Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PIERNIKOWY DZIEŃ
Notatkę dodano:2013-12-17 20:05:42

 

 

Tak chcę widzieć świat, w różowych barwach.

 

Zwyczajne dni potrafią niewiele po sobie zostawić, jednak mają też zdolności zostawiania więcej niż się spodziewamy. Dzięki temu dniowi otworzyły mi się oczy, coś miało miejsce, jakieś całkiem niepozorne wydarzenie nastąpiło, dzięki któremu inna perspektywa spojrzenia na pewną osobę zaistniała. Mimo minionych lat, mimo sporej porcji życia za sobą dochodzę do wniosku, że jednak nawet mnie udaje się zaskoczyć. Dziwne zachowania, dziwne tych zachowań konsekwencje, jakieś irracjonalne skutki doprowadzające do szerszego widzenia i pozbycia się złudzeń. Okazuje się, że intuicja w sferze zgadywania liczb w totku nie istnieje w moim przypadku, jednak przeczucie i przewidywanie pewnych zdarzeń, które mi się przydarzą, znajduje odzwierciedlenie w tej mojej całkiem realnej rzeczywistości. No i przydarzają się, teraz będę czekać na ciąg dalszy, czy też będzie taki przewidywalny. Może powinnam sobie gdzieś w jakimś całkiem papierowym zeszycie zapisywać te mające nastąpić fakty, a po czasie sprawdzić jak rozegrało się dane wydarzenie. Dziś opisuję, dokładnie ze szczegółami całą otoczkę, moja wizja i moje przewidywanie jak się sprawy rozegrają. Zamykamy zeszycik i odczekamy aby po roku, dwóch sobie skonfrontować wizje z rzeczywistością. Oczywiście nie wszystko się da przewidzieć zwłaszcza jak to moje wizjonerstwo nie polega na widzeniach w szklanej kuli czy też innych czarownych przedmiotach tylko na jakimś moim przemyśleniu i dojściu do wniosków. Nie mówię, że jestem nieomylna, ani że mam jakiekolwiek widzenia. Tylko zdarzają się osoby, sytuacje, co do których mamy przemyślenia czy też zaprzątają nam głowy samym faktem bycia i jakichś związków z naszą osobą. Mówi się nie chcę być złym prorokiem ale …. i tu jakiś ciąg zdarzeń się wymienia. Może na takiej właśnie zasadzie te moje przewidywania się odbywają. I niech mi nikt nie mówi, że przyciągam tymi wizjami rozwiązania niczym złe fatum. Czasami zwykła życiowa logika podsuwa pewien wynik zachowań. Tak i mi dziś otworzyły się oczy, coś inaczej zobaczyłam i … Nie ważne, niech się dzieje, i niech nikt nie mówi, że pisząc tutaj coś przyciągam. Coś przewidziałam, zadziało się i kwita. W odniesieniu do tej konkretnej sytuacji, to bardzo szkoda, że stało się zgodnie z przewidywaniami, cóż taki scenariusz ktoś ułożył.

A scenariusz dzisiejszego dnia oprócz odgórnych zrządzeń starałam się wypełnić, tak jak to przeważnie w wolny od pracy dzień czynię. Szybko, szybko, pędem, tempo. I nawet nie robię tego celowo, jakoś tak samo się dzieje. Wczesny ranek moja decyzja, choć odrobinę wbrew sobie, jakaś zarwana noc, lekkie rozbicie ciała na małe kawałki, które tylko chyba z przekory trzymają się jednej harmonijnej całości. Jednak wstaję mało entuzjastycznie nastawiona, jeszcze pijąc kawę zastanawiam się czy warto, może dziś odpuścić, może sobie darować. Przecież nie muszę, mogę jeszcze wskoczyć pod kołdrę, przytulić się do męża, czekać na bladość poranka, i z rozgrzanym rumieńcem witać ten poranek. Mogę czekać leniwie i powoli rozkręcając dzień dojść do jakiegoś apogeum działania. A później zwalniać, aby nie czuć tego ciągle zwiększonego tempa. Jednak ja zostawiam spokojne możliwości, zbieram kawałki jestestwa do kupy, skądś wynajduję na tyle energii, aby bez tęsknego odwracania za siebie wyjść z domu i ponadnormatywnym tempem zaliczać po kolei następne punkty w scenariuszu dnia. Nie wiadomo kiedy mija ten dzień, pachnący korzennymi pierniczkami, które może jutro doczekają się jakiejś dekoracji, dostaną porcję piernikowego makijażu. Jednak nie wiem czy będę czuła potrzebę ich upiększania, czy zmęczenie mnie nie zetnie, tego nie umiem przepowiedzieć, zdolności przewidywania na dziś zakończyły działalność, podobnie jak ja. Jeszcze może gdzieś coś, lub coś gdzieś i kolejny dzień stanie się historią zamkniętą w szufladce .

 

Piernikowy dzień

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PODDAM SIĘ ODGÓRNYM ZRZĄDZENIOM
Notatkę dodano:2013-12-16 20:37:50

Już jestem, po krótkiej czasowo i długiej zarazem wyczekującej powrotu nieobecności. Pięć dni pracy za mną, dało świadomość posiadania i kośćca, i mięśni oraz całego niewydolnego czasami organizmu. Choć w zasadzie organizm wydolny tylko mój do niego szacunek stanowczo za mały. Wypełnione były te minione dni, pracą, tą zawodową a także działaniami przedświątecznych przygotowań u mamy, jakimiś zakupowymi tobołami targanymi niczym objuczone stworzenie. A do kompletu całego tego niepohamowanego działania zamiast niedzielę spędzić na prawdziwie statycznym wypoczynku wymyśliłam sobie jakieś samotne marszruty wieczorową godziną. Przeszły mi te dni może właśnie dzięki tej aktywności szybko, dały troszkę do myślenia, bynajmniej mnie nie wyciszając. Przeprowadziłam rozmowę z synem, krótką i pozbawioną sensu. Ten człowiek chyba już będzie dla mnie takim utrapieniem do końca moich dni. Za szeroki temat aby ogarniać krótką notatką. Zresztą z tymi kwestiami będę borykać się w swoim życiu, nie na forum. Choć czasami chciałoby się znaleźć antidotum, gdzieś wynaleźć sposób który sprawi, że będzie łatwiej. Łatwiej nie będzie i mam tego świadomość. Podobnie jak mam świadomość że geny i jakieś charakterologiczne obciążenia, nie koniecznie po rodzicach dzieci czasami mają. Ja wiem, że matka nie zawsze ma wpływ jak uda jej się wychować dziecko. Nie jest jej winą, że potomek jest zbirem i zbrodniarzem podobnie jak nie do końca jej zasługą jeśli okaże się świętym wynoszonym na ołtarze. Opuszczam rejony gdzie nieprzychylny klimat, gdzie zamiast opoki tylko piach i brak porozumienia. Rozmowa potrzebuje dwóch chętnych osób, mój monolog niewiele da. Nie rozwiąże pewnych kwestii. Cóż zajmę się swoim życiem, postaram się zabudować je tak aby nie odczuwać przeciągu i emocjonalnej huśtawki. Czas na egoizm, może uda się w nim zapamiętać do tego stopnia aby zapomnieć o byciu matką pisklęcia które już dawno w świat wyfrunęło. Niech sobie lata po tym samym niebie nie wlatując na mojej rejony. Starczy smutnych rozważań.

Nim wróciłam, wczorajszy wieczór, a raczej krótki jego wycinek spędziłam na jakimś chaotycznym spacerze. Cel sobie ustanowiłam, jednak już sama trasa była pewnym zakrętasem nie mającym z najkrótszą drogą wiele wspólnego. I mijałam ludzi skądś dokądś idących, i czułam brak tej jednej osoby przy swoim boku akurat w tym momencie. Moje emocje uległy stonowaniu, przez parę chwil czym innym sobie żyłam. Namolne zapatrzenie w oświetlone okna obcych mieszkań to jakaś taka moja przypadłość. Nie żebym stawała pod tymi oknami i z nachalnością zaglądała, tu bardziej pole do popisu wyobraźni jest dane. Jakieś gry świateł, poruszające cienie, nieznane postacie. U niektórych już widać dekoracje świąteczne, inne mieszkania jeszcze pozbawione tych detali. Ale właśnie w okresie przedświątecznym coś mnie ciągnie i nawet poza świadomością rzucam okiem po obcych oknach. Czuję się niczym „Dziewczynka z zapałkami” Andersena. Choć między nami różnic zbyt wiele, abym mogła z nią się utożsamiać, to jakieś poczucie melancholii ogarnia i zawłaszcza całą mną. Grudniowe okna mają w sobie pewną tajemnicę, która daje pole mojej wyobraźni, daje możliwości wdepnięcia we wspomnienia minionych grudni. Otrząsam się z nastroju przytłaczającej melancholii, idę do ulubionego miejsca. Niedzielny wieczór nie obfituje w zbyt wielu spacerowiczów. Siadam na ławeczce w dobrym do obserwacji miejscu, i taka, oderwana od własnej przyziemności patrzę na otoczenie, na nielicznych przechodniów, na niewielkie grupki młodych dla których to miejsce stało się początkiem spotkania w ten wieczór. Oni mają swoje życie, ja swoje, w żadnym punkcie nasze byty się nie zazębiają. Mijamy się na odległość, z której ja ich widzę oni mnie nie dostrzegają. Samotnie siedząca na ławce o tej porze kobieta to jakaś dziwaczka, zdaję sobie sprawę z takiej możliwości odbioru mojej osoby. Nie obchodzi mnie to. Nikomu nie przeszkadzam i nikt mi nie przeszkadza. Odpowiada mi taka kolej rzeczy, i cieszę się że nikt mi nie próbuje wchodzić w paradę. Posiedziałam, pomyślałam, nasiąkłam pewną dawką energii tego swojego ulubionego miejsca i przez nikogo nie zaczepiana wróciłam do domu. Dopiero tam poczułam zmęczenie, pewien rodzaj niemocy nie dający z pełną świadomością oglądać telewizji. Nawet nie próbowałam walki z sennością. Przecież dziś miałam zaczynać pracę na piątą rano. Poddałam się sennemu niebytowi. A ranek, który mogłabym nazwać nocą zaczynam wygrywając wyścig z budzikiem, jakaś kawa, rogalik, szybkie mycie, porządek z łóżkiem i już pełna gotowość. Wychodząc z domu mam wrażenie jakby mój wczorajszy spacer ciągle trwał. Księżyc na czarnym niebie otoczony pierzynką chmur, jego facjata już daleka od angielskiego dżentelmena, niczym opasły Bawarczyk ironicznie patrzy na mój obowiązkowy spacer do pracy. Niewielu idzie w kierunku budzącego się dnia. Dopiero za chwilę zaczną swoją aktywność. Niektórzy jeszcze przez długi czas nie opuszczą ciepłego łóżka. Każdy ma swój los wyznaczony odgórnie, mi każą wstawać przed świtem, innym dają jeszcze pospać. Nie zazdroszczę i nawet w wyczekane wolne wstanę przed świtem i wyruszę tam, gdzie miast podkołdrowego gorąca chłodna wilgoć mnie otuli, ale to też pewnie odgórnie ktoś zaplanował.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DO PONIEDZIAŁKU...
Notatkę dodano:2013-12-13 08:45:48

Aż mnie zżera ciekawość jaki będzie ten dzień. Data dla zabobonników szczególna i wierzący w przesąd trzynastki odnoszą się z jakąś uniżoną pokorą do tego dnia. A ja sobie na to gwiżdżę, co ma być będzie. Za chwilę idę do pracy, i w domowe pielesze wrócę dopiero w poniedziałek.

Mąż już dziś zrobił wyliczenie: „to tyle cię nie będę widział, nie podoba mi się to...” Nie zawsze i nie wszystko nam się podoba i on równie dobrze jak ja zdaje sobie z tego sprawę. Pewnie, że wolałabym być z nimi w domu, zasypiać przytulona ciasnym uściskiem i budzić się ze świadomością obecności tuż obok. Zjadać wspólne śniadania, mieć przygotowaną poranną kawę i wieczorną kąpiel. W środku dnia, mijając się gdzieś pomiędzy kuchnią i pokojem przyjąć całusa tak bez przyczyny. Przygotowując obiad poczuć oplatające dłonie, które bez słowa wypowiadają, że znaczę dużo, że jestem potrzebna. I Kleszczyk, na widok naszego przytulenia już klei się na trzeciego, nie mogąc objąć naszej dorosłej dwójki swoimi malutkimi rączkami, ląduje gdzieś pomiędzy nami. I tego wszystkiego nie będzie przez chwilę, parę godzin, dni. Ale wrócę już w poniedziałek i choć będą się kleić do snu oczy, poczekam na Twój powrót z drugiej zmiany. I wszystko wróci do normy, i zanim znów nie będę musiała Was zostawić na taką krótką chwilkę, będzie czas się sobą cieszyć. A przecież wiecie, że jestem, choć nie w tym samym pomieszczeniu, nie w tej samej miejscowości, to i tak jakbym z Wami tu była. Do poniedziałku....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


O CZASY, O OBYCZAJE...
Notatkę dodano:2013-12-12 21:46:20

Kolejny dzień do odhaczenia, nie wart wzmianki, nijaki bez rumieńca o którym warto byłoby napisać choć parę zdań. Był, minął, przeszedł niewiele po sobie pozostawiając. Nie żebym czekała na jakieś kataklizmy czy tragedie, na takowe przyjdzie kiedyś czas i pora. Tylko ten miniony dzień kończy się a niewiele można o nim napisać. Bo cóż wielkiego w tej normalności. Że praca, że codzienne rytuały, niezmienne trasy marszruty do i z pracy, że coraz bliżej świąt, że stanowią one już pewien przewodni temat rozmów. Przecież to wszystko takie obłe w swoich emocjach. I nie czepiam się, że akurat tak normalnie jest, bo wolę tę szarą normalność bez wyskoków losu niż jakiś szał wydarzeń, za którymi nie mogę nadążyć. Jednak zwyżka odczuwań, lepszy humor chciałyby ujścia tej nagromadzonej energii. A może dla równowagi tak ma być, że jak u mnie wyżyny to otoczenie depresyjnie nic nie daje, w momencie, kiedy zewnętrzność osiągnie wyż ja będę poniżej poziomu. Niech i tak będzie. Od paru dni nie oglądam prognozy pogody, przyjmuję wszystko co się w tej pogodzie wydarza, i tak wpływu nie mam, a ostatnimi czasy jakoś prorokom od meteorologii nie bardzo udawało się wstrzelić swoimi wróżbami w to, co później następowało. A ja idąc sobie z pracy obserwuję to czarne niebo nade mną, gwiazdy jak przyszyte do tej czerni srebrne i złote cekiny, mój wielki wóz, jakiś ułomek księżyca. I sama prorokuję pogodowe wróżby. W mieście niebo jest inne, mniej wyraźne, rozmyte latarniami i ta walka światła z ciemnością powoduje, że całego piękna tego gwieździstego nieba nie widać. Dzisiejszy wieczór z rodzaju romantycznych, nawet wśród mijających mnie ludzi więcej trzymających się za ręce młodych par, które może pomiędzy swoimi często nieprzystającymi do romantyzmu tekstami doznają cudu zauważenia ogromu nad sobą. Staram się nadążać, może nie zawsze się udaje, jednak są sytuacje, które powodują, że doznaję szoku, jestem jakoś wewnętrznie zamurowana tym co słyszę, co widzę. Nie gloryfikuję tego co było dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, bardziej do tamtego czasu przystawałam. Więcej mam z tamtym czasem wspólnego niż z obecnymi zachowaniami. Nie tylko młodych, tych odrobinę starszych też postawiłabym pod pręgierzem marności zachowań. Odzywki, wszelkie przepierki prania swoich osobistych brudów na społecznościowych forach, są sprawy nie wymagające takiego nagłośnienia, że o sposobie i nazewnictwie nie wspomnę. A nie jestem szklarniowym kwiatuszkiem chowanym pod dźwiękoszczelnym kloszem. Potrafię zbluzgać, puścić wiązankę za którą nie powstydził by się niejeden menel, tylko czy aby na pewno w każdej sytuacji czy to radosnej czy też tragicznej są potrzebne pewne słowa. Żadne ograniczenia nie istnieją. Dzieci nie wstydzą się przed dziadkami i rodzicami, z rówieśnikami innej formy wymiany „poglądów” nie stosują. I mam okazję wchodząc na FB uczestniczyć w komentarzowej dyspucie opierającej się na paru słowach w różnych konfiguracjach opisujących mnogość stanów uczuciowych i emocjonalnych uczestników tej „intelektualnej wymiany”. Żal mi was młodzi ludzie, coś was ominęło w tej nowoczesności, czegoś nigdy nie poznacie i nie doznacie. Ja mam wspomnienia, których wy mieć nie będziecie. Chyba, że obiektem wspomnień będą kiedyś wasze „występy” na społecznościowych forach lub wymiana sms- wych wiadomości. Smutne to wspomnienia. A ja mam swoje niebo nad sobą i pod nim inne wspomnienia, których pewnie nawet nie zrozumiecie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NAMIASTKA NAŁOGU
Notatkę dodano:2013-12-11 20:05:41

Mój detoks trwał krótko, nie zdążyłam się oczyścić z toksyny internetu. Zresztą co to za rzucanie nałogu bez własnej chęci ku temu. Aby odbyło się to z sukcesem powinnam dojrzeć do decyzji a nie pod przymusem i rygorem. Jak ktoś mnie przymusza do czegoś, to jakoś tak lawiruję, aby zrobić na złość. Ktoś kiedyś użył wobec mnie sformułowania „rogata dusza”, jeśli na tym polega bycie takową to przyznaję, mogę przyjąć to miano z pełną pokorą. Jednak odkładając na bok bycie duszą jakąkolwiek jakoś tak u mnie się dzieje, że przymus wywołuje mój opór, zabranianie tym większą chęć zakazanego. Muszę sama podjąć decyzję, dojść do pewnego stanu, który powoduje, że zerwanie z nałogiem staje się łatwe i bez objawów chęci powrotu czy też syndromów głodu tego z czym staram się zerwać. Parę lat temu z dnia na dzień odstawiłam papierosy, choć zanim doszło do tej stanowczej i jednoznacznej decyzji różnie bywało. Początkiem, choć tamten moment trudno jeszcze nazwać nałogiem, bo było to lat temu wiele, był nacisk ze strony mamy. Kiedy odkryła moje popalanie wymogła na mnie obietnicę, że nie sięgnę po papierosy nigdy w życiu. Przymus. Przymus zrodził opór, obietnica pod przymusem nie mogła być dotrzymana. A może nawet na złość, bo mama tak chciała a mój bunt przed rodzicielką objawiał się negacją lub otwartym sprzeciwem. I paliłam, kolejne lata z przerwami na ciąże, na czas karmienia, nigdy nie paląc przy dzieciach. I robiąc to w taki sposób aby mamie wydawało się, że dana obietnica jest dotrzymana. Tajemnica ze wspólnikiem w postaci małżonka. Nigdy nie palił, czasami coś dogadywał, prosił o zaniechanie, jednak jeszcze wtedy sama nie dorosłam do tej decyzji. Sama chciałam palić i paliłam. Nie tłumaczyłam tego stresami, rozładowywaniem atmosfery, po prostu lubiłam. Wspólnik pomagał w ukrywaniu nałogu, przed mamą, przed dziećmi. Mijały lata, i nie dorastałam do samodzielnego odrzucenia uzależnienia. Nie chciałam, było mi z tym dobrze, nie przeszkadzał mi smród, wydawana kasa, mąż naciskał delikatnie, a właściwie prosił, czasami argumentował. Ale przekora i upór z mojej strony niezmiennie mówiło „nie, nie, nie”. I wtedy, kiedy sytuacja wydawała się nie do naprawienia, szans na zmianę widać nie było, nagle coś sobie umyśliłam. Zrobiłam mały handelek z opatrznością i w ramach wymiany handlowej na podstawie niepisanej umowy, po negocjacjach, ja coś i ona coś. I w taki sposób ten mój układ doprowadził do mojej nikotynowej abstynencji. Nie było przymusu, nie było nacisku, nie było uporu ani oporu. Zrobiłam to co chciałam i nie cierpiałam z tego powodu. Z dnia na dzień, stop. Można? Można! Tak samo będzie możliwe odrzucenie internetu, choć akurat on oprócz niewątpliwej degradacji wzroku większych szkód nie czyni. Nie muszę oglądać durnowatych seriali, nie jestem przywiązana do określonej godziny emisji, nie rzucam wszystkiego aby tylko zasiąść i zanurzyć się w fabule, która stałaby się po części moim życiem. Nie potrzebuję, nie muszę, nie wciągnęłam się, jak nie mam możliwości, to z neta też nie korzystam bez objawów delirki. Jest - dobrze, nie ma - dam radę wytrzymać. Mój świat od tego się nie zawali. Tak na zdrowy rozsądek to nie ma takiej sprawy od której ten ogromy świat się zawali, bo mój faktycznie mógłby popaść w ruinę, . Byłoby ciężko, smutno, żal po braku czegoś lub kogoś ale świat dalej będzie trwał nie zważając na ten brak. Coś potrafi być erzacem czegoś, ktoś staje się namiastką kogoś. A życie toczy się dalej, nawet jak pozbawione jest oryginału czegoś ważnego.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NEGATYWNA JONIZACJA
Notatkę dodano:2013-12-11 05:44:59

Przerwa techniczna trwała krócej niż sądziłam....

 

Okno na świat zostało mi zabrane, notatki powstają nie wyściubiając nosa poza moje cztery kąty. Zmieniamy operatora internetu i miast wszystko się zazębiać, pracować bez przerwy w nadawaniu, gdzieś nastąpił poślizg, ktoś czegoś nie dopatrzył. Mąż dziś po raz kolejny wykonał pielgrzymkę do punktu mojego przeszłego a zarazem przyszłego operatora internetu. Aura wokół niego aż iskrzy po tej wizycie. Nie lubię jak taki jest, czasami udaje się rozgonić ten stan, choć ten mój nerwus nie jest taki łatwy do okiełznania. A kiedyś wydawało mi się, że to ja jestem taką osobą, która płonie od pewnych emocji. Oj przerasta mnie ten mój małżonek. I to ja mam być resorem tłumiącym złe emocje i nerwową atmosferę. Jedziemy po raz kolejny do niekompetentnej paniusi, dzięki której coś co miało być załatwione w połowie minionego miesiąca do dziś dnia nie hula. Bez użycia pewnego słowa powiedziałam co myślę choć pani rejterowała się ucieczką po zapleczach a na koniec stwierdziła dumnie że w poniedziałek będzie koleżanka i ona się będzie zajmować naszą sprawą, bo ona nie ma zamiaru wysłuchiwać naszych impertynencji. Proszę, można powiedzieć wszystko niczego nie mówiąc. Duże prawdopodobieństwo istnieje że moje emocje znajdą ujście w piśmie do nierzetelnego operatora. Tym razem wyłuszczę sprawę, z całym moim oburzeniem oraz niezadowoleniem z obsługi lub może braku takowej w tym konkretnym punkcie obsługi klienta. Wiem jakie są standardy obsługi klienta, tam nie ma nawet ich namiastki, a urażona paniusia zupełnie nie wie skąd się biorą pieniądze na jej uposażenie. Obrażać się może na męża a nie na upierdliwego klienta, który chciałby być fachowo obsłużony a nie odsyłany od Piłata do Heroda. Nie te święta, i zupełny brak chęci na zbyteczną wędrówkę. Teraz mam się uzbroić w cierpliwość i lepiej aby tej cierpliwości nie nadwyrężano, bo podejrzewam że jak ja zacznę jonizować od wściekłości....Mąż nie ma na mnie sposobu i rozładować tej maszynki nie potrafi. Zaczynam czekać, nie pierwszy raz, jak to mówią był czas przywyknąć. Mogę przywyknąć do czekania jednak do niekompetencji i braku staranności wobec siebie jakoś nie potrafię. Rób innym tak jak chciałbyś aby tobie robiono.

Pozbawiona jestem paru technicznych możliwości. Nie wiem jak długo ten stan potrwa, może tydzień, może krócej lub dłużej...Istnieje możliwość kontaktów w przeróżny sposób jednak jakoś przyzwyczaiłam się do tego akurat sposobu. Do paru innych możliwości, które daje internet też przywykłam. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem internetowym nałogowcem, nie do końca zgadzam się z taką siebie oceną, jednak jak by nie było mam okazję na detoks. Zobaczę czy zaistnieją objawy odstawienia używki i jakie one będą. Skonfrontuję obraz siebie w swoich i czyichś oczach. Może ktoś zmieni zdanie a może ja z pewną pokorą uderzę się w piersi przyznając do mankamentu nałogowca. A później zacznę w domowych pieleszach leczyć przypadłość rezygnując, tylko właściwie z czego powinnam zrezygnować …?Z kontaktów z ludźmi, z konkursów, z poczty, z bloga? Pewnie okaże się, że nie zrezygnuję z niczego, bo każda z tych rzeczy coś mi daje.

Jutro odpocznę wolnością bez pracy zawodowej, jak pomyślę ile spraw mnie czeka to już czuję zmęczenie. Jutro będę się męczyć teraz idę odgonić złe jony z męża.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DESZCZOWO MELANCHOLIJNIE
Notatkę dodano:2013-12-11 05:36:25

Notatka z poniedziałku 09 grudnia opóźnienie spowodowane przerwą techniczną :)

 

Najzwyklejszy pod nieobecnym słońcem poniedziałek kończy się dla mnie spokojnym, choć nie pozbawionym poczucia winy chrupaniem solonych arachidowych orzeszków. Ostatnimi czasy ciężko mi o mobilizację w kwestii wzięcia się za swoją kondycję, jakoś brak motywacji, a może całkowite lenistwo. Dodatkowo do całości nachodzą mnie chętki małe i większe na podjadanie. Wieczorne uczty, których staram się unikać a one i tak mnie osaczają. Jedno jabłko, drugie, głód niezaspokojony, mały głodek w mojej głowie podpuszcza, weź to, sięgnij po tamto. Oszukiwanie siebie, że przecież to tylko parę orzeszków, kilka herbatników...Taką ilość spalę normalnym trybem życia...Gdzieś uciekła motywacja do aktywniejszej działalności a nastąpiło poddanie. Robię coś zupełnie wbrew sobie, staram się oszukiwać samą siebie z pełną tego oszustwa świadomością. Muszę doprowadzić się do pionu, i zrobię to dla samego faktu władzy nad sobą. Dokonam samobiczowania psychiki minionymi obrazami, coś sobie nawymyślam, zbiorę od samej siebie ochrzan i opieprz, może uda się otrząsnąć.

Nie przed wszystkim dajemy radę uciec. Są sprawy, które nami rządzą bo tłumaczymy sobie je tak, aby było nam wygodnie. Mówimy sobie to, co chcemy usłyszeć, wierzymy w to, co chcemy wierzyć i czynimy głupotę za głupotą. W oczach innych stajemy się kimś dziwnym, pozbawionym logiki, bo nasza logika nie przystaje do logiki ogółu, jest w jakiś irracjonalny sposób sprzeczna. Nam nie przeszkadza ta sprzeczność, nie zauważamy jej, głęboko siedząc w swoich przekonaniach. I nie dochodzą głosy trzeźwych ocen, buntujemy się przeciwko nim, bo przecież są inne. Wchodzimy na szczyty absurdu zapamiętani we własnych wyobrażeniach. Każdą sprawkę tłumaczymy po swojemu dochodząc do pewnego poziomu fikcji i nie chcemy przyjąć do wiadomości, że coś jest inaczej niż to widzimy. W oponentach dostrzegamy wrogów, w ich logice ataku na siebie. Pomocną dłoń odrzucamy, a próby otworzenia naszych oczu krytykujemy z całym zapamiętaniem. Czy jest na taki stan inne lekarstwo niż mijający czas? Pewnie w niektórych przypadkach on pomoże, w bardziej zacietrzewionych nie przywróci do pionu. Zawsze będą widzieć prześladowanie, atak i wrogów których tak naprawdę nie ma. Tacy ludzie zaczynają stawać się pewnego rodzaju pośmiewiskiem, dla innych, prowokują do znaczącego pukania w czoło, lub wywołują reakcje dalekie od oznak przyjaźni. Jednak pomimo wszystko trwają w swoich przekonaniach. Jeśli na czas nie otrząsną się z tego zapamiętania różnie toczy się ich los.

Ja też się muszę otrząsnąć i postaram się argumentować tak, aby nie zostać wrogiem samej siebie a aby ta krytyka stała się konstruktywna i przynosząca dobry skutek podniesienia poprzeczki. Małymi kroczkami, bo teraz tydzień z krótkimi minutami dla siebie. Wieczorne powroty, przez mokry i wietrzny grudzień. Skoki ciśnienia powodujące ból głowy, nieobliczalność i nieprzewidywalność pogody. Przeziębienie atakujące męża, zasmarkany syn. Norma, którą trzeba jakoś minąć i mimo wszystko trzymać się pionu. Mojego własnego pionu, nikogo nie krzywdzącego i nikomu wbrew nie czyniącemu.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIATR PRZESTAŁ DMUCHAĆ, ZACZĘLI LUDZIE
Notatkę dodano:2013-12-08 19:44:54

Zwolniłam, choć nie przystopowałam swojej działalności gwałtownością hamulca bezpieczeństwa. Jeszcze nie czas. Teraz jest czas szarości za oknami, wichura minęła pozostawiając po sobie połamane gałęzie, pozrywane jakieś elektryczne elementy, walające się śmieci. W mojej rodzinnej miejscowości runął komin miejskiej ciepłowni. Nie obyło się bez niewybrednych żartów, jako, że sam fakt runięcia konstrukcji miał miejsce szóstego grudnia. Znalazł się więc winny w postaci świętego Mikołaja. Kolejna sensacja na miarę prowincjonalnego miasta. Życie upływa pewnymi utartymi szlakami, niewiele się dzieje, każdy wie, ile może się spodziewać, zna się z widzenia wielu mijanych ludzi, z częścią jakieś relacje nas łączą. Nuda. Aż coś się wydarza, nie koniecznie dotyka to nas osobiście, ktoś sprawę rozdmucha i miasto staje się pięciominutowym bohaterem wszystkich programów informacyjnych. Na krótką chwilę wzrasta znaczenie. Nic nie powstało, żadne dobro się nie zadziało tylko echo jakiegoś wydarzenia spowodowało zainteresowanie mieściną, o której istnieniu niektórzy nie mieli zielonego pojęcia. Pamiętam jak w czasach szkoły średniej rzucona jakimś wędrownym impulsem do Giżycka oddalonego parę setek kilometrów od mojej miejscowości, przy przedstawianiu się obcym ludziom musiałam klarować gdzież ta moja miejscowość się znajduje. Takie a takie województwo, niedaleko tego i tamtego. Paru wiedziało, inni udawali że kojarzą, jeszcze inni machnęli ręką na geografię dochodząc do wniosku, że dla wypicia wspólnej wódki nie potrzebna nam wiedza skąd kompan się wywodzi. Podobnie jest z tymi nagłośnionymi wiadomościami, nie kojarzymy miejscowości z tego, czym słynie miasteczko, co jest w nim dobre, tylko pozostanie pewien ślad w głowie – zwalony komin. Można przyjąć, że stanowi to wydarzenie pewnego rodzaju news, tylko tak naprawdę cóż jest on wart dla społeczeństwa spoza tego miasta? A i tutejsza społeczność nie ucierpiawszy macha ręką na całe zdarzenie. Rozumiem, że z czegoś trzeba tworzyć ogólnokrajowe wiadomości tylko tak naprawdę jeśli każda z podawanych nowin jest o takim znaczeniu, to ogarnia mnie zwątpienie w sens podawania ich w ogóle. Raczej jako ciekawostki lub humorystyczne zdarzenia dnia powinny być gdzieś z boku całkiem bez żadnego nacisku przytoczone. Jak się okazuje nawet z mało istotnego faktu fachowcy potrafią uczynić coś na miarę krajową. Jakieś to dla mnie bezsensowne. Później zdarza się, że moi znajomi z innych rejonów kraju piszą przepełnieni pewną grozą o takim mało istotnym fakcie. Uświadamiam co i jak. Tylko moi znajomi stanowią maleńką cząstkę wobec której mogę naprostować postrzeganie minionego wydarzenia. Reszta widzów gdzieś w myślach ma obrazy tragedii i trwogi po relacjach fachowców od rozdmuchiwania faktów. I tak po prawdzie to na co komu takie przedstawianie mało istotnych faktów, chyba tylko stanowić ma takie wydarzenie zapełniacz antenowego czasu, którego nie ma czym zabudować. Zrobi się aferę tam gdzie jej nie ma, zasieje niepewność gdzie ona nie potrzebna, postawi znaki zapytania tam gdzie proste odpowiedzi same nasuwają się nawet mało spostrzegawczym widzom. Ot nasza rozdmuchana rzeczywistość. Nie podoba mi się jak ktoś robi z igły widły w życiu, tym bardziej nie lubuję się takiemu podejściu tam gdzie oczekuję rzetelności i najgorszej nawet prawdy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DZIŚ NIE...
Notatkę dodano:2013-12-07 21:51:19

 

Nie potrafię uciec od swojego ja. Ciężko naznaczona przypadłością nie do wyleczenia i do poprawy osobniczka. Narzekam, jęczę, wyobrażam sobie nie wiadomo co, a jak przyjdzie do wolnego od pracy dnia robię wszystko, ale to dokładnie wszystko, aby tego wolnego nie poczuć. Zabudowuję wolny czas tak dokładnie, że niewiele można wcisnąć w pozostałe luki. Miast doprowadzić do ładu paznokcie, upaćkać twarz maseczką, lub wykonać serię brzuszków i poczuć się choć odrobinę bardziej doprowadzona do ładu, ja całkiem wspak działam. Robię głupotę za głupotą, udomowiona kura nie potrafiąca zostawić kuchennych zakamarków. I żebym to choć jeden dzień zepsuła swoją działalnością, drugi zostawiając na nic nie robiącą rozpustę. Absolutnie wykluczona taka marnotrawna gospodarka czasem. Dziś kuchnia niczym izolatka, cela dla skazańca, jakieś miejsce kotwiczące moją głupią osobę, stała się jakimś centrum mojego życia. Nie czułam nawet zbytniego przeciążenia narzuconymi sobie samej czynnościami, dopiero ciemność za oknami uświadomiła mi, że cały dzień minął mi w tej kuchennej izolacji. Wpadłam w jakiś amok działalności kulinarnej, jakieś szaleństwo i co najgorsze, nie czuję przesytu. Gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku który jeszcze pozostał, pewnie rozhulałabym się w działalności tak dalece, że efekty przyszłoby nam spożywać aż do Wielkanocy.

Śniadanie – jajecznica z niewielkim staraniem choć nie pozbawiona dodatków, obiad – pizza, więcej starania i dodatków całkiem sporo, już po drodze mąka z zakwasem gdzieś w misce pracuje na niedzielne zabicie czasu, a w drugiej misce zagniotły się sama nie wiem kiedy amoniaczki w ilościach opłacalnych na wykarmienie i naczęstowanie więcej niż jednej trzyosobowej rodziny. Wałkowanie, wykrajanie, układanie, pieczenie, zsypywanie gotowce do kolejnej miski i cała operacja po wielokroć powtarzana. Oczywiście pozbawiona ekonomiki działalność w efekcie przynosi ogrom ciastek, różnorodnego kształtu jednak pozbawiona różnorodności smakowej. Przyjdzie kolejny nawrót „mojej przypadłości” upiekę kolejną miskę pierników, bo przecież ich obecność to pewna tradycja … I ja w tym wszystkim jakoś bez rozsądku i opamiętania, sama nie wiem po co i na co. Jakby poza moją świadomością się to wszystko dzieje, i wiem, że nie do końca to wszystko potrzebne, ale jakiś ogrom sił do tej działalności gdzieś nie wiadomo skąd się biorących jest, więc tak jakoś bezmyślnie po części, robię te mało potrzebne rzeczy.

Mąż wchodzi do kuchni, jakoś tak miękko na mnie spogląda.

-Wiesz, że cię kocham?

Aha.... i dalej w tych swoich ciastkach, mąka tu i tam ….a on tak stoi i patrzy...

-No co chcesz?...

-Tak cały czas pracujesz, a przecież masz wolne...przecież nie musisz....

No i właśnie chyba mam z tym jakiś problem, bo akurat dziś muszę, a może jakoś więcej jest sił i po prostu łatwiej mi chcieć. Nie muszę a chcę. I takiego dnia jak dziś mogłabym zrobić produkcję małego zakładu ciastkarskiego i nie czułabym zmęczenia ani znużenia. Na jutro też jestem przygotowana, dla odmiany chleb sobie upiekę...Będzie cieplej, znowu paznokcie pójdą w odstawkę, brzuszki poczekają do lepszego dla siebie czasu, a maseczka …? Może kiedyś.....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIARA W ŚWIĘTEGO
Notatkę dodano:2013-12-06 19:47:36

Data, na którą będąc dzieckiem czekało się z wielką niecierpliwością, odliczało pozostałe do niej dni i zastanawiało co znajdzie się pod poduszką, w papciach, obok łóżka. Nawet w czasie, kiedy już brutalna świadomość wymazała obraz skradającego się świętego, realizm brał górę nad wyobrażeniami z pewną nadzieją pierwszy ruch po przebudzeniu, to lekkie sprawdzenie czy aby jednak nie stał się cud... Jeśli śmiertelni nie pomogli cud się nie wydarzał, ręka napotykała na miękkość poduszki a oklapła nadzieja gdzieś rozmywała się w tej bezprezentowej rzeczywistości. Lubimy wierzyć w tego świętego, choć dawno pozbawieni złudzeń, gdzieś w nas dziecięce wspomnienia wytarły na tyle pozytywne odczucia, że irracjonalnie po prostu chcemy tej wiary. Tak jak kiedyś moi rodzice zapewniali mojej wierze w świętego pożywki obdarowując mnie, tak teraz ja kontynuuję tę tradycję. Niech sceptycy z obrzydzeniem i sarkazmem patrzą na moje praktyki, niech krytykują ile wlezie, a ja i tak będę nieodmiennie czynić po swojemu. Może to mało potrzebne, wyrzucone w błoto pieniądze, karmienie iluzją, którą ktoś, kiedyś i tak odkryje i dokona uświadomienia, jednak czyż pewne wspomnienia nie pozostaną w moim synu aż do końca ? Teraz jeszcze wierzy, i odlicza i czeka. Jego sen dzisiejszej nocy był niczym zajęcze czuwanie, nieświadome otwieranie oczu na każdy sprzeczny z ciszą nocną dźwięk. Kiedy tato około dwudziestej trzeciej próbował dyskretnie podłożyć podarunki Kleszczyk szeroko otwartymi oczyma wypatrywał, patrzył choć nie do końca świadomie widział. Parę minut po desantowej akcji taty, dziecko wpadło do naszego pokoju podekscytowane z głośnym : był u mnie Mikołaj, popatrzcie co mi przyniósł....Pomimo środka nocy nie było łatwe wyperswadowanie chęci zabawy, obowiązkowego przeglądu ilościowego prezentów. Jakoś objuczonego podarkami małolata udało się nakierować z powrotem do łóżka. Kolejna porcja prezentów spadała na dziecko w szkole. Jednak najzabawniejsze to jego podejście do całej sytuacji zarówno w domu, jak i poza nim.

-”Wiesz mama, w szkole to był taki przebrany Mikołaj, przyniósł mi to i to, ale od prawdziwego świętego Mikołaja dostałem to i to....”

    - To co w domu był święty, a w szkole nie?

 - „Tak w domu go nie widziałem to był prawdziwy święty, nie wiem kiedy przyszedł i jak ”. Moje dziecko nie widząc, nie będąc świadome wierzy w pewien cud. I niech wierzy jak najdłużej, niech ta miła fikcja zostawi dobre wspomnienia. Dzięki niej staranie o grzeczność przychodzi łatwiej bo przecież inaczej być grzecznym jeśli ktoś tak ważny jak święty widzi i w przyszłości podsumuje dobrymi prezentami. Inna kategoria starania niż wobec zwyczajnych rodziców. I dodatkowo ten posmak niezwykłości, pewna kategoria czegoś nieogarnionego przez dziecko. Kiedy już dorośnie kawałek tego wierzącego dziecka będzie w nim ciągle trwać, a zbliżające się tak szczególne dni grudniowe będą przyobleczone w pewien czarowny rodzaj wspomnień. Chcę aby moje dziecko miało takie wspomnienia, i będę czarować te jego dziecięce lata, aby zanim wdepnie w codzienną szarość pobył troszkę w przeogromnie kolorowym dzieciństwie, może nie bogatym ale szczególnym inną siłą, której nikt mu nie odbierze i której kupić za żadne pieniądze się nie da. Niech dzieciństwo będzie beztroskie, wierzące w cud, kiedyś przyjdzie pora na twarde życie przed którym nie uchronię tylko postaram się wprowadzić asekurując niewidoczna jak dzisiejszy święty. I będą wichury niczym ta za oknami , zacinające, marznące, kaleczące twarz deszcze i przeszywające zimno, a ja mam nadzieję, że łatwiej będzie je przejść mając gdzieś w środku miłe wspomnienia, na których powstanie mam obecnie wpływ. Czy warto ? Warto …..


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163405
Osób: 145860