Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CO SIEDEM LAT....
Notatkę dodano:2014-01-06 17:51:42

Wracam w swoją normalność, zanim zacznę bezbłędnie określać trwający dzień zapewne minie trochę czasu. Pracowicie spędzone ostatnie dni, nieobecność w domu i ten przesyt świąt, które dla mnie nie chciały być wolnymi od zajęć zawodowych, spowodowały mój zupełny kalendarzowy rozstrój. Zanim wdepnę w pewną unormowaną stabilizację, będę się upewniać i co do daty i do dnia. Ci którzy pracują w podobnym systemie znają ten stan skołowacenia po pracy w ogólnie przyjęte wolne dni. Jutro ja mam święto, wyszarpnę dla siebie ile się da, machnę ręką na obowiązki, coś zaniedbam, czegoś nie dopatrzę a najnormalniej w świecie odpocznę. Choć jeden dzień a właściwie jego cząstka będzie tylko moja. Potrzebuję tego oddechu, który wypełni moje ciało pewną pozytywną energią. Czuję siłę na działania, i wiem, że jeślibym musiała ogarnę dużo więcej, ale nie muszę. Poczekają na moją chęć prozaiczne sprawy, teraz ich nie będę zauważać nie przepuszczę w kolejce do spełnienia. Teraz ważne jest to, co sama wybiorę, a tego wyboru już dokonałam i jeśli niesforne chochliki nie namieszają w najbliższej przyszłości mam zamiar wypełnić plany. Ukierunkuję aktywność egoistycznie tylko dla siebie.

Ani się obejrzałam początek stycznia stał się przeszłością, pogoda sprawia wrażenie jakby nie tylko ten początek już minął. Przyświecające słoneczko, unoszące się źdźbła traw, zieloność na polach potęguje odczucie jakby nastał marzec i wiosna, która już za dzień, za dwa... Wiem,że te odczuwania są złudne i zupełnie rozbieżne z rzeczywistością, jednak w taki sposób odbieram panującą aurę. Zima bez zimy, choć może zaskoczyć, zasypać śniegiem, zmrozić niczym Nowy Jork, nie pragnę, nie czekam tego zimna. Górale narzekają, narciarze wyczekują, a przeciętny Kowalski cieszy się że jej nie ma. Cieszy się, że nie musi ogrzewać mieszkania za horrendalne kwoty, że przyroda w tym roku z nim współpracuje na niższe rachunki. Odczuwa radość, że nie musi codziennie skrobać szyb, zmiatać śniegowych czap, że czarność szosy daje większe bezpieczeństwo dojazdu do pracy. Czy powinnam współczuć narciarzom, góralom? Jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie zrozumienia dla ich pragnień i liczą się moje małe radości z bezproblemowego dojazdu, z ciepłych rąk i nie skostniałych palców u nóg w czasie, kiedy czekam na spóźniony transport do pracy. Ot egoistka, która też ma jakieś oczekiwania wobec zimy, której nie pragnie. Sam fakt zaistnienia stycznia dodaje pewnej dozy optymizmu, bo jakoś bliżej do wiosny po której do lata też łatwiej doczekać. Może czas na wyciągnięcie letnich notatek i ocieplenie sobie tego ciepłego mimo stycznia dnia? A może niech jeszcze poczekają na trzaskający mrozem czas i wtedy otoczę się pachnącym latem wspominaniem. A może ta zima będzie taka jak miała miejsce w dwutysięcznym siódmym roku, dwa dni śniegu i natychmiastowy koniec. Dobrze pamiętam tamtą zimę. Była to zima oczekiwania na Kleszczyka, który jeszcze w tamtym czasie nazywany bywał Fasolką. Lekarze nie potrafili określić płci, choć dawali nadzieję na Kasię, bo tak miała być nazwana dziewczynka jeśli się urodzi, cóż los sprezentował kolejnego chłopaka, ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy w tamtym czasie. Obawiałam się nagłego ataku zimy, choć ona przez długi czas jakoś wcale się w nasze rejony nie spieszyła. Jeszcze początkiem grudnia w trakcie spacerów po lesie znajdowaliśmy lekko przymarznięte nocnymi przymrozkami grzyby. Jednak im bliżej było rozwiązania tym moje obawy o nagłe załamanie pogody przybierały na sile. Mąż pracował na zmiany, jeśliby coś zaczęło się dziać poza wyznaczonym terminem skazana byłabym na wzywanie pogotowia, czy jakąś akcję wśród sąsiadów. Choć wersja z sąsiadami raczej pomiędzy księgi fikcji powinna być włożona, ja żyłam z krążącym nad swoją grubą osobą dylematem co będzie jeśli.... Pogoda się załamała, jednego styczniowego dnia spadło śniegu po kolana, drugiego dnia śnieg znikł, zerwały się wichury, pozbawiające nas prądu na wiele godzin. Pogoda wróciła do bezśnieżnej normy. Fasolka przyszła na świat pod całkiem męską postacią, mieszcząc się w ramach czasowych, nic nie komplikując swoim pojawieniem na świecie, nie wywołując żadnego z przewidywanych moim strachem kataklizmów życiowych. I tak sobie tamtego pamiętnego dla mnie roku trwała ta zima bez zimy. Ciepło lutowych dni dawało szansę na długie spacery. A później z tej bez zimowej zimy stała się piękna, ciepła i długa wiosna. Może podobnie stanie się i w tym roku. Mówią, że pewne sprawy powielają się co siedem lat....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CAŁKIEM TRZEŹWY SPRZECIW
Notatkę dodano:2014-01-03 22:21:39

Są sprawy, które choć mnie bezpośrednio nie dotyczą odciskają głęboki ślad w moim postrzeganiu świata. Mam swoje przemyślenia oraz wysnuwam jakieś wnioski po zaistnieniu pewnych faktów. Choć staram się omijać telewizję szerokim łukiem, radio jest sporadycznie wysłuchiwane, prasówka i wnikanie w teksty lokalnych oraz ogólnopolskich pismaków nie stało się moją poranną przy-śniadaniową tradycją, zdarza się że coś przez te moje kordony obojętności na szeroki świat przeniknie. Może to moje zamykanie się na wszystkie problemy świata stanowi formę obrony przed zbyt nachalną inwazją informacji o pewnym wyolbrzymionym znaczeniu, rozdmuchanych mało istotnych faktów zakrawających niejednokrotnie o poziom czasopisma z początku lat dziewięćdziesiątych o znamienitym tytule „Skandale”. Nie lubię tego typu wiadomości, nie gustuję w półprawdach i przeinaczeniach, a może główną tej mojej obojętności przyczyną jest fakt, że nie lubię być traktowana jak osoba pozbawiona jakiejkolwiek umiejętności logicznego myślenia, której można wmawiać do woli każdą głupotę popartą pustosłowiem redaktora fantasty. Jednak są sprawy, które do mnie dochodzą i poruszają do głębi. Z czysto ludzkiego podejścia nie potrafię tolerować, nie daję swojego przyzwolenia na zjawiska, które stają się wynikiem indolencji na oczywiste fakty, które mieć miejsca nie powinny. Rozpisałam się nie sięgając sedna sprawy, która mną wstrząsnęła. W pierwszy dzień obecnego roku w niewielkiej miejscowości człowiek, wobec którego to słowo jakoś ciężko mi przez usta przechodzi, wsiadł z zamiarem prowadzenia do samochodu. Pewien swoich umiejętności, z dużą zawartością alkoholu we krwi wjechał w grupę ośmiu osób zabijając sześć z nich. Uśmiercił nieznane sobie osoby, ot tak bo …. bo był pewien swojej fachowości w kierowaniu samochodem, bo brak było wyobraźni, bo pozbawiony był hamulca, który by zabronił wsiąść w takim stanie za kierownicę. Tych „bo” zapewne można byłoby wymienić wiele więcej jednak w moich oczach żadne z nich nie jest wytłumaczeniem, żadne nie stanowi skutecznej obrony przed moją dezaprobatą oraz stanowczym moim sprzeciwem. Zginęli ludzie, zginęli rodzice, zginęły dzieci, ktoś dzięki temu indywiduum sięgnął dna życiowej tragedii z której do końca swojego życia się nie podniesie. Dzieci pozostałe bez oparcia rodziców, ich życie już nigdy nie będzie beztroskie, wyrwano im cały pewnik dziecięcego bytu. Żadne słowa nie odzwierciedlą tego co spotkało tych ludzi spokojnie spacerujących, nie spodziewających się tego co ich spotka. Mi też słów brakuje, wyobraźni nie starcza na ogarnięcie całej tragedii. I brakuje słów na potępienie zachowania człowieka, który jest przedstawicielem ogromnej rzeszy beztroskich idiotów wsiadających po pijaku do samochodów. To że doszło do tak wielkiej tragedii to nie tylko wina tego osobnika, to wynik pewnego przyzwolenia na podobne zachowania. Po małych miejscowościach, pozbawionych stróżów prawa w nich stacjonujących jeżdżą drobni pijaczkowie i nikt, nic nie robi aby do tego nie dochodziło. Jeśli nawet ktoś w obywatelskim odruchu uczyni aby do takich sytuacji nie dochodziło panuje ogólne potępienie nie pijaka kierującego a właśnie donosiciela, któremu przyświecało dobro trzeźwych użytkowników dróg. Często w towarzystwie milcząco przyzwalamy na kierowanie po przysłowiowym jednym kieliszku. I to przyzwolenie idzie od dołu, coraz szerzej i dalej. Udaje się bezproblemowo przebyć drogę pod wpływem wielu a kolejny doprowadza do tragedii. I dziwimy się jak mogło do tego dojść. Czyż tak wiele wysiłku kosztuje abstynencja jeśli wiemy, że w perspektywie mamy jazdę autem? Czy nasze prawo nie jest zbyt delikatne wobec nietrzeźwych kierowców? Skoro ktoś raz usiadł za kierownicę w takim stanie, to prawdopodobieństwo że uczyni to kolejny raz istnieje dosyć spore, może jednak zaostrzenie rygoru nie byłoby zbyt wielką karą w świetle ilości i ogromu tragedii, które są konsekwencją takich zachowań. Każdy ma prawo do swojego zdania na ten temat, ja jestem za zaostrzeniem nawet bardzo drastycznym kar i egzekwowaniem ich i stanowczo sprzeciwiam się pijanym użytkownikom dróg.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ODCISNĘŁAM ŚLAD BYTNOŚCI....
Notatkę dodano:2014-01-02 16:47:26

Parę minut ukradnę na to aby zostawić po dzisiejszym dniu kilka literek, które udowodnią, że jeszcze ciągle mam odrobinę chęci na te moje notatki. Dzisiejszy wolny po paru pracowitych dniach też niepełny moimi sprawami. Za moment wyruszę do rodzinnego miasteczka, aby nie musieć jutro przed piątą rano jechać samochodem. Każdy poranek może zaskoczyć tak niepełnowartościowego jak ja kierowcę jakimiś nieprzewidzianymi opadami śniegu, lub „szklanką”na jezdniach. Wolę asekurować się pobytem u mamy, poranną marszrutą po wyludnionych ulicach niż niepewnością jazdy. Pogoda choć niewiele się różniąca od marcowego przedwiośnia może spłatać niejednego figla, a ja jakoś nie pragnę być zaskakiwana w ten szczególny sposób. Kolejny przedłużony weekend ponownie spędzę w pracy, co nie cieszy ani mnie ani pozostałych członków rodziny. Mąż ze zwieszonym na kwintę nosem robi obliczenia ile czasu będę tu, ile tam, co wspólnego nas ominie. Ja staram się nie myśleć ani ile pracy mnie czeka, ani na jakie godziny. Minie ten świąteczny weekend i wreszcie wszystko mam nadzieję powoli wróci na utarte koleiny normalności. Znajdę czas na parę spraw, które odsuwane nie miały możliwości zaistnienia. A może właśnie tak nieobliczalnie będzie wyglądał ten mój rok. W jakimś horoskopie na przyszłość najbliższych dwunastu miesięcy przeczytałam, że będzie lepiej, energia będzie we mnie buzować, kogoś poznam, gdzieś pojadę.... Ot wymysły, do których niewielką wagę przykładam. Choć w tę energię to z całym zaufaniem chcę wierzyć bo jakoś z natury jestem nią dosyć obdarzona, więc skoro po drodze nie zgubię tego co istnieje, jest szansa na taneczne kroki, którymi przebędę ten rok.

Za miesiąc Kleszczyk kończy siedem lat, właśnie wpadłam na pomysł prezentu dla niego, i teraz zajmę się poszukiwaniami, najpierw w necie, później w okolicznych księgarniach. Ostatnio mały wykazuje szczególne zainteresowanie budową oraz działaniem części ludzkiego organizmu. Każdy wieczór mam problem w wymyślaniem kolejnej pogadanki, przypomnieniem jakiejś iluzorycznej pozostałości wiedzy z anatomii oraz przekazanie w przystępny sposób tej wiedzy. Młody słucha tych rewelacji z taką uwagą, o którą go nie podejrzewałam. To jedyne chwile, kiedy zamiast ciągłego trajkotu z jego strony następuje prawdziwa zaciekawiona cisza z ewentualnym pytaniem o jakieś szczegóły w temacie. Ale to też nie dziś, dziś mam deficyt czasowy, o którym żaden z horoskopów nie wspominał. Widocznie wróżowie takich spraw nie widzą, a skoro są tak bardzo ślepi, nie pozostaje nic innego, jak poza wszelkimi przepowiedniami żyć swoim życiem. Wyskakuję więc stąd i wskakuję z powrotem do siebie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JAKI PIERWSZY DZIEŃ...
Notatkę dodano:2014-01-01 17:37:17

Dziwnie wyglądająca data, taka jedyna w swoim rodzaju nic jeszcze nie znacząca choć jak powiadają jaki pierwszy dzień roku taki on cały. Nie wierzę w to, nie przykładam wagi do jakiegoś szczególnego przeżycia tego dnia i nie każdy pierwszy dzień roku daje się zapamiętać. Choć pamiętam pierwszy dzień minionego roku jakby to było wczoraj, jakieś strzępy stały się tak wyraźne jakby minęła chwila, nie trzysta sześćdziesiąt sześć dni temu. Dziś mogłabym pewne momenty powielić, stałyby się swoistym deja-vu. Podobnie jak rok temu moi chłopcy siedzieli oglądając jakieś skoki narciarskie, ja słuchałam radiowego topu wszech czasów, myszkowałam po necie, wymieniałam się wiadomościami ze znajomymi, na coś czekałam, coś planowałam i podobnie jak dziś nie wiedziałam jak będzie wyglądał dalszy ciąg mojego życia. A ono zatoczyło pewien krąg i wcale nie był ten rok taki jak pierwszy jego dzień. I nie wierzę aby rozpoczynający się dziś rok też miał stać się wielokrotnym powieleniem dzisiaj. Nawet bym tego nie chciała. Zresztą mam świadomość, że moje dni będą stanowić zróżnicowany melanż z tym co przewidywalne lub zupełnie sprzeczne z oczekiwaniami. Zdarzy mi się na kimś zawieść, kogoś poznać, coś przeżyć i tego dobrego a także tego co zasmuci. Nie mam szklanej kuli, która przedstawi mi fabułę przyszłości, nie pójdę do wróżki po drogowskazy na jutro. Wszystko co mnie spotka będzie takie jak ma być, jak gdzieś, ktoś zaplanował. Ja będę realizować ze szczególnym naciskiem aby każdy dzień rozpoczynać z uśmiechem. To jedyny plan który mam zamiar wprowadzić w życie, nic więcej nie zakładam. Może zrzucę trzy kilo, może podwyższę basenową normę, może coś, może co innego. Nie nastawiam się na pewnik nie mówię: zrobię bez dwóch zdań choćbym miała stanąć na głowie. Mogę nie muszę i to ma być moja decyzja, tak jak moją decyzją będzie pozytywne nastawienie. I czekanie na kolejne dni, tygodnie, miesiące. Zapewne zdarzy się ponarzekać, nad czymś uronić łezkę, zamyślić nad problemami, coś urzeknie, inne zmrozi krew w żyłach. Fortuna parę obrotów uczyni a ja raz na, raz pod wozem się znajdę. To takie normalne jak co roku mające miejsce, więc spodziewane także w tym już rozpoczętym. A rozpoczął się ten mój rok pracowicie, jazdą po pustych, oszronionych drogach w kierunku miejsca pracy. Nieprzespana noc dzięki zabawie innych, ich beztrosce w całonocnych hałasach aby w czasie, kiedy ja wyjeżdżałam do pracy oni spokojnie udawali się dopiero spać.

Co mnie tego ciemnego poranka uderzyło? Nie pustka na ulicach, bo to stanowi normę w noworoczny poranek, najbardziej zauważalne były wszechobecne pozostałości hucznych, czasami bezmyślnych zabaw. Puste butelki po surogatach szampana, resztki petard i sztucznych ogni, jakieś jednorazowe naczynia które nie dodawały szyku wypijanym pod chmurką toastom. To wszystko teraz w ogromie rozrzucone po okolicznych skwerach i trawnikach. Huczne obchody wkroczenia w nowy rok spowodowały u niektórych degeneratów nadmiar sił ukierunkowanych w czynieniu głupstw i wandalizmie. Jakiś idiota stwierdził, że przystanek autobusowy nie spełnia jego norm intelektualnego podejścia do standardów piękna, więc zniszczył to, co innym w niezmienionej do tej pory formie było potrzebne. Zdziczenie w tę jedną noc w roku powodujące destrukcyjne działania paru głupków, ktoś będzie musiał naprawić, i naprawi a zapłacimy za to wszyscy. Szkoda tylko że główni winowajcy nie zostaną obciążeni całością kosztów, że nie naprawią sami tego, co zapewne z poczuciem misji zepsuli. W miejscowościach takich jak moja takie rzeczy się dzieją bez wykrycia sprawców, nie ma świadków bo i nie ma przed kim świadczyć. Mówią że terror sieje strach. Czasami wolałabym aby to stróże porządku publicznego troszkę tego strachu posiali niż wandale i chuligani. Jakoś mniej by mi przeszkadzał ten strach przed policją, którego konsekwencją byłby porządek i strach złoczyńców. Wstąpiłam w nowy, brudami pokryty rok, czy ktoś się jeszcze dziwi że nie chcę aby cały rok taki był....?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


2013 JUŻ STAJE SIĘ HISTORIĄ
Notatkę dodano:2013-12-31 17:22:04

Szczególna data, oznaczająca koniec kolejnego roku. Jakiś etap się skończył aby mógł rozpocząć następny. Zatoczył się pewien krąg. Przy takiej okazji dokonujemy pewnych podsumowań, oceny, oraz porównań do minionych już lat. Może powinnam też dokonać tego dla samej siebie osobistego podliczenia zysków i strat. Tylko co to da, minionego czasu nie cofnę, wyniesionych nauk jeśli takowe były nikomu na barki nie zrzucę, doświadczenia pozostaną moimi, zupełnie nieistotnymi dla innych oraz mało ważnymi w oczach obcych. I pomimo tego małego znaczenia dla kogoś, pewną ocenę tego mijającego roku tu zawrę, może dla swojej pamięci, może dla unaocznienia jaki ten rok był w spojrzeniu na gorąco, kiedy jeszcze jego ostatnie godziny są przede mną. A może uczynię to z próżności dla samego faktu naznaczenia, że udało mi się jakoś przejść ten czas. Więcej w tym przejściu było skoków, szybkiego marszu, radosnego zauważenia, że mój świat wcale nie jest taki kiepski. Ten rok otworzył mi oczy na mnie samą, oraz na to co posiadam. W zasadzie wiedzę otaczającego „dobrobytu” posiadałam już wcześniej, tylko teraz mocniej udało mi się „wejść w siebie”, skoncentrować na swoim życiu. Mocniejsze czerpanie radości z małych rzeczy, bez zapatrywania na więcej, na mocniej gdzieś poza moim zasięgiem. To co jest moje cieszy, staram się aby tę radość z każdego drobiazgu odczuwać i zauważać. Udało mi się wejść na pewien poziom optymizmu, z którego nie chciałabym schodzić. Dzięki temu stałam się mocniejsza, co nie znaczy, że wytępiła się moja wrażliwość, że stałam się twardsza, choć pewnie mijający czas każdemu z nas pewnej twardości dodaje. W moim podsumowaniu jest miejsce na doświadczenia dobre, i dobre chwile. Było ich sporo. Małe dobre chwilki, które udało mi się zauważyć, a które dodawały sił i radości na parę godzin, dni, czasami tygodni. Były też momenty zapamiętane z tej czarnej strony. Smutne godziny przytłumiające radość, ściągające uśmiech i raniące mój środek na długo. Bywało na kimś się zawiodłam, ktoś mnie zaskakiwał zimnym złem wobec mnie, sprawiając przykrość która będzie we mnie tkwić, choć nie będę pokazywać tych uczuć. Przykryję smutek w środku dobrą miną, nie dam radości i satysfakcji ze zranienia mnie wrogom. W moich zapiskach zostawiałam ślad chwil dobrych i tych gorszych. Nie był to tak do końca zły rok, ale nie był też maksymalnie dobry, bilans wyszedł na zero. Bez strat i zysków. Zapewne mogłabym zawrzeć w życzeniach do spełnienia na nadchodzący nowy rok parę próśb, które dałyby nadzieję na lepsze przejście przyszłości. Czego mogę pragnąć? Może spokojnego przebycia kolejnych dni, aby nic złego nie zatrzęsło moim życiem, aby ominęły mnie smutne chwile, szerokim łukiem obchodzili źli ludzie, aby na mojej drodze nie było miejsca dla takich, którzy pragnęliby mojej porażki a radość sprawiłaby moja klęska. Chciałabym kolejnego zdrowego roku dla moich bliskich, pewnej dozy samozaparcia dla siebie i normalności bytu. Czy moje życzenia są zbyt wygórowane, okaże się za okrągły rok, kiedy być może nadarzy się okazja do kolejnego podsumowania. A teraz zanurzę się w ten Sylwestrowy wieczór na parę godzin z trzeźwą głową popatrzę na mijające chwile, toast za nadchodzący rok spełnię jutro po powrocie z pracy. Jeśli uda się przespać tę noc dzięki rozrywkowym sąsiadom obudzenie się w noworoczny przedświt stanie się normalnym początkiem kolejnego roku. Postaram się dobrze zacząć ten rok.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZAMKNĘ TEN ROK NIESMAKIEM
Notatkę dodano:2013-12-28 21:13:13

„....Prawdziwa cnota krytyk się nie boi,

 

Niechaj występek jęczy i boleje.

 

Winien odwołać, kto zmyśla zuchwale” - I. Krasicki

 

Dawno użyte słowa, przez niektórych zapomniane, przez niektórych nigdy nie poznane. Szkoda, wielka szkoda, że dawne lektury odeszły w niebyt, pokryła je warstwa kurzu, wyparły nowe media i nowe sposoby na życie, odrzucające może lekko trącące myszką mądrości. Ot i mi ten rok obfituje w dziwne przypadki, które jakoś kłócą się z wyuczonymi zasadami, z pewnymi standardami oraz specyficznym poziomem moralności opierającej się na nie przeinaczaniu rzeczywistości. Pewien zasób sprawiedliwości nie pozwala na oszczerstwa, każe wysłuchać dwóch stron i rzeczowego podejścia do przedstawianych racji. Ktoś potraktował mnie całkowicie wbrew tym zasadom. Puścił oszczerstwo, konfabulację posunął do granic absurdu. Czy powinnam się bronić? Jak wytrącić broń kłamstwa z rąk przeciwnika? Czuję smród wokół swojej osoby i wiem, że wszystkie plotki rozsiane przez to kłamliwe indywiduum są pozbawione najmniejszej krztyny prawdy. Wiem o tym ja, wie mój mąż, wiedzą ci, którzy mnie znają. Zablokowałam wszelkie możliwości ingerencji na portalach społecznościowych w moje konta, jednak mleko zostało rozlane. Przeboleję, jak już parę razy w życiu, choć smutne to i sprawiające cierpienie. Cóż nie zniżę się do jej poziomu, nie będę walczyć poprzez internet, nie przez szkalujące SMS- y. To sposób dla tchórzy, podkopywanie dołków, atak za plecami. Jeśli nadarzy się okazja stanę twarzą w twarz, może zareaguję, a może z pełną pogardą odwrócę się na pięcie. Życie pewnie ma już napisany scenariusz dalszego ciągu. Nie czuję się przegrana, czuję się oczerniona. Kłamstwo potrafi boleć, potrafi pobrudzić, tylko nie zawsze jest możliwość oczyszczenia. Nie każdy przeciwnik wart stawania z nim w szranki. Pojawiła się w moim życiu ta osoba znikąd, może taką miała odgórnie przypisaną rolę, aby przybyć, nasiać fermentu, a później zniknąć. Dla mnie już znikła, nie istnieje dla mnie jako człowiek bo nie cenię tego typu ludzi, nie istnieje w żadnej postaci. Wymażę za czas jakiś ze świadomości jej pojawienie, materialne ciało bez znaczenia ominę omiatając wzrokiem niczym napotkany nic nie znaczący krzak lub przydrożny słupek. Nie istniejesz dla mnie ciało z zakłamaną duszą. Jeszcze nie dziś, bo dziś na swój sposób odchorowuję twoje kłamstwa, jednak za jakiś czas będziesz najbardziej obcą z obcych osobą, bez szansy na stanie się kimś o stopień wyżej. Nie ma miejsca dla takich jak ona w moim świecie, dobrze że nie wytrzymałaś w masce przyjaciela zbyt długo, że spadła ona odsłaniając prawdziwą twarz. Opatrzność czuwa nade mną w różny sposób dając poznać kto wróg, kto przyjaciel. Czasami te sposoby przynoszą cierpienie, jednak o wiele bardziej bolałoby gdybym w tak krótkim czasie nie poznała prawdziwego zakłamanego oblicza.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


I PO ŚWIĘTACH....
Notatkę dodano:2013-12-27 20:48:02

Wielokrotnie zaczynając przygotowania do Świąt, już widzimy perspektywę ich końca. Kiedy przeminą, określamy krótko: „Święta, Święta i po Świętach”. Normalne, nikogo nie zaskakujące a szkoda, że w nas te święta mijają tak szybko. Przed nimi jakiś patos, uniesienie duchowego oczekiwania, jakieś wewnętrzne dobro zasiedla się na te parę dni, i stajemy się inni na króciutko. Przemiana niczym w Dickensowskim Ebenezerze Scrooge-u, może nie tak drastyczna, bardziej taka na pół gwizdka, na jakiś ułamek zmieniamy swoje podejście do innych. Nie wszystkim dana możliwość zauważenia swoich ułomności i braków aby móc zmienić na czas wady w zalety, zło w dobro, bezczelność w pewien poziom kultury. Cóż, może dane będzie dorosnąć aby zauważyć mankamenty i braki. Jeśli nie uda się, świat nie ulegnie zagładzie, może w jakiejś cząstce będzie gorszy, nie do naśladowania, ale będzie istnieć z naszą akceptacją czy też bez niej. Moje Święta też stały się już historią, czasem minionym. Co zostawiły? Chyba niewiele. Jakieś spotkania z rodziną bez młodych małżonków, którzy chcieli po swojemu spędzić ten czas. Ani ja im, ani oni mi nie wchodziliśmy w paradę. Wolna wola. Możecie robić ze swoim życiem co chcecie ja umywam ręce od tego sposobu. Mi z nim nie po drodze. Narasta między nami coraz wyższy mur, moje początkowe próby wyjścia naprzeciw, wyciągnięta przyjaźnie ręka została odepchnięta. Ja swój udział w tym żenującym przedstawieniu już zakończyłam. Moja rola nie tak miała być przyjęta, cóż zbyt wielu czarnych charakterów w żadnej sztuce się nie przełknie. Nie lubuję się w horrorach, opuszczam scenę tam jest miejsce dla jednej odrażającej postaci, ja już nie mam żadnych kwestii do zagrania prócz obojętności na tamten poziom. Wracam do siebie z wielką przyjemnością.

Małymi kroczkami ponownie sobie swoje powszednie dni zapełnię, tak jak dziś. Praca na piątą, chwila wyrwana dla siebie, kolejna kawa, parę słów tu zostawionych, nadgonienie jakichś zaległości powstałych przez parę dni nieobecności. Wsiąknięcie w swoje miejsce w życiu. Już po życzeniach, po wielu wiadomościach, dziesiątkach SMS- ów, nawale przygotowań, normalność wraca w moje strony.

Aby uwiecznić kolejne świąteczne dni parę wzmianek dla pamięci kiedyś w przyszłości. Pogoda jak to zapowiadali szamani od meteo bardziej wielkanocna niż bożonarodzeniowa. Świecące słońce, około dziesięciu stopni na plus, żadne białe święta. Wszechobecna szarość zamierzchłej jesieni. Pracowita wigilia oraz drugi dzień Świąt. Obowiązkowa akcja poszukiwawcza w wigilijny wieczór. Pewna tradycja, która tym razem inaczej wyglądała niż przez przeszło dwadzieścia lat. Jeden uczestnik odpadł, zrezygnował, podjął decyzję innego spędzenia tego czasu.

Pokrótce o tej naszej tradycji. Po wigilijnej kolacji rokrocznie ze swoimi synami wychodziliśmy z domu w poszukiwaniu św. Mikołaja. Oczywiście starszy uczestniczył w tym zwyczaju pomimo swojej wiedzy dotyczącej źródła pochodzenia Mikołajowych podarków. Młodszy idzie z pełną wiarą spotkania prawdziwego Świętego. Robimy rundę po okolicznym blokowisku, szukamy śladów, wypatrujemy, nikogo nie znalazłszy wracamy do domu, gdzie zawsze okazuje się, że święty już zawitał, już worek z podarunkami w przedpokoju stoi. Oczywiście świadków tej wizyty zawsze brakuje. W tym roku Kleszczyk zbliżając się do domu po akcji poszukiwawczej z pewnością detektywa będącego na właściwym tropie stwierdził z mądrą miną : „...wiesz, mama, Mikołaj już był..” - skąd wiesz?

„bo czuję magię...”- jaką magię?

- „popatrz jak chodnik świeci, tu szedł Mikołaj , magia , prawdziwa magia , nie czujesz?”

 

Fakt, chodnik pokryty cieniutką warstwą szronu, w świetle ulicznych latarni świecił i błyszczał. Ja tego nawet nie zauważyłam, moje dziecko widziało drogowskaz i czary, które zmaterializowane stały w popakowanych kolorowym papierem pudełkach i paczuszkach. Nasza mała tradycja rokrocznie innych barw nabiera, i mam nadzieję, że nawet wtedy, gdy już świadomość jak to z tym świętym od prezentów jest, będziemy ją kultywować i pomimo mijających lat szukać kogoś, kto nigdy odnaleźć się nie da.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZAS POJEDNANIA
Notatkę dodano:2013-12-22 21:14:24

Powinno być świątecznie, pachnąco cynamonem, igliwiem choinki, stonowane światło lampek odbijające się w bombkach, ma przywoływać minione Święta, i dodawać nastroju tym obecnym. I tak już zaczyna być, jeszcze jakieś doszlifowanie, ostatnie kroki i....

A ja planuję już jutrzejszy dzień, po dzisiejszej pracy jakieś przygotowania do ataku na ogrom czekających mnie zajęć. Jutro wolne, zapełnione od początku do... sama nie wiem kiedy. Zanim zacznę swoje szaleństwo kuchenne zaliczę godzinę dla siebie, nałapię endorfin, rozbudzę się aby później niczym maszynka nie do pohamowania zrobić maksymalnie dużo. Raz w roku moja kuchenna zabawa przybiera kształt makowców, takich tradycyjnych, zawijanych, w ilościach nie do przejedzenia dla jednej rodziny. Ale już mam plany na ich rozdawnictwo, co także stało się taką moją tradycją. Są osoby, które rokrocznie są przeze mnie obdarowane tym wyrobem, podobnie jak keksem na Wielkanoc. Nikt w mojej rodzinie nie tworzy ani takich ilości ani tej jedynej w swoim rodzaju formy. Wypracowane to jest i latami doświadczenia i brakiem strachu przed wykonaniem. Żadne przepisy, żadne normy. Sypię to i tamto, wlewam tyle i tyle, bez skrupułów traktuję jak popadnie i zawsze popisowe sztuki nie do podrobienia powstają. Jutro czeka mnie naprawdę dużo do zrobienia, muszę odciążyć w niektórych sprawach mamę, i w tym szczególnym czasie ma być szczególnie. Bo to jest sam w sobie szczególny czas. Ludzie jakoś łatwiej tolerują niedociągnięcia bliźnich, częściej machają ręką na coś co w pozostałym okresie w ciągu roku stwarza powody do scysji. Na osobniki ludzkiego gatunku jakaś większa tolerancja i stępienie chęci swarów i kłótni. Szkoda, że tylko tak krótki czas to trwa. Choć może warto wykorzystać te szczególne chwile i kogoś przeprosić, dojść do porozumienia, dać się przeprosić. Podumam, czy mam wobec kogoś zadawnione urazy, może dojdzie do jakiegoś pojednania i rozdmuchania chmur złych emocji. Wejście na wyżyny świątecznego nastroju to nie tylko to tradycyjne kuchenne zawirowanie, zakupowe szaleństwo, odbębnienie tradycji, to także coś głębszego co w nas pozostawi trwały ślad. I nie piszę o sztampowym pójściu na pasterkę, bo tak nakazuje tradycja, zaliczeniu i odhaczeniu pewnych zachowań, bo tak robią sąsiedzi, lub oceniają inni. Po minięciu takich Świąt niewiele w nas zostaje, nie zostawiają po sobie śladu, tylko zmęczenie, przejedzenie nic głębiej. Same Święta jeszcze mały kroczek przede mną, co przyniosą zobaczę, może dadzą się zapamiętać szczególnymi zachowaniami i konsekwencjami lepszego jutra w relacjach z innymi.

Nie wiem, czy znajdę siły i czas aby jutro tu zajrzeć, aby zostawić choć parę słów, więc teraz chciałabym złożyć moim realnym czytelnikom świąteczne życzenia.

 

 

Życzę aby nadchodzący czas upłynął Wam wśród najbliższych, kochających Was i kochanych

przez Was ludzi, aby wystarczało jedno pełne miłości spojrzenie za najszczersze i najgłębsze

życzenia, które się spełnią. Abyście znaleźli czas na wyciszenie, na pozostawienie bieżących

kłopotów i trosk na zewnątrz za zamkniętymi drzwiami, a kiedy ponownie otworzycie swoje

drzwi niech ich za nimi już nie będzie. Życzę też odwagi i dobrej woli otwarcia tych drzwi

przed samotnym wędrowcem w wigilijną noc. Niech ten czas stanie się szczególny i dla Was

i dla Waszych rodzin, niech przepłynie w zdrowiu i radości i da Wam siłę na dalsze dni, tygodnie

i miesiące. Dobrego przeżycia Świąt, które dadzą Wam wszystko, czego po nich oczekujecie.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


TEMPO UPŁYWU
Notatkę dodano:2013-12-20 20:17:50

Nie dokonam żadnego odkrycia dzisiejszym wstępem, nic nowego sobą on nie przyniesie, zwyczajne podkreślenie faktu szybkiego upływu czasu i przejście nad nim do porządku dziennego. Jeszcze chwilę temu był znielubiony listopad, zaczął się grudzień i nie wiedzieć kiedy kolejne Święta już pukają do drzwi. Zdaję sobie sprawę, że każdy to widzi, każdy wie, i niewiele może na to poradzić. Jedna z tych ogólnych sprawiedliwości na tym łez padole - upływający czas, i koniec dla każdego podobny. Oczywiście droga do tego kresu może być zgoła odmienna, jak to co zbieramy po całożyciowej trasie stanowi różnorodny bagaż. Wpływ na trasę i jej przejście ma parę czynników, może najważniejszy to takie życiowe szczęście i umiejętność dostrzeżenia tego co się ma. Nie porównywanie siebie do innych, do ich statusu, do majętności, rodzin czy partnerów, ale właśnie docenienie swojego stanu posiadania. Do pewnych mądrości życiowych dochodzi się latami, wymagają one czasu, ale też posiadanych predyspozycji, które wraz z upływającym życiem rozwijają się. Pewne nasze cechy wyostrzają się inne wręcz przeciwnie jakoś stępiają czy tez tonują. Dojrzewamy, dorastamy i okazuje się niby nagle minęło nie wiadomo kiedy lat dwadzieścia, trzydzieści, i więcej. A przecież niby podobne lub nawet takie same nasze mijające dni. Tak bliźniaczo jednakowe, jednak tylko teraźniejszość wydaje się taka analogiczna. Jak popatrzymy wstecz dostrzeżemy różnice, tego co przed laty i obecnie. Patrzę na siebie i widzę ogromną zmianę, milowy krok w dojrzałość. Nie żebym zramolała czy stetryczała w fizyczności oraz jakąś demencję umysłową zauważyła. Zmiana z pełnej wiatru głowy na pewną stabilizację w tej głowie. Kiedyś jakaś iskra wystarczyła abym odwróciła się na pięcie i pognała w drugą stronę, bez patrzenia że kogoś ranię czy też zostawiam zaskoczonego moim impulsywnym zachowaniem. Teraźniejsze moje zachowania poważniejsze, zanim od kogoś się odwrócę jeszcze próbuję, wyciągam rękę do pojednania, próbuję tłumaczyć czy też wysłuchać. Odrobinę zwolniłam, odrzuciłam pewien chaos, nie we wszystko warto inwestować, nie każda sprawa warta swojej ceny, nie każde ryzyko warte podjęcia. I prócz bliskich którzy dostają kawałek mnie, sama dla siebie stanowię pewną wartość. Stały się ważne moje pragnienia, odrobina życia do przeżycia. Życie nauczyło, że choć w pewnej części istnieje się dla innych, nie można się w tym zatracić. Musi być coś dla siebie. Nie dla dzieci, nie dla męża ale właśnie tylko dla siebie. Swój czas, swoje sprawy z których pozostałych członków rodziny można z czystym sumieniem wykluczyć. Dobra organizacja nie da odczuć braku dawania i tego swoistego egoizmu, jednak to też z czasem i doświadczeniem zdobyte umiejętności. Szkoda, że tak późno do pewnej wiedzy doszłam, ale nie za późno. Tak jak nie za późno było dla mnie na parę ważnych spraw w życiu, tak i ta wiedza jeszcze zaprocentuje. Dwudziestolatka nie zrozumie, trzydziestolatka może nie pojąć, ich życie innym tempem biegnie, moje inne kroki stawia. Zresztą komu będzie się chciało słuchać, skoro parę lat w metryce niejednokrotnie stanowi wielką przepaść. Własne doświadczenie jest takim własnym domowym i jedynym w wielu przypadkach nauczycielem którego się słucha. Mało komu dana umiejętność uczenia się na cudzych błędach, własne boleśniejsze lepszą stanowią naukę. Może życie dlatego musi boleć. Uciera nam nosa, ten prztyczek od własnego losu, im boleśniej tym większa nauka z niego płynąca. Cieszę się z osiągnięcia tego zdobytego już poziomu wiedzy a zarazem ciekawa jestem ile jeszcze tej nieodkrytej wiedzy przede mną.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RÓBCIE CO CHCECIE
Notatkę dodano:2013-12-19 21:25:44

 

Kleszczyk już pogrążony we śnie, ja też powinnam udać się w rejony sennej izolacji od jawy. Ale tak mi brak tego czasu dla siebie, który poświęcę na własne marnotrawienie. Chciałabym robić z nim co mi w duszy zagra. Tylko kwestia, że go po prostu brakuje. Nawet w wolne od zawodowych zajęć deficyt odczuwalny i nieodżałowany. Kiedy już jest te parę minut oczy stają się ciężkie, głowa nie na najwyższych obrotach, i świadomość zaniedbania czegoś innego, co mogłabym robić akurat teraz a jakoś chęci brak, zapał gdzieś na styl kamfory się ulotnił. Po cóż bieg, skoro i tak więcej się od tego czasu nie zrobi, tyle tylko, że nie dostrzegamy pewnych sytuacji, spraw, ludzi. Odrobinę podbiegnę parę sekund zaoszczędzę a później i tak przelecą pomiędzy palcami te sekundy, znikną i niewykorzystane staną się czasem przeszłym. Może mijający czas potrzebny aby nauczyć się korzystania z tego co zostanie dla nas. To co przecieknie, ile zmarnotrawimy bez możliwości złapania jest mało istotne, najważniejsze aby wykorzystać to co zostanie. I to ma być tylko dla mnie. Bez oglądania się na innych, egoizm, którego nauczyłam się przez lata, ma posmak pewnej wartości. Wartości dla mnie nieocenionej. Czynienie dobra innym jest piękną i godną pochwały rzeczą, jednak zdarza się, że nasze dobro jest odbierane jako nachalne wtrącanie się. Inaczej intencje odbierane, słowa zrozumiane inaczej, całkowicie zmieniony ich sens, dobre zamiary odpłacone wrogością. I dotknięci taką sytuacją w duchu mówimy sobie: „nigdy więcej nie wyciągnę ręki w twoją stronę, skoro tak mnie odbierasz, rób sobie co chcesz, żyj jak chcesz, i niech nie przyjdzie do głowy prosić mnie o jakikolwiek gest pomocy, nie dostaniesz jej”. Może właśnie stąd biorą się początki znieczulicy na pewne zachowania, na sytuacje, które w naszych oczach potrzebują zmiany bo są odmienne od standardów do których przywykliśmy lub uważamy że stanowią pewną normę. Raz zareaguję bo widzę jakieś zło, coś, co być nie powinno a jest. Jeśli moja reakcja będzie przyjęta jako pomoc, ja z poczuciem pewnego naprawienia świata odejdę w swoją stronę. Jednak jeśli spotkam się z negatywnym odbiorem, wrogością lub atakiem następnym razem nie podejdę z pomocną ręką. Przybiorę pozę obojętną, wzruszę ramionami i odwrócę się na pięcie. Odejdę ze świadomością zła, które się dzieje na wyraźne życzenie, niejako na własną prośbę. I skoro komuś odpowiada taki stan rzeczy, niech sobie w nim tkwi. Ja parzę się raz, kolejnym razem moja ostrożność jest na tyle duża że nie daję szansy na ponowne sparzenie. Choć nie jest mi łatwo przyjmować anomalie zachowań, jednak skoro innym odpowiadają, lubią w czymś takim tkwić, ich wolny wybór. I mogę nie rozumieć, mogą moje zasady kłócić się z zastaną rzeczywistością nie ponawiam próby. Mało we mnie masochizmu. Od pewnego zdarzenia w swoim życiu, do którego powracam jak do anegdoty, nie nastawiam po pierwszym ciosie drugiego policzka. Nastawiając ten drugi policzek ma się jednak nadzieję na opamiętanie osoby od której cios został wymierzony. Liczymy w duchu :”nie uderzy..”. Można się takim myśleniem zawieść, miast opamiętania, palący ból drugiego policzka, zamiast zastanowienia wrogość rosnąca w naszym kierunku. Człowiek jest tylko człowiekiem, jego zachowania przewidywalne, często na przekór, bywa przesiąknięte jakąś sadystyczną nutą, kiedy leżącego kopią, poddającego się jeszcze bardziej pohańbiają. Pod pewnymi względami zwierzęta wyżej od nas stoją. Wróg jest wrogiem, przyjaciel przyjacielem i po obu wiadomo czego można się spodziewać. Jeśli psiak w geście poddania wyłoży się w poddańczej pozie, zwycięzca dumnie odchodzi. Bo na tym między innymi polega jego wielkość, na umiejętności darowania. Ludzkie osobniki przez wieki ewolucji skarlały w swoich zachowaniach, małe szuje robią małe świństewka, dla samego faktu ich zrobienia.

Koniec piernikowych dni Koniec piernikowego dnia.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162705
Osób: 145160