Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

WIOSENNY CZŁOWIEK
Notatkę dodano:2014-01-16 20:57:15

Śnieg nie pozostawił po swojej obecności najmniejszego śladu. Znikł. Kto wie, może jeszcze się pojawi, może przytłoczy swoim ogromem, stłamsi wszechobecną bielą. Na tę chwilę stał się nikłym, rozmytym wspomnieniem. Czas pokaże, czy zapamiętamy tę krótką obecność, czy też za rok będziemy się zastanawiać czy w ogóle była jakakolwiek chwila śniegu tej zimy. To wszystko jeszcze przed nami. Ja wolę aby nie zmienił się koloryt otaczającego mnie krajobrazu, niech zieloność, choć jeszcze mizerna, z plamami stanowiącymi pozostałość blizn po przymrozkach powoli mnie do siebie przyzwyczaja. Sam fakt minięcia półmetka stycznia podbarwia moje odczucia nutą optymizmu. Z każdym dniem bliżej do wiosny, i nie myślę, że przecież to dopiero styczeń, moje myślenie coraz bardziej stanowczo mówi to już styczeń. Już bym chciała pochować zimowe ciuszki, jakoś wybitnie mi się do tego spieszy. I nawet nie myślę o urlopach, o cieple tylko o pozbyciu się tej szarości w garderobie, o kolorach, które ożywiają polskie ulice w ciepłe miesiące. Teraz wszechobecna szarość krajobrazu, kurtki i płaszcze w gamie ciemnych barw, tylko gdzie nie gdzie z jakimś barwnym akcentem powoduje chęć wyrwania się z tego kolorystycznego marazmu. Jakoś mnie ciągnie do błękitnego nieba, zielonością pokrytych pól, całego optymizmu żywych barw, które otaczając powodują, że inaczej się myśli, łatwiej żyje. Dobrze, że na swojej drodze życia udało mi się spotkać parę osób, które emanują pewną pozytywną energią, do których wykonam telefon i czujemy wspólne ładowanie życiowych akumulatorków. Mam koleżankę, której perlisty śmiech zaraża. Lubię jej chichot, kiedyś nawet w pewien sposób zazdrościłam. Jest tak szczery, i właśnie najlepszym określeniem będzie zaraźliwy. Sporadyczne nasze telefoniczne kontakty polegają na dziwnym szyfrze, kiedy trzy czwarte rozmowy stanowi śmiech. Jedno wspomnienie, jakiś mały ślad i odzew obejmujący zarówno jej osobę jak i mnie. Mój mąż kiedyś obserwował moje reakcje i zapytał, czy myśmy w ogóle coś sobie zdążyły powiedzieć. Nam te półsłówka wystarczyły. I rozmawiamy nie tylko śmiejąc się jak pensjonarki, rozmawiamy też jak najbardziej poważnie, i te poważne sprawy inaczej wyglądają w trakcie naszej rozmowy. I wiem, że pod tym radosnym obliczem jest osoba, która mnie słucha, i pamięta co mówiłam, aby przy następnej okazji kontynuować zaczętą kiedyś rozmowę. Tacy ludzie są dla mnie, jak ta wiosenna zieleń pośród szarości otoczenia. Czekam na rozmowy z nimi, zawsze te rozmowy są za krótkie, za mało ich. Rozstajemy się z żalem, witamy z wielką radością. Czyż nie podobne to w odczuciach do mającej nastąpić w pewnej przyszłości wiosny?. Mało nam jej, wyczekiwana i zawsze za krótka. Dziś miałam krztynkę tej ludzkiej wiosny. Już czekam na kolejną porcję. Może dzięki tym kontaktom coś wspólnie wymyślimy, jakaś iskra się w nas zatli aby rozpalić pomysł do wykonania. I ponownie będzie na co czekać, nowy cel będzie cierpliwie stał w kolejce na swój czas realizacji. I tak sobie myślę musi wiosna być już dosyć blisko, skoro zaczynam snuć plany. Odrzucam marazm i zaczynam czegoś chcieć. To dobry znak.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TRZYSTA RAZY BYŁAM
Notatkę dodano:2014-01-15 21:13:39

Półmetek pierwszego tegorocznego miesiąca zaakcentował swój byt śniegiem. Co prawda mokra maź próbująca zalegać nasze drogi i chodniki trudno znosi porównanie do sypkiego, białego puchu. Jakkolwiek śnieg to śnieg i trudno odmówić choć wspólnej nazwy temu, co właściwie tylko z jakiejś przekory nazwę śniegiem. Spadło tego czegoś z samego rana jakieś dwa centymetry przykryło świat tylko po to, aby topnieć, i próbować uzupełnić to co znikało. Rynny dudnią spadającą z dachów wodą, deszcz wymieszany z surogatem śniegu. Jak ma padać takie coś to lepiej już niech nie pada w ogóle. Takie śniegi pasują do marca lub początku kwietnia, ale nie do stycznia. Nie wzdycham za śniegiem w żadnej postaci, ale za taką breją zupełnie nie odczuwam tęsknoty. Nie musiałam wychodzić z domu, mogłam sobie darować, przecież dziś dzień wolnego. Mogłam na poszarzałą biel popatrzeć przez okna. Nie chciałam, nie dziś, jeszcze mam czas na siedzenie w oknie i podziwianie świata w taki bardzo statyczny sposób. Teraz jest czas na to aby większą aktywność z siebie wykrzesać. I przychodzi mi to bez wysiłku, łatwo robić coś co sprawia przyjemność, co się lubi. Wtedy z czegoś mniej ulubionego rezygnujemy bez żalu, bo naszą nagrodą staje się to co daje radość. Jest parę takich spraw, które dają mi krztynkę optymizmu, w takie mokre, szare dni. Nawet to moje codzienne zostawianie paru zdań, choć początkowo traktowane przez mnie jako pewien sprawdzian z sumienności czy też wyznacznik jaki poziom obierze mój zapał w blogowaniu, daje mi odrobinę przyjemności. Nic materialnego to pisanie nie przynosi, a mogłabym ten czas poświęcić na tworzenie tekstów ukierunkowanych w stronę konkursów, gdzie co jakiś czas postawione literki całkiem materialną postać przyjmują. Jednak wolę tu, a inna działalność z doskoku, niczym wysiłek sportowy, poćwiczę, zakwasów dostaję i odstawiam na jakiś czas. Tu przysiadam, w miarę możliwości znak bytności zostawiam, i wracam w swój świat. Okazało się, że tych moich znaków już trzysta powstało. Różne, one były. Powstawały w przeciągu prawie roku, czyli sześćdziesiąt dni gdzieś mi umknęło. Nie każdy zostawił swój ślad. Trzysta notatek, prawie książka. Nie ciekawa, szarobura, zwyczajna, moja. Z moimi zmartwieniami, radościami, nie do końca opisanymi moimi dniami. Paru znajomych siebie w moich słowach odnalazło, niektórzy znikli z różnych przyczyn, inni wyjechali. Wydarzyło się troszkę, coś minęło bezpowrotnie, jakieś zawody, życiowe porażki, małe sukcesy, na coś dalej czekam, przyjdą inne sprawy. Postaram się w dalszym ciągu bywać, tak jak dotychczas, na ile starczy zapału, dopóki będę czuć przyjemność i sens. A kiedy zagubię gdzieś radość z pisania, chęci w proch się przemienią, usiądę wygodnie w oknie i będę patrzeć na świat do którego nie będę miała ochoty wyjść. Jeszcze nie dziś....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIŻE U INNYCH
Notatkę dodano:2014-01-14 22:51:45

Dokonaj wyboru, bo na wszystko nie starczy czasu. Prawda od wieków znana i od wieków powoduje stawanie przed dylematem co wybrać. Coś zaniedbuję aby uszczknąć czegoś innego. Jeśli poświęcę czas na jedno, coś zaniedbam. Jak zaniedbam, będzie mną jakiś wyrzut sumienia targać. Najlepszym rozwiązaniem może okazać się zupełne nic nierobienie. Odpuścić sobie, machnąć ręką. Niech zadają pytania dlaczego nie robisz tego, co się dzieje na tamtej niwie. A jeśli nie chce się odpuszczać, nie pozostaje nic innego jak okrajać czas z czegoś innego. Można jeszcze zrobić po łebkach, na pół gwizdka, nie dać z siebie wszystkiego tylko część. Jednak traci to sens, to jakby uprać jedną skarpetkę. Można mieć nadzieję, będzie pięćdziesiąt procent szans że nikt nie zauważy. Ale świadomość tego, że jedna jest brudna u właściciela obu nóg istnieje. Tworzy dyskomfort i ciągłą presję że jednak zauważą... Ja też powinnam dokonać wyboru, nie daję czasami rady pogodzić chcę z mogę, mogę z muszę. Może chciałabym coś jeszcze, gdzieś więcej, rezygnuję. I choć szkoda, to wiem, że to jedyne racjonalne rozwiązanie. Nie zawsze góry dają się przenosić, a tak by się chciało mieć tej mocy na tyle, aby przestawiać to, co samemu się chce, w miejsce które samemu się wybierze.

Staram się mieć sił na tyle dużo, aby nie poddawać się, nie załamywać, i jakoś to się udaje. Mąż mówi, że ja jak mam problem to tu pogadam, tam wyleję frustracje, i rozchodzi się po kościach. Nie tłamszę w sobie i dzięki temu łatwiej się otrząsnąć. Zapewne jakiś ułamek prawdy w tym jest. Inaczej odchorowuję swoje problemy. A może jestem z odgórnego namaszczenia takiej konstrukcji, jak terminator. Niby plama, już krzyżyk na nim stawiamy a ten ponownie się podnosi. Tylko jak pamiętam szczątkowo treść, to i na niego przyszła przysłowiowa kryska. Nie jestem tytanem choć pewne pokłady odradzania się po porażkach posiadam. Zawsze sądziłam, że taka słabizna ze mnie, psychiczna niedojda. A okazuje się to tylko pewnym niedowartościowaniem ze strony samej siebie. I co z tego, że czasami krzyknę, że walnę pięścią w stół, że wyrzucę z siebie słowem jakieś emocje. Pozbieram się z tego stanu i rozpoczynam od nowa swoją polkę, zaliczając kolejne doły i szczyty. I nie mówię, że jest mi tak źle, że nie dam rady się dźwignąć bo wiem, że muszę się podnieść, pomóc wstać jeszcze komuś, przez jakiś czas niczym poręcz przy schodach stać się oparciem, przyjąć na siebie parę spraw a później się otrząsnąć i dalej iść tak po swojemu w wewnętrznych podskokach. Słabość dosięgnęła kogoś ważnego i stanę się opoką, bo tak trzeba, bo tak chcę, bo mi zależy na nim najbardziej na świecie. I dla niego muszę być silna.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POKORA WOBEC DUCHA
Notatkę dodano:2014-01-13 20:41:58

Niewiele się dzieje, a nawet jestem skłonna napisać, nic się nie dzieje. Znowu dwa dni pracy, aby w tym slalomie zaliczyć dzień wolnego. Szatkowanie mojego czasu polega na przeplataniu dni wolnych tymi pracowitymi. Nie ma żadnej reguły, która kieruje uporządkowaniem i systematyką tych dni. Bywają tygodnie takie jak obecny, kiedy wolnego do przesytu dostanę, a bywają nadmiernie przepełnione zawodową aktywnością. Czasami to wolę taki przesyt, bo tu jakoś siłą rozpędu po prostu idzie się do pracy, odkreśla następny zaliczony dzień. A taka sieczka dzień wolnego dwa pracy, lub dzień na dzień tylko budzi pewien rodzaj frustracji i otumanienia. Zatracam umiejętność określenia kolejnych dni tygodnia, największe lenistwo budzi się we mnie wtedy, kiedy mam iść do pracy. Dziś pomimo tego, że po wolnych dwu dniach, powinnam z jakąś większą mocą lecieć do pracy, mało tego entuzjazmu we mnie było. Może wpływy czegoś na moje odczuwania każą lekko spasować, może fortuna teraz przygniata a nie niesie. A może to te kobiece cykle dają odczuć lekki spadek chcenia i formy. Czuję swoje ciało, każdy jego symptom, maleńkie znaki i wiem wiele o sobie. Wsłuchanie się w sygnały jest możliwe także dzięki temu, że moja awersja do farmaceutyków powoduje pewną czystość nie zaburzonych działań hormonów i organów. Latami obserwowane ciało, choć pozbawione te obserwacje notatek, skrupulatności dało się poznać dosyć dokładnie. Sama cielesność łatwiej definiowalna i przewidywalna od ducha. Bo ten czasami jakby na przekór, jakby wbrew całej reszcie a to opada lub nadmiernie się wznosi w odczuwaniach. Duch cięższy do zdefiniowania. Rządzi się swoimi prawami, jakby wystarczył gdzieś w monosylabie usłyszany półdźwięk, czasami sama świadomość, że coś się wydarzy, lub kiedyś miało miejsce i już a to chandra dopada a to entuzjazm roznosi. Ciało łatwiejsze się wydaje. Coś strzyknie, wiem przeciążyłam, nadwyrężyłam, naciągnęłam, przyczyny jaśniejsze do określenia niż przy duchowości. I przyczyna i skutek prawie namacalny. Uderzenie – siniak, poparzenie – bąble, zranienie – strup. A duch, uśpiony może sobie niczym mikrob niewidoczny w przyczajeniu wiele lat w środku mieć problem, zarośnie on mchem, niewidoczny pod grubą warstwą przeżyć, i kiedy już wydaje się, że nic po zaszłościach nie pozostało, nagle powstaje gdzieś w umyśle coś co przywołuje, co daje urosnąć niebytowi do ogromnych rozmiarów. I stają się nieoczekiwanie dziwne rzeczy w duchu, czymś staje się zajęty, czegoś brak odczuwa, jakichś niesprecyzowanych pragnień doznaje. Ciało ujarzmione, daje się podporządkować nakazom, zdobywa się na wysiłek, kiedy tego pragniemy, podnosi swoje poprzeczki naszym rozkazom posłuszne. Zdaje sobie ciało sprawę z tego co dla niego dobre, co potrzebne, co budujące i niszczące, choć ta cała wiedza z umysłu, doświadczenia i prób czy błędów pochodzi. Inaczej duch, ten wolny dziwną wolnością, nie wiadomo ani kiedy, ani czym się pokieruje, co w nim demony obudzi ani co spowoduje trwanie w uśpieniu. Wydaje się nam, jestem panem swojego ciała i ducha, czy aby na pewno? Czy tak do końca możemy mieć tę pewność swoich rządów nad umysłem? Ja tej pewności nie mam...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KUNDELKI SZCZEKAJĄ, KARAWANA IDZIE DALEJ
Notatkę dodano:2014-01-12 18:36:25

Późne popołudnie, pozostałość wolnych godzin. Miseczka z nakrojonymi cząstkami jabłek, które niczym magnes przyciągają ku sobie akurat teraz spragnionego ich smaku mojego męża. „Nie leź, idź sam sobie nakrój”, żadnego skutku nie odnosi. Sęp krąży tak długo aż zawartość miseczki nicością się okaże. Leń w każdym z nas czasami się budzi, niedzielne popołudnia powoduję częstsze występowanie leniuchów pasibrzuchów. Zjadłoby się coś, na coś gdzieś w głowie zaiskrzy smak. Jeśli bardzo iskrzy, zakasujemy rękawy i finalizujemy wydumaną rzecz. Czasami okazuje się, że ktoś już coś zrobił, a nam się akurat właśnie teraz i tego bardzo zachce. Oczywiście moje zabranianie to pozory, jego skradanie się i podbieranie też stanowi jakąś grę. Wygłupy. Bywa, że Kleszczyk nie rozumie naszych reakcji, tego droczenia się, które są dla nas chlebem powszednim, wypracowanym przez tyle wspólnych lat. A nam wystarcza jedno słowo i bez zbędnych komentarzy wiemy wszystko. Wiemy, kiedy „nie” znaczy „nie!” a kiedy to samo zdawałoby się zlepienie literek w słowie „nie” oznacza „przecież wiesz, że tak”. Dzięki tym upływającym wspólnym latom poznaliśmy się jak przysłowiowe łyse konie, choć zdarza się zaskakiwać, coś poczynić inaczej niż przewidywany standard. Dzięki temu nie istnieje pojęcie nudy w naszym związku. Jest stabilizacja, oparcie, pewna spodziewalność ale nie ma nudy.

Dziś szczególna niedziela. Od dwudziestu dwu lat takie niedziele mają miejsce. Finał WOŚP. Pamiętam pierwszą taką niedzielę, nasz spacer, w podobną do dzisiejszej aurę z małym jeszcze wtedy starszym synem. Nikt wtedy nie przypuszczał, że przetrwa to tyle lat. Niewiele czasu upłynęło od wielkich zmian w naszym kraju, już wiedzieliśmy co to bezrobocie, poznaliśmy smaki pełnych sklepów choć jeszcze pewną siermiężnością obarczeni żyliśmy inaczej niż inni Europejczycy. I pojawił się facet, ze swoim : „siema”, „gramy do końca świata i jeden dzień dłużej”. Taki luzak, którego nie podejrzewało się o powagę, o stabilizację w jednej sprawie, o wierność tej sprawie. I wtedy było krytykowanie tej działalności, i przez wszystkie minione lata on wiernie działał, a krytycy odżegnywali od czci i wiary. Dziś podobnie jak lata temu ktoś zarzucał a to marnotrawstwo, a to przywłaszczenia, a to krętactwa czy też prywatę. Słowem można skrzywdzić, można przedstawić obraz zupełnie odmienny od stanu rzeczywistego. Nikt nikomu nie każe wrzucać do puszek, wysyłać SMS-ów, dofinansowywać. W zdrowym państwie nie byłoby to potrzebne. Mądrzy rządzący dbaliby o swoje społeczeństwo, o jego zdrowie, o służbę zdrowia i jej wyposażenie. Nie potrzeba byłoby pana Owsiaka z jego inicjatywą. Tylko u nas jest pewien problem z przymiotnikiem „mądrzy”, który jakoś do rządzących nijak przylegać nie chce. I prościej jest zasłonić się ekonomią, pustym budżetem, dziurami wszelkiego rodzaju, niż kupić dla szpitali potrzebny sprzęt. Łatwiej odwrócić twarz i wyciągnąć rękę po gotowy prezent od Jurka Owsiaka, prościej później część honorów przyjąć na swoje „skromne” barki. Ktoś głośno mówi, że Owsiak się wzbogacił, że kantuje. A mi jest obojętne jeśli nawet coś nie do końca wszystko jest czyste, choć jeśli odbywa się to wszystko tyle lat, jakoś ciężko uwierzyć w zgniłe rewelacje. Dlaczego jest mi obojętne? Z tej prostej przyczyny, że ten człowiek robi na tyle dużo, że jakoś ufam w czystość intencji. Żaden paparazzi nie uwiecznił rezydencji, porsche, wakacji na Bahama. Ten, który coś robi zawsze będzie krytykowany, nie zawsze zasłużenie. Szkoda, że szczekają na tego co robi dużo i dobrze, jak to mówią, jeszcze się taki nie urodził co by wszystkim dogodził. Dla mnie WOŚP jest czymś wielkim, nie tylko na miarę naszego kraju ale też na miarę całego świata. Zrobiono coś co funkcjonuje, co jednoczy wielką część naszego społeczeństwa, co przynosi wymierne efekty, głównie dzięki jednej postrzelonej osobie. Cześć mu i chwała za tyle lat prowadzenia tej karawany. Niech maszeruje do końca świata i jeden dzień dłużej...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PIEPRZ I WANILIA PO MOJEMU
Notatkę dodano:2014-01-11 16:47:03

Dziecko odstawione na urodzinową imprezę kolegi, chwila dla swojego widzimisię. Zaparzona kawa w całkiem innej odsłonie niuansów smakowo zapachowych z jednej strony kusi z drugiej zmusza do pewnego przełamania codziennych stereotypów. Kolejne doświadczenie poznawcze po moich ostatnich zakupach na allegro. Zakupy stworzyły okazję do uzupełnienia braków a także do odkrycia czegoś nowego w dziedzinie przypraw. Przy okazji świąt okazało się, że część przypraw na wykończeniu, część już nawet minęła tę granicę i pojemniki straszyły jakąś pustką i brakiem. Moje pierniki „zjadły” składniki samodzielnie wykonywanej przyprawy korzennej, i choć wyrób gotowy jeszcze nie był pozbawiony tego specyficznego smaku oraz aromatu, pojemniczki okazały się w dużej części próżne. Powstał mały impuls,remanent w zapasach a następnie poszukiwania i szał zakupów. Poszłam na całość, do wspólnych zakupów namówiłam jeszcze dwie osoby i w czwartek przyszło ogromne pudło z aromatyczną zawartością. Kardamon, wanilia, imbir, cynamon to tylko niewielki wycinek tej listy, która zamykała się trzydziestoma pozycjami z wielokrotnościami ilości. Rozdzieliłam co dla kogo, i zajęłam się porządkami w swojej przyprawowej szafeczce. Jedną z zakupionych mieszanek była przyprawa do kawy, korzennie pachnąca, zmieniająca całokształt smakowy, wymuszająca na mnie rezygnację z zabielania normalnie pitej mojej rozpuszczalnej. Jestem otwarta na smaki, i teraz zastanawiam się czy ten smak mnie polubił i czy ja go pokocham. Poczynię doświadczenia w proporcjach użytych surowców aby stał się ten smak dla mnie przyciągający i kuszący. To co mam w kubeczku to jeszcze nie jest ideał. Choć pachnie odmiennie, inaczej smakuje, nie stanowi wzorca. Metoda prób i błędów doprowadzi do celu potocznie określanego jako „niebo w gębie”. Moje zakupy, jak już wspomniałam były naznaczone pewną dozą szaleństwa, był wybór, były produkty dotychczas przeze mnie nigdy nie kupowane, i moje ja zawołało kupię, spróbuję. Prócz tradycyjnych od lat stosowanych przypraw kupiłam coś z przeznaczeniem nie tylko dla podniebienia. Poczytałam o właściwościach, skutkach stosowania i doszłam do wniosku, raz kozie śmierć, skoro mam stać się cudem wśród czterdziestoparolatek za tak niewielkie pieniądze, kosztem paru chwil, warto spróbować. Kupiłam kozieradkę. Internetowe mądrości mówią co i jak robić aby stał się cud. Jeśli połowa jej właściwości jest prawdą, stanę się nie tylko zdrową – jakoś dotychczas taką byłam – stanę się mega zdrową przedstawicielką swojego rocznika, pokolenia, a może nawet …. . Niech tylko mikstura odstoi swoje wśród szeregu słoi na parapecie, zacznę leczenie męża, upiększanie siebie a drastyczne zmiany in plus postaram się opisać. Mój parapet pozbawiony zupełnie ogólnie panującego standardu, gdzie zieloność lub kwitnące storczyki stanowią normę. Mam co prawda jakieś rachityczne roślinki na jednej części parapetu, drugą zasiedlają słoje i słoiki z różnymi zawartościami, jest ocet jabłkowy w różnych stanach dojrzałości, są sosnowe pączki w syropie, czereśnie z nalewki które jakoś upodobały sobie ten parapet i kusząc powoli znikają, jakieś maceraty i teraz doskoczyła śluzowata kozieradka w symbiozie z mocnym alkoholem. Cóż każdy ma swojego hopla. Mi nic do czyichś storczyków, komuś nic do moich słoików. Może kwiatki piękniejsze jednak moje słoiki większą ciekawość wzbudzają, szczególnie w pewnej sąsiadce, która z dylematem co też tam jest, codziennie lustruje moje okna, a jakoś pozbawiona okazji do zaspokojenia ciekawości pozostaje obserwatorem z nieodkrytą tajemnicą. Pełna zaabsorbowania mina przy każdym wyjściu z niesfornym pieskiem zahacza o moje okno, chwilę trwa w zawieszeniu aby nie uzyskawszy odpowiedzi na nurtujący widok, ponawiać próbę z godną większej sprawy systematycznością. To jak mam te słoiki pościągać skoro one stanowią tak wielkie urozmaicenie w spacerach tejże osoby? Niech stoją w spokoju razem ze swoją tajemnicą dla innych.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GDZIEŚ KWITNIE TOWARZYSKIE ŻYCIE
Notatkę dodano:2014-01-10 21:34:35

Optymistyczna końcówka tygodnia z wolnymi od pracy dwoma dniami. Niewielkie marzenia prze-leniuchowania tego czasu, których nie wprowadzę w życie z paru prozaicznych powodów. Po każdym tygodniu drugich zmian jakoś nawarstwiają się zaległości, coś cierpliwie czeka na moją najmniejszą oznakę zainteresowania, na moją chęć i wreszcie doprowadzenie do ładu. Znowu narobiło się dziur na kolanach spodni Kleszczyka, odkładane ile się da, wreszcie skomasowanym frontalnym atakiem, działaniem na litość, na wyobraźnię, grając na nucie oszczędności, postawiona pod murem kryzysu ilościowego będę musiała zabrać się za to nielubiane zajęcie. Podziwiam męską część populacji i zdolności unicestwiania całkiem mocnych spodni, robienia rzeszota z czegoś co stanowiło jednolitą całość. Nowe spodnie w przeciągu jednego dnia potrafią wyglądać jak coś co noszone przeze mnie nie wygląda tak nawet po dwóch latach użytkowania. Żadne słowa nie przyniosą skutku, żadne karcenia sensu nie mają. Jedyny odzew na moje uwagi to niewinna mina, oczy kocura ze „Shreka” i stwierdzenie, że samo się zrobiło albo w drugiej wersji : nie wiem kiedy, nie wiem jak ...Kto ma synów ten wie, że pewien wiek stanowi studnię w popycie i podaży spodni, których nigdy dosyć, a już w stanie nienaruszonym to w zasadzie nigdy nie ma. Szkolny korytarz ze swą zapraszającą do ślizgów podłogą powinien być wykorzystany przez jakiś instytut badający wytrzymałość materiałów użytych do szycia spodni dla chłopców w wieku od czterech lat wzwyż, górnej granicy nie przewiduję bo i wśród tatusiów zapewne niejeden znalazł by się taki co pragnąłby ślizgiem taki korytarz zaliczyć. I tak jak teraz sporo miejsca zajęły mi te gatki tak ich naprawa w trakcie „wolnego!!!” weekendu wyrwie mi parę godzin z życiorysu. A przecież czeka mnie więcej spraw, które muszą być, powinny być, chcą być i po prostu będą się wydarzać i realizować. Niewielkie przygotowanie do zbliżającego się Dnia Babci, aby kiedy przyjdzie konkretna godzina wszystko było na miejscu i o czasie. Taka proza mnie osaczy, i znowu przelecą dwa dni ani się obejrzę. Pogoda lekkiego załamania doznała, wiatrem i deszczem traktuje cieszących się z bezśnieżnej zimy przechodniów, to może się zdarzyć, że tylko jakimś wielkim wysiłkiem zmobilizuję resztę współdomowników do wyjścia na spacer. Zresztą kto wie, może i mnie ogarnie lenistwo. Jutro młody idzie na urodziny do kolegi, więc dzięki temu rozbuchanemu życiu towarzyskiemu dzień innego kolorytu uzyska a i jego harmonogram ulegnie zmianie. Wczoraj Kleszczyk zapytał całkiem poważnie : -”a jak pójdę na te urodziny to zachoruję??”. Zdarzyło się w tamtym roku, na urodzinach u jednej z koleżanek podłapał ospę i długi czas dochodził do siebie. Jakoś w nim pozostał ślad i powiązanie: impreza urodzinowa równa się choroba. Szkoda, że całkiem poważni dorośli nie potrafią zakodować sobie że przyczyna rodzi jakiś skutek i ich ostre imprezowanie równa się ostry ból głowy i inne przypadłości dnia następnego. Już po tygodniu zapominają, po miesiącu całkowita amnezja, gdzie mówić o roku...Niewinna mina kocura i pytanie : to była miesiąc temu jakaś impra....?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POKRZYCZAŁOBY SIĘ...
Notatkę dodano:2014-01-09 21:44:40

Odhaczam kolejne dni. Każdy niby nic sobą nowego nie dostarcza, a jakoś nie czuję jeszcze znużenia ani zmęczenia. Może to wpływ tej prawie wiosennej pogody, słoneczne dni, plusowa temperatura dają takiej pozytywnej energii, że nawet jak człowiekowi sił nie starcza to i tak podnosi się, mobilizuje. I niejako wbrew tej faktycznej porze roku kolejny dzień rozpoczynam niczym Tuwimowska lokomotywa. Powoli, rozruch i coraz szybciej, coraz energiczniej. Nie wiem kiedy robi się wieczór, powrót do domu po pracy, chwilka dla Kleszczyka, moment dla siebie, i znów sen, ranek i to tempo. Choć ten kołowrotek pracowitych dni zmierza do wolnego weekendu, i może z tego powodu ten nadprogramowy zapał. Jednak bardziej skłonna jestem przyjąć wersję z wiosną w tle. Coś w tej energetycznej wiośnie musi być, bo człowiek niczym ospały miś jak już rozbudzi się po zimowym śnie, płynnie przechodzi w jakąś fazę aktywności. Przyroda też jakoś ogłupiała. A może ona bardziej niż my, ludzie o zdezelowanych zmysłach i odczuwaniach, wyczuwa, że czas się przygotować do większej działalności. Parę dni temu obserwowałam srokę, która już łatała gałązkami ruinę gniazda. Jej zaciętość w upychaniu kolejnego patyczka niewiele miała wspólnego z zimą. Jakieś nie do końca sklasyfikowane przeze mnie ptactwo w okolicznych krzakach przy mojej drodze do pracy odprawia takie trele o poranku, że skłonna jestem przyjąć razem z tą dziwnie zachowującą się przyrodą, że jednak jest szansa na anomalię, której niewielu będzie przeciwnych. Nawet głosy sceptyków nie są w stanie zagłuszyć tego co słychać, ani zamknąć oczu na to co widać. A już najmniej mogą wobec moich wyobrażeń. Ja już chcę tej wiosny. Nawet nie dlatego, że sprzykrzyła się pogodową srogością, bo tej dotychczas nie było, ale właśnie pragnę jej dla tego ponadnormatywnego chcenia. Wiosenne ADHD, kiedy nie czuję zmęczenia, smutki mniejszą przystępność do mojej osoby mają, i chce się chcieć. Kiedyś powiedziałabym :” pokrzyczałoby się...” tylko, czy pani w moim wieku wypada aż tak dalece zapominać o pewnym pionie w zachowaniu? Pal sześć pion. Jak to wyśpiewał Jerzy Stuhr „...Czasami człowiek musi, inaczej się udusi,...” . Mi co prawda daleko jeszcze do uduszenia bo jakoś nadmiarom energii udaje się znaleźć ujście, jednak bywa, że zrobiłabym więcej, mocniej, silniej. Lubię ten specyficzny ześwirowany stan, kiedy miast stonowanego kroku podskoki królują bez oznaki zadyszki. Szkoda, że przez cały rok takiego stanu nie dane mi zaznawać. Choć kto wie co bym w ciągu roku nawywijała jeśliby nie było żadnych dołów ani przerw. Może potrzebna jest ta równowaga aby ochłonąć, wypocząć, odparować.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


IRONIA ŻYCIA...
Notatkę dodano:2014-01-08 21:10:49

Mój biorytmem wykazywany niż we wszystkich mierzonych dziedzinach, nijak się ma do tego co odczuwam. Całkowita rozbieżność pomiarów z doznawaną przeze mnie rzeczywistością. Wykreślone fale wskazują stan, z którego nawet normalne podźwignięcie się z łóżka powinno być wysiłkiem ponad możliwości wykonania. A ja jakby wbrew tym obliczeniom, biegam, emanuję radością, uśmiecham się do siebie, nie tak duchowo tylko całkiem cieleśnie. Przysparzam sobie kolejnych zmarszczek a mimo wszystko nie martwi mnie to. Mam dobry czas, codzienność wypełniona po brzegi. Niby nic wielkiego się nie dzieje, ale jakiś wewnętrzny spokój zapanował i ogarnia mnie każdego dnia. Fizyczne zmęczenie pokonam kolejnym wysiłkiem, który sama sobie zafunduję. I nie przeszkadza ten wysiłek skoro bez przymusu wzięty na swoje barki. Nie wiem co przyczyną tego całkiem miłego stanu, może fakt, że otrząsnęłam się ze złych emocji, wymazałam z myślenia pewne osoby, zakazałam wstępu w moje rejony. Okrzepłam. Może fortuna wbrew biorytmom funkcjonuje, nigdy tego nie analizowałam bo moje sceptyczne podejście nie daje pełni wiary w jakiekolwiek przepowiednie i wróżby. A może one same nie spełniają się z tej prozaicznej przyczyny mojej niewiary. Koło się zamyka i życie odrobinę wbrew przepowiedniom płynie. W zamierzchłych czasach dorastania, będąc nastolatką otoczona paroma osobami które wielką wiarę pokładały w nakazach horoskopów nawet odrobinę liznęłam tej pseudo wiedzy. Wiedziałam z jakim znakiem tak, z jakim w żaden sposób nie, wśród kogo mam szukać potencjalnych przyjaciół, a kto może być dzięki nakazom horoskopowym wrogiem do grobowej deski. I tak sobie analizowałam, w coś zaczynałam wierzyć, jakieś wizje przekładały się na moją młodą rzeczywistość. Aż nastąpił czas życiowych korekt i znak, który niejako pisany miał mi być jako wspaniały życiowy partner, okazał się po długim okresie zaangażowania całkowitym niewypałem. A ktoś, na kim nie powinnam nawet oka zawiesić, że o powierzaniu własnej osoby nie wspomnę, trawa przy moim boku już prawie ćwierć wieku. Skoro aż tak bardzo omylne okazywały się horoskopowe wizje machnęłam na nie z wielkim rozmachem ręką i zupełnie nie przykładam wagi. Czasami z jakiejś ciekawości co też ktoś w swoim fantazjującym umyśle mi naznacza na najbliższą przyszłość, zaglądnę, przeczytam, bez wiary omiotę wzrokiem i dalej pójdę swoją drogą. Moja niewiara nie daje się przełożyć na życie przepowiedniom i nie cierpię z tego powodu. Nawet łatwiej mi uwierzyć w inną teorię dotyczącą mojego życia. Pewna doza fatalizmu daje większe możliwości dla tolerowania zaistniałych spraw. Nie winię za przeżyte sprawy nikogo, ot tak miało być i wypełniło się założenie z góry. Każda sprawa ma jakiś cel, czasami daleko, niedosiężnie dla wzroku, nie dając się powiązać z początkiem czegoś zupełnie jakby oderwanego od zalążków. Człowiek sobie na spokojnie przemyśli, coś z czymś połączy, zauważy dawne relacje, ich kierunki, ich rozwój i zauważa się co na co miało wpływ, co dzięki czemu się stało, z jakiej wiedzy jaka nauka pozostała. Znalazłam kiedyś bardzo mi odpowiadającą myśl, z jej założeniem zgadzam się bez zbędnego komentowania. „Ironia życia leży w tym, że żyje się je do przodu a rozumie do tyłu.” - Søren Kierkegaard


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRAWIE JAK W „MISIU”
Notatkę dodano:2014-01-07 21:15:04

Udało się. Tym razem plany nie spaliły na panewce, zrealizowałam tyle ile sobie ustaliłam. Oczywiście nie wszystko z dodatkowych spraw do załatwienia mam za sobą, niektóre czekają na maruderów, którym niespieszno wrócić z urlopów. Są do załatwienia jakieś bzdurne aktualizacje danych do wywozu śmieci. Paranoja goni paranoję, mój podziw zapewne z każdą taką akcją będzie sięgał pułapu niezrozumienia. Fachowcy potrafią przebić niejedną dobrze funkcjonująca rzecz w bzdurny wymysł bez jakiejkolwiek logiki. Tego nie wymyśliłby nawet Bareja, choć łebski człowiek potrafił wyłapać niegdysiejsze bzdury utrudniające życie lub to życie uprzykrzające. Gorsze czasy niby przeszły, jednak w każdej dekadzie, półwieczu i innym ułamku wieku, objawiają się fachowi fachowcy, którzy jakoś każdą zawieruchę przetrwają, i unaocznią się aby dobre zepsuć, złe zapętlić jeszcze bardziej, potrzebne rozdać aby za chwilkę kupować za grube miliony. I najsmutniejsze, że zanim się takiego fachmana cudownie obali, zdąży napsuć bezkarnie, kosztów natworzyć, a później przesiądzie się na inną potrzebującą wozaka furę i pojedzie psuć dalej, gdzieś indziej jako fachowiec w innej dziedzinie. Nasze mądre głowy przyjęły tzw. ustawę śmieciową. Cześć im i chwała. Zapewne oczyma wyobraźni widzieli czystość, porządek, lasy bez śladu śmieci, błękitne wody akwenów, każdy odpad trafiający w odpowiedni pojemniczek i bez śladu utylizowany. Nie będę wchodzić w wyżyny tego co miało być konsekwencją tej ustawy, bo nawet szansy najmniejszej nie mam na odgadnięcie górnolotnych planów i wizji. Widzę jednak nie te wizje, widzę szarą rzeczywistość walającą się jak i dotychczas w miejscach ku temu nie przeznaczonych w postaci śmieci. W mojej miejscowości, na jej obrzeżach znajduje się wysypisko śmieci, nowoczesne, zapewne dotowane z jakiejś kupki naszych pieniędzy. Przysłowiowy rzut beretem mamy, my mieszkańcy do tego przybytku, jakkolwiek nikomu nie przyjdzie do głowy aby samodzielnie na wysypisko swoje śmieci tachać, więc z racji pewnego poziomu uświadomienia nasze śmieci trafiają tradycyjnie do kontenerów, tuż przy blokach. No i teraz jeden z wielu kwiatek, dotychczas obsługiwała nas firma komunalna z wieloletnią tradycją z miasta oddalonego osiemnaście kilometrów. Nie do końca po nosie nam to było, ale pokornie przyjmowaliśmy ten sposób, nie chcąc bawić się w śmieciach. Nie było ustawy, śmieciarki przyjeżdżały w piątkowe poranki, zabierały zawartość kontenerów i jechały w siną czyli całkiem nieodległą dal wysypiska. Odbywało się to niejako po drodze, bo i tak na „nasze” śmietnisko odpady z miasta lądowały, czyli chciał nie chciał naszą miejscowość nawiedzano, to przy okazji zabrano nasze śmieci i już króciutką trasę pokonując uczyniono jakiś poziom ładu i porządku. Weszła ustawa, ktoś ogłosił przetarg i.... wygrała firma z siedzibą odległą od mojej miejscowości prawie siedemdziesiąt kilometrów. Bajka?. Fikcja?. Nie, rzeczywistość. Przyjeżdża śmieciarka widmo, z częstotliwością nie do ogarnięcia, nawał śmieci przytłacza nas, każą nam za to płacić całkiem słono a od stycznia z kolejną podwyżką. Łaskawca na stołku w całej swojej dobroduszności wystosował do mieszkańców pismo w którym wyłuszczył jak wielkiego deficytu jesteśmy powodem i pogroził czterdziestoprocentową podwyżką, jednak aby okazać serce dla wyborców napisano, że dwadzieścia procent pokryje gmina a dwadzieścia my, mieszkańcy. Ludzki pan....Odnoszę wrażenie, że w naszym kraju „fachowcy” mają swoich spadkobierców w wykonywaniu fuszerki, szkoda, że piętnujących głupoty spadkobierców Barei nie ma tak wielu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163307
Osób: 145762