Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

BĘDZIE ZABAWA, BĘDZIE SIĘ DZIAŁO
Notatkę dodano:2014-02-14 21:56:33

Katarzyna Grochola wciągnęła mnie na tyle, że siadam tutaj dopiero po przeczytaniu ostatniej literki z „Zielonych drzwi”. Może to kogoś dziwić, ale to pierwsza przeczytana przeze mnie książka tej autorki. Wgryzłam się w nią, wciągnęła mnie, i poczułam pewien niedosyt po zakończeniu. Z wieloma poglądami zgadzam się, do niektórych doszłam po magicznej czterdziestce, i może dlatego ta książka stała się czymś, z czym w pewien sposób się identyfikuję. Kobieta dojrzała napisała, druga także otulona pewną dojrzałością przeczytała. Niektóre strony są jakby odzwierciedleniem moich myśli, i łapię się na słowach, które tutaj w prawie niezmienionej formie pisałam. Jakbym przepisała wersety z książki pani Kasi. Osoba, która kiedyś swoim sformułowaniem sprowokowała mnie do sięgnięcia po tę pozycję, zasługuje na podziękowanie. Teraz z pewnej ciekawości zacznę polowania na okazje allegro zamiast eskapady do miejskiej biblioteki i mam nadzieję przeczytać kolejne książki. Mam ten dziwny mankament, który każe mi czytać kolejne pozycje autora skoro pierwsza książka się spodoba. Tak poznawałam swego czasu Prusa, Morcinka, Sienkiewicza, Grzesiuka, Archer-a, Chmielewską, i paru innych twórców. Bez przymusu, bez obowiązku, tylko z samej chęci wgryzienia w więcej niż jedną książkę. Może chciałam sprawdzić czy wrażenie się utrzyma, czy też zniknie po kolejnej pozycji. Teraz przyszedł czas na Katarzynę Grocholę. Uzbroję się w cierpliwość i stanę się posiadaczką następnych książek. Jednak to za chwilkę, teraz muszę przetrawić, wrócić do swojej rzeczywistości. A ona pod znakiem jutrzejszej zabawy karnawałowej Kleszczyka. Ciasto upieczone, zgodnie z narzuconą klasową kolejnością, strój wyprany i wyprasowany w pełnej gotowości oczekiwania na jutrzejszą premierę. Chińskie sklepy zarobiły niepełne siedem złociszy za maskę i kapelusz, który w oczach młodego jest nakryciem głowy podnoszącym jego dziecięcą wartość. Nobilitacja poprzez nakrycie głowy. Jęki codzienne o pozwolenie wyjścia z psem w pełnej zmianie imażu, argumenty z mojej strony wystarczające na krótki czas, aby po wygaśnięciu ich mocy ponownie zacząć prosić o to samo. W minionym roku zabawa karnawałowa, wykluczona przez ospę, która akurat w tamtym okresie się przyplątała, tym razem wszystko idzie w dobrym zabawowym kierunku. Jeśli przeważa obciążenie genami mamusi, dziecko będzie się bawić w najlepsze, jeśli większe wpływy wywarły cząsteczki tatusia.... Moje obserwacje Kleszczyka dają odnieść wrażenie przejęcia bardziej mojego zamiłowania do skakania i tańca. Jednak jak dalece się rozwiną i w którą stronę pójdą... Bywa, że całkiem niemiłosiernie wypomnę małżonkowi ten jego zupełny brak jakiejkolwiek chęci do podrygów, i swoją z tego powodu abstynencję w tej kwestii. Nawet nie chodzi o przetańczenie życia, musiałam przywyknąć do zupełnego wykreślenia z życia czegoś takiego jak wspólny taniec z własnym mężem. Bywają okazje, kiedy otwierają się możliwości, a tu posucha w kwestii partnera, lub mina zbolałego spaniela która mówi : litości, tylko nie to....Dobra pańcia się lituje, sama stając się w maleńkim kawałeczku nieszczęśliwa. Umiejętność rezygnacji, ustępstw w rzeczach małych aby osiągać te większe. Wspólne dwadzieścia pięć lat warto było położyć na szali dla przeciwwagi, mojemu tanecznemu usposobieniu. Warto dla nich było ponieść tę ofiarę rezygnacji z zamiłowania podrygów.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


NIE ZWIERZĘCE LWICE
Notatkę dodano:2014-02-13 21:48:00

Ominę szerokim łukiem temat zbliżających się walentynek, rok temu pisałam, powielać nie będę. Nic szczególnego w temacie się nie zmieniło, a stawianie literek dla samego faktu ich pozostawienia raczej nie ma sensu. I myślę, że zatoczyło się koło trwające rok, parę spraw się wydarzyło, kilka doświadczeń doszło do bagażu dźwiganego w nieokreślonym kierunku. Nie zmieniła się jedna z rzeczy, z którą będę się borykać. Tekst „ ale ty musisz.....” w ustach mojej mamy jest czymś co niezmiernie mnie irytuje zwłaszcza w kontekście moich relacji z synem. „Ale ty musisz to, ale ty musisz tamto...” i moje buńczuczne odpowiedzi, że ja nic nie muszę. Powtórzone jeszcze parę razy musisz, z moim odzewem na to niezmienne hasło, kończy się „ ale powinnaś....”. Jak bardzo różni się musisz od powinnaś?. W oczach mojej mamy raczej tylko słowem użytym w zestawie co też muszę lub powinnam, wydźwięk mam odczytać jako bezapelacyjne, bezdyskusyjne podporządkowanie muszeniu. Nie rozumie rodzicielka, że ukochany wnuczek ma lat prawie dwadzieścia cztery, a ja czterdzieści siedem. Pozostałam małą dziewczynką, która powinna się podporządkowywać każdej apodyktycznej decyzji mamusi. Tylko mamusia zapomina, że częściowo wyzwoliłam się własną dorosłością od jej rządów. Niektóre sprawy dla ogólnie rozumianego świętego spokoju zrobię tak, aby zbytnio nie odbiegały od jej wizji jednak w sprawach pierworodnego jestem prawie zawsze w opozycji do jej zdania. Nasze rozmowy telefoniczne kończą się czasami przerwaniem połączenia, mają miejsce dni milczenia, po których temat wywołujący scysje jest omijany szerokim łukiem milczenia. Przez krótki czas nie muszę. Kolejne fazy przechodzą w normę i dalej... Zastanawiający jest całkowity bezkrytycyzm wobec tego człowieka, stanowiący zupełną przeciwwagę moich zachowań. Efektem ja zawsze jestem w pozycji bycia „BE”, ukochanemu wnusiowi wybacza się wszystko, pozwala na wszystko. Są matki lwice, i są babki, lwice do którejś potęgi. Całe stado lwic w jednej babci. Chroni i broni, choćby obiekt tej ochrony niewiele był wart, choćby przesycony był złem, nie powstrzymuje taki stan babci przed całkowitym zaślepieniem i zapatrzeniem niczym w obrazek w tego byle jakiego wnuczka. Może niektóre kobiety w pewnym dobrze dojrzałym wieku muszą mieć kogoś jednego do dbania. Taką wiecznie dbającą o swojego syna była babcia mojego męża. Nieciekawe indywiduum ten synek, problem z alkoholem powodował, że nie liczyło się nic innego tylko aby zdobyć stanowiącą najpierwszą potrzebę wódkę. Więc mamusia staruszeczka gotowała synkowi, żebrała dla niego, zapożyczała się na wieczne oddanie u innych dzieci, robiła wszystko aby zapewnić jego podstawowe potrzeby. I zdarzyło się, że synek nagle, zmarł. Babuleńce nie mówili, chcąc oszczędzić, ukrywali, kłamali, jednak w końcu dowiedziała się. Jej świat się skończył. Nic już ważnego dla niej nie było. Nie minęło pięć miesięcy, odbył się drugi pogrzeb, jakby ta staruszka czuła, że i po tej drugiej stronie musi pomagać swojemu synowi. I podążyła za nim, zostawiając wszystkich innych z rodziny, którzy niewiele się dla niej liczyli. Kiedy uświadamiam moją mamę, że jej zachowanie daleko nie odbiega od zachowania tamtej babci, zaprzecza, a może nie widzi. A może po prostu tak musi, tylko ja, jakoś nie potrafię tego zrozumieć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SYNOWIE DLA ŚWIATA
Notatkę dodano:2014-02-12 21:29:21

Wolniutko dogorywa kolejny pracowity dzień, aby jutro odskoczyć w kolejne wolne. Po nim jeden dzień pracy i dwa tygodnie... No właśnie zupełnie brak jakiegokolwiek pomysłu na spędzenie tego urlopowego czasu. Mały będzie świdrował w uszach przez dużo dłuższy czas, i zapewne zanim wrócę do pracy zdążę się tym wolnym odpowiednio zmęczyć. Nim zacznę funkcjonować bez balastu pracy, natomiast w codzienności bez przedszkolnej, z moim drugorodnym będzie czas na powrót w tą częstszą codzienność. Ale to za chwilkę, a skoro i tak wiem co w ogólnym zarysie mnie czeka po cóż zawracać sobie tym głowę. Wytrzymam. I tak będę wytrzymywać jeszcze parę lat, zanim Kleszczyk osiągnie taki poziom samodzielności, że bez wyrzutów sumienia, bez głębszego strachu będę mogła swój urlop spędzić bardziej dla siebie niż dla niego. Jednak jest to perspektywa na tyle odległa, że zakrawa na fikcję. Jeden skoro osiągnął poziom samodzielności, to w zasadzie mogę określić drastycznym: nie mam syna. Jeśli drugi kiedyś dojdzie do takiego stadium, pozostanę kobietą, żoną, ale jakby nie matką. „Córki się ma dla siebie, synów dla świata”. Nie moje to słowa a pewien poziom realnego odzwierciedlenia w życiu mają. Dziś po raz pierwszy od dwóch miesięcy pierworodny odezwał się do matki w tonie urzędowym i tylko z tej jedynej przyczyny, że na adres domowy dostarczana jest jego korespondencja, a wśród niej jakiś pit z poprzedniego miejsca pracy. Gdyby nie to, pewnie milczenie z jego strony trwałoby miesięcy parę, wiele, a może przerodziłoby się w lata. I zastanawiam się jaki jest sens stawania się rodzicami, czy głównym celem jest tylko przedłużenie gatunku. Matkom dane jest dla osłodzenia dziecko w swojej słodkiej postaci, rozkoszny bobasek który wywołuje łzy wzruszenia samym swoim na świecie pojawieniem. I przepoczwarza się przez lata w gnoma z którym żadna nić już nie łączy oprócz zbłąkanych pitów. Gorzka ta moja dzisiejsza wzmianka, przyjdą godziny, że młodszy osłodzi, jednak to tylko małe kropelki natomiast cała czara goryczy stoi i mam jej świadomość. Co jakiś czas dane mi upijać z tego niechcianego naczynia. Skrzywię się z obrzydliwego smaku, i kiedy już wydawać się może, pusto w niej, lub nie będę musiała moczyć ust, ponownie coś się zdarza, i gorycz pozostaje niczym nie zneutralizowana. Synowie dla świata.... to po cóż te matki, które nosiły, pielęgnowały, kochały, i starały się skoro świat łapy wyciągnie, i męski potomek wciągnięty w wir innych spraw. Mylnie można odczytać moje słowa niczym stęsknionej za dzieckiem nadpobudliwej i nadopiekuńczej mamuśki, która nie potrafi pogodzić się z wyfrunięciem z gniazda syna. Ze wszech miar zła interpretacja, ot parę moich przemyśleń, smutnych co prawda i nie wchodzących dogłębnie w całość moich rodzinnych spraw. Nakreślenie, nic poza. Macierzyństwo nie zawsze jest sielankowe, taki obraz też bywa w udziale zwyczajnych kobiet, które się starały, może za dużo i teraz troszkę żal że miast opoki tylko piach.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NATŁOK
Notatkę dodano:2014-02-11 21:31:55

Zasłużone wolne od pracy, intelektualnie jestem wyżęta. Godzenie paru spraw stworzyło w mojej głowie rzemieślnika, który chce jak najwięcej, aż w końcu zmordowany pada, kiedy jeszcze sporo do zrobienia zostało. Powoli wyjdę na prostą, za jakiś czas, ktoś dokona oceny, a ja albo uskrzydlę się, albo klapnę na poziom morza lub osiągnę nawet stan depresji. Łatwo mi podciąć skrzydła. Porażki, słabsze oceny dokonują tego w bardzo prosty sposób. Zaczynam czuć że niewiele warta moja głowa, nic warte to co w niej, dopada mnie niechciejstwo w czystej formie. I rzucam w kąt rzecz, która doprowadziła mnie do tego przygwożdżającego stanu. Muszę odpocząć od tej sprawy, przez chwilę odetchnąć, aby ponownie do niej wrócić. Czasami moje powroty za pół godziny a bywa za parę miesięcy. Być może przerwa w pewnych działaniach jest mi potrzebna. Muszę zająć się czymś odrywającym od tego co skrzydła podcięło, aby kiedyś powrócić. Są rzeczy, które raz zaczęte, nie dają spokoju ale są i takie, które czekają cierpliwie na swoją kolej w natłoku innych zapominane, aby po długim czasie ponownie wpaść w ręce i zająć sobą do kolejnego porzucenia. Na dziś powinnam porzucić walkę ze słowem pisanym w formie „zrób to sam” i zająć się dalszą częścią rozpoczętej książki. Ale, nieśmiertelne „jeszcze pięć minut” nie daje odejść i pogrążyć się w lekturze. Widocznie nie nastąpiło jeszcze „zmęczenie materiału” takie, które kazałoby zamknąć lapka i w cichości tego wieczoru wskoczyć w celulozowe podłoże dla tekstu kogoś innego. Mam te swoje krótkie chwile ciszy, pozbawione doniesień z olimpiady, faktów ze świata i wydarzeń z kraju. Idiotycznie się czuję, kiedy w pracy opowiadają jakieś detale z mnóstwa seriali, a ja taka z innej planety – bez telewizyjnej. Nie potrzebuję, nie tęsknię, daję radę wytrzymać bez jakiejkolwiek oznaki uzależnienia od fikcji i faktów gdzieś z ekranu dobiegających. Mąż moje przeciwieństwo w tej sferze, on lubi i tu, i tam, i sport, i kosmos i …. tych „i” całkiem sporo. Czasami granice mojej tolerancji w kwestii ilości i znaczenia telewizji dla niego stają się cieniutkie i kruche niczym lodowa powłoczka przy temperaturze zera stopni na kałuży. I wtedy rozpoczyna się swoista ciuciubabka męża z żoną. On udaje, że nie patrzy, ja udaję, że w to wierzę. Jednak jeśli granica staje się już trzeszczącą skorupką mającą za moment skruszyć się w drobne odłamki ostentacyjnie pilot idzie w ruch, czerwony przycisk wyłącza sprzęt i następuje obrażona parominutowa cisza. Teraz moja cisza jest zwyczajna, wykorzystywana przeze mnie w inny sposób. Jest ciszą wyczekującą na powrót męża z pracy, na spokojny nocny wypoczynek przed kolejnym roboczym dniem.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


NIE PODOBA MI SIĘ SAMOTNOŚĆ
Notatkę dodano:2014-02-10 21:23:05

Czekolada „Bajeczna”, litr lodów waniliowo – śmietankowych, w gramach liczone puste kalorie „Metaxy”, bilans energetycznego zapełniania samotności. Zapewne będą się te całkiem niepotrzebne kalorie odbijać długotrwałą czkawką. Bywa, że samotność zapracowujemy, zajadamy, zaczytujemy i maskujemy na wiele jeszcze innych sposobów. U mnie przez minione parę dni było wszystkiego po trochu. Zaczęłam czytanie książki „Zielone drzwi” Katarzyny Grocholi. Ktoś kiedyś pewne zdanie o tej książce do mnie napisał i teraz przyszedł czas na konfrontację. Jakoś nie zawsze mi po drodze do biblioteki, więc wybieram inną opcję. Polowanie na konkretną książkę lub autora na allegro. Moja cierpliwość bywa nagradzana, i za przysłowiowe grosze kupuję upatrzony tytuł. Cena takich książek oscyluje w granicy mojego biletu dojazdu i przyjazdu do lepiej niż moja „wioskowa” biblioteka zaopatrzonej placówki. I w ten tani acz zagracający zarazem sposób mój zasób lektur zamiast topnieć, powiększa się. Zresztą moje głupie książkowe zakupy to kolejny hopel. Od lat młodych z dziwnym uporem kupowałam książki. I nie w celach ekspozycyjnych, dla zrobienia wrażenia. Ja te makulaturowe niejednokrotnie wydania czytałam. Ostatni pieniądz wydawałam na książki. Topiłam gotówkę w przypływie nagłych impulsów. Sytuacja stała się niejako podbramkowa wraz z zamążpójściem. Młody małżonek starał się zrozumieć, choć tematyczny rozgardiasz mojej biblioteczki był dla niego pewną zagadką oraz zagraceniem powierzchni użytkowej półek. Doszliśmy do pewnego consensusu i ja ograniczyłam zakupy, nawet z wielkim bólem serca coś oddałam do antykwariatu, zresztą zapominając pójść po należną za książki gotówkę. Ktoś parę groszy zarobił na mojej niegdysiejszej manii gromadzenia książek. Jak sobie przypomniałam, że powinnam pójść odebrać kasę lub niesprzedane pozycje, antykwariat z dawnego miejsca się zdematerializował. Machnęłam ręką, nie wzbogaciłam się natomiast zyskałam odrobinę wolnej powierzchni, która miast przypaść u udziale małżonkowi ponownie zaczęła się zapełniać..... książkami. Z naturą nie wygrasz, a widać moja natura wielkiej mocy. Teraz mam dużo łatwiej, choć wymaga to odrobinę cierpliwości oraz szczęścia. I kupuję książki w cenie miesięczników, czasami coś wpada z konkursów, apetyt zaspokajam na różne sposoby. Robi się zbyt ciasno, krytyczny wzrok małżonka, stopuję, krytyczny wzrok łagodnieje, powoli znowu coś dokładam. Typowo kobieca zagrywka, na przeczekanie. Zrobienie miejsca na kolejne pozycje jakoś w cudowny sposób się udaje. Coś upchnę tak, coś innego na to tak, pod innym kątem. I czytam, choć nie tyle ile bym chciała, nie tyle ile kiedyś. Jednak są takie dni, jak te parę minionych, kiedy nikomu moje czytelnictwo nie przeszkadza, ani nikt mi nie zakłóca, tylko nawet wtedy okazuje się, że jednej rzeczy ciągle jest za mało – czasu. Nawet kiedy jestem sama, ten czas ciągle tak samo goni. Nie daje mi szansy na takie sobą rozporządzanie aby na wszystko wystarczyło.

Minione dni z niedosytem bliskości, przesytem samotnością, wolną ręką w działaniach, zimnem pustego domu, codzienną pracą, i swoimi godzinami na wyłączność, dały mi namiastkę innego życia, które dobre na krótką metę, po tygodniu zapewne by mi się przejadło. Po tylu wspólnych latach, widać to już też stało się moją naturą, i walczyć z nią nie będę, z ulgą wracając do domu, do moich stęsknionych chłopaków.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZYK OBOWIĄZKÓW
Notatkę dodano:2014-02-07 08:16:52

Zostało mi pół godziny, w czasie których postaram się zostawić tu parę słów. Za chwilę zniknę na prawie cztery dni, zostawiając pewne sprawki do dokończenia na zaś. Po wczorajszych urodzinach Kleszczyk rozprzężony i sam fakt, że trzeba iść do szkoły wywołał tuż po przebudzeniu łzy niczym grochy toczące się po policzkach. Nawet przykład matki także udającej się do pracy, nie podziałał kojąco na tę wewnętrzną niechęć do obowiązku. Od małego istnieje jakiś przymus, najpierw narzucony przez rodziców, następnie przez innych. Mamy obowiązki wobec bliskich, wobec obcych, wobec ojczyzny i jakoś na końcu tego szeregu chyba też wobec siebie. Te ostatnie traktowane po macoszemu w większości ludzkich przypadków. Bo zawsze coś innego staje się priorytetem w życiu, a my dla siebie mało istotni. Są oczywiście ludzie, nie zważający na to co powie i jak przyjmie ich postępowanie otoczenie, którzy przestawiają szyk obowiązków. Jednak to wyjątki, którym własne ja, własne potrzeby i chęci, to rzecz najważniejsza. Może nawet zazdrościłabym tej umiejętności gdyby było mi źle w tym co mam. Zapewne wielki wpływ ma wychowanie, początkiem właśnie brak tej wolnej ręki w wyborach i od małego obowiązki.

Idąc do pracy, a jest to godzina wczesnoranna bo tak można określić piątą dwadzieścia rano, spotykam na swojej drodze zmierzającą w przeciwnym do mojego kierunku rodzinę. Idzie mężczyzna, kobieta a obok nich drobi kroczki mała, może pięcioletnia dziewczynka. Schemat powtarza się codziennie, bez względu na pogodę, i porę roku. Marszruta dorosłych jest do przyjęcia i do zrozumienia, obecność dziecka też ma zapewne swoje uzasadnienie. Tylko w moim odczuciu ta mała dziewczynka to niczym produkt obowiązku, i wykonawca od najmłodszych lat takowego. Musi maszerować w porze, w której powinna jeszcze spać, wypoczywać. Musi iść do babci, do przedszkola, nie wiem gdzie zmierza, ale wiem, że nie robi tego z wewnętrzną przyjemnością, bo lubi. Ona robi bo musi. I tak będzie musieć przez czas szkoły, później zacznie pracować i dalej będzie musieć aż do szczęśliwie wyczekanej po wielu, wielu latach emerytury. W międzyczasie będzie zapewne powielać swój wzór dzieciństwa ciemnym świtem prowadząc swoje dzieci..... Kiedy ta dziewczynka zdąży żyć dla siebie? Nie w dzieciństwie, nie w młodości, nie w wieku dojrzałym. Czy jedyną odpowiedzią będzie słowo: „nigdy” ? Jeśli nie zmieni swojego szyku obowiązków naprawdę nigdy nie pożyje dla siebie. A jeśli poczyni rewolucję w swoim życiu otoczenie wytknie palcem, bo przecież komu przyjdzie do głowy, że może kiedyś jej się tak po prostu znudzi mieć obowiązki wobec wszystkiego wokół tylko nie wobec siebie.

Zostawiam swoich parę słów i znikam do poniedziałku, bo przecież mnie też, jak prawie wszystkich wzywają obowiązki.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


GRANICE TOLERANCJI
Notatkę dodano:2014-02-05 21:26:41

Zdarzają się chwile, których tempo przepływu powoduje w ostatecznym rozrachunku stwierdzenie, że minęły a jakby ich nie było. Przeleciały takim galopem, że zauważenie ich i delektowanie się smakiem było niemożliwe. W zasadzie całe nasze życie takim tempem goni. Jeszcze moment temu przecież byliśmy dziećmi, młodzieżą, a już ten czas dawno bezpowrotnie przeleciał. Zostaje po nim na pamiątkę to, co w naszych głowach. Jakieś myśli, wspomnienia, minione znajomości i epizody. Mój wczorajszy dzień też takim epizodem w tej gonitwie przelatującym się stał. Zaabsorbowanie pracą, później jakieś narzucone sobie zajęcia, które choć na tamtą chwilę istotne, jutro już niczym się staną. Jakieś rozliczenia pitów, pieczony biszkopt na tort dla Kleszczyka. I zabrakło czasu na zostawienie śladu po tym dniu. Słodki tort zostanie zjedzony, zdmuchnięta świeczka pozostanie w pamięci dziecka, stanowiąc kolejny stopień wtajemniczenia w dzieciństwo. Dla mnie ta świeczka niczym oznaka mijającego czasu. Bo przecież tak niewiele minęło, od kiedy ten mały człowiek pojawił się w moim świecie a już okazuje się cyferka na torcie siedem razy zmieniła formę. Ale to jutro, dziś opracowuję strategię na ten nadchodzący dzień. Przed czterodniową nieobecnością mam wolne, które pozbawione godzin tylko dla siebie sprawią, że ten dzień nasycę sprawami mogącymi w najbliższej przyszłości ułatwić życie moim chłopakom opuszczonym przeze mnie. Zabudujemy sobie te osobne godziny, i one także przeminą. Moje myśli oscylują wokół tego przemijania przyciągane z dziwaczną mocą. A przecież ani to nic nowego ani odkrywczego. Może więcej ostatnio tych moich myśli będących konsekwencją przemyśleń dotyczących nawały tragedii w rodzinie Popielów. Zdaję sobie sprawę, że takich rodzin pewnie znajdzie się więcej. Nie wiem o nich, z różnych przyczyn. O tej wiem, i męczy mnie bardzo, że moje prośby o wsparcie nie dają efektów. Po cóż nam portale społecznościowe, na których określamy się jako znajomi. Cóż to za znajomość, jeśli nie można liczyć w najmniejszych sprawach na innych. Ktoś mi kiedyś zarzucił, że mam opór przed rozmową z obcymi na gg. Nie wypieram się , choć jestem w miarę komunikatywna, nawiązanie rozmowy z wyrwaną z tłumu obcych osobą nie zawsze jest przeze mnie pożądane. Znajomy, choćby z widzenia to jednak jakaś twarz, postać, skojarzenia. Nawet moje „przystankowe” znajomości są dla mnie łatwiejsze od tych zupełnie anonimowych. Taka obca osoba może być każdym. Może się podszywać, fantazjować, konfabulować lub kłamać. A ja jakoś strasznie obciążona jestem przeczuleniem na kłamstwo. Nie spotkałam jeszcze takiego mistrza kłamstwa, który wcześniej lub później się nie pośliznął na swoich wydumaniach. Często odkrycie jednego małego kłamstewka powoduje posypanie się dalszego ciągu oszustw niczym klocków domina. I tak jak te prawdziwe sypiące się klocki sprawiają mi swoim widokiem pewną przyjemność, tak nawałnica kłamstw, budzi odrazę. Nie chcę uczestniczyć jako słuchacz, odbiorca lub okłamywana w tym żenującym popisie. W zamierzchłej przeszłości pewna osoba chcąc się w moich oczach ukazać lepszym, podkolorowała odrobinę swój obraz. Jakieś wewnętrzne mrowienie kazało mi drążyć, do szczegółu się przyczepiłam, aż klocki się posypały tak jak posypała się nasza dopiero pączkująca znajomość. Życie uczy nas od dnia narodzin aż do kresu, gorzkie bywają lekcje i podbarwione humorem, kosztowne i ogałacające nas, ale dzięki temu dające się zapamiętać. Mam nadzieję, że tamta osoba wyniosła z naszej znajomości jakąś naukę, ja dzięki temu czegoś się nauczyłam, i nie była to tolerancja na kłamstwo. Tej tolerancji chyba się nie nauczę, tak jak nie nauczę się beztrosko kłamać. Zresztą wcale nie pragnę tej umiejętności, prościej mi jak nie muszę kluczyć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DOBRZE MIEĆ ZAUFANIE
Notatkę dodano:2014-02-03 21:46:50

Dziurawy tydzień się dla mnie rozpoczął. Weekendy pracujące, pomiędzy nimi wolne dni, gdzieś wciśnięte, gotowe do wykorzystania. I pakuję w nie ile się tylko uda zmieścić. Strategia. Latami praktyki osiągnięty ideał wykorzystania czasu, który mam do dyspozycji. Zegarek to mój przyjaciel a zarazem przeogromny wróg. Rankiem rozkręcam ten swój dzień, aby w porze przedobiadowej dojść do pewnego rodzaju apogeum, w którym każda czynność zazębia się z poprzedzającą i następującą po niej. Jeszcze to i coś innego, i dzień mija, przepoczwarzając się w wieczór, z którego zrobi się nieświadoma noc. Mieszkanie pachnie jeszcze ciepłem wyciągniętego z piekarnika chleba. Ostrzyżona głowa jednego z moich facetów da mi spokój przez kolejny miesiąc. Czyste sumienie obiadu przygotowanego na następny dzień. Zwyczajny dzień, z którego wyrwałam godziny dla siebie. Był czas na myślenie, nie miałam możliwości wyłączenia się, a może nawet bym nie chciała. Zagłuszacz odszedł w niebyt istnienia, nawet drastyczne metody wstrząsów zastosowane przez małżonka na nic się zdały. Dziś moja głowa zajęta kombinowaniem jak mogę pomóc. Zwołuję ludzi odbijając się od ich obojętności, niczym pingpongowa piłka od twardej ściany. Obojętność. Można się w nią ubrać niczym w sobolowe futro i obnosić lub udawać że nie dotyka ona nas. Łatwiej o obojętność jeśli nie znamy kogoś, nie jest zmaterializowanym obrazem człowieka z którym coś nas łączy. To ludzkie i rozumiem takie podejście. Dlaczego mam uwierzyć kobiecie, której na oczy nie widziałam, a ona próbuje mnie przekonać że chce komuś pomóc. Może kłamie, może dla siebie coś chce ugrać, coś z tego ma. Nie do każdego przemawiają intencje, nie każdemu dane dorosnąć, widzieć i patrzeć, otrzeć się, mieć doświadczenia. I rozumiem, bo przecież wśród nas, ludzi potrafią znaleźć się najgorszego kalibru szuje i męty, które z najgorszych tragedii ugrywają dla siebie, jeśli nadarzy się okazja łapią ją nie zwracając uwagi na innych. I tacy osobnicy sprawiają, że mniej w nas wiary w ludzi. Tracimy zaufanie, raz sparzeni nie łatwo nam o wyciąganie rąk w kierunku płomienia. To też prawda. Niektórym opatrzność poskąpiła zaufania do innych, nawet ich nie parząc. I taki człowiek nim drugiemu uwierzy wszystko sprawdzi parokrotnie, z każdej strony temat ugryzie, rozpatrzy co i jak, każdą ewentualność przemyśli dogłębnie i nawet jeśli już się zdecyduje, jego decyzja nie jest pewna. On dalej czuje się niczym nad przepaścią w którą za chwilę runie, niepewny, zginie czy wyjdzie obronną ręką. Mówią, kto innym nie wierzy, ten sam wiary nie wart. Czasem to prawda choć nie zawsze. Mam znajomą, która dotknięta tą przedziwną przypadłością braku zaufania do wielu spraw, jest dla mnie niczym materiał do gruntownej obróbki. Przekonanie takiego człowieka nie lada wyzwaniem. A późniejsze wahania określiłabym słówkiem z paru reklam: bezcenne. I takich ludzi trzeba przekonywać naocznie, przedstawiać całą sprawę z wszelkimi detalami i szczegółami. Ona uwierzy tylko dlatego, bo to mówię ja, a w jej oczach jestem godna tego tak brakującego jej zaufania. Dobrze jest budzić zaufanie i go nie nadużywać, łatwiej takiej osobie przekonać do swoich racji. Dobrze, że w paru ludzkich istotach budzę to zaufanie, dzięki temu jest szansa, że pomogą ze względu choćby właśnie na nie. Choć nie mi, to w ich odczuciu tak jakby pomagały właśnie mnie. Dziękuję Wam za tę pomoc i za zaufanie. Postaram się go nigdy nie zawieść.

Dla osób, które czytują moje notatki ponownie podaję linki do stron zarówno konkursowej jak i tej z informacjami o Adamie i Janku .

 

Link do konkursu w którym ewentualna nagroda wygrana przez tę pracę zostanie przekazana na licytację z której dochód zostanie przekazany na leczenie. Możecie pomóc w wygraniu głosując codziennie ( można oddać dwa głosy jednego dnia przyciskiem głosuj) . To będzie Was kosztować minutę dziennie a dla nich może zwiększy szansę na życie.

 

https://click-apps.pl/apps/clickframe/130719_click_contest2.0/page/content/25/pl/219

 

konkurs trwa do 13 lutego do godziny 12 ,

 

link do strony z informacjami

https://www.facebook.com/WascyPomagamyPrzyjaciolom?ref=stream

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WAGA CZYJEGOŚ ŻYCIA
Notatkę dodano:2014-02-02 15:19:36

Dzięki pracy sobotnio – niedzielnej rozpoczęcie kolejnego miesiąca przeszło niezauważenie. Zagubiony początek w mozaice pracowitych dni. Takie te dni podobne do siebie, takie mało istotne, jałowe. Wiem, że powinnam się cieszyć, że nie są naznaczone złymi chwilami i cieszę się z tego, doceniam, a po głowie chodzi mi parę myśli dotyczących odmiany tego marazmu.

 

Z moim mężem pracuje dziewczyna, jej brata, młodego człowieka dopadły czarne chmury choroby. W tym złym czasie ciężkich przejść miał się na świecie pojawić maleńki człowieczek, dziecko chorego taty, aby osłodzić czy też rozjaśnić swoją obecnością smutek. Opatrzność coś pokręciła, dziecko przyszło świat jako wcześniak, bez szans przeżycia. Tasujący kartami gdzieś na górze utrzymali przy życiu maluszka, i utrzymują go nadal. U taty nastąpiły przerzuty, coraz bardziej chory. Walczy ojciec, nieświadome niczego walczy też dzieciątko. Jest szansa na wyleczenie taty, tylko potrzebna jest spora gotówka. Zaangażowali się znajomi, rodzina, przyjaciele oraz obcy ludzie, którym nie jest obojętne to życie. Tak bardzo chciałoby się pomóc. Każdy dzień to kolejne wyrwane godziny, które choć ofiarowane jakby stanowią także o zmniejszeniu szansy na wyleczenie. Skraca się ten czas, czy zdążą. Chcemy wierzyć że się uda, że tato będzie mógł w zdrowiu uczestniczyć w leczeniu swojego synka, że doczeka radości wychowania. Co mogę zrobić? Za mało. Rozgłaszam, udostępniam, głosuję w konkursie gdzie ewentualną nagrodę ktoś chce przekazać na charytatywną licytację. Coś podeślę od siebie, choć wiem, że to kropla w morzu tych potrzeb. Jednak trzeba zbierać te krople. Może uda się prześcignąć czas, zmienić te roztasowane karty. Póki są one w grze wiele się może zmienić. Jest mi smutno, że mogę tak mało.

Nie chciałabym być opacznie zrozumiana, jednak skoro moje notatki są czytywane, spróbuję też tu zawołać o pomoc. Kto wie, czy sami nie znajdziemy się w takiej sytuacji, że obcy ludzie będą dla nas niezbędną do życia pomocą. Oby nigdy nie przydarzył się nam taki ogrom nieszczęścia, oby nie doświadczyć. I aby zawsze móc cieszyć się tym, co mamy bez tak traumatycznych prób.

Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć finansowo lub przekazując coś na charytatywne aukcje czy też całkiem bez żadnych kosztów zagłosować w konkursie podaję linki.

 

https://click-apps.pl/apps/clickframe/130719_click_contest2.0/page/content/25/pl/219

można głosować codziennie (dwa głosy ) do 13-02-2014 do godz.12

 

 

https://www.facebook.com/WascyPomagamyPrzyjaciolom

 

 

Tak po ludzku proszę, pomyślmy co można zrobić aby pomóc. I nie patrząc na nic pomóżmy.


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


PONOWNE ZEJŚCIE SPRZĘTU
Notatkę dodano:2014-01-31 19:36:56

Tym razem skończyły się przelewki, wyrażałam peany nad ciszą. Chciałam ciszy, to pewnie zostanę na nią skazana, za sprawą mojego umarłego tym razem na całkiem poważnie, podręcznego zagłuszacza. Jeszcze tli się we mnie pewna doza nadziei, że mąż dokona tego typowego dla siebie sposobu naprawy i poczciwa mp trójeczka jeszcze nie odejdzie w niebyt cmentarzyska zapomnianych, niedziałających drobiazgów. Nie podzieli losu starych zegarków, kalkulatorów i pozostałego śmiecia zalegającego pewną szufladę, i odkrywanego przez młodego z pełnym entuzjazmem. To odkrywanie i moment w którym jeszcze te złomki na coś się przydają to najczęściej ostatnia ich misja, aby zakończyć ostatecznie swój żywot jako niesegregowane lub segregowane śmieci. Może jakiś sentyment, wspomnienia, niegdysiejsze kłopoty zaopatrzeniowe lub inne motywy nie dają od razu dokonać tego, co choć odwleczone w czasie przeważnie i tak te niedziałające sprzęty czeka. Etap przejściowy, oczekiwanie niczym czyściec zanim się trafi...gdzieś. Jestem chomikiem, rupieciarą, czasami sama zostaję zaskoczona odkryciami rzeczy dawno zapomnianych. Jakieś świstki bez wartości dla postronnych, drobiazgi, maskotki, czy też inne sentymentalne przedmioty. Mąż wie, że ta moja przypadłość jest jakby częścią mnie. Mogę o czymś zapomnieć jednak przychodzi jeden dzień, coś nagle tknie, wiem, że miałam, przewertuję całą powierzchnię mieszkania. Miejsca gdzie powinno się to szukane coś znajdować jestem pewna. Że było i być powinno, byłabym pewna pod warunkiem że sama byłabym panią na tym śmieciowym królestwie. Jednak pamiętam o tym, że nie jestem tą władczynią absolutną i mam wspólników, którzy czasami coś przestawią, posprzątają po swojemu, zmienią miejsce i moją całkiem pewną pewność trafia przysłowiowy szlag. Nadchodzi opętanie misją odnalezienia niepotrzebnego przez ostatnie dziesięć lat rupiecia, i prześladuje mnie on i gnębi i albo zostanie odnaleziony z wielkim poczuciem ulgi albo staje się smutkiem obleczonym wspomnieniem, że był i może nawet jeszcze gdzieś jest, tylko ja nieszczęsna nie potrafię odnaleźć. Moje poszukiwania przeważnie nie dotyczą umarłych sprzętów tylko sentymentalnych śmieci. Umarłe sprzęty nie są szukane, czekają w otchłani szuflady lub innego miejsca, z moją tej obecności świadomością. Wiem, że nic z tego już nie wykrzesam, nie przerobię na działającego potomka, a jednak nie wyrzucam za pierwszym podejściem. Chyłkiem chowam, może ze złudną nadzieją samo-naprawy, cudownego wskrzeszenia. Nawet nie potrafię nazwać z sensem moich motywów. Podobny los spotka też mp trójkę, służyła mi przecież parę lat. Wielokrotnie ze mną przebywała drogę w różnych kierunkach, dawała możliwość oderwania, podrywała w stronę entuzjazmu w momentach smutku, wyciszała w nadmiernej eskalacji głupiej radości. Zawsze gdzieś w kieszeni była, stając się wybawicielką od niechcianych rozmów, wymówką stwarzającą pozory mojego wyłączenia z rzeczywistości. Maleńki przedmiot, którego będzie mi brakować. Poszukam zastępcy, i następcy, bo przywykłam do możliwości słuchania zawsze kiedy chcę i czego chcę, dawało mi to pewien wybór. Dopóki działała miałam alternatywę, teraz jest cisza, bez możliwości dokonania wyboru. Wczoraj cieszyłam się ciszą dziś ta radość gdzieś prysła. Skoro wiem, że nie mam możliwości zabicia ciszy to właśnie bardzo bym chciała to uczynić. Zawsze inaczej się chce niż ofiarowuje przeznaczenie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162714
Osób: 145169