Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

BĘDĄ ZAKWASY
Notatkę dodano:2014-03-12 22:15:47

Rozpanoszyła się osiemnasta godzina trwania mojej doby. A przecież to nie koniec, teraz dopiero chwilki, które mogę poświęcić na swoje sprawy. Za mało ich, nie wszystko da się zrobić przez ten pozostały czas. Długa, gorąca, pachnąca kąpiel postawiła mnie odrobinę na nogi. Mogę dzięki niej więcej, jeszcze dam radę wykrzesać z siebie coś sensownego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Dzisiejszy dzień upłynął mi a właściwie nam, czyli Kleszczykowi i mi pod egidą aerobiku. Aby nie zostać opacznie zrozumianą nie było tak, że cały dzień skakaliśmy i wylewaliśmy siódme poty. Cały ceremoniał trwał jakieś czterdzieści minut, a wcześniej i moja praca i młodego szkoła. Tylko tak jakoś inaczej to nasze popołudnie miało wyglądać niż codziennie. I może dlatego bardziej taki właśnie aerobikowy dzień z podkreśleniem akurat tego. Dziś nie było roweru dosiadanego przez młodego, mojej próby czytania następnej książki, bytności na pobliskim orliku. Dziś był aerobik. Jak wisienka na torcie, która kusi aby zrobić wszystko by wylądowała akurat na naszym talerzu. Ktoś dał mi możliwość, szansę a ja z niej skorzystałam. Nawet moja radość niewspółmiernie większa od radości młodego. Przestałam się przejmować męskimi fochami, tym dziecięcym niezadowoleniem które potrafi odebrać radość. Z pewnym wysiłkiem a może ciekawością, cóż za magnes przyciąga rodzicielkę do szkoły, młody karnie podreptał w rynsztunku do wypocenia, nie krępującym ruchów. Ja tuż obok, jakieś dresowe lekkie spodnie, przylegająca ciasno koszulka uwidaczniająca pewne mankamenty, jednak nie wywołująca moich oporów ani zażenowania. Dwa lata temu zakryłabym się za obszerną bluzą, krygowała bym się, może nawet wcale nie poszła. Teraz jestem młodsza niż wtedy, w mojej głowie inny porządek panuje, i robię pewne rzeczy bez oporów, z większą łatwością. I poszliśmy, bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej, z pełnym zaangażowaniem, na maksa. Podskoki, wymachy, brzuszki, z dziećmi asekurującymi lub asekurowanymi, biodra, ręce, nogi. Same mamuśki, każda młodsza ode mnie, ja wśród nich na całkowitym luzie, dzieci w równym lub minimalnie różnym wieku. I mam w nosie, jak mnie oceniły, co jutro na placowym targowisku próżności będzie mówione. Dałam radę do ostatniej minuty wyskakać z siebie odrobinę potu, bo przecież nie było przygotowania, moje ciało nie przyzwyczajone do aż takiej aktywności. Teraz już wiem, w którym miejscu jutrzejszy dzień będzie odczuwany, co pracowało za wiele, lub może po prostu ruszyło się po bezruchu. Jutro wreszcie wolne po pięciu dniach pracowitych, wiem jak wyleczę dziś wyprodukowane zakwasy, i nikt nawet nie będzie się domyślał, że one gdzieś były. Mój obraz ma być właśnie taki bez niepotrzebnego okazywania słabości. Dopóki mogę czuć tę swoją siłę, nie chcę przykrywać jej biadoleniem. Że boli kręgosłup, że tu strzyka, tam coś łupie. Nie biadolić, rozmasować, wetrzeć maść, nałożyć jakiś opatrunek i dalej śmigać w swoje sprawy. To nie jest przecież tak, że mi nigdy i mi nic. Mi też czasami i mi też coś. Ale próbuję sama sobie pomagać, nie czekając na rodzinkę, która zacznie koło mnie chodzić na paluszkach opiekując się i zapobiegając. Wiem do czego służą syropy, aplikuję, na co pomaga mi tabletka, łykam. W ostateczności maszeruję do lekarza i szukam pomocy. Bo przecież bywa ta pomoc mi potrzebna, zdarzają się problemy. Tylko o nich wie niewielu, i właśnie ci nieliczni czasami mobilizują do wizyty u specjalisty, bo we mnie opór, bo wierzę, że jakoś da się przeżyć to życie nie kłopocząc innych swoimi przypadłościami. Staram się jak mogę i na razie wychodzi ...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESTEM... MYŚLĘ... KOCHAM...
Notatkę dodano:2014-03-11 22:04:40

Parę dni temu filozofowałam, coś o przeciwnikach było, o ich wpływie na nasze osiąganie wyników, na efekty rywalizacji z kimś o podobnych siłach, kto może stać się naszym bodźcem do mobilizacji. Teraz podobnie, choć posunę się dalej w tych swoich nieodgadnionych kierunkach myśli. Nie bez powodu, choć powód błahy a nawet opierający się o pewien kierunek sztuki. Tacy jak ja i mi podobni, którym nie tylko wszechobecne dudnienie i obcojęzyczne „kawałki” dają poczucie pewnej pełni szczęścia, wznosząc nas na swoiste wyżyny odczuwań i ulubień rodzimych piosenek, ktoś sprawia radość tekstami które coś sobą przekazują. I wsłuchuję się zanim coś przekreślę, lub polubię. Muzyka z tekstem współgrająca i przy okazji coś więcej mająca w sobie, niż tylko jałową papkę, którą słyszymy przez parę tygodni a następnie zapominamy bezpowrotnie. Ta bezpłciowa, o małej wartości twórczość, choć może przynosić profity wykonawcom, i tak niewątpliwie jest, w odbiorcach nie zawsze pozostawia jakikolwiek ślad. Nie przynosi nam sobą żadnych przemyśleń, nie doprowadza do wniosków, nie wyznacza kierunków. Oczywiście nie mogę oceniać wartości, bo ani do tego nie mam przygotowania ani nie mam zamiaru negować jakichkolwiek gustów słuchaczy. Każdego wolny wybór czego słucha i co się podoba. Czy lubi sam dudniący łoskot, czy zawodzące monosylaby, czy też coś co da się wysłuchać, powtórzyć i przemyśleć. Stąd moja pewnego rodzaju fascynacja tym co powstawało dzięki Markowi Grechucie, Agnieszce Osieckiej. Głębokie teksty z przesłaniem, a dodatkowo muzyka do nich jakby nierozerwalnie tworząca całość w pełnej krasie wszystkiego co najlepsze. Ostatnio przy okazji pewnych poszukiwań natrafiłam na piosenkę wykonywaną przez Katarzynę Groniec.

„ List do wroga” Jak dalece wróg może stać się motorem do naszego działania? Czy faktycznie potrafiłabym na przekór jego knowaniom i zawiści podnieść się z upadku, otrząsnąć i stanąć do walki w bezkrwawym starciu z życiem. Czy osoba mieniąca się zaciekłym przeciwnikiem wie jak dalece może stać się powodem do obudzenia pozytywnych sił w tym, kogo najchętniej widziałaby na dnie lub życzyła najgorzej. Jak bardzo destrukcyjne potrafią być ludzkie relacje a zarazem jeśli natrafi się na osobę o odpowiedniej konstrukcji psychicznej jak mogą stać się budujące. Na przekór, jakby wbrew oczekiwaniom tym, których nasza porażka by usatysfakcjonowała. Otrząśnięcie i mobilizacja, z hasłem: „ nie zobaczysz mnie słabej, nie zobaczysz płaczącej, dam ci tylko obraz siły i uśmiech, który nie zniknie z mojej twarzy choćbyś najbardziej tego pragnął”. I dla tego wroga wejdziemy na każdy życiowy Mount Everest, łatwiej przyjdzie każda sprawa, którą zaplanujemy na przekór temu źle życzącemu. Dla mnie tekst piosenki nie rozmija się z prawdą, i jest tej prawdy całkiem dobrym wyrazem, a co najbardziej mnie przekonujące szczyptę mojego życia przywołuje z zakamarków pamięci.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZELECIAŁO, MINĘŁO, NIE WRÓCI
Notatkę dodano:2014-03-10 21:00:58

Minęły trzy doby od kiedy byłam tu ostatni raz. Niewiele, choć zarazem sporo. Dużo może się wydarzyć w tym czasie, choć nie zawsze się wydarza. Ja swoje zesłania odbieram jak wielokrotności minionego czasu. Nie czuję że to były trzy doby. U mnie przetwarza się ten czas w jakieś dłuższe jednostki, i za każdym razem wracając mam odczucie jakby minął tydzień, dwa. Krzywe zwierciadło czasu. Nie mam poczucia czasu straconego. Coś się przecież dzieje w moim życiu, tylko zmieniam otoczenie, osoby wśród których przebywam przez chwilę są inne. Wszystko pozostałe takie samo. Małe części składowe tego co zaczyna się dziać, co mnie z każdej strony zaskakując radośnie osacza. Drzewa puszczające pierwsze liście, seledyn zdobiący wierzbę który widoczny pod słońce staje się nadzieją na tych urokliwych długich, poruszanych każdym najmniejszym podmuchem wiatru, wiotkich gałązkach. Ptaki gdzieś na samych czubkach tych najwyższych w okolicy poniemieckich jeszcze topoli, pełne rozśpiewania lub hałasujące tuż obok na dębach wrony obwieszczające całemu światu, że tu jest ich terytorium i każdy intruz zostanie potraktowany zwielokrotnionym wrzaskiem i deszczem odchodów. Szron o poranku i niebo na wschodzie nieśmiało jaśniejące, choć wokół jeszcze ciemność i migotliwe wszelakie gwiazdozbiory których panowanie wydaje się niezachwiane i pewne. Dni już długie, coraz cieplejsze, radosne choć dające też dylematy odzieżowe dla takich jak ja, wcześnie wychodzących do pracy. Coś trzeba będzie przy powrocie ściągnąć, jakąś „warstewkę cebuli” gdzieś nieść, czy to w ręku czy też w reklamówkach, lub zostawić w pracy. Jak co roku, niezmiennie następują te wiosenne przeistoczenia z zimna w ciepło, i jak co roku mam ten sam dylemat. Czy dziecko nie za lekko ubrane, czy nie zmarznie, czy nie za ciepło czy się nie przegrzeje. Chucham, dmucham a przecież nawet mój klosz opieki coś przepuści, jakiegoś intruza się wpuści niechcący, jakoś tak przez przypadek. Chociaż nie popadam w przesadę, nie rwę włosów z głowy. Może ta moja wiara w fatalistyczne przeznaczenie daje pewnego stoicyzmu w moim podejściu. W sobotę moja mama przejęła pieczę nad Kleszczykiem. Nie jest za często wykorzystywana w taki sposób, więc kiedy już dostąpi tego wątpliwego zaszczytu opieki nad wnukiem stara się stanąć na wysokości zadania i nieba przychylić najniżej jak się da. I tak przychyla często bez mojego przyzwolenia i aprobaty, jednak z udawaną obojętnością. Młody wyczuwa, że można babcię naciągnąć, troszkę za nos powodzić i robi to po dziecięcemu bez skrupułów. I zdarza się nic burzącego ten ich wspólny czas nie następuje, przechodzi gładko i bez potknięć denerwujących babcię. Cóż, ostatnia sobota z małym incydentem przeszła, na moment opieka nad wnukiem przerosła nadopiekuńczą nestorkę. Młody niepomny przestróg, nieświadom praw fizyki, głupiutki po dziecięcemu i po takowemu szybszy w tym co robi od jakichkolwiek wniosków czy wyobraźni, zaliczył upadek z huśtawki. Jak się okazało nic groźnego, jednak babcia miała nerwy zszargane, ciśnienie podniesione i galopujące czarnowidztwo co by było, gdyby.... Fakt, jej własna córka, czyli mamusia Kleszcza, w podobnym wieku zaliczyła w przedszkolu upadek ze sprzętu huśtającego zakończony szyciem i blizną na czole stającą się przestrogą na całe życie. Moja trauma huśtawkowa przeszła, jej widocznie została. Gadania było co niemiara, i właśnie brak tego mojego podejścia, które kazałoby się cieszyć, że nic się nie stało, bo akurat wtedy stać się nie miało. Może nigdy się nie stanie, a może za czas jakiś nie ominie nas takie doświadczenie. Jestem inna od mojej mamy, i dobrze mi z tą innością, choć czasami nasze podejścia do niektórych życiowych spraw powodują małe lub większe spięcia. Pewnie się to nie zmieni, będziemy takie już na zawsze. Inne środkiem choć podobne ciałami. Nigdy chyba nie staniemy się sobie tak bliskie jak bohaterki „Domu nad rozlewiskiem”. Książkę zdążyłam przeczytać, zarywając odrobinę wczorajszą noc. Cóż dzień za krótki, czasami tak trzeba coś, za coś. Może kiedyś się wyśpię, osiągając ten czarowny limit ośmiu godzin. A może moja konstrukcja nie potrzebuje takiej ilości snu do sprawnego funkcjonowania.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SPARINGPARTNER
Notatkę dodano:2014-03-07 16:30:08

Trzy godziny mam do rozdysponowania, i niby dużo zarazem minimum, które przeleci niczym błyskawica. Pourlopowa codzienność tak się układa, że nie zawsze wiem co mnie będzie czekać, co się wydarzy, jak potoczą się najbliższe godziny. Taka norma do której przywykłam, choć czasami stawiająca mnie pod ścianą, wymagająca szybkiej reakcji, działań na już, na teraz. Pociągnięcie za konkretny sznurek w konkretnym czasie. I ciągam te sznurki, jak się splączą rozplątuję. W końcu skoro jest się szyją, która kręci tym co wyżej... Tak i obecnie informacja, szybka decyzja, zmiana pierwotnych planów. Dobrze, że udało się wyszarpnąć chwile dla siebie, że obiad naprędce załatwiony, chleb zdąży się upiec zanim zmienię chwilowe miejsce pobytu. Tempo i moje próby nadążenia, akurat dziś z sukcesem. Teraz mam tą trzygodzinną rezerwę i wykorzystam ją tak, aby nie zmarnować. Zresztą w moich oczach ten czas może być określany jako spędzony w miarę pożytecznie, w oczach innych będzie zmarnowany. Mój czas, moje rządy. Do południa też zarządzałam swoimi zasobami czasowymi, wedle uznania i dla swojej własnej przyjemności. Skoro brak innych rozrywek, zapewniłam sobie tą, która daje przyjemność. Dwie godziny basenu, brak tłoku i paru podobnych do mnie amatorów dających sobie bez przymusu w kość. Przez następne pięć dni będę tej swojej przyjemności pozbawiona, to dziś wykorzystam nadarzającą się okazję. Na sąsiednim torze pływa mężczyzna, prawie równolatek, podobne do mojego tempo, choć przecież to facet więc i sił ma więcej, a i budowy słusznej, więc teoretycznie moje szanse przy nim mniejsze. Diabeł we mnie wskoczył, i potraktowałam go jak przeciwnika w tej swojej grze. Nie wiem, czy zauważył, czy może podobnie jak ja jego, on potraktował mnie. Nasze tempo równe, no prawie równe... Mężczyzna podziałał na mnie jak mechanizm nakręcający do działania. Mobilizator. To było tylko pływanie, mające być relaksem, choć stało się pewną rywalizacją. Nie pisaną co prawda, nie wymówiliśmy do siebie żadnego słowa, może wystarczyło spojrzenie, może zachowana mobilizacja od początku aż do ostatniej wykonywanej wspólnie długości, zarówno z jego jak i mojej strony. Nie ważne, jak ta nasza rywalizacja się zakończyła. Kto ciekawy odpowiem prywatnie. Bo nie jest to istotne, może ważniejsze jest coś innego. W małych i dużych sprawach niektóre jednostki lubią gonić za celem, dają z siebie więcej, niż bez tej przysłowiowej marchewki przed sobą. Ktoś równorzędnie wykonujący podobne czynności staje się motorem do naszych działań. I zapatrzeni w tego swojego przeciwnika dajemy z siebie tyle, ile w samotnym działaniu byśmy nie dali. W myśl zasady : skoro on może to ja też dam radę. W starciu z przeciwnikiem dużo silniejszym dopada nas zwątpienie, widząc zbyt wielką dzielącą przepaść nie podejmujemy rękawicy. Wiemy, że nie sprostamy wyzwaniu rywalizacji z mistrzem, jednak z osobą podobną sobie, już nasza wewnętrzna mobilizacja wzrasta na tyle aby dodać sił, odgonić zwątpienie, podbudować morale. Cel daleki staje się w zasięgu ręki, i wyciągamy po niego rękę i łapiemy choć wcześniej wydawał się nie do złapania. Dzięki przeciwnikowi o podobnych możliwościach potrafimy więcej, mniej nas to męczy a kończy się podsumowaniem : „dałam radę”. Ja dziś dałam radę, pokonałam pewien opór, wytrzymałam. Może powinnam szukać sobie także w innych sprawach sparingpartnerów, a może tylko od czasu do czasu potrzebna jest taka mobilizacja wynikająca z rywalizacji z drugą osobą. Każdy sobie na to sam odpowie i sam podejmie decyzję czy woli sam się podkręcać czy podkręcać się rywalizacją z kimś. Ja obecnie będę prowadzić nierówną rywalizację z mijającym czasem, który uszczuplony przez tą notkę daje mniej szans dla mnie i w tym starciu.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


NIE CHCĘ BYĆ TAKA , MOŻE UDA SIĘ NIE BYĆ
Notatkę dodano:2014-03-06 23:12:21

Dlaczego nie sparowałeś skarpetek? Przecież prosiłam rano, i miałeś zrobić....

-Bo pisałem ale nie literki, bo miałem zadane ze szkoły, i jeszcze rysowałem dla ciebie coś ale ci tego nie dam teraz, i jeszcze …..

Słowotok miał mnie przekonać o nawale zadań, które absorbowały moje dziecię, tak pięknie i tajemniczo mające nie powiedzieć, a powiedziało coś, co miało czekać na pojutrze i jakoś wymsknęło się. Udaję, że nie dosłyszałam, że słowo które padło nie zaistniało. Czasami tak trzeba. Moje dziecko przygotowało coś dla mnie, owiane to tajemnicą, i takie po dziecięcemu beztroskie. Twarz zachowała powagę, ale w środku, aż rechoczę od tej nieporadnej tajemniczości. Za dziesięć lat nawet może nie przyjść do głowy, że ja to kobieta, że i mnie dotyczy to niewieście święto. Ale o tym nie dziś, dziś inne pogodne radości jakoś same z siebie mną zawładnęły. Bez większego powodu, ot tak gdzieś w środku taki uśmiech, który nieśmiało wyłazi też na twarz. Czasami niewiele trzeba aby było dobrze. Wypłata za pasem, może to jej świadomość, i oczekiwanie na krótkotrwałą bytność na koncie. Zdrówko unormowane, jutro wolne przed pracą w następne pięć dni, jakaś zwyżka sił. Wracam z pracy, już szarzejący dzień, w uszach Marek Grechuta z „Głosem” który jakoś mi pasuje do tego dnia. Nie tylko budzi pewne wspomnienia to jeszcze dodaje jakiegoś optymizmu. I tak mi lekko. Jeszcze nie wiem, że dziecko nie wypełniło prośby, że roześmieję się na te mało dorosłe powody, które w jego oczach mają wartość inną niż ja to odbieram. Dziś stałam się małą dziewczynką w ciele całkiem dorosłej kobiety. I nie ważne są te metryczne wskaźniki, to tylko błąd poczyniony gdzieś w urzędzie na górze. Ten dzień tak radośnie się kończył a i zaczął się całkiem dobrze. Nie było marudzenia przy wstawaniu. Jedzenie dziś wybitnie nie polegało na wiecznym mieleniu jednego kęsa. Wszystko sprawnie, tak jak lubię z pełną dynamiką i tempem, które daje szansę na dobry początek. W szkole ogłoszenie : wtedy a wtedy organizuje się aerobik... rodzice z dziećmi...Wchodzi nauczycielka, na mój widok, ale pani przyjdzie...? ni to stwierdza ni pyta. Wiadomo, że przyjdę, proszę zapisać.... Od rana jakieś ADHD mnie nosi, może to tempo syna, które wreszcie zgrało się z moim. A młode mamusie odprowadzające swoje dzieci, kobiety mające po trzydzieści lat, i mniej, przysiadły na ławeczce i znudzone, niedospane, takie wymięte siedzą, jakieś półsłówka. Patrzę i widzę istoty, jednakowo przemęczone, wyzute z zapału do czegokolwiek. Odprowadziły dzieci, wrócą do domów, ugotują obiad, posprzątają, poczekają na powroty z pracy domowników, odbiorą dzieci, czymś zabudują swoje życie, odeśpią noc i znowu przyjdą przemęczone. Lepiej na nie nie patrzeć, może to przemęczenie jest jakąś rozprzestrzeniającą się zarazą. A ja nie chcę być jak one, i będę się głupawo cieszyć z tego, że nie mając powodów do smutku, właśnie w tym mam największy powód do radości. I w wyznaczonym terminie przyjdę i poskaczę z synem, gubiąc tempo, nie trzymając fasonu osoby, która mogłaby być jego babcią a takową w staroświeckim pojęciu mam nadzieję nie za szybko się stanę. I choćbym była zmęczona po pracy, choćby każdy najmniejszy mięsień dawał znak swojej obecności, nie będę grzać ławy razem z młodymi, zmęczonymi mamusiami, które wiekowo jakoś starzej ode mnie się zachowują.

               Jeszcze nie ten czas.

                                      Na ten czas - mam jeszcze czas.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


ANONIMOWA SZCZEROŚĆ
Notatkę dodano:2014-03-05 21:49:06

Dobre odeszło w dal przeszłości, urlop minął, rozpoczęły się pracowite dni. Krótki czas odskoczni zakończył się. Wskoczyłam na powrót w całkowicie normalną normalność. Już wieczór i mogę podsumować ten miniony dzień. Taki zwyczajny był, co nie wyklucza pewnego rodzaju moich obserwacji. Ponudzę w przydługim tekście. Mogę sobie pozwolić, już wieczór, mały śpi, mąż czeka na mecz, a ja udokumentuję te minione chwile. Powrót po urlopie jak zawsze pytania, żarty od współpracowników, sztampowe i nieodkrywcze. Każdy to przechodzi, każdy odpowiada, coś relacjonuje. Zaspokojenie ciekawości, czasami tylko kurtuazyjne pytania niektórych, na które nikt nie oczekuje odpowiedzi. I tak sobie zaczęłam bez spodziewania się czegokolwiek mającego zaskoczyć czy zadziwić. Nie zaskoczyło, nie zadziwiło, choć jedna sprawa mająca dziś miejsce, gdzieś wewnętrznie mnie rozśmieszyła. W ramach wybadania naszego, pracowników zadowolenia ze swojego miejsca pracy, stosunków w nim pracujących, w otoczce słów mających nas przekonać o sensie powyższego oraz o dalekosiężnych efektach rozdano nam „anonimowe ankiety”. Brzmi znajomo. Słowo „anonimowe” w swoich założeniach ma potencjalnego wypełniającego zmotywować do szczerości oraz odwagi wypowiadanych sądów. Pytań około trzydzieści i początek niczym w dobrym kabarecie:

wiek

płeć

wykształcenie

zawód wykonywany...... Anonimowa ankieta.... w dalszym ciągu rozpytywała o oczekiwania, o relacje, mobbing, stalking. Anonimowej ankiety powiedziałam, że nie wypełnię, bo ani ona anonimowa ani sens jej wypełniania jakikolwiek. Troszkę krzywo kierowniczka na mnie popatrzyła, przyjęła do wiadomości. Anonimowe ankiety które ktoś wymyślił bo dostał wytyczne, że kolejna makulatura poprzez unijne nakazy ma zajmować następny kurzący się segregator. Po początkowych punktach bez jakiegokolwiek trudu można dojść do osoby wypełniającej i w zasadzie nawet to mnie tak nie rusza jak fakt, że sama konstrukcja zakłada ułomność odpowiadającej na pytania osoby. Z niejakim politowaniem patrzyłam na karnie wypełniające, podglądające jedna drugiej, ze szkolnym pytaniem „ co zaznaczyłaś?”, moje koleżanki. One już wypełniają te rubryczki w sposób, przekreślający jakikolwiek sens szczerości i własnego osądu sytuacji w miejscu pracy. Jedna od drugiej spisze, i podobnie jak wymyślający ankietę miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku, tak one odfajkowały pańszczyznę. Z braku anonimowej ankiety wypełnionej przeze mnie, nikt się nie będzie tłumaczył bo zapewne nikt nie będzie analizować powtarzającego się tekstu w punkcie o treści : „czego oczekujesz od dyrektora ?” - podwyżki.

Lata mijają, systemy się zmieniają, a pewne anonimowe działania pozostają takie same. Buntuję się przed nimi, widzę bezsens. Jedyne co mogę w tym sprzeciwie uczynić, to albo wypełnić zgodnie z sumieniem, choć niewiele to zmieni, albo ostentacyjnie głośno powiedzieć : nie wypełniam, bo to bzdura. Jeśli ktoś jest zainteresowany moimi motywami w tym sprzeciwie, możemy podyskutować, ale dla samego faktu wykonania planu przez przełożonego i oddania kompletu ankiet ręki nie przyłożę.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


STRZEŻ MNIE PRZED NUDĄ
Notatkę dodano:2014-03-04 21:48:04

Udało się wypełnić plany, uczcić ostatni dzień urlopowania. Zgodnie z zapowiedzią było mi dane basenowe szaleństwo. Udało się być tyle ile chciałam. Pusty basen w którym jedyną osobą przez parę chwil byłam ja, gładka tafla błękitnej wody. Burzę tą płaskość, zanurzam się w spokój. Rytmicznie, swoim tempem, bez konkurencji. Trzech ratowników siedzących na swoich nieśmiertelnie czerwonych krzesełkach, niczym krokodyle czekające na ofiarę. Nie dałam satysfakcji, nie miałam w dzisiejszych planach topienia, ani sprawiania swoją osobą kłopotów. To miał być dzień spokojny, bez szaleństwa, i właśnie taki był, leniwy ( pomijając basenowy wysiłek). Podwyższyłam normę, dałam sobie fizyczny wycisk. Zakwasy po działce lub po niedzielnym spacerze w wodzie gdzieś znikają, nic nie boli. Może to tak jest, że jak robi się coś co daje radość, czego się pragnie to nawet boleści przechodzą. Zmęczenia przy pływaniu nie czuję, mogłabym więcej, choć zdaję sobie sprawę że nie ma co przesadzać. Jeszcze by się „krokodyle” doczekały i byłby wstyd. A tak siedzą, zajęci rozmową, omiatają moje wysiłki znudzonym wzrokiem. Zastanawiam się czy już poznali moje zwyczaje, takie schematy. Wejście, przepłynięcie pod wodą na środkowy tor i niezmienny klasyk, powolny, rytmicznie bez zmiany tempa, tak jak pływają panie w pewnym wieku. Ostatnie dwie długości basenu wykonuję zawsze grzbietowym i bez ociągania wychodzę. Nie ważne ile przepłynęłam w taki sposób kończę, a oni siedzą i patrzą. Nudna taka praca, przecież ileż można patrzyć, omiatać wzrokiem tych co i tak topić się nie zamiarują. Nie wyobrażam sobie takiej stagnacji, choć to i tak nie jest najgorsze z zajęć, które można w życiu robić. Wieki temu będąc na praktyce w zakładach cukierniczych, miałam możliwość poznania pracy, której nigdy w życiu nie chciałbym wykonywać. Chyba nie do końca mieli pomysł na zagospodarowanie takim potencjałem jak, my uczniowie technikum, którzy musieliśmy przejść miesięczną praktykę, a ani wyszkoleni ani nazbyt gorliwi nie byliśmy. Było to w czasach realnego socjalizmu, kiedy jeszcze szczerzący kły kapitalizm nie żyłował każdej pracowniczej jednostki do ostatniego soku. Szwendaliśmy się, nigdzie nie zagrzewając zbyt długo miejsca, to na jednym stanowisku, to gdzieś obok, jakieś mało ważne zajęcia. Pamiętam jak posadzono mnie na krzesełku z mającą wyzwolić świat misją wybierania braków czyli nieopakowanych cukierków z przesuwającej się przede mną taśmy. Otoczona takimi taśmociągami pod różnymi kątami w pewnym momencie poczułam jak razem z tym przenoszącym towar mechanizmem unoszę się gdzieś w irracjonalne wyżyny hali produkcyjnej. Wrażenie było niesamowite. I to moje gapienie się na taśmę po której przesuwały się różnobarwnie zapakowane cukierki. Niebieskie, zielone, czerwone, żółte papierki sunące i sunące miarowo, jednostajnie stukając, taśmociągi też huczały po swojemu. Mechaniczne dźwięki, jednostajny ruch, wznoszenie gdzieś, choć to ostatnie tylko w mojej oszukiwanej wyobraźni. I lecą słodycze zapakowane, lecą minuty, nuda powoduje ziewanie. Niebieskie, zielone, czerwone, żółte ciapki papierków przebiegają przed oczyma. Ciągle to samo, oczy zaczynają się kleić choć noc przespana, choć młode ciało nie potrzebuje snu. Niebieskie, zielone....w pewnym momencie coś w tym kolorystycznym szyku zaczyna się dziać, gdzieś zanikł czerwony czy żółty, senność ulatuje, mam łapać te niedopakowane. Chwila alarmu dla zasypiającego ciała, i dalej nuda jednostajna w całym swoim otoczeniu i wykonywanej misji. Nigdy więcej takich misji. Do końca praktyk unikałam tej hali jak najgorszej zarazy, ta praca choć żaden wysiłek fizyczny nie wchodził w grę, była dla mnie zabójcza. Panie daj szansę na inną pracę, nie każ wykonywać czegoś tak monotonnego, tak strasznie banalnego. Mogę robić różne rzeczy, mogą być fizycznie męczące, ale niech nie będą tak jednostajnie nudne. Nie wiem jak długo wytrzymałabym w takiej pracy, pewnie jeśliby trzeba było dałabym radę czas jakiś żyć w takim unieszczęśliwiającym zajęciu. Na szczęście dotychczas choć robiłam wiele i różnych zawodów miałam okazję posmakować oszczędzone mi było takie które nijak do mojego charakteru nie przystaje. Może to mój opiekuńczy Aniołek czuwa abym trafiała na zajęcia, które więcej w sobie nieobliczalności i chaosu niż nudy mają. Czuwaj dalej Aniołku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOŃCZY SIĘ URLOP...FILOZOFUJĘ
Notatkę dodano:2014-03-03 17:09:54

Znowu ludowe porzekadła okazały się pełne realizmu i zawoalowanej prawdy. „W marcu jak w garncu”. Wczoraj ciepło, które kazało nawet takiemu zmarzluchowi jak ja zapomnieć o szaliku, zimowej kurtce i w polarze wybrać się na długi spacer po słonecznej stronie marca. Dziś choć to jeszcze nie szczyt możliwości - to pewne i wiadome dla każdego, zrobiło się chłodno, wietrznie. Poranny pomiar temperatury choć na plusie, jednak nie dający już takich striptizowych możliwości dla mnie i dla tych bardziej lubiących chłód. Kurtka nie odstawiona do przechowalnianego lamusa, ponownie na grzbiet nałożona. Antrakt w cieple. A może właściwsze będzie stwierdzenie „mniejsze ciepło” w antrakcie zimy. Przecież to dopiero marzec a moje przyzwyczajenie tak się rozochociło, jakby to co najmniej maj już był. Wczorajszy niedzielny dzień, z mocno operującym słońcem, dawał namiastkę środka pięknej wiosny, choć jeszcze nie tak zielono, nie tak kwieciście, jednak tylko patrzeć a wszystko buchnie pełnią wyczekiwanej pory roku. Będę cierpliwie zmieniać zimowe ubrania na te lżejsze, warstwy cebulki będą się obnażać lub zwielokrotniać. Czas przejściowy, choć już z mniejszą nostalgią i przygnębieniem. Po wczorajszym dniu, kiedy aż się rwałam do wyjścia, do tego świetlistego krajobrazu, dziś uderzenie podmuchów zimnego wiatru przyhamowało moje zapędy. Wcześniejsze plany nakreślone gdzieś w zakamarkach mojej głowy zakładały wypad na basen, przeżycie przedostatniego urlopowego dnia dla siebie i po swojemu. Sama z nich zrezygnowałam, ugotuję porządny obiad, coś dla siebie zrobię w domu, książka w połowie rozbabrana, pranie jak zemsta złych wróżek sporą stertą straszy w łazience. I wiatr, który chyba najbardziej zawinił w mojej rezygnacji. Jeszcze jutro pozostaje, może się uda wyrwać i dać sobie wycisk w wodzie. Zaszaleję wykupię dwie godziny i rozmięknę niczym galaretka w za ciepły dzień. Dziś posmakuję ciszy bez Kleszczyka, który zaczął swoją aktywność w zerówce. Ciężko było po tych dwu tygodniach laby wstawać. Marsowa mina, pytania o sens, o konieczność, i nieśmiertelne „nie chce mi się”. On jeszcze tej świadomości nie posiadł, a ja już od dawna wiem, że na takim właśnie egzystencjalnym niechceniu nie jeden dzień mu się w życiu rozpocznie, a i niejeden cały tak przejdzie. Jego dziecięca beztroska daje tych bodźców, które nam dorosłym już niejednokrotnie nie wystarczają. Zapominamy o małych radościach czując tylko kolejny mijający, nic sobą nie przynoszący dzień. Nie ma w nas tej radości dzieci, które rozchwiane raz się smucą aby za dwie minuty cieszyć się całą pełnią. My dorośli jak już wleziemy w smutną nutę to siedzimy w niej użalając się nad sobą i nie zawsze potrafiąc zauważyć to lepsze otaczające nas z każdej strony. Nie nauczeni, przygaszeni często widzimy to co smutne, byle jakie, i tą bylejakością dajemy się otulić nie dając dostępu jaśniejszym postrzeganiom rzeczywistości. Dziwaczną przypadłością staje się widzenie szarości i wspominanie jak to kiedyś, dawniej było kolorowo, jak było pięknie. A to pięknie powinno siedzieć w nas samych, bez porównań, bo przecież dzisiejsze teraz, jutro też stanie się przeszłością i może także tą ładniejszą niż teraźniejszość. Trzeba się cieszyć tym co teraz bez skakania w kiedyś dawniej. Kiedyś byłam młodsza, miewałam więcej sił, i głupich pomysłów, teraz może z siłami bardziej krucho jednak pomysły już mniej głupie, i postrzeganie tego co prawdziwie ważne, inny wymiar przybrało. Idąc w kierunku dorosłości, dojrzałości, zaliczając kolejne etapy nie tylko dostajemy od życia w kość. Dostajemy coś jeszcze – doświadczenie. Dźwigamy ten coraz cięższy bagaż, czasami w którymś pakunku coś się zagubi, bywa po jakimś czasie odnalezione, i jest szansa na chwilę melancholijnych wspomnień. Każdy z nas ma swój bagaż, przez innych widziany jak zamknięta walizka. Naszą decyzją czy uchylimy i pokażemy zawartości, czy będziemy trzymać zamkniętą w pawlaczu na szyfrowy zamek. Zresztą to, jak bardzo i komu chcemy pokazać te rupiecie naszych przeżyć każdy decyduje sam. Bo przecież to co w walizce się znajduje ma wartość dla mnie a dla tego przypadkowego ciekawskiego, to tylko nieistotne epizody bez znaczenia. Choć ja jakoś lubię otwierać swoje bagaże, przed niektórymi słuchaczami. Wybrańcy wiele o mnie wiedzą, innym tylko uchylam boczną kieszonkę w której niewiele widać.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


NIE WIDZĘ WNĘTRZA SZKLANEJ KULI
Notatkę dodano:2014-03-01 21:38:12

Ślicznie rozpoczął się ten miesiąc, wiosennie, słonecznie. Sezon działkowy rozpoczęty, pozimowe śmieci powoli nikną. Jeszcze odrobinę pracy będzie wymagało dojście do pewnej równowagi z tym co jest a co być powinno. Jeśli pogoda w dalszym ciągu będzie tak łaskawa jak w ten pierwszy dzień marca, jest szansa na szybkie uporanie się z zaległościami i doprowadzenie do pewnego ładu. Dziś ja i Kleszczyk wykazywaliśmy pełne zaangażowanie, jakiś zapał do prac na działce. Ogrom tego co jest do zrobienia powoduje pewien chaos moich działań. Chciałabym parę srok za ogony połapać, i to zrobić i tamto. Wiem, że nie da się wszystkiego naraz, ale takie piękne dni i do tego namaszczone chęciami do działkowej dłubaniny mogą nastąpić dopiero za jakiś czas i może dlatego chciałam wykorzystać z tego jak najwięcej. Mąż z jakimś oporem, zniechęceniem, bardziej „nie” niż „tak” do tego ogromu. Może jeszcze jego organizm na obrotach późnozimowych pracuje. Ja powoli dostaję tej wiosennej mocy, która potrzebuje przełożenia na działania. I zostałabym na tej naszej zapuszczonej działce jeszcze parę godzin, i ponawiałabym próby doprowadzenia do ideału, nie czując bólu zgiętych pleców. Nie przeszkadza ziemia w butach, jakieś ziarenka piasku które pomimo skarpetek i krytego obuwia dostały się i drażnią skórę stóp. Nie lubię tego uczucia, irytuje mnie, a jednak dziś nawet nie zauważałam, zobojętniałam. Coś innego stało się ważniejsze. I powoli doprowadzamy do pewnego ładu, choć jeszcze kawał drogi przed nami. Suche badyle lądowały w ogniskach, unoszący się dym okadzał wszystko wokół, moje włosy zaczęły pachnieć nieokreśloną wędzonką. Rumieńce od świecącego słońca i ruchu na świeżym powietrzu, kurz gdzieś na skórze, białe przebiśniegi pośród tej nie do końca zamalowanej zielonością szarości, pierwsza pszczoła, czas tuż przed startem wegetacji, tak to wszystko dziś wyglądało. Jutro może być powrót do zimy, pojutrze zaspy, a za tydzień skuty mrozem cały mój świat. Nie wiemy co nas czeka w tej zmiennej pogodzie, jednak rozleniwieni ciepłem już nie chcemy powrotu do nielubianej zimy. Czyżbym miała rację z przewidywaniami, że powieli się zima sprzed siedmiu lat? Póki co, wszystko na to wskazuje. Oczywiście pewności mieć nie mogę, tak jak nikt z nas jej mieć nie może, jednak jeśli tak będzie, piękny rok może nas czekać. Ten sprzed siedmiu lat był dla mnie dobry, może będzie podobnie. Oj przydałaby się szklana kula, otwierająca choć odrobinę przyszłe sprawy. Choć nie do końca wierzę w tego typu przepowiednie, czasami w napływie humoru, czy też chęci poznania tego co jutro, chętnie bym z ukrycia zerknęła za kotarkę zasłaniającą przyszłość. Ostatnio jakiś naciągacz przesyła mi SMS- y w których obiecuje, mami, straszy i daje szansę na rozwiązanie moich problemów. Jedyne co powinnam zrobić to odpisać, zacząć wymianę a oni już wszystko co mnie dotyczy naświetlą, naprostują, pokażą właściwą drogę. Z jedyną moją czynnością czyli opłacaniem durnot pasujących do połowy populacji. I dowiem się, że jakiś Iksiński pragnie rozmowy ze mną, oni nawet podadzą któż on ten ktoś, pewnie będzie posiadał dwie nogi i głowę z całą resztą cielesnej powłoki. Informują mnie, że mam w rodzinie jakąś szuję, która żyć nie może bez plugawych knowań wobec mnie, a jedynym lekarstwem jest : SMS zwrotny. Co drugi dzień nowe rewelacje dochodzą, bo jak się okazuje parę wróżek, jasnowidzów i innych tego autoramentu osobników zafrapowało moje życie, a może mój numer telefonu, bo z wielką pasją pragną mojego dobra. A ja nieczuły typ na podobne rewelacje, pod nosem się uśmiecham, milczeniem zbywam a tylko w marzeniach mam aby zobaczyć w proroczym śnie co będzie za chwilę. Jednak przypadłością moją jest sen bez pamiętania o nim po przebudzeniu, proroctwa giną w mrokach niepamięci, i nie zostaje nic innego tylko żyć tym co teraz i tu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KSIĄŻKI I ŻYCIE
Notatkę dodano:2014-02-28 18:34:17

Krótki miesiąc kończy swój żywot, podobnie jak kończą ferie i siedzenie w domu. Ogłupiające staje się to przebywanie z siedmiolatkiem całymi dniami. Czasami uda mi się na chwilę uciec. Uciekam na godzinkę na całkiem realny basen, lub wieczorami wsiąkam w lekturę rozpoczętej książki. Nie czytuję ambitnych książek, nie obnoszę się faktem ich pochłonięcia. Może dlatego, że czytanie dla mnie ma być oderwaniem, ma być czymś co mnie wciągnie, czasami zabawi, da chwilę stania się kimś innym lub obserwatorem innego modelu życia kogoś, kto robi się znajomym przez czas trwania książki. Kolejny zakup na allegro, i biblioteka przychodzi do mnie niejako z dostawą do domu. Jeszcze ta mała różnica, która nie każe mi spieszyć się z czytaniem, pozwala na tempo i odstępowanie zaufanym, na ile chcę i do kiedy chcę. Nie będzie kary za nieterminowe oddanie. Muszę się sprężyć zanim przyjdzie paczka z książkami Grocholi, jeszcze dwie pozycje mam na widoku i na jakiś czas kończę z zakupami. Obecnie „Dom nad rozlewiskiem” ma mną zawładnąć. Filmu nie oglądałam nawet nie wiem z jakiej przyczyny, jednak to może być najlepszym z możliwych rozwiązań, zaczęcie od książki. Bez namaszczenia twarzami aktorów, z działaniem własnej wyobraźni. Chyba wolę właśnie taką kolejność, najpierw książka i moja wyobraźnia a następnie film i konfrontacja z wizją reżysera. Dotychczas w moim odczuciu idealna obsada filmu i opisy w książce miała miejsce w przypadku „Zielonej mili”. W pozostałych ekranizacjach rozbiegała się moja wizja z tym co widziałam w postaci filmu. Zawsze znajdowałam jakieś ale, jakiś mankament odbiegający od treści książki, i pozostawałam z pewnym niedosytem lub odczuciem że czegoś nie zrozumiałam lub za wiele sobie wyobrażałam. Podchodząc do książek i ekranizacji w ten sposób nie staję się zawiedziona treścią a najwyżej bywam zniesmaczona brakiem takiego jak moje zrozumienia przez reżysera. To jakoś bardziej do przyjęcia mi się wydaje, a przynajmniej nie pozostawia niedosytu po nadmiarze moich wyobrażeń. Rozpoczęłam „Dom nad rozlewiskiem” , książka mnie przyjęła. Moje odczucie i reakcje po przeczytaniu paru pierwszych stron są znaczące dla całości. Jeśli początek okaże się nie do przeczytania przeważnie porzucam taką książkę. Bywają próby ponownego zbratania się, jednak ten nasz wspólny wstęp jest jak w kontaktach z innymi ludźmi, pierwszą reakcją po której wiemy, czy z tym człowiekiem nam będzie po drodze. Tak samo mam z książkami. Pamiętam kiedyś parokrotnie próbowałam się polubić z „Krzyżakami”, dochodziłam do którejś strony w pewnych mękach, nadzieja na rozwój, bo przecież film z akcją wartką, wielowątkowy, i do tego Sienkiewicz, który nie odstręczał. A tu nic, tak jakbym przed ścianą – najlepsze określenie „ścianą płaczu”, stawała i ani w jedną ani drugą stronę nie dawało się to ugryźć. Za pierwszym razem, rzuciłam książkę w kąt bez większego żalu, choć z pewną rezygnacją i zawodem, było gorące lato, inne zajęcia przytłumiły ten niesmak. Kolejne podejście, dalej zabrnęłam i ponowne poczucie klęski. Nie dałam rady. Jednak bez żadnego przymusu po dłuższym czasie, na zasadzie „co to znaczy nie przeczytam, kto tu rządzi...” pokonałam smoka niechęci, choć książki nie pokochałam. Zwyciężyłam, czynnością czytania, nie uwielbieniem. To był chyba jeden z nielicznych razów, kiedy doszłam do takiego zwycięstwa, w innych przypadkach przeważnie rezygnuję. Nie stawiam na samozaparcie, nie daję upustu ciekawości ani szans na rozwinięcie. Odkładam książkę, której nigdy nie przeczytam, bo nie nadajemy na tych samych falach. „Rozlewisko” daje mi szansę na finał, poznaję inną kobietę, jej sposób na życie. Teraz już kobiet jest więcej i różnorodność sposobów i metod na przeżycie swojego życia coraz więcej. Książka się rozwija, a ja gdzieś jako obserwatorka się odnajduję. Tylko czas, którego mi ciągle brakuje, aby wniknąć głębiej i dłużej tam pobyć. Cóż z tego, że urlop, skoro nawet na nim brak czasu i możliwości. Albo zarwę noc stając się częścią literackiej fikcji albo wyśpię się pozostając w realnym świecie z kaszlącym Kleszczykiem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162895
Osób: 145350