Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

JAK PĄCZEK W MAŚLE
Notatkę dodano:2014-02-27 21:37:31

Cóż mogłoby być tematem na dziś....kalorie, słodki lukier, różany posmak. Raz w roku nic innego nie staje się wątkiem przewodnim. I niech ten jeden dzień stanie się słodko, wysoko kalorycznie wspominany tu i teraz. Niech królują pączki, faworki, oponki, z ogromem rozpylonej na nich białej śmierci. Mam to gdzieś, wyrzuty sumienia też mnie nie będą męczyć w ten jeden dzień. Jesteśmy zalani świętami, z którym nam nie po drodze, których ani pojąć ani ogarnąć ani do nich się przyzwyczaić nie potrafimy. Zagnieżdżają się na naszej ziemi, i trwają a przecież mamy właśnie taki dzień jak dzisiejszy, nasz od lat, z którym choćby był niezdrowo tuczący, jakoś nam co roku po drodze. Może właśnie sedno tkwi w tym, że ten konkretny dzień na zasadzie wielowiekowej tradycji zakorzeniony w naszych realiach. Bywały te realia kryzysowe, chude, bywały lekką obfitością naznaczone ale tłusty czwartek starał się być takim, aby zapominać o problemach i dietach. Bezkarnie opychamy się tym co kto lubi, co kto ma, zrobi, kupi lub dorwie w różny sposób. Nie potrzebne nam do obchodzenia tego dnia żadne przypomnienia, każdy wie, kiedy, jak, co i z czym trzeba jeść. I w zasadzie nic więcej przecież się nie robi, kompletnie nic innego oprócz kupienia paru pączków, którymi w przypływie humoru można się z kimś podzielić, kogoś obdarować. Nic więcej, żadnych przebrań, żadnych masek, uczt ani chodzenia po domach w żebraczym celu. Zwyczajny dzień a zarazem całkiem inny. Rok w rok podobnie się dzieje i przechodzimy nad tym do kolejnych dni. Podobnie normalnych a zarazem innych. Czy to dobrze, że mamy taki dzień? Myślę, że dobrze, jest taki nasz, taki beztroski w odpuszczaniu sobie tego specyficznego obżarstwa. Jutro już będzie inaczej. Jutro niektórzy zaczną się katować dietami, obudzi się sumienie łasucha, i najlepszy pączek już nie będzie tak smakował jak dziś. Bo dziś jest dzień, który można określić :”hulaj ciało, wagi nie ma”. Wykorzystałam więc ten dzień, zjadając ile „wlazło”, choć byłoby z mojej strony pewnym przekłamaniem jeślibym napisała, że tylko się opychałam. Mogłam sobie pozwolić choćby z tego względu, że zanim jeszcze dzień stał się jasnością pełną, ja już byłam na basenie – wreszcie, z wielkim utęsknieniem choć i początkowym lenistwem. Opornie szło wyrobienie normy ale zawzięłam się i z pewnym oślim uporem uporałam się sama ze sobą i swoim leniem. Późniejsze pączki przyjęłam więc jak nagrodę, poprawiającą humor i nie obciążającą ani kieszeni ani ciała. Niech mówią, że cukier zabija, a mi dziś dodał energii, po paru tygodniach posuchy odczuwania wewnętrznej radości,nawet dzisiejsze mycie naczyń ze słuchawkami na uszach w podrygach biodrami, które jakoś nie chciały utrzymywać się w jednym miejscu. Oj ciągnie mnie jakiś taniec, tylko jak pogodzić moje chęci z mężowską awersją. Mąż mając w pamięci mój powrót ze szkolnego zjazdu udzielił rady : organizuj coś to się wybawisz... Tylko to nie takie proste, ktoś dostatecznie skutecznie zniechęcił, że niwelują moje chęci same wspomnienia pewnych słów, które wystarczająco mocno mówią, nie warto. I w taki prosty sposób pozostaje mi podrygiwanie przy zlewie pełnym brudnych naczyń, lub w trakcie innych prozaicznie błahych domowych sprawach.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DOMEK Z KART
Notatkę dodano:2014-02-26 22:20:29

Zdradliwa aura dopadła Kleszczyka. Pod przykrywką wiosennego słońca, promieniami udającymi przyjacielskie ciepło, coś z zasadzki przedostało się przez pancerz z wszelkich rutinoskorbinów, mających stanowić zwyżkę odporności tranów i syropków. Po dzisiejszym spacerze z tatą, jakieś symptomy niechcianego podwyższenia temperatury. To jeszcze nie alarm, choć mała czerwona żaróweczka gdzieś w środku mnie zaczyna pulsować. Trzeba zacząć obserwować, dostrzegać i przeciwdziałać. Tylko czy damy radę przeciwdziałać, skoro coś zadziałało zdradliwie i z ukrycia? Zdrada to coś czego się nie spodziewamy, i niby wiemy, że może się przydarzyć, to nasza wiara że akurat nas ona nie dotknie jest na tyle mocna, że nie dopuszczamy tej możliwości. Dwa krańce zaufanie i zdrada, wiara i oszustwo, miłość i, no właśnie co. Jakie może być wytłumaczenie dla zdradzenia drugiej osoby, tej którą się kocha, lub wobec której te czarodziejskie słowo wypowiedziane zostało niczym wiążąca magia. Czy zdrada jest podstępna niczym wirus przeziębień wiosennych? Pojawia się nagle, niespodziewanie i znikąd? Czy na nią podobnie jak na wymienionego wirusa nie ma mocnych? Obserwuję i to co widzę czasami czyni obraz dziwnym, nie do przyjęcia przez moją moralność. Są sobie oni, on i ona, tworzą całkiem fajny związek. W postronnych oczach niczego nie brakuje, jednak ktoś zaczyna się pojawiać jako trzeci lub trzecia i okazuje się, że któreś z nich, tych dotychczas dwojga potrzebuje odskoczni, zmiany, urozmaicenia. I rozwalają duet, czasami żyjąc w dziwacznym aprobującym się wzajemnie trójkącie, lub zmieniają się osoby w trwającym przedstawieniu. Ktoś cierpi, płacze, drugi z półuśmiechem organizuje sobie nowe życie, nową scenografię. Przedstawienie musi trwać. Zdrady były, są i będą. Nie każdemu się przydarzają, nie każdemu dane doświadczenie ale.... pamiętajmy podstępnie atakują więc może się zdarzyć, niepostrzeżenie, znikąd, po przyjacielsku. Co bym zrobiła, jeślibym dowiedziała się o zdradzie dotyczącej mnie osobiście? Nie uwierzyłabym, ale lampka czerwona we mnie zaczęłaby pulsować, włączył by się we mnie detektor obcych obiektów, kierowałoby mną coś, co kazałoby prześladować potencjalnego zdrajcę. „Zaufanie nie wyklucza kontroli” - to jedno z hasełek, którego wyuczyli mnie w poprzednim miejscu pracy. Pewnie wprowadziłabym je w prywatne życie z pełnym wachlarzem kontrolnym. Obudziłoby we mnie psa gończego, tropiciela śladów. I co dalej ? Zdobyta wiedza na cóż, do czego, w czym może pomóc lub do czego doprowadzić. Poruszam się w strefach dziewiczych, rejonach dotychczas zupełnie obcych więc wszystkie moje dociekania i wnioski na zasadzie mniemań, chybań i gdybań. Nie bardzo sobie wyobrażam, nie mając doświadczeń, jednak sądzę, że nawet zraniona pewien poziom własnej dumy posiadam a on nie dałby udawać, że nic się nie zdarzyło, sielanka bez rysy trwa. Zaufanie raz zniszczone nie da się odbudować niczym domek z kart, zresztą czy domek z kart to dobra budowla na życie?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOBIECY WZÓR SYZYFA
Notatkę dodano:2014-02-25 22:36:08

Wielkie plany, budzik gotów, moje nastawienie. Wyszarpnę coś dla siebie, w końcu niech ten urlop na coś się przyda. Może zdążę, i wykorzystam choć jakiś ułamek z czasu, który przelatuje pomiędzy palcami nic po sobie nie zostawiając. Tak, przynajmniej chwila sobie ofiarowana poprawi humor. I takie nastawienie o piątej piętnaście rano. Będzie kawa, jakiś kawałek mojego chlebka, coś na nim... tylko, że to wszystko dopiero wizja, plan na najbliższą przyszłość, tę o poranku, który ma być mój, i tylko dla mnie. Wizja staje się ruiną, kobiecość pokrzyżowała cały misternie powstały plan. Nie zdążyłam. Godziny dla mnie będą, może kiedyś, nie dziś. Cóż, nie wyszło, jeszcze parę minut snu, śniadanie i kołowrotek codzienności. Okna pomyte, firanki i zasłony uprane. Taboret, karnisz, podłoga. Łazienka, pralka, taboret, karnisz.... Masz kobieto swoje godziny. Na cóż ci jakiś wysiłek na basenie, skoro możesz nie wychodząc z domu kawałek drogi na Mount Everest pokonać. Nie zdobyłam samego szczytu, bo przecież nie na tym polega nasze życie, aby go zdobyć za pierwszym podejściem. Nasza droga ma być na tyle mozolna abyśmy mieli czas wypełniony, aby wzór Syzyfa nie poszedł na marne. Okna dziś umyte, jutro deszcz zakropi, kurz osiądzie i znaku po gimnastyce taboret – podłoga nie będzie widać. To co czyste pobrudzi się i Syzyf ponownie stanie się wzorem dla życia. Kleszczyk za wszelką cenę pragnie być pomocny. -Będziemy razem myć okna? Będziemy. - Dasz mi też rękawiczki? - A która ściereczka będzie moja? Ty weź różową, bo dziewczyny lubią różowy. - Mogę umyć to okno? Sypią się pytania, niektóre nawet nie zdążą doczekać odpowiedzi. Potok słów młodego zalewa mnie bardziej niż sama pomoc. Złudne nadzieje na ciszę przy pracy. Teraz pod koniec tego dnia, który mieścił w sobie i pracę, i obowiązkowy spacer nad rzekę, delektuję się wreszcie ciszą. Kojącą, wspaniałą ciszą. Przez cały miniony dzień brakowało mi jej, czułam niedosyt. I może nawet to nie jest tak, że najchętniej zapadłabym w jakąś rozpadlinę ciszy. Poziom natężenia i komasacja dźwięków siedmiolatka ma w sobie coś na tyle ogłupiającego, że po paru godzinach człowiek chętnie otworzyłby usta do innej dorosłej osoby, lub po prostu zatkał uszy przed natłokiem siedmioletnich herców. Może właśnie dlatego tak bardzo pragnęłam tej dzisiejszej porannej wyprawy, pokrzyżowanej i niezrealizowanej. Byłaby ona ucieczką choć na chwilę w inny wymiar dźwięków, bez konieczności słuchania i odpowiadania. Cóż nie wyszło, zdarza się, nie pierwszy i nie ostatni raz. Czasami nasze plany krzyżują się przez chorobę, bywa też powodem rezygnacji zdrowa kobieta. Ironia losu? Naznaczenie płcią? Bycie kobietą czasami staje się powodem do odejścia od pierwotnych planów. I zamiast pływackiego maratonu zdobywamy swoje małe Everesty, skacząc po taboretach i naśladując Syzyfa.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE LUBIANE DROBIAZGI
Notatkę dodano:2014-02-24 22:33:06

Prozaiczne czynności potrafią dać w kość. Coś czego nie cierpię, czekało cierpliwie, ja dojrzewałam do zabrania się, do wykonania sumiennego co nie wyklucza w duecie słowa niechętnego. Przymus rzeczy nielubianych powoduje zły humor, wynajdywanie mankamentów całego świata, dzień staje się nic wart. Niewiele jest tak bardzo znielubionych przeze mnie czynności ale jedna jest, wiedzie prym. Wstyd się przyznać, bo to głupie, błahe, a na mnie działa niczym płachta na byka. Czekam z wykonaniem, odwlekam w jak najdalej idącą nieskończoność. A kiedy już następuje kres czasu, zabieram się pełna nieszczęścia i wewnętrznego oporu. Bo, dlaczego ja...czy nie może tego zrobić ktoś inny....czemu takie to słabe, że muszę naprawiać?... Mamroczę pod nosem, coraz głośniej, zaczynam pomstowanie. Narasta we mnie złość, i nawet spacer w ten słoneczny dzień niewiele pomaga skoro jest tylko antraktem w mającym nastąpić dalszym ciągu. Cóż mnie tak unieszczęśliwia, co doprowadza do skraju dobre odczuwanie, psuje humor, kwasi nastrój? Przyznać się, głupio, bo ten który nie obarczony nienawiścią do tej konkretnej czynności, nie zrozumie. Inni pomyślą głupia baba, szuka sobie problemów lub tematu do wynurzeń. Wstrzymam się więc, skoro już i tak mogę w czyichś oczach stać się obrazem co najmniej dziwaczki. Jednak odbiegając od mojej znienawidzonej czynności, dziwną jest w ludziach przypadłością, że jak czegoś nie lubią to niczym niewolnicza galera wymaga wielokrotności wysiłku, człowiek odsunąłby żeby tylko ominęło go to nielubiane. I choćbyśmy się starali, nie jesteśmy zadowoleni z efektów, nie widzimy sensu, męczy nas to czasami zwykłe, drobne zajęcie, wymaga wielkiego wysiłku wykonawstwo. Pańszczyzna. Robię bo muszę. Mają tak niektórzy z gotowaniem, prasowaniem i paroma jeszcze czynnościami, które przecież jeśli się robi z ochotą zdają się drobiazgami, jakby same się działy. Zupina gotuje się jakoś bez wysiłku zsynchronizowane kolejne czynności, ilości dopracowane do perfekcji, dają odczucie jakby kucharz tylko miał za zadanie doprawić i podać na stół. Żadna fałdka nie powstaje na prasowanej koszuli choćby suto szczypankami, falbankami, kontrafałdami i innymi krawieckimi dziwadłami ozdobiona. Robi się samo. Tylko pod jednym warunkiem musi to zajęcie być lubiane, lub co najmniej tolerowane. Swego czasu lat temu wiele, chroniczną niechęcią darzyłam język niemiecki. Z żadnej strony nie dawał się on ugryźć, tępy szwargot, nie do przejścia dla mnie. Druga strona, że zdolności lingwistycznych nie posiadam, zacięcie odgórnie nie dane, jednak język zachodnich sąsiadów nie do spróbowania, nie do przegryzienia i w ostateczności nie do strawienia. Inaczej rzecz się miała z językiem ówcześnie znienawidzonym przez wielu, dla odmiany zza wschodniej granicy przybyłym. Ten miękki, śpiewnie i łatwo dający mi się zrozumieć i powtórzyć. Nie robił problemu, nie stwarzał trudności, gramatyka i zasady jakoś same do głowy wchodziły. Życie nie dało rozwijać umiejętności, które nie pielęgnowane zamarły. Jednak do dziś dnia łatwiej mi przyjmować wersję rosyjską niż niemiecką. Każdy z nas ma jakieś predyspozycje, odgórnie dane i te które zdobywa w trakcie wędrówki przez życie. Jednak nie wszystko czego się nauczymy lubimy, tak jak ja nie lubię tego co musiałam dziś robić, choć umiem. Wyuczona czynność choć znienawidzona. Może czas odsłonić kotarkę, i przyznać się do grzeszku, narażając się na śmieszność, politowanie lub gromy. Powiedziałam „A” dopowiem i resztę …. nie cierpię, nienawidzę, klnę na czym świat stoi kiedy muszę.... przyszyć na kolanach spodni jeansowych łaty. A kiedy moje dziecko nie znające awersji mamusi z uporem maniaka w ciągu tygodnia załatwiło trzy pary dokładnie na wszystkich kolankach, moja czara goryczy chyba się przeszyła....tj przelała. Jednak jutro będzie lepszy dzień...żadne spodnie nie straszą widmową dziurą na kolanku....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TRZY PRAWDY
Notatkę dodano:2014-02-23 18:49:32

Tak bardzo niewiele dzieje się w moim życiu. Dookoła niby dzieje się wiele, ale to, co dotyczy mnie osobiście takie miałkie, płytkie. Ot, zwyczajne życie bez wzlotów i na szczęście upadków. Gdzieś kończy się emocjonująca zimowa olimpiada, zamieszki Ukrainy przygasają, choć wywołują komentarze i polemiki. Nawet dzisiejszy ranek zaczęty Ukrainą. Jakieś rewelacje męża, które ja oczywiście gaszę swoim sceptycyzmem. Jakoś daleko mi do tego wszystkiego. Podobnie jak daleko do wiary w to, że po zmianie rządów sytuacja diametralnie się polepszy. Myślę, że sąsiedni naród podobnie jak my, pewne zachowania ma na tyle dobrze wpojone, że będzie cierpliwie znosić kolejne zaciskanie dziurek w tym nie mającym końca pasku. Pokazali pazury, krew się polała i w kolejnych etapach do władzy będą dopychać się ładnie gadające głowy, które będą się zmieniać, zagarniać w swoją stronę, naród w całym ogóle mieć w pogardzie. Będą ostrożniejsi niż poprzednicy, bo nauka po Janukowiczu nie pójdzie w las. Naród dostanie swoją dolę obietnic, z nieśmiertelnym „wytrzymacie rok? , dwa?, dziesięć?”. Wytrzymają bo łatwiej jest wytrzymać niż ginąć, nawet w imię dobrej sprawy. To takie moje płyciutkie spojrzenie i może zupełnie nie mające uzasadnienia wnioski. Ale ja się polityką nie imam, daleko mi do niej. Pomna zdania wypowiedzianego wobec mnie przeszło ćwierć wieku, które mogę mieć prawie jako hasło na całe życie daleka jestem od polityki i niech tak zostanie. Widzę, obserwuję to jednak nie wnikam w szczegóły, w których za wiele kłamstw i naginania prawdy na własny użytek. Inaczej historia wygląda obecnie, inaczej będzie wyglądać za pół wieku. Inaczej ją będą przedstawiać różne opcje polityczne i w zależności od tychże poglądów bohaterzy bardziej lub mniej bohaterscy będą. Tak to już jest i raczej tego się nie zmieni. A przecież i prawda z każdego punktu widzenia odrobinę inaczej wygląda. Kiedyś pewna duchowna osoba poradziła mi pewien wariant prawdy – niedopowiedzenie. Bo jeśli nie powiemy czegoś z prawdy o której wiemy, kawałeczek skryjemy nie skłamiemy, czyli nie stanie się to naszym grzechem a zarazem w konsekwencji tego niedopowiedzenia zmienimy odrobinę tę prawdziwą prawdę. Może wtedy powstanie inny rodzaj prawdy przez innego, sławnego duchownego przedstawiony w wersjach – cała prawda, święta prawda i g...o prawda. Łatwe ? I tak sobie te trzy rodzaje prawdy funkcjonują całkiem dobrze w każdej dziedzinie życia. A już polityka pełna zwłaszcza tego ostatniego rodzaju prawdy. Dlatego też strasznie mi daleko do niej. Wolę z boczku, cichutko swoje życie przeżyć swoimi radościami się ciesząc, tak jak dzisiejszym spacerem. Jak odkryciem, że w moich okolicach mieszkają bobry, że jest szansa kiedyś zobaczyć je gdzieś z daleka, tak jak obecnie widzę ich działalność, która w wyobrażeniach całkiem inny obraz przedstawia niż rzeczywistość. Cieszę się z coraz bliższej wiosny, z tych pierwszych coraz bardziej widocznych symptomów. Martwię się pobolewającym zębem Kleszczyka, niepewnością nadchodzącej nocy, jutrzejszą koniecznością wizyty u dentysty. Ot zwyczajne życiowe drobne sprawki, w których przecież też można znaleźć trzy prawdy, tylko po co skoro można trzymać się tylko jednej i jakoś przeżyć swoje szare życie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


USPOKOIŁA SIĘ MOJA RZEKA, USPOKOIŁA UKRAINA
Notatkę dodano:2014-02-21 22:16:25

Nie ma zimy. Optymistycznie się robi, choć jeszcze równiutki miesiąc do kalendarzowego końca, przecież wcale w określonym terminie może nie przyjść wyczekiwana wiosna, ale równie dobrze może zima zaszaleć i rozpanoszyć się na dłużej. Póki co nie ma i cieszy mnie to przeogromnie. Moja rzeka spokojna, czarny szlam leży bez ruchu na dnie, nawet delikatny poszum go nie porusza. Wody nie za wiele, widać roztopy gdzieś na początku jej biegu się nie zaczęły a może już po nich. Dla mnie ważne jest to, jak ona wygląda tu, u mnie. Mogę sobie spokojnie na jej brzegu siedzieć, w zachodzących promieniach słabiutko świecącego słoneczka. Chłodno się robi wraz z jego zajściem za horyzont. Ale przecież to luty... a ja tak się rwę do tego ciepła. Moja rzeka wyregulowana na ulubionym przeze mnie brzegu, zrobiła się cywilizowana, z dekoracją bazaltowych odłamków. Wierzby jeszcze się nie rozrosły, więc mogę korzystać z dobrodziejstwa przebywania nad samą wodą, i odbierać to co ona mi daje, wyciszenie i spokój.

Standardowo nie potrafię rozstać się z szalikiem, zmieniłam tylko wersję z tej mięsistej w wielu warstwach wierzchem kurtki omotującej moją szyję na bardziej niewidoczną dla ludzkich oczu. Zmarzluchy tak mają, a jestem jednym z nich, co odkryłam wiele lat temu, i do czego przywykłam. I widzę kontrast z tymi ognistokrwistymi, które rozchełstane, z dekoltami wyeksponowanymi, nie obawiają się przeziębień ani chrypek. Ja naprzeciw nim skromnie golfem i nieśmiertelnym szalikiem przykryta. Też bym chciała umieć bez tych szmatek, bez nadmiaru odzienia, cóż kiedy każde usunięcie jest prostym działaniem wbrew mojej naturze, i odbija się natychmiast bólem gardła. Nie pomagają wizyty na basenie, nie hartują na tyle aby z pełnym komfortem pozbyć się tych zalegających szyję warstw. Moja wiosna w garderobie zawsze z pewnym opóźnieniem, dopiero kiedy inni przetrą szlaki odzieżowego pozbywania się nadmiaru.

Moje urlopowanie na półmetku, dziś dla pewnej kulinarnej odmiany chleb i następne dążące do ideału innowacje. Ostatnio były próby z dodatkiem czarnuszki, jednak na wyraźne weto ze strony męża, zrezygnowałam z jej dodatku do chlebowego ciasta. Ja sobie poradzę, czarnuszka wyląduje na tym, czym pieczywo posmaruję bo mi ten smak wybitnie przypadł do gustu. Nie chce czarnuszki, próbuję z prażoną cebulką. Na trzy bochenki jeden na próbę z tym dodatkiem. Inaczej, ale dobrze, Kleszczyk z apetytem je „mój chleb”.

Sytuacja na Ukrainie uspokoiła się na tyle, że ucichły strzały i jest nadzieja, że cywilizowani ludzie zaczną używać czegoś co najbardziej naturalnym sposobem do rozwiązywania problemów – mowy. Oby udało im się dogadać, światu nie potrzebne kolejne konflikty. Nam nie potrzebny strach związany z najbliższymi granicami i sąsiadami. Niech piątki będą leniwe, niech wolne soboty cieszą, niech nie dzieją się złe sprawy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TEGO BYĆ NIE POWINNO
Notatkę dodano:2014-02-20 21:23:27

W takie dni jak dziś, wychodzi ze mnie pacyfista. Już kiedyś pisałam o swojej awersji do potyczek wszelakich, do wojenek krwią okupywanych, do starć nikomu z normalnych szaraków nie potrzebnych. Bratobójcza walka jest chyba najgorszą odmianą tego zbędnego przelewania krwi. Ukraina. Po sąsiedzku, tragedia trwająca od paru miesięcy przybiera na sile. Eskalacja potyczek doprowadza do ofiar śmiertelnych. Liczone są już w dziesiątkach, a może nawet w setkach ofiar śmiertelnych. Media przekłamują, nie wiedzą dokładanie, bo ten chaos pozbawiony jest dokładności. Można zadać pytanie, czy warte to wszystko ludzkich ofiar? Czy demokracja choć pewnie podobnie jak polityka nazywana dziwką przez niektórych jest warta krwi? Ktoś dorwał się do korytka, i nie chce tego korytka zostawić dla innych. Będzie bronić swojego przy nim miejsca, po trupach, aby tylko pozostać tu gdzie dobrze, gdzie profity, gdzie władza. Nie chcem ale muszem. Pewnie też ktoś tak mówi widząc w sobie wybawiciela dla całego narodu. A naród chce inaczej. Przeraża mnie brak umiejętności rozmowy. Łatwiej odwrócić się plecami, trzasnąć drzwiami niż powiedzieć parę słów, tak zachowuje się dwoje, a w sytuacji, kiedy zamiast dwójki stoi tłum, trzasnąć drzwiami się nie da, więc wyciąga się argumenty siły. Kto okaże się silniejszy, tylko miast broni niech się zaczną na rękę siłować. Ale nie, przecież nudą by powiało w historii, jakby załatwiali po dobroci. Trzeba zabić, trzeba namieszać, niech świat zobaczy. No i co świat widzi. Z każdej strony tego świata, widać bardziej lub mniej jak każdy konflikt kończy się przelewem krwi. Z różnymi hasłami na sztandarach, różnymi ideami, a kończy się w jeden sposób. Szokuje mnie efekt, wynik, śmierć. Nie dopuszczam do siebie, nie ogarniam, jak można zabić kogoś bo...Bo co bo pan i władca każe, bo wierzę w to, że jak zabiję to świat będzie lepszy? Nie będzie lepszy, przez czyjąś niezasłużoną śmierć. Bo to jest w moich oczach śmierć, której być nie powinno. Której się sprzeciwiam. Czy się identyfikuję z Ukraińcami? Nie, bo moje identyfikowanie się, kazałoby w jakiś sposób zadziałać, zjednoczyć się, coś zrobić. A mi do wojenki daleko, w gesty nie wierzę, udostępnianie na fb to takie współcześnie nic nie wnoszące. Ja im po ludzku współczuję, że nie dało się inaczej, że nie potrafili, że zginęli ludzie. Tacy jak my, ktoś po nich płacze, ktoś będzie opłakiwał przez lata, nawet wtedy, kiedy świat już dawno zapomni zajęty innymi wojenkami, których być nie powinno.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JA, DZIECKO Z CZASÓW BLOKU
Notatkę dodano:2014-02-19 18:40:49

Całkowite rozprzężenie z domieszką niechciejstwa, lenistwa, przedwiośnia w lutym. A to wszystko w czasie urlopu, z którym nie do końca wiadomo co zrobić. Kuchnia jakimś dziwnym magnesem przyciąga, więcej w niej czasu spędzam w trakcie urlopu. Wczoraj ogromna miska amoniaczków, które choć odstraszająco pachną w trakcie pieczenia, później znikają niczym kamfora. Ulatniają się jak ten będący składnikiem amoniak. Poukrywane do sekretnych puszek, aby stać się ratunkiem w awaryjnych stanach chcenia słodkiego. I niech dietetycy alarmują, niech larum żywieniowców unosi się w atmosferze niezdrowego żarcia, czasami potrzebuję tabliczki czekolady, łyżeczki cukru, pięćdziesiątki wódki. Mojego życia zostało może dzięki tym niezdrowym sprawkom mniej, jednak jakoś mało się nadaję do ascezy w pełnym tego słowa znaczeniu. Mam ochotę, która spełniona, przez chwilę da mi odrobinkę zadowolenia, biorę akurat to, co nie zawsze zdrowe, lub żywieniowo polecane. Nie jestem ideałem, cóż mam tego świadomość. Nie jestem niezłomna, wiem. Nie daję sobie czasami rady z życiem, jednak nie uciekam. Dostaję po głowie, uronię łzę, pozbieram się, pokleję plastrami rany i dalej brnę choć wiem, że nie zawsze będzie lepiej. To dlaczego mam sobie odmówić czegoś, co choć przez chwilę inaczej będzie smakować? Zresztą to i tak lepsze rozwiązanie niż kupowanie herbatników, które niejednokrotnie z herbatnikami niewiele mają wspólnego. Skład surowcowy przepełniony jakimiś E, o różnych numerkach z różnymi zadaniami w tychże ciastkach. A później zamiast typowego ciastkowego smaku jakiś E- posmak. Pamiętam z czasów dosyć odległych, zwykłe petitki, maleńkie paczuszki kupowane za jakieś uczniowskie grosiki, zapijane oranżadą w szklanych butelkach. Może tamten smak był jaki był, bo producenci na pniu sprzedawali co wyprodukowali, to nie musieli dodawać konserwantów, i innych polepszaczy. Herbatnik miał w składzie to, co mieć powinien, bo jego żywot nie miał trwać rok na sklepowej półce. Pewnie, że nie było takich dodatków jak obecnie, egzotycznych bakalii, kawałków czekolady. Bo w tamtych czasach czekolada mogła być na herbatniku w formie delikatnego muśnięcia, ale obecność jej w środku zakrawałoby na jakąś nonszalancję lub całkowite działanie wbrew naturze. Nasze rodzime zakłady zapewniały smaki ciastek, które tymi ciastkami, może siermiężnie ale smakowały. Czekolada jeśli była czekoladą z nazwy, takąż smakowała. Nie trzeba było czytać składu surowcowego smak był nienaruszalny, przez lata taki sam. Oczywiście kryzys dał nam dzieciakom poznać możliwości i alternatywy. Powstały wyroby czekoladopodobne, bardziej lub mniej nadające się do spożycia. Sztandarowa chałwa miała swój erzac w postaci bloku. Moje pokolenie, to z gorszych czasów poznało i pamięta tamte smaki. Może dlatego, że czas kryzysu pozbawił nas dobrobytu, możliwości wyboru, umieliśmy z niczego robić coś. Kupowany blok nie smakował, w domu zrobiło się super lepszy. Płatki owsiane w formie słodkich kuleczek, przekonywały do siebie paru płatkowych sceptyków. Marcepan z ziemniaków ? Bez reglamentowanego cukru o ileż to łatwiejsze. Ryż preparowany zamieniony w szyszki klejące zęby i zamulające żołądek. Czary w kuchni. I wreszcie ciastka. Nie tylko od święta, wyciskane z maszynki do mięsa, wykrajane, różne rodzaje i formy przepełnione domowym smakiem bez żadnych E. Widocznie coś we mnie pozostało z tamtych czasów, skoro zamiast kupić paczkę E – ciastek wykonam sobie zwyczajne domowe ciastka. Użyję jajka z cholesterolem, cukru z sacharozą, mąki z pszenicy i pozostałej trucizny. Mam możliwość wyboru i z niego korzystam. Moje osobiste trucie się własnym wyrobem to też mój wybór. Na pohybel nakazom żywieniowym.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIESPEŁNIENIE MARZEŃ
Notatkę dodano:2014-02-17 21:28:31

Zaczęło się....Ferie...z pełną premedytacją nie używam drugiego członu nazwy. Bo i jak mam pisać „zimowe”, skoro zimy ani krzty nie widać w mojej okolicy. Oczywiście błędem byłoby odczytanie tych słów jako żalu, lub tęsknoty za tą porą roku. Stało się wiosennie, powyżej dziesięciu na plusie, rachityczne trawki jakby czekały na sygnał do startu wegetacyjnego. I tak jest dobrze. Rzeka spokojnie płynie z wodą klarownie dającą pogląd na jej dno, wierzby a przynajmniej niektóre jej gatunki z poprzerastanymi kotkami, które bardziej do ogonków tychże kotków podobne wiszą chwiejąc się na wietrze. Ferie, dla uczniaków wyczekiwane, dla rodziców kłopotliwe lub dające poczucie ulgi. W tym roku zaległy urlop wykorzystuję w tym samym czasie w którym przypadają ferie. Pierwszy wspólny dzień już za nami. Leniwe poranki z nieokreśloną porą pobudki, jakieś czynności, których w pracowicie spędzonych dniach nie ma kiedy, lub po przysłowiowych łebkach wykonywane. Teraz jest więcej czasu i na lenistwo i na nadrobienie zaległości. Żadne wyjazdy nie wchodzą w grę, więc nie ma się ani gdzie, ani z czym spieszyć. Jutro moja mama wraca z sanatorium, pies pójdzie do właścicielki. Kolejny obowiązek odpadnie. Kleszczyk łzy leje, buntuje się przed rozstaniem. A ja z jednej strony rozumiem, te dziecięce tęsknoty za zwierzakiem a z drugiej chyba stałam się wygodna. A zwierzak to obowiązek. Nie chcę brać na swoje barki. Przez trzynaście lat była z nami suczka, jamnik miniaturka. Najukochańszy i najmądrzejszy pies pod słońcem. Towarzyszyła nam zawsze i prawie wszędzie. Wszystkie wyjazdy, namioty, kempingi, plaże, lasy, jeziora, moje grzybobrania, chaszcze i błota, wszędzie najwierniej asystowała, bez najmniejszego jęknięcia i w każdym momencie z wielkim entuzjazmem. Zawsze braliśmy, aby nikogo nie obarczać opieką nad tym, jakby nie było członkiem rodziny. A ona tę rodzinę czując wiedziała kto ma głos decydujący, w pół słowa rozumiała, wzrok wystarczał za naganę. Cała księga anegdot by się zebrała z jej udziałem, jednak pozostaną one tylko w naszej wyrywkowej pamięci. Czasami tylko :a pamiętasz jak Saba, to czy tamto....Następny pies nie miałby szans w konfrontacji z pierwowzorem. Mój szwagier kiedyś powiedział, że ona jest mała i działa na mikroprocesorach.... Coś prawdziwego było w tym stwierdzeniu. Jednak jej już nie ma, a ja wiem, że żaden z następców nie dorówna, bo taki okaz można trafić raz na życie. Może dlatego nie chcę kolejnego. A może nie chcę przechodzić rozstania, bo wiadomo, że takowe nastąpi. Za bardzo to boli, choć to tylko zwierzak. Zrozumie moje słowa, ktoś, kto był „właścicielem” czworonoga w wersji prawie ideał. Wcześniej bywały w domu psiaki, dłużej, krócej, bardziej lub mniej lubiane. Po żadnym nie było tej swoistej długotrwałej żałoby. Okaz który w moim domu przez ostatnie trzy tygodnie pomieszkiwał jest tylko namiastką tamtej, ot cztery łapy, podobne umaszczenie. Rasa prawie, prawie, jednak wyniesione z początkowego okresu życia nawyki nie dały się wyplenić. I ta mało doskonała wersja jutro znika. Mały chciałby, jak to dziecko. I rozumiem te chęci, i żal mi że nie sprostam. Ale nie mogę, lub nie chcę, z egoistycznego wygodnictwa. Wiem, że obecność psa w domu, pozwoliłaby zapomnieć o lipcowej traumie, kiedy mały był świadkiem pogryzienia przez psa taty. Jednak kładąc na szalę, dalej jestem na nie. Mój mąż podobnie, jakoś nie kwapi się do przyjęcia kolejnej odpowiedzialności i obowiązku. Parę dni minie, dziecko wróci do normalności bez zwierząt, choć pewnie gdzieś w zakamarkach największych pragnień będzie to o posiadaniu psa. Wiem, jak bardzo można chcieć, bo przecież wcale nie tak dawno byłam dzieckiem i też takie pragnienie w pewnym momencie przesłaniało mi wszystko inne. I pamiętam jak dziś kiedy, w jakich okolicznościach zobaczyłam spełnienie tamtego marzenia, łaciatą kuleczkę nieporadnie się poruszającą i mającą na najbliższe pół roku zawładnąć nami wszystkimi. Moje marzenie się spełniło, Kleszczyk jeszcze na spełnienie swojego poczeka. Jeszcze nie teraz.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SPORTOWY WTRĘT
Notatkę dodano:2014-02-16 11:43:15

Notatka z dnia wczorajszego, coś dziwnego dzieje się na portalu "Granice" niby blog prowadzę a przeczytać żadnej z notatek prowadzonych tu blogów nie ma możliwości. Moja interwencja nic nie dała, i zastanawiam się jaki ma sens wklejanie tu kolejnych notatek.

 

Skończyła się bez telewizyjna sielanka. A było tak cichutko, spokojnie, zgodnie z moim własnym wyborem. Drugie zmiany męża, mój spokój, co drugi tydzień przez tydzień roboczych dni, regulacja dźwiękami w domu należy do mnie. Koniec laby, następny tydzień przewiduję przesyt kakofonii. Kibice wszystkich krańców naszego kraju połączyli się duchowo, w jednej osobie mojego małżonka, który z wrzaskiem ogromnym zakomunikował światu, oraz moim uszom uzbrojonym w słuchawki, drugi w dniu dzisiejszym złoty medal na zimowej olimpiadzie. Muzyka irlandzka w moich uszach nie była przeszkodą do dostania się w nie tego krzyku. Jestem poza tymi emocjami, nie powiem miłe to, radosne, że potrafimy, bo w sukcesach tak łatwo się uczestniczy, przybierając ich ułamek jako swój, że wśród bezrybia zdarzają się talenty poparte latami ciężkiej pracy, które procentują w tak spektakularny sposób. Gdziekolwiek Polacy błysną sukcesem w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jestem dumna, że choć wśród pozostałej anonimowej masy polaków jestem, ale przynależę do tego samego kraju. Tylko, że ja cieszę się w cichości, bez epatowania, krzyków, łez. Może ta moja radość wydawać się obojętnością, i zapewne tak po części jest. Bo i cóż zmieniają te sukcesy w moim życiu? Chwila innego smaku, nic ponad. Ktoś ciężko zapracował, osiągnął sukces, w świetle fleszy udekorują, przez chwilę świat powie skąd ten sportowiec, i tyle. Rekordy nawet te najbardziej spektakularne nic w moim życiu nie zmienią. Ono dalej będzie sobie płynąć własnym nurtem i tempem. Nie uzurpuję sobie też praw do spamiętania wszystkich nazwisk, wyników i szczegółów. Może to wynika z pewnego braku zainteresowania sportem w ogóle, a może przesytem w zainteresowaniu tymże sportem małżonka. Zasada przeciwieństw? Raz w życiu z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym mojego męża oraz pokonaniem moich własnych oporów w kwestiach sportowych pojechałam na mecz piłki nożnej do Lubina. Nie wiem, kto z kim i o co, tam miał przez dziewięćdziesiąt minut uganiać się za piłką. Ubrana przyzwoicie, z niewielką torebką na ramieniu w której nie było nic poza portfelem z dokumentami oraz książką, mającą służyć zabiciu czekających mnie dziewięćdziesięciu minut. Skoro dałam się namówić, jakoś przeżyję ten czas, jednak nie wymagajcie ode mnie zaangażowania w kibicowanie oraz emocjonalnego wsiąknięcia. Sceptycyzm do sportu w całej rozciągłości mnie przenika i nic na to nie poradzę. Jednak wracając do wspomnianego meczu... Idziemy, jak pozostały tłumek normalnych kibiców w to sobotnie popołudnie jakiegoś letniego dnia parę lat temu. Idą panowie luźno traktujący ten mecz, idą ich kobiety, dzieci zaczynające łykać bakcyla kibicowania, kibole już gdzieś w odgrodzonym sektorze głośno skandują hasła różnej maści. Meczowa norma, choć dla mnie po raz pierwszy. Kto wie, może wsiąknę, może poczuję ten dreszczyk... Idziemy, spokojnie, powoli przesuwa się tłumek przed nami. I przychodzi moja kolej, zbliżam się do wejścia na stadion, i co, no niby nic. Tylko jak ja mam pokochać sportowe rozgrywki, skoro jestem jedyną osobą w tym tłumie, która została poproszona o pokazanie zawartości torebki ( naprawdę małych gabarytów).... nikogo nie zatrzymywano, a ja jedna okazałam się podejrzana bo co? Bo mój brak miłości do sportu mam wymalowany na obliczu, czy może torebka to jakiś terrorystyczny przedmiot w rękach kobiety?? No i nie udało się pokochać sportu, skoro na samym starcie zaczęły się szykany mojej osoby, to jakże inaczej może wyglądać meta niż przybrana szarfą obojętności.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163428
Osób: 145883