Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ZA WIELKA GOTOWOŚĆ
Notatkę dodano:2013-12-05 21:21:50

Droczył się dziś wiatr ze mną niczym uczniak udający przygotowanie do lekcji. Porankiem niewiele zapowiadało to, co dzieje się w chwili obecnej, choć przygotowana byłam na prawie każdą ewentualność. Już wczoraj wróżowie od pogody straszyli nadchodzącymi wichurami i oziębieniem panującej aury. Zapowiadano że mamy się spodziewać i „urywającego głowy” wiatru, i sztormu na Bałtyku i dujących wichur, do których niejako w komplecie miały być dołączone opady zarówno deszczu jak i śniegu. Generalnie przygotowana byłam i na opady, i na wiatr, i wreszcie na zimno. Metodycznie podeszłam do swojej garderoby tworząc coś na wzór wielowarstwowej cebuli. I taka nadmiernie okutana przed piątą rano wyszłam w pełnej gotowości oraz mająca nie dać się zaskoczyć żadnym z mogących nastąpić z całą swoją surowością czynników aury. Jak się okazuje można być przygotowanym za bardzo, okazać nadgorliwość w odzieniu, wyprzedzić o jeden krok to co ma nastąpić. A ta piąta rano, przywitała mnie bezwietrzną, całkiem przyjemną grudniową pogodą, której niewiele można zarzucić, spokój, plus cztery Celsjusza, sucho i z widocznością pozwalającą podziwiać dalekie gwiazdy. Tego całego dobra może było mi za wiele, a może wyprzedzenie o parę godzin zmian pogodowych spowodowało, że zanim doszłam do pracy czułam się nadmiernie emanująca ciepłem, które to nie bardzo miało jak mnie opuścić, zostało więc lekką wilgocią potu na skórze. Przefajnowałam w odzieży, a dodatkowo gdzieś w przepastnej czeluści mojej wielkiej torby dźwigałam niezawodny sprzęt przeciwdeszczowy. Na nic mi te wszystkie przygotowania. Wracając z pracy parę warstw cebula zostawiła nie przybierając na siebie, choć nie rozstając się z nimi. Warstwy wylądowały w torbie, torba na ramię i wciąż na podorędziu miałam, w razie nagłego załamania pogody w trakcie przebywania trasy do busa, w dalszym ciągu nic mnie nie mogło zaskoczyć. Pogoda nie załamała się na tyle abym musiała gdzieś po drodze awaryjnie się ubierać, jednak już zrywał się wiatr, który bawił się ze mną ze szczególnym umiłowaniem mojego kaptura, w żaden sposób ten szczegół garderoby nie dawał rady sprzeciwić się ciągłemu ściąganiu z mojej głowy. Momencik po założeniu ponownie, zupełnie zapominając o swojej ochronnej funkcji był gdzieś całkiem nie tam gdzie być powinien. Podobnie sprawy się miały z moimi włosami, których okiełznanie nawet gumką na niewiele się zdało. Wiatr, kaptur, nałożenie, samoistne ściągnięcie, włosy za kapturem, nałożenie, wiatr..... i tak przez całą drogę. Gdzieś w połowie drogi czułam, że mój wygląd to coś na wzór roztrzepanej czarownicy z furgoczącym kapturem. Choć może porównanie do czarownicy niewiele z taką prawdziwe dostojną, spokojnie zakapturzoną postacią miało wspólnego. Cóż bliżej mi było do czeladnika w tym rzemiośle, dzięki włosowi w nieładzie i nieokiełznanemu kapturowi. Ja jak czeladnik a i aura nie do końca odpowiadająca temu co było zapowiadane. Wietrznie, choć do przyjęcia. Jednak już obecnie doszło to co dojść miało i jutrzejszy poranek przywitam ponownie konkretnie zabezpieczona przed wszystkim co zostanie w całej szczodrobliwości ofiarowane. Wiatr gnie okoliczne brzozy, zacinający deszcz bez litości stukając o szyby daje o sobie znać, temperatura choć powyżej zera w połączeniu z pozostałymi niemiłymi składnikami tworzy całość, której nie pragnę choć jest. Nie powitam z radosnym wyrazem twarzy choć nie ominie mnie wyjście z domu i pomimo wszystko trzeba będzie nadchodzący dzień przejść, nawet moknąc, przebiec skacząc przez kałuże i odhaczyć jak wiele przed nim i jak zapewne wiele po nim. Postaram się być gotowa na ten następny i choć nie będzie mi się podobać jakiś grymas uśmiechu wdziać na twarz aby stało się dzięki temu odrobinę łatwiej.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZEKANIE NA CZAS
Notatkę dodano:2013-12-04 22:20:26

Już ostatnie godziny tego mojego świątecznego dnia. Niby powinien być jakiś inny, sam z siebie radośniejszy, taki bez wysiłku pełen optymizmu. A okazał się niczym szczególnym nie naznaczony. Taki sam jakich wiele w kalendarzu, w roku. Norma bez wzniosłości. Jak już od wielu lat, czekałam na słowa od pewnej osoby, nie doczekałam się. Czasami tak bywa, że mamy nadzieję na coś, od kogoś, i jak zawsze od zawodu, który nieodmiennie nas spotyka rzednie nam mina, wewnętrzna radość gdzieś pryska niczym mydlana bańka. Przechodzimy do porządku dziennego aby za rok znowu czekać i mieć nadzieję. Nadzieja, oczekiwanie i zawód, powtarzające się rokrocznie niczym pory roku. I nie potrafię machnąć ręką, raz na zawsze przyjąć do wiadomości, że ta osoba nigdy mi życzeń nie złoży, że pominie milczeniem, zignoruje. Wobec niektórych stan nadziei trwa za długo, pamięć o nich istnieje niepotrzebnie a smutek jest prawdziwie rzeczywisty. Życiowy melanż na który wpływu nie mamy.

Wolny imieninowy dzień się kończy, jutro powrót do zupełnej normalności. Nie wiem co mi przyniesie, nie nastawiam się ani źle ani dobrze. Co będzie to będzie. Muszę zapamiętać tylko że w myśl przysłowia Boże Narodzenie powinno być po lodzie przynajmniej wieczorem bo obecnie pada gęsty deszcz. Zobaczymy czy wiara w mądrości ludowe sprawdzi się w tym roku, czy też również na nie trzeba będzie machnąć ręką w oczekiwaniu na spełnienie w dalekiej przyszłości. Ciągłe oczekiwanie, na coś, na kogoś. Nie szkodzi, poczekam i może kiedyś doznam pięknego uczucia że warte było to czekanie swojego czasu. Stwierdziłam że wśród życzeń, które dziś otrzymałam nikt mi nie życzył właśnie tego czego ostatnio bardzo mi brakuje – więcej czasu. Może nikomu nie przychodzi do głowy, że mogłabym właśnie tego pragnąć, a może każdy zimny realista, wie, że tej jednej sprawy ani nigdzie się nie kupi, ani nie dostanie. Mamy tego tyle ile mamy, nie oszczędzimy, nie powiększymy, nie rozmnożymy i nie ma mocnego aby ofiarować, więc i życzeń z tym niematerialnym produktem w tle nie było. A tak bardzo czasami by się przydało aby mijające minuty się powiększyły, rozciągnęły, dłużej trwały.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


ODŚWIĘTNY KAWAŁEK MAGII
Notatkę dodano:2013-12-03 20:39:20

Zapach świeżo upieczonego sernika roznosi się po całym moim małym mieszkanku. Kolejne szaleństwo, nieprzewidywalne, niezaplanowane, impuls. Jeden składnik do tego ciasta się w lodówce znalazł, spowodował jakiś myślowy ciąg, którego wynikiem stało się zagospodarowanie popołudnia i słodki wypiek, nikomu tak naprawdę nie potrzebny. Nie spodziewam się gości, a sami takiego ogromu nie pochłoniemy, zacznę działanie kuchennego dzielenia. Troszkę pójdzie tu, odrobina gdzieś indziej i po serniku pozostanie wspomnienie. Jak zawsze przed wolnym mam ten swój szatański pęd do wykonywania za dużo, zamiast wyciągnąć się i poleżeć. Już mogłabym zacząć wypiekać świąteczne pierniki, jakieś kruche ciastka. Poupychać z widoku do puszek i innych pojemników. Tylko dziś mnie ten sernik zakręcił, więc ciastka poszły w odstawkę. Przyjdzie i ich kolej, nie dziś, nie jutro to za parę dni. Mąż znowu ponarzeka, na moje kuchenne ADHD, na moje próby przeładowania dnia niepotrzebnymi czynnościami. A później, kiedy już zapomni o narzekaniu, ukrywając się niczym dziecko będzie podbierał to, co miało cierpliwie czekać na święta. Pewne schematy są niezmienne, i znamy je i spodziewamy się nic nie zmieniając, tylko w myślach o trzy sekundy wcześniej już wiemy jakie słowa za chwilę padną, co zostanie powiedziane. I pomimo tego za każdym razem robimy podobnie, i podobnie się spodziewamy. Może nawet taka spodziewalność, ten pewnik jest niezbędny. Daje smaku, że wszystko jest na właściwych torach, jest tak jak ma być. Niezmienność pewnych spraw, ich czas, daje wyczekiwanie, czasami rozbudza w nas jakieś ciepłe uczucia, wspomnienia. Magia, choć całkiem pozbawiona szoku iluzji odczuwalnej przy widoku kuglarskich sztuczek. Niektórzy się oburzają na słówko magiczne święta, a przecież każdemu inaczej te święta się kojarzą. I nawet pominę sam najważniejszy sens tych świąt, do którego każdy na swój sposób się przygotowuje, po swojemu przeżywa i wierzy albo neguje. Jednak sam grudzień z jego oprawą czasami powoduje jakieś wznioślejsze odczucia.

Ja mam takie swoje magiczne miejsce, które właśnie w grudniowe wieczory powoduje, że najchętniej nie opuszczałabym go. Rynek mojego rodzinnego miasta, ze swoją bajkową scenerią, grą świateł, dekoracjami emanuje w moim kierunku taką energią, że idąc wieczorami czuję się z tym miejscem związana jakąś niewidzialną mocą, która i mi się udziela. Staję się zauroczona, zafascynowana i przepełniona dobrymi uczuciami. Nawet nie mam jakichś szczególnych wspomnień z tym miejscem związanych, szczątki mało istotnych wydarzeń z minionych lat, a jednak właśnie tam mogłabym w środku zimy usiąść na przysypanej śniegiem ławce i zatopiona w tej niezrozumiałej fascynacji zapomnieć o teraźniejszości, w blasku oświetlonych fasad kamienic po prostu sobie trwać. Pewnie nie czułabym zamarzania, otulona tą błogością która mnie ogarnia w tym miejscu. Zapewne służby porządkowe nie dałyby mi tam pozostać, straż miejska stałaby się nachalnie zainteresowana moją osobą, pogoniliby nie rozumiejąc, bo i sama nie rozumiem zauroczenia tym miejscem. Może właśnie to jest moją magią w tej codzienności, która mnie osacza. Może ten pachnący sernik też jest ucieczką przed szarzyzną codzienności. Aby było nawet w środku tygodnia inaczej, bardziej odświętnie. Choć tak naprawdę to odrobinę inne te dni dla mnie są, dziś imieniny mojego Taty, jutro moje. Kawałek magii tylko dla nas, raz w roku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE NASZ GRAJDOŁEK?
Notatkę dodano:2013-12-02 21:15:31

Zgodnie z przewidywaniami jest lepiej, choć brakuje czasu na delektowanie się tym stanem. Nie wgryzam się w jego słodki upragniony smak, bo wiem, że to co powinnam robić to po prostu z niego korzystać. I zgarniam jak najwięcej, niczym rozpędzająca się lokomotywa sunę przed siebie, nie zważając na to co gdzieś po bokach się dzieje. Otrzepuję się z kiepskich nastrojów, nie pozwalam na zawładnięcie negatywnymi czynami i słowami innych. Teraz łatwiej o tumiwisizm. Choć nie w każdej sprawie ta obojętność jest tak do końca możliwa. W coś jestem emocjonalnie zaangażowana, komuś poświęciłam parę lat swojego życia, teraz okazuje się że „stara”rodzina jest na dalekim planie. Cóż z czasem będzie przychodziło coraz łatwiej a nawet jeśli czasami zasmuci, pogodzę się, bo przecież lata doświadczenia i wiecznych prób nie pozostawiły mnie bezbronną.

A przecież nasz mały, ten składający się z paru osób świat to nie wszystko. Jest coś więcej, niż maleńki grajdołek w którym przebywamy. Na Ukrainie dzieją się rzeczy straszne. Nie wiadomo jak dalece się posuną, ile krwi musi zostać przelanej aby w europejskim państwie ktoś otworzył oczy. O ile byłoby prościej aby ludzie ludziom pozwolili współdecydować. Nie wchodzę w politykę tylko tak czysto po ludzku nie potrafię się pogodzić z użyciem sił w obronie jakiegokolwiek zdania. Ktoś nie chce na coś pozwolić, więc stawia na siłę, natrafia na słabszego, jednak zapomina, że stosunek sił może ulec zmianie. Ludzie doprowadzeni do pewnego poziomu desperacji potrafią się zjednoczyć i podnieść w geście obronnym rękę, a to będzie powodować albo silniejszy nacisk albo rozwinie nieoczekiwane w swoich konsekwencjach starcia obrońców i uzurpatorów jedynej słusznej wizji. A o ileż prościej i bez boleśniej byłoby z użyciem zamiast pałek po prostu słów, dialogu, któremu potrzebne i ustępstwa i twardość, i sens, i odrobina wizji. Tak łatwo szafuje się zdrowiem i życiem innych ludzi jakby to było coś bezwartościowego, nieistotnego, nie wartego ochrony i poszanowania. Anonimowość ofiar nie zwalnia nas z odpowiedzialności. Czasy dyktatur europejskich powinny nauczyć nas jak bardzo cenne jest ludzkie życie, nie ważne czy pojedyncze czy tracone w wielkiej liczbie. Każdy człowiek jest wartością samą w sobie, i zasługuje na poszanowanie i ochronę. A okazuje się, że nawet współcześnie komuś zamarzyła się posągowa wielkość dla potomnych i próbuje osiągnąć ją metodami, które powinny być napiętnowane i zabronione. Ludzie ludziom gotują przez wieki podobny los, bo zawsze znajdzie się dyktator, któremu będzie nie dosyć, i wciąż mało. A inni patrzą, i przecierają oczy ze zdziwienia że współcześnie potrafią się dziać rzeczy mogące doprowadzić do wydarzeń, które niczym klocki domina zburzą piękną budowlę upadając kolejno jeden za drugim. A może to piętno ludzkiego gatunku, który inaczej nie potrafi, choć dana mu mowa, dane umiejętności dialogu, to prawo pięści ciągle króluje i wypiera bezbolesne sposoby.

Przykro patrzeć, smutno żyć, ciężko się pogodzić a przecież trzeba, i może właśnie dlatego prościej mi zamknąć oczy, wyłączyć telewizor, odseparować się od wielkiego świata i widzieć tylko swój własny grajdołek w którym wielkim staraniem prawo pięści nie stanowi priorytetu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NA FALI
Notatkę dodano:2013-12-01 20:31:29

„I wreszcie trzecim symptomem śmierci naszych marzeń jest spokój: życie staje się niedzielnym popołudniem, nie żąda od nas niczego szczególnego, a i my nie mamy ochoty wiele z siebie dawać. Wtedy sądzimy, że dojrzeliśmy, że odsuwamy od siebie dziecięce fantazje i że osiągnęliśmy spełnienie w życiu osobistym oraz zawodowym. Jesteśmy zaskoczeni, gdy osoba w naszym wieku mówi, że wciąż lubi to czy tamto.”

Paulo Coelho (z książki Pielgrzym)

 

 

Wkraczam w ten nowy miesiąc maleńkimi kroczkami, które powoli będę drobić w początkowym czasie, a wraz z jego upływem coraz szybciej będę stawiać. Grudzień to specyficzny miesiąc, zawsze jakoś w piorunującym tempie przelatuje. Wraz z wkroczeniem w jego progi odzyskuję zagubioną gdzieś siłę. Powoli zaczynam być na fali i opuszczam mieliznę złego samopoczucia. Jeszcze mi daleko do najwyższych poziomów, jeszcze niczym malutki płomyczek zaczyna się tlić, chybotliwie i ciągle niepewny swej siły. Zanim rozbucha się w ogromny pożar minie pewien czas. Może nastąpić sytuacja, że do pełni nie dojdzie, na jakiejś szczątkowej wartości się zatrzymam, jednak czuję przypływ i odbicie się od dna. Teraz zaczynam płynąć ku powierzchni. Może trzeba mieć na co czekać, jakiś plan na przyszłość, coś co w pewien sposób nas sobą zajmie. A może ja potrzebuję mieć ten choćby daleki cel przed sobą. Wtedy jakoś łatwiej zapomnieć o szarości tego co teraz, o pewnych niedogodnych mankamentach codzienności. Człowiek zajęty wizją, jakimś planem mniej uwrażliwiony na teraźniejszość. Grudzień z całym zamieszaniem przygotowaniami, świętami, przełomem roku wypełnia teraźniejszość i być może jest to powodem do zapomnienia o obniżonych formach. Trzeba wykrzesać więcej sił a to mobilizuje do działania, które daje zapomnienie.

Ja oprócz tego, że pracowicie rozpoczęłam ten miesiąc to jeszcze podjęłam pewną decyzję, która nawet zbytniego wysiłku przemyśleniowego ode mnie nie wymagała. Zarejestrowałam się na stronie dawców szpiku. To dopiero początek drogi, która być może da mi szansę komuś pomóc. Nie obawiam się, jest we mnie tylko chęć podzielenia się tym co mi opatrzność hojnie ofiarowała a może ktoś ma tego brak. Jeszcze mogę, bo i zdrowie, i wiek, i brak przeciwwskazań powodują że warto spróbować. Teraz będę czekać na przesyłkę. Mam na co czekać. A mam też nadzieję, że doczekam się aby jakaś cząstka mnie mogła komuś pomóc. Znalezienie kogoś o identycznych parametrach w ogromie ludzkiego mrowia byłoby kolejnym cudem na mojej drodze.

To będzie kiedyś, w dalszej perspektywie, tylko zarys widać. A te bliskie plany to jutrzejszy wolny dzień, moja przyjemność, jakiś obiad, norma w wolne w środku tygodnia. Pewnie będzie brakować wolnych minut, coś z czymś się zakleszczy, coś ominę. Nic nowego. Najważniejsze że zaczyna być lepiej, wróciłam z podróży w kiepskie rejony. Gdzieś zostawiłam spokój niedzielnego popołudnia, mam na co czekać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


HAŃBA UCIECZKI
Notatkę dodano:2013-11-29 21:01:33

„Toteż ucieczka przed walką jest czymś najgorszym, co może się nam przytrafić. Jest o wiele gorsza od przegranej, ponieważ klęska zawsze może stać się dla nas źródłem doświadczenia i nauką, a ucieczka daje nam tylko jedną możliwość: głosić zwycięstwo naszego wroga.”

  • Paulo Coelho (z książki Pielgrzym)

 

Może pozostanie tutaj, codzienne sklecenie paru zdań jest moją walką. Walczę czasami sama ze sobą aby nie zaniechać, aby przemóc słabości i wyjść zwycięsko z tych potyczek. Wiem, że jeśli przez parę dni lenistwo – jeden z moich przeciwników – weźmie górę nade mną, może to się okazać moją klęską, a może właśnie hańbiącą ucieczką. Od paru dni ogarnia mnie niechciejstwo, pomimo że staram się aby otoczenie nie zauważyło, kolejna maska zasłaniająca prawdziwą mnie. Komu trzeba, z podejściem lekkoducha się przyznam do swojego marazmu, inni nie zauważą. Wolę się maskować, niech inni odbierają mnie zawsze taką energetyczną i aż kipiącą swoistą werwą. Nie zauważą, nie dostrzegą, a ja wiem, jak to ze mną tak naprawdę jest. Chyba muszę przeczekać, w spokoju i cierpliwie, aż ponownie z tej mielizny zabierze mnie kolejna fala, na której bez wysiłku popłynę otoczona poczuciem mocy. Te moje zmiany nastrojów, spadki sił, zwyżki czarnowidztwa bez większej możliwości przewidzenia zachodzą. Może nie jest to gwałtowny zwrot z największego poziomu możliwości do zupełnego dna, tylko bardziej stonowane obniżenie wartości. Jednak ani czasowo, ani w żaden inny sposób nie udaje się tego przewidzieć, ani tym bardziej zapobiec. Przychodzi gorszy czas, a moim jedynym zadaniem jest przetrwanie go bez strat, otrzepanie się niczym z zalegającego kurzu i pójście dalej drogą na wprost.

Po ciągu dni kiedy mój czas skrócony i kończący się wieczorem, dwa dni czekają mnie pracy do wczesnego popołudnia, a później wyczekiwane wolne i krzyżówka z naprzemiennie następujących dni pracujących z wolnymi. Już wiem jak będę pracować w święta, co mnie czeka w sylwestra, oczywiście jeśli chodzi o pracę, bo już inne sfery całkowitą tajemnicą są okryte. Choć cała przyszłość stanowi duży znak zapytania. Ale nie ucieknę, pozostanę na placu boju, ten przeciwnik nie będzie miał okazji być moją ucieczką wysławiany. A nie każdy zostaje na tym ringu i walczy do końca, są tacy, którzy rejterują. Gdzieś po drodze zabraknie sił, nie widzi się dalszego sensu, jakieś inne przyczyny powodują ucieczkę, do której jednak prawdziwie wielkiej odwagi trzeba. Tylko tak naprawdę do czego trzeba większego hartu ducha, do ucieczki czy do codziennego bycia tutaj i zmagania się z przeciwnościami bez perspektywy nagrody za te zmagania? Nie umiem odpowiedzieć na takie z pozoru proste pytanie. Może kiedy wrócę w niedzielę, już będę w zwyżkowej formie i ponownie gdzieś coś nabałaganię, coś poprzestawiam, komuś na nosie zagram. Zresztą co by się nie działo, wiem, że na pewno rozpocznę bieg przez ostatni miesiąc roku, a teraz już żegnam znielubiony listopad i wrócę tu w grudniu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESTEM WYPRANA
Notatkę dodano:2013-11-27 21:05:45

Kolejny wieczór i mój powrót do domu przez jego ciemność. Czuję się wyprana, jakoś pozbawiona energii. Wlokę się na przystanek, próbuję zauważać, dostrzegać. Nic z tego, gdzieś znikła umiejętność wyłuszczenia tego, co dla innych oczu niewidoczne, a ja jakoś dostrzegałam. Male drobiażdżki życiowe, mijane krokiem szybkim a jednak zauważane. Może moje trzecie oko zasnęło zimowym snem, może nie chce się otworzyć na to zimno. Patrzę i nie widzę. Próbuję a moje próby na niczym się zaczynają i niczym kończą. Zwolniłam krok, rozglądałam się i nic prócz tej normalnej ciemności oświetlonej latarniami nie widziałam. Może potrzebuję odpoczynku, wyciszenia aby ponownie zacząć emanować jakąś nieziemską i niezrozumiałą dla mnie energią. Jakiś potencjał siedział we mnie przez bardzo długi czas, coś było inaczej, a teraz, jakby nie było na co czekać, jakby coś znikło, gdzieś we mnie zbłądziło i nie potrafi znaleźć wyjścia. Wiem, że brzmi to irracjonalnie, jakąś fikcją, może zawirowaniem psychicznym, ale coś się zmieniło, i czuję tego brak. Może powinnam w głąb siebie zajrzeć, dojść do wyciszenia. A może trzeba wyrzucić złe emocje, które ostatnimi czasy zupełnie nieproszone zadomowiły się na dobre. Niby próbuję ominąć, udawać, że mnie nie dotyczą, że nie ruszają a one swoją krecią robot wykonały, wydrążyły tunel w mojej świadomości. Wiem, że się uporam z tym stanem, może minie troszkę czasu, może więcej niż troszkę i powróci to, co obecnie gdzieś się zagubiło. A może po prostu nic ciekawego na mojej dzisiejszej trasie nie miało miejsca. Przecież nie co dzień zdarza się coś godnego uwagi, może nie zauważyłam z prozaicznego powodu nieistnienia niczego niezwykłego. Paru takich samych jak ja, wieczornych samotników pokonywało w różnych kierunkach swoje drogi. Każdy za postawionym kołnierzem, namotanym wieloma warstwami szalikiem, kapturem przykrywającym i strapienia i radości malujące się na obliczu. I każdy idzie tam, gdzie wzywa obowiązek, sprawy, coś pilnego. Ci którzy nie muszą nie wychodzą w ten zimny wieczór, delektują się ciepłem, bezpieczeństwem własnych mieszkań. Nawet zakochanych nie widać a przecież wieczory to taka specyficzna pora, kiedy łatwiej o romantyzm, kiedy zmarznięte dłonie szukają wspólnej kieszeni, kiedy postronne oczy nie obserwują spierzchniętych ust z których spijany jest ukradkowy pocałunek. Ten wieczór nieprzyjaźnie, zakochanych gdzieś się pozbył, a może oni też wolą w cieple spędzić wspólne godziny. Nie dowiem się tego. Moja droga do przystanku zakończyła się, a tu tylko omiatanie światłami przejeżdżających samochodów mnie czeka, i moje próby dostrzeżenia w ciemnościach czegoś więcej, czegoś schowanego przed wzrokiem. Dziś się nie udało, ale przecież jutro też jest dzień, i będzie kolejny wieczór i moja kolejna próba, aż w końcu natrafię na coś co dostrzegę, co mnie zatrzyma i spowoduje że całkiem radośnie się uśmiechnę i poczuję, że wraca do mnie coś utraconego. I ponownie posiądę stan pięknej równowagi, i zacznie się chcieć, oraz poczuje moc do przenoszenia gór. Jeszcze nie teraz.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZAS NA EGOIZM
Notatkę dodano:2013-11-26 08:23:15

 

To takie proste, usiąść, napisać parę słów, zamknąć w nich swój dzień. A jednak zdarzają się chwile, że to co proste, okazuje się nie do zrobienia. Nagle przeszkody urastają do wielkości kanionu Kolorado. I może nawet nie fizyczne przeszkody, bo te jeśli jest prawdziwa chęć, zawsze pokonamy, tylko te psychiczne. Kiedy ogarnia niechcenie, kiedy sprawki życiowe zaprzątają na tyle, że jedyną chęcią jest oderwanie się od wszystkiego co otacza. I nie zawsze te sprawki są tak do końca nasze. Bywa, że tylko się o nie ocieramy, dochodzą do nas, mamy ich świadomość. Wkręcają się w naszą zdolność myślenia i zaprzątają sobą. Ich ogrom przytłacza na tyle, że chciałoby się wleźć pod klosz i wszystko inne zostawić na zewnątrz, aby nie miało możliwości przedostania się. Nie mam takiego klosza, i borykam się, siłuję z czymś co mnie przerasta, bo nie potrafię zrozumieć. I nie rozumiem tego, nie jak zagadnień związanych z prądem, na które po prostu macham ręką oddając je fachowcom od elektryki. Choć może powinnam taką metodę zastosować. Odwrócić się plecami i powiedzieć załatwiajcie sobie sami, nie znam się na waszych sprawach. Tylko jakoś nie potrafię, głowa w dalszym ciągu jest zaprzątnięta, choć wiem, że właśnie tak powinnam pozbyć się tego co mnie ogranicza zabierając i humor, i dobre samopoczucie. Egoizm. Muszę się nauczyć, dojść do pewnego stopnia wtajemniczenia. Człowiek całe życie się uczy, i tych mało potrzebnych spraw i tych większych. W związku początek nazywają docieraniem, a przecież to nic innego tylko pewnego rodzaju nauka. Kiedy musimy przestawić myślenie z ja, na my. W tej wiedzy właśnie stawiamy na ograniczenie egoizmu, osiągając pewien stopień wtajemniczenia aby „my” było zarazem dobre dla tej małej wspólnoty jak i nie ograniczające jej członków. Dwie oddzielne połówki w pewnym momencie zaczynają dosyć synchronicznie działać, pojawiają się dzieci. Synchronizacja zaczyna się chwiać, powiększone „my” czasami rezonuje. Jednak ciągle stanowi „my”, dla którego chce się jak najlepiej. Jako rodzice zapominamy o egoizmie, bo dziecku trzeba to, czy tamto. I staramy się kosztem siebie, swoich planów, zachcianek aby ten młody miał, bo przecież tak trzeba. Popełniamy błędy, choć w dobrej wierze, dajemy czasami niezasłużenie, niezauważenie. Młody przyzwyczaja się, bo przecież mu się należy. A gdzie tu miejsce dla mojego ja? Na dalekim planie, gdzieś, może kiedyś. Człowiek się zapomina, że też ma przecież prawo nie tylko obowiązek. Zapętlamy się w tym ofiarowywaniu. Czasami mam poczucie samych błędów choć intencje były dobre. Zbiera się żniwo które zasmuca. Może teraz właśnie nastał mój czas na pozbycie się skrupułów związanych z dorosłym dzieckiem. Jesteś osobnym bytem i odczep się ode mnie. Był czas, że się starałam teraz może już nadeszła pora abym egoistycznie odwróciła się do ciebie plecami skoro ty mi tylko zgryzotę ofiarowujesz. Teraz jest mój czas, sam naprawiaj to co zepsujesz. Mamusi nie zmuszaj aby nauczyła się zagadnień związanych z prądem, mamusia nie lubi być trzepana niepotrzebnymi wyładowaniami. Idę zrobić coś dla siebie, i mam w planie tylko siebie, niech się wali. Ja też jestem ważna, jeśli nie dla innych to dla siebie i dla mojej prawdziwie drugiej połówki. Efekty uboczne związku niech poczekają na swoją kolej, jak mi przyjdzie ochota to się wami zajmę. Teraz odwracam się plecami.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZYSZŁE ZNAKI ZAPYTANIA
Notatkę dodano:2013-11-24 19:57:15

Pierogowy dzień, pomimo niedzieli, wbrew nudnej, niezmiennie mglistej pogodzie, absorbujący a zarazem realnie pozostawiający po sobie efekty. Te efekty będą konsumowane przez parę następnych dni. Moi chłopcy mogą jeść ruskie pierogi przez tydzień każdego dnia, a kiedy zapas się wyczerpie jest pytanie: „ co to nie ma już pierogów?”. Wspólne geny u dużego i małego. Tym razem na tydzień nie starczy bo tylko sto czterdzieści trzy sztuki wytworzyłam. A to tylko kropla w morzu potrzeb. Odfajkowane, zrobione, pierwszy z nich obiad zjedzony, mogę sobie w spokoju zająć się czym chcę. W filiżance obok mnie coś co daje lekki szumek, powoduje odrobinę upojenia choć z piciem mało ma wspólnego. Produkt uboczny z mojej czereśniowej nalewki. Owoce, które jakoś powinnam zagospodarować, ale małymi kroczkami za czas jakiś okaże się, że nie ma czego zagospodarowywać. Owoce pierwej zalane wysokoprocentowym spirytusem, następnie zasypane cukrem po spełnieniu swojej roli stanowią dla mnie rozgrzewacz i poprawiacz nastroju. Może właśnie taki ich kres jest najlepszym rozwiązaniem na te jesienne, pełne chandry wieczory.

Młodzi małżonkowie dają mi do myślenia, ich życie ostatnio zaprząta moją głowę. Nie chcę uciekać, nie chcę odtrącać wyciągniętej po pomoc ręki. Myślę, przeżywam, rozgryzam i nie rozumiem. Muszę czekać na rozwój wypadków, dla mnie to pogmatwane, jakiś labirynt bez wyjścia, dziecinada, której nie pojmuję. Starałam się wychować inaczej niż to zaowocowało. Cóż, może kiedyś napiszę dokładnie i z pełną chronologią, teraz muszę czekać i obserwować. Będę się tym gryźć po swojemu, rozłożę na części pierwsze, postaram się poskładać niczym zepsuty sprzęt i zobaczę czy zacznie działać.

Dobrze, że mam z kim się dzielić kłopotami, że jest osoba, która wysłucha, zrozumie i czasami przywróci do pionu. Każdy powinien mieć takiego kogoś, a może tylko mi się tak wydaje, bo taki jakiś ze mnie typ potrzebujący drugiej osoby do szczęścia. Generalnie lubię ludzi, jakoś wśród nich udaje mi się funkcjonować, choć nie powiem są godziny, kiedy lubię szczyptę samotności. Jednak to może być konsekwencja tego nadmiernego pędu i szybkości w których jakoś na co dzień trwam, to czasami po prostu trzeba złapać oddech. Wyciszyć się aby ponownie mieć energię do tego życiowego długodystansowego biegu. Jeszcze dziś parę godzin spokoju, a od jutra zaczynam swoją pracę od dziesiątej do osiemnastej i znowu mało tego normalnego dnia pozostanie. Tak trzeba i mam tego niezmienną świadomość. Wcale to nie wyklucza mojego czasami jęczenia. Jednak nie byłabym sobą jeślibym nie widziała pewnego pozytywnego światełka w tunelu. W każdej sprawie staram się znaleźć pozytywy. Zapowiadają przymrozki i śliskie drogi, a ja mam dzięki tym drugim zmianom powód do radości, że nie będę musiała w tym czasie jeździć samochodem. Nie będę skazana na skrobanie szyb, na wypatrywanie nieoświetlonych rowerzystów na poboczach oraz wbiegających na drogi dzikich zwierząt. Tydzień spokoju, przynajmniej w tej kwestii, bo już inne życiowe sprawy stanowią wielki znak zapytania. Za tydzień o tej porze będę już miała odpowiedzi na te wszystkie znaki zapytania które jeszcze teraz stanowią niewiadomą bez możliwości przewidzenia. Zakładam, że będzie dobrze i tego będę się trzymać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RAZ NA ROK
Notatkę dodano:2013-11-23 17:44:46

Zwalniam tempo dzisiejszego dnia, tonuję jego końcówkę. Kołowrotek ranny, południowy zakańczam takim cichszym wieczorem. Moi chłopcy zapatrzeni w skoki narciarskie, a ja ze słuchawkami na uszach tonę w nutach.

Dziś mam urodziny, kolejne, i tak strasznie odległe. A przecież w środku daleko mi do metrycznego wieku udokumentowanego urzędowo. Jeszcze mam siły, jeszcze podbiegam, nie rezygnuję, narzucam sobie tempo, podkręcam kolejną śrubkę i daję radę utrzymać się na tej fali, która mnie ciągle niesie. Pewnie, że są spadki formy, jakieś obniżone chcenia, płytszy oddech, jednak wbrew niektórym, pomimo czegoś idę całkiem dynamicznym krokiem przed siebie.

Mój dzień, to dwie godzinki na basenie, który to jako prezent urodzinowy raz w roku jest sponsorowany przez instytucję zarządzającą tutejszym przybytkiem. Ten prezent to coś z czego chyba tylko obłożnie chora bym zrezygnowała. Przyjęłam pełna radości i te dwie godziny spędziłam aktywnie. Obca sąsiadka z toru obok przy którymś nawrocie mówi : „ patrzę na panią i podziwiam, pięknie pani pływa, tak spokojnie”. Głupio mi słysząc pochwały całkiem w moich oczach nieuzasadnione, jakoś to niweluję, choć miłe, to przecież to moje pływanie dalekie od ideału, niedouczone. Kobieta z kobietą na równym poziomie zmoczenia , pogadałyśmy, pani stwierdziła, że jestem dla niej takim wzorem pływania do którego będzie dążyć. Nigdy nie przypuszczałam, że w czyichś oczach mogę urosnąć aż tak dalece. Dłuższa obecność na pływalni, mogę zwiększyć dystans, i pozostaje jeszcze czasu na prawdziwy relaks, jakieś masujące bąbelki, obserwacje innych. Wszystko co dobre ma swój koniec. Suszę się, słyszę swój telefon, dzwoni mąż: „jestem na SOR-ze, miałem ten swój atak, przyjdź weźmiesz małego”. Niedosuszona, idę ocierając się o bieg. Minuty mijają, syn odebrany od zajmujących się nim pielęgniarek. Odsiedzieliśmy swoje, po przeszło godzinie, wychodzi mąż, już w porządku, serducho się uspokoiło. Przypadki nie zważają na święta, wydarzają się. Człowiek nie zawsze zauważa, jak wiele posiada aby w następnej minucie nic nie mieć. Przecież nie wiemy ani kiedy, ani jak i nagle może się okazać, stajemy się sami. Nie lubię wybiegać w taką przyszłość choć przecież to nieuniknione bo każdego z nas czeka. To chyba jedyna sprawa, której nie możemy zaplanować jeśli „dajemy wolną rękę opatrzności”. Bo nie mówię o tych co sami szafują swoim czasem ukrócając go samodzielnie. Jednak pozostali skazani na działalność przypadku, plany na górze żyjemy ze świadomością tego, że nasz czas tutaj wyznaczony od pierwszej do ostatniej minuty. Nie wiem, czy w kolejne swoje urodziny będę tutaj, czy napiszę kolejną notatkę, czy podsumuję miniony rok, takich rzeczy nie wiemy i brniemy z tą niewiedzą a zarazem nadzieją w następne dni licząc, że się nam wydarzą, że jeszcze będą. Że więcej będzie tych dobrych, że po drodze niewiele się zgubi, że podsumowując będzie można powiedzieć nieźle minął mi ten rok. Tak jak i ja mogę powiedzieć o swoich trzystu sześćdziesięciu pięciu minionych dniach. Były dobre, może bez szaleństwa, ale były tak normalnie, po prostu całkiem przyzwoite.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163385
Osób: 145840