym razem wolny weekend nie będzie pogodowym spełnieniem marzeń i dla kobiet i dla mężczyzn tak całkiem razem tym razem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZNAJOMY I "ZNAJOMY"
Notatkę dodano:2014-03-13 21:58:22

Kasandra w mojej osobie nie myliła się prorokując, że ból będzie, jedyną pomyłkę poczyniła w umiejscowieniu oraz nasileniu. Oj, dało w kość, a i sama sobie poprawkę sprawiłam początkiem dzisiejszego dnia. Mąż na drugą zmianę do pracy, jest więcej czasu dla siebie. I jest kawa wypita w łóżku, ulubiony kubek, odprowadzenie Kleszczyka do szkoły, chwilki kosmetyki związku. Wyciągam męża na basen, zabawię się w sponsora. Uszczuplimy wspólnie zasoby na moim karnecie. Jesteśmy razem, na jednym torze, i każde swoim tempem. Razem choć osobno, tak też można. W wodzie łatwiej, jednak czuję niektóre mięśnie, to odczuwanie każe zwolnić, odrobinę przystopować. Nawet nie dotarłam do końca narzuconej sobie samej ilości przepłyniętych długości basenu. Usprawiedliwiłam się, bo i nie w tym rzecz aby zajechać się jednego dnia, a drugiego zdychać z niemocy. Uszczuplona choć nie tak bardzo moja norma na dziś, była normą wystarczającą. W wodzie nie czuć tak zmęczonych mięśni, jednak już normalne poruszanie się bez tego ułatwienia w postaci wyporności daje dyskomfort. Choć mówią, że jak boli to oznaka, że się żyje. Jak się obudzimy i już (w pewnym wieku) nie czujemy, że boli to znak, że zaczął się dla nas całkiem inny etap bycia, bo już nie życia. Mi dzisiejsza pobudka z każdej strony głośno krzyczała: „żyjesz, spokojnie, bardzo żyjesz!”. Dobrze, że mam wolne, że mąż ma drugą zmianę, że więcej naszych chwilek było. To ważne, aby chcieć takich wspólnych momentów, aby one dodawały smaku. Sól życia w parze. Związek staje się smaczniejszy, chcemy go więcej, i potrafimy dać sobie i słowem, i czynem coś, co tylko nasze, a nikt inny nie ma dostępu. Wtedy częściej są w użyciu słowa o których jakoś nie pamięta się, nie epatuje nimi, a które pieczętują i ciągle utwierdzają w dobrym wyborze.

Przychodzi popołudnie, mały z przedszkola, inne sprawy, inne towarzystwo. Podwórko, spokój czytania książki, nie muszę uganiać się z Kleszczykiem, choć uprzedzony o moim braku formy zajął się innymi zajęciami i najlepszym kolegą. Świat dla niego przestał istnieć. Jestem a jakby mnie nie było. Tak będzie coraz częściej i coraz więcej będzie spraw, do których ja nie będę potrzebna. Mogę spokojnie zająć się lekturą, choć i ten spokój się kończy wraz z pojawieniem się innej mamy, stajemy się mało uważnymi widzami poczynań naszych dzieci. Lektura czeka na inny czas. Nie ma plotek, gładka rozmowa. Poznajemy się, czegoś się o sobie dowiadujemy. Z pewną rezerwą, bo czasami nie wszystko się mówi obcym choć znajomym. Pojęcie znajomy odnosi się zarówno do tych których kojarzymy z widzenia, z którymi wymieniamy grzecznościowe skinienia na dzień dobry, i tych o których czasami wiemy sporo więcej, czasami nawet jesteśmy powiernikami tajemnic. Nie przyjaźń a znajomość. Niby nic szczególnego a jaka różnica w odbiorze i w pokładach szczerości. Przyjaciel powinien wiedzieć o nas wiele, znajomy nie musi wiedzieć nic. Największy przekrój, wachlarz w stopniowaniu znajomych chyba na portalach społecznościowych można zaobserwować, niektórzy nawet w pewnego rodzaju hobby zmienili ilości znajomych. Kolekcjonerstwo znajomości. Na setki, na tysiące i znajomy, znajomemu nie równy, tak jakbyśmy powiedzieli mało znajomy, więcej znajomy, minimalnie znajomy, średnio, dużo, ogromnie, całkiem nie, i wszędzie w domyśle słowo znajomy. A bywają prawdziwie dobrzy znajomi których w tym portalowym życiu nie mamy, z różnych przyczyn, z powodów całej rzeszy. Czasy mamy mało dobre dla relacji z drugim człowiekiem, przyjaźń przykrywamy wirtualnymi znajomościami, rozmowę zdawkowymi postami, szczerość wyznań enigmatycznymi pochwałami emotikonek. Czy to prawdziwie wystarczy do normalnego życia? Czy komuś przyjdzie do pomysłowej główki w taki sposób żyć w parze z drugą osobą? Zamiast porannej kawy w ulubionym kubeczku, o parę kryształków cukru przesłodzonej ale jak najbardziej realnej dostaniemy średnik i nawias zamykający. Liczę na to, że nie dane mi będzie doczekać aż takiego czasu, wcześniej po prostu nastąpi ranek w którym nic nie będzie boleć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163379
Osób: 145834