Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

JESTEM CZĄSTKĄ TEJ CAŁOŚCI
Notatkę dodano:2013-11-07 22:00:41

Norma codzienności bez możliwości ucieczki. A czasami chciałoby się wziąć nogi za pas i ...no właśnie i co? Nie nasze realia, nie te warunki i charakterek nie pozwalający na taki wyskok. Cóż poradzę, skoro bywają chwile kiedy taka myśl się zalęgnie, cicho da znać o swoim powstaniu. Pokołacze, postuka i rozmyje się w starciu z codziennością. A moja codzienność jakaś dziwna, naznaczona pewną anomalią zachowań. Rozpoczynając ciąg dni roboczych, tak jakby powietrze ze mnie uchodziło, jakieś niechcenie, lenistwo, wieczna chęć spania, i ostatnio jakiś nie do poskromienia głód na słodycze. Ktoś podsunął alternatywne zagryzanie suszonymi owocami. Zjadam całą paczkę suszonych moreli i... dalej chcę zjeść to co pierwotnie sobie ubzdurałam. Bez sensu, zamiennik w postaci marchewki lub innego warzywa ani psychicznie ani fizycznie nie spełnia pokładanych w nim nadziei. I tak ten głód słodyczy, lenistwo i pozostałe negatywne zachowania całkiem pozbawione konstruktywnego sensu trwają razem z dniami pracy. Ale niech tylko w zasięgu wzroku pojawi się dzień wolny, tak jak to jest w jutrzejszej perspektywie, zaczyna się ze mną dziać coś dziwnego. Jakbym chciała nadrobić za jutrzejsze wolne. Pranie aż do zawieszenia wszystkich możliwych suszarek, naleśniki w ilościach na rodzinę o innych składnikach działania niż dwa plus jeden, fikuśny budyń w trzech smakach i warstwach. Komu to potrzebne, sama się nad tym zastanawiam. Sobie pracy przysparzam, dla przyjemności innych, dla ich dobrego przez chwilę smakowego humoru. Chęć nadrobienia aby bez skrupułów wydębić chwile dla siebie. Może gdzieś wewnątrz nadwyżką domowych prac wykonanych dziś, chcę się usprawiedliwić na jutro. Choć nikt takiego usprawiedliwienia ode mnie nie wymaga. Może moje zepsute „ja” tak musi. A może to jakaś specyficzna faza kobiecego cyklu. Nie wiem, czy chcę z tym walczyć. Może zostawię wszystko w takim stanie jakim jest, bez analizowania i drastycznych zmian. Jutro w wolny dzień zapewne tak wypełnię każdą minutę, że wieczorem zasiadając do tych notatek będę na wpół padająca ze zmęczenia. A jednak mimo wszystko nie zwolnię obrotów, kolejny, wolny dzień wypełnię do maksimum. Przynajmniej na tą wieczorną, chwilę w przeddzień mam taki plan. Na ile z niego uda się przeprowadzić, zobaczymy. A później zapewne znowu zniknę aby powrócić dopiero w świąteczny dzień jedenastego listopada. Ciężko mi jakoś przywyknąć do tych świąt, które powstały od całkiem niedawnego czasu. Wiem, że kiedyś były, tylko cóż z tego, skoro nie za mojej pamięci ani życia. Nie powiem, że potępiam ani że neguję ich konieczność ale nie do końca widzę ich potrzebę w takiej formie, a może bez jakiejś koncepcji aby to konkretne święto odciskało się w naszej psychice pozytywnym odbiorem i skojarzeniami. W moich oczach wygląda to tak jakby ktoś powrócił do święta na którego obchody nie ma żadnego pomysłu. Wielu z przedstawicieli naszego społeczeństwa nie ma pojęcia czego dotyczy ten konkretny dzień, co ma to święto symbolizować. Powstał twór, dla samego zjawiska powstania a może dla faktu wyrzucenia świąt naznaczonych socjalistyczną naleciałością. I okazuje się, że choć nie idziemy do pracy – powiedzmy nie mówię teraz o sobie- to tak naprawdę nie świętujemy samego święta, tylko mamy wolne o wartości zwykłej soboty. Kolejny wolny dzień. Mojego pokolenia nie wyedukowano historycznie odpowiednio do obecnego światopoglądu, a prywatnie niewielu z nas było na tyle zaciętych aby zgłębiać tematykę. Żyjących świadków tamtego czasu nie ma już wśród nas. Historyczny rys zależny od światopoglądu, od słusznego kierunku w danej chwili. I dzięki temu wiatrowi, co to raz w jedną stronę raz w drugą wieje, znamy tę swoją historię każdy po swojemu. Taki sam w nas patriotyzm płytko zróżnicowany, zresztą już kiedyś o tym pisałam, jakoś ojczyzna w obecnym czasie nie bardzo daje się sobą szczycić i obnosić z dumą faktem bycia obywatelem tego kraju. I okazuje się, że można świętować bez przyczyny, mając po prostu wolne nie wdrażając się dlaczego, tak jak można powiedzieć za naszą noblistką.

                                                Bez tej miłości można żyć,

mieć serce suche jak orzeszek,

malutki los naparstkiem pić

z dala od zgryzot i pocieszeń,

na własną miarę znać nadzieję,

w mroku kryjówkę sobie uwić,

o blasku próchna mówić „dnieje”,

o blasku słońca nic nie mówić.

 

Jakiej miłości brakło im,

że są jak okno wypalone,

rozbite szkło, rozwiany dym,

jak drzewo z nagła powalone,

które za płytko wrosło w ziemię,

któremu wyrwał wiatr korzenie

i jeszcze żyje cząstkę czasu,

ale już traci swe zielenie

i już nie szumi w chórze lasu?

 

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,

nie będę powalonym drzewem.

Codziennie mocniej w ciebie wrastam

radością, smutkiem, dumą, gniewem.

Nie będę jak zerwana nić.

Odrzucam pusto brzmiące słowa.

Można nie kochać cię - i żyć,

ale nie można owocować.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOŻE INNI TEŻ TAK MYŚLĄ
Notatkę dodano:2013-11-06 20:58:17

Wczoraj wykorzystałam zaproszenie, jak zawsze był stresik, pewne niezbyt komfortowe uczucie. Jednak to już za mną, a skoro za mną, odhaczam i staram się zapomnieć. Za trzy tygodnie sami do mnie zapukają z wynikiem cytologii. Przez ten czas nie myślę o tej akurat sprawie. Życie samo da zapomnieć o tym, co już było. Dziś na piątą rano do pracy a to wystarczający powód aby nie myśleć o tym co za mną, a zacząć myślenie o tym co przede mną. Przymrozek nie kazał mi skrobać szyb, na drodze nie było ślisko, dojechałam bez perturbacji, choć jak zawsze z pewną dozą stresu. Pewnie nigdy się tego stracha nie pozbędę dopóki będziemy jeździć naszym starym autem. Jadę, mamroczę pod nosem prośby do niewidocznych mocy, w które akurat w takich momentach jakoś łatwiej uwierzyć. Jak to mówią jak trwoga.... Mądrości ludowe pomimo niejakiej prostoty słów, w wielu przypadkach nawet diametralnie od siebie różnych, dają się przypasować do sytuacji. Akurat to powiedzenie ma swój głęboki sens i jakoś samoistnie w gorszych chwilach udajemy się z prośbami o pomoc, nawet w czasie, kiedy nie do końca jesteśmy pewni w wierze. Godziny próby ułatwiają zwracanie się od niewidzialnego o pomoc. Zresztą to chyba normalne, że wtedy, kiedy jakoś lepiej, zapominamy i o dziękowaniu i o chwaleniu za to dobre, bo bierzemy jak coś co się należy, co normalną koleją rzeczy powinno być i najlepiej trwać cały czas. Ale nie trwa, może właśnie dlatego, aby móc sobie przypomnieć o tym, co zapomniane w dobrych chwilach. Jeśliby cały ludzki czas był takim pasmem sukcesów, uwierzylibyśmy że nam się to należy jak przysłowiowemu psu buda. Ma być i już, i tylko to co dobre. I zapominamy o słabszych momentach i nie potrzebne dziękowanie, bo i za co skoro tak ma być i tak mają wszyscy. Utopijna kraina szczęśliwości, w której sam dobrobyt nam się należy zabrałaby czujność wiary. Przecież w co mam wierzyć skoro nic złego się nie przydarza, każdy ma ile chce, bez wysiłku bez bólu i łez. Zapewne utopia nie trwałaby zbyt długo, zawsze wśród ludzi znajdzie się bardziej pazerny, zawistnik, któremu to co nosi na grzbiecie to za mało, wypełniona miska za skromna, własna żona też jakby przestała spełniać kryteria. I ponownie znalazłoby się paru Kainów, kilku Abli , nastąpiłby koniec utopii, ludzie wymyśliliby Kogoś lub Coś,do kogo w chwili podniesionej ręki Kaina zanosiliby prośby o ratunek. Człowiek potrzebuje wiary. Różna to wiara u różnych ludzi. Jeden zaufaniem pokłada Boga, inny opatrzność darzy wiarą, przeznaczenie, swoje jakieś wydumane siły, których moc większa niż jego. A przecież łatwiej uwierzyć w siłę, która większą ma potęgę niż sami sobą przedstawiamy. W podświadomości ta moc może nam pomóc ale może też zaszkodzić, dać i zabrać. I jest strach przed nią i błogosławienie jeśli coś nam ofiarowane zostaje. Bo przecież nigdy nie ma tak, że tylko zabiera, ale też dla równowagi czasami daje. Tylko tego co dostajemy przeważnie nam za mało i za rzadko. Ot ludzka natura. A mój kolejny dzień się kończy i czas podziękować bo i dotarłam do pracy i z niej bez przejść powróciłam. Nic złego się nie wydarzyło, każdemu zdrowie dopisuje, jest za co błogosławić i prosić o kolejny dobry, normalny, spokojny dzień.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KAŻDEGO ROKU O TEJ PORZE
Notatkę dodano:2013-11-04 20:30:24

Wstawanie do pracy po czterech wolnych dniach stanowi nie lada wyzwanie dla mojego zegara biologicznego. Jakaś podświadomość powoduje wzrost czujności, wnętrze przepełnione irracjonalnym strachem aby nie zaspać. Czujność, tak najprościej mogłabym określić sen dzisiejszej nocy. Otwieram oczy, w ciemności pokoju szukam wyświetlacza z jaskrawo pomarańczową godziną. Jeszcze nie czas. Schemat się powtarza wielokrotnie. Może prościej byłoby po prostu wstać i nie patrząc na godzinę ukryć się w jawie jakiegoś ustronnego miejsca, niż co dziesięć minut sprawdzać powolne przepływanie minut. Jednak ja z nadzieją po raz kolejny zamykam oczy i licząc na dłuższy skrawek snu, za kolejne parę minut sprawdzam czy aby na pewno nie minęło za wiele czasu. Zabieram szansę budzikowi na wykonanie swojego jedynego wobec mnie zadania. Odliczam ile jeszcze zostało czasu, który powinien być przeznaczony na wypoczynek, kolejne przymknięcie oczu, lekkie oderwanie od świadomości.... Męczarnia nie sen. Po takiej nocy moje funkcjonowanie nie do końca na wysokich obrotach. Popołudnie daje odczuć pewne znużenie.

Jestem w domu sama z Kleszczykiem, im głębiej w wieczór tym odczuwanie zmęczenia mijającym dniem wyraźniejsze i mocniejsze. I nawet nie chodzi o samą moją znużoną fizyczność, bo tu jakoś można zaradzić temu niechciejstwu. Motywacja, działanie i jakoś się można podźwignąć. Pewnie działanie napiętnowane zrywami, chaotycznie w jakiejś amplitudzie, na maksa lub całkiem nic. Tylko najbardziej dają się odczuć te ciemne dni, wyjątkowo krótkie, i długie, stanowczo za długie wieczory. Telewizor wyłączony, bo jakoś nie pragnę jego ogłupiania, a ile można piec ciasta czy ciastka, gotować czy brudzić kuchnię inną działalnością. Fakt, od pieczenia robi się w mieszkaniu cieplej, przytulniej jakoś bardziej po domowemu, i czas zabity pracą. Tylko komu potrzeba wypieków w ilościach ponad normę kaloryczną i ilościową? Co prawda dzisiejszy dzień to święto mojego męża, kolejne urodziny, i jakieś słodkie co nieco byłoby nawet wskazane. Nie obchodzimy z pompą swoich świąt, parę ciepłych słów wyszeptanych tuż po przebudzeniu, czasami jakiś drobiazg, pamięć i to nam wystarcza. Generalnie to od zapamiętywania wszystkich dat imieninowo- urodzinowo- rocznicowych, jestem ja. I pamiętam, nawet bez zbytniego wysiłku. Pamiętam daty, które powinnam i te, w których już nigdy życzenia przeze mnie nie będą wypowiadane. Choć kiedy przychodzi konkretny dzień, gdzieś w zakamarkach pamięci kołacze się świadomość, że kiedyś w tym dniu życzenia do kogoś ode mnie szły. Pamiętam i staję się pewnego rodzaju chronologiczną skarbnicą w mojej rodzinie. Synkom przypominam o święcie babci lub taty, tacie o babci, o jakichś rocznicach. Trzymam w pamięci pełno kart kalendarzowych świąt, naszych, rodzinnych. Kiedy przychodzi ich pora włączam przypomnienie każdemu z domowników. I możemy nie obchodzić hucznie, nie spraszać gości, ale w domowym zaciszu jest tego naszego święta świadomość. Wczesnym rankiem Kleszczyk złoży życzenia bez kolejnego przypominania, wręczy laurkę, i wie, że dziś jest święto taty, za czas jakiś mama będzie świętować, a później i na niego przyjdzie kolej. Jak co roku i na każdego.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JEŚLI BĘDZIE ZIMNO...
Notatkę dodano:2013-11-03 21:01:03

Otoczyłam się lenistwem, otuliłam niczym ciepłym pledem. Tuż obok życie sobie przepływało, a ja w zupełnym oderwaniu jakoś przeszłam tę niedzielę. Mylne byłoby przekonanie, że cały dzień w takim letargu i zapomnieniu przeżyłam. Był wypełniony świąteczny obowiązek, niedzielny obiad na typowo tradycyjny sposób, po których niejakim odfajkowaniu mogłam pozwolić sobie na ciepłe chwile pod kocykiem. Jutro już nie pozwoli mi na taką rozpustę, będzie praca, i bez zwracania uwagi na aurę, przedświtowy wyjazd aby przybliżyć się o kolejny dzień do emerytury. Tylko jeden dzień pracy, aby wtorek ponownie zająć innymi sprawami. Czeka mnie wyznaczona wizyta na którą pójdę z zaproszeniem otrzymanym parę tygodni temu. Odkreślę tą kolejną sprawę, aby przez następne miesiące mieć spokój od lekarzy. Przynajmniej taką na tę chwilę mam nadzieję, choć życie może tak popleść, że ponownie coś, kiedyś...Oby jak najmniej tego było, bo każda wizyta to wydatek a jakoś końcówka tego roku mało optymistyczna finansowo. Wiem, że wykroimy ze swoich dochodów tak, że jakoś będzie jeden koniec z drugim związany. W supełkach jestem dobra, jednak każde nadprogramowe wydatki wprowadzają pewien zgrzyt w napiętym już do maksimum rozplanowaniu po stronie winien i ma. Zdaję sobie sprawę, że większość naszego społeczeństwa boryka się z podobnymi problemami, jednak z tą świadomością wcale mi nie lepiej. Nauczyłam się żyć z tego co posiadam, nie patrzę tęsknie na tych co mają więcej, jednak z każdym miesiącem coraz mniejsza jałmużna wypłacana przez pracodawcę. Od przeszło czterech lat żadnej podwyżki pensji, natomiast podwyżek osaczających z każdej życiowej strony bez liku.

Wylazłam spod kocyka i smętne myślenie mnie ogarnęło. Może powinnam pod nim zostać, cieszyć się ciepłem i nie myśleć. Przestawić myślenie na coś ciepłego, miłego. Poszukam w pamięci, będzie lekko myszką trącić moje wspomnienie, ale będzie beztroskie, swojskie choć dawno minione. Przeniosę się kilkadziesiąt lat wstecz, kiedy byłam małą dziewczynką i spędzałam wakacje u swojej rodziny. Rodzina choć bliska pokrewieństwem, daleka odległością, mierzalną kilometrami. Tak poplątały się losy moich rodziców, że oboje choć z północno - wschodniej polski dopiero tu na ziemiach zachodnich się poznali i związali małżeńskim węzłem. Osiedli tu, rodzinę pozostawiając parę setek kilometrów dalej. Odwiedziny wzajemne odbywały się sporadycznie i stanowiły pewien rodzaj święta. My dzieci inaczej postrzegałyśmy wakacyjne wyjazdy na oddaloną białostocką wieś. A ta wieś zapamiętana przeze mnie była zupełnie inna od miejsca z którego przyjeżdżaliśmy. Ludzie inni, podejście do wszystkiego inne, wolniejsze upływanie czasu. I krajobrazy letnią porą przybrane kolorem dojrzewających zbóż, żytem, którego wysokość pozwalała się mi dziecku schować w swoim falującym ogromie. Nie ciągnął telewizor, nie było komputerów, za to były beztroskie zabawy od rana do szarzejącego wieczoru. Atrakcja karmienia ptactwa domowego, jeszcze nie do końca poranna toaleta była za mną, włosy w nieładzie, zapomnienie o piżamie bo ważniejsze było aby być przy sypaniu pszenicy pierwszym. Agresywny z początku i nieufny pies z każdym dniem stawał się wylewniejszy w okazywaniu sympatii. Krowy przepinane gdzieś na pastwiskach zobojętniałe kto czyni ich stołówkę pełniejszą. Cielęta, zanim stały się groźnymi bykami były niczym zabawka z wielkim wilgotnym nosem, i szorstkim miłym językiem ściągającym, ukradkiem podawaną sól. Dzikie koty nigdy nie chciały się oswoić choć miski z mlekiem zawsze były pełne, może mleka było dosyć tylko czasu za mało na zaufanie z ich strony. Rodziny tamtejsze z większymi gromadkami dzieci, więc uczestników zabaw nigdy nie brakowało. Zanim wkroczyliśmy w wiek odpowiedni do prac polowych małe obarczenie obowiązkami dawało pole do popisu w wymyślaniu swawoli. A tam wszystko było inne, nowe, tajemnicze. Wszędzie kryły się skarby, nieodkryte bogactwa i atrakcje.

Prosta kuchnia smakowała inaczej niż przedszkolne lub stołówkowe szkolne jedzenie. Pamiętam wieczory, kiedy udawało się uprosić ciotkę o zacierkę. Nie żaden surogat osiągany tarką lub gotowiec kupowany w sklepie. Tamta zacierka to był smak nie do podrobienia, pracochłonne skubanie twardego ciasta z jaj i własnej mąki. Każda kluseczka w palcach formowana, gotowana w wodzie, która stawała się kiślowato kleista, po ugotowaniu do miękkości klusek dodawane mleko chwilę wcześniej wydojone. I nie mogłam się najeść, tą nigdzie indziej nie podawaną zacierką, a smakowała mi ona najlepiej na świecie na schodkach przed domem, z miski która trzymana na kolanach jeszcze parzyła potęgując niedoczekanie kiedy wreszcie zacznę jeść. Czasami przez jakiś odruch wspólnoty ze zwierzętami jakaś kluska została im rzucona, bo każdy czekał na coś co skapnie z tego prowizorycznego pańskiego stołu. Nastawał wieczór nie do końca domyte ciała kładły się spać pośród pachnącego siana, lub z większą starannością potraktowane w puchowej pierzynie pomimo letniej pory. I takie ciepłe wspomnienia mogą sobie pokrólować listopadowym wieczorem wiele lat później, i choć ten czas nigdy nie powróci ogrzeje chłodek dorosłości.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GALOP OBOK MNIE
Notatkę dodano:2013-11-02 21:34:55

Czuję wyjałowienie, jakiś niewytłumaczalny brak chęci na mocniejsze działania. Gorąca kąpiel, chwile kosmetycznych wyskoków dla własnego ciała, kubek z zieloną herbatą mają mi pomóc w odzyskaniu pionu normalności. Czy się uda nie wiem. Przytłaczający dzień siedzenia w domu, czasami, kiedy mogę sobie pozwolić na taki całodzienny luksus, nie potrafię przyjąć specyficznego daru i narzekam. Jednak dzisiejsze przebywanie w domu nie spowodowane własnym wyborem, tylko konsekwencja kiepskiej pogody oraz równie mało udanego samopoczucia męża. Szarość tego dnia, opady deszczu nie skłaniały do wyjść i delektowania się jesienią. Już ta jesień coraz bliżej niektórymi dniami zimy się robi, z wachlarzem wyskoków porannych przymrozków, słotami i wiatrem nie mającym litości nad naszymi odczuciami. Ja ze swoją małą sympatią do listopada bardziej wyraźnie zauważam każdy symptom niechcianej pory roku. Do tego kiepskiego nastroju dochodzi obniżony poziom odczuć spowodowany pewnym brakiem gotówki. Brak na basenowej karcie, brak na koncie w banku, brak w portfelu. Okrągłość zera doprowadzona do ideału. Jednak jak to mówią : Polak potrafi. Nie dyskryminujmy kobiet i posuńmy się w przeinaczeniu tego hasełka z Polką w roli głównej. Dziś w paru konkursach próbowałam wejść na wyżyny kreatywności, czasami ocierając się o granice absurdu, i zupełnego oderwania od rzeczywistości. Oceny dokonają za czas jakiś. Teraz czekam na zaległe płyty, które jeśli tylko do mnie dotrą wystawię na allegro w celu spieniężenia. Ten sposób raczej ciułaczy niż wzbogacający gwałtownie, jednak muszę powoli się rozpędzać aby nie nastąpił zbyt szybki przesyt konkursowymi działaniami. Ponadto konkursy, które preferuję raczej czasochłonne i wymagające pewnego poziomu spokoju, a o ten nie zawsze łatwo.

Inne życiowe sprawki też gonią niczym nieokiełznane, trudno wzrokiem za nimi nadążyć a co dopiero całą sobą. Starszy synek wraz z żoną podjęli szybką decyzję, i już nie mieszkają pięćdziesiąt kilometrów ode mnie tylko osiemnaście. Nie przyzwyczajona jestem do takiego galopu. Dziś decyzja, jutro załatwienie mieszkania i pojutrze z całym dobytkiem już w nowym miejscu. Tempo, którego nigdy nie stosowałam. Decyzje dojrzewały pewien czas, przygotowania kolejne dni zabierały i realizacja następowała w określonym rytmie nie wprowadzając szoku nagłej zmiany. Oni zupełnie inaczej próbują żyć, a mi trudno się w tym odnaleźć, nadążyć i połapać. Może jakoś uda się zrozumieć motywy, poznać kolejne cele i nie pozostać w tym trwającym od paru dni szoku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


LISTOPAD BEZ INNOWACJI
Notatkę dodano:2013-11-01 18:59:09

 

Znielubiony miesiąc rozpoczął władanie. Zaczyna się melancholijnie, smutnym krajobrazem zaznacza swoje trwanie, prowadzi do coraz ostrzejszego chłodu, ciemnością i szarością podkreśla istnienie. Takie jest moje odczuwanie tego miesiąca. Te przemiany nie są jednodniowe, momentalnie następujące, one zachodzą powolnie, jednak sam fakt ich nastąpienia niszczy we mnie pokłady pewnego życiowego optymizmu. Może z samej zasady nie lubię i nie potrafię pomimo starań polubić. Listopad jest dla mnie najgorszym miesiącem w roku. Zdarzają się listopady piękne, słoneczne, pełne kolorów jednak jakoś nikną pośród tych mokro- szaro- byle jakich.

Początek tego miesiąca , Święto Wszystkich Świętych, obowiązkowa uświęcona tradycją wizyta na cmentarzu. Do kiedy sięgam pamięcią, już jako mała dziewczynka, jeszcze z rodzicami wyruszaliśmy w daleką drogę na miejski cmentarz. To było tradycją, mimo że jeszcze w tym czasie nie mieliśmy nikogo z rodziny pochowanego na tutejszej nekropolii. W latach siedemdziesiątych zaopatrzeni w zwykłe świeczki, które odpalaliśmy od już się palących, i stawialiśmy na opuszczonych, zapomnianych grobach. Zawsze nam tych świeczek było za mało. Podobnie przebiegała ta tradycja w latach kolejnych, nikogo z rodziny nie było wśród lokatorów. Jednak życie nie składa się z próżni. Wraz z zamążpójściem przyjęłam w obowiązkową wizytację groby bliskich mojego męża. Z czasem pojawiało się ich więcej. Obecnie nasze wizyty na cmentarzu odbywają się nie tylko w ten jeden w roku dzień, ale i mają jakąś ustaloną trasę i konkretne cele. Już nie tylko tradycja ale też swoisty obowiązek nawiedzenia cmentarza w tym dniu, jest w moim domu normą i czymś nie budzącym jakiegokolwiek zastanowienia. Zapewne nie uda się nikomu mnie przerobić na inne podejście do tych listopadowych dni. Wczorajszym dniem też próbowano zmienić moją mentalność. Ze wszystkich stron osaczały mnie halloweenowe propozycje i hasła, w różnych odmianach i trybach tego słowa. Nawała czegoś mi obcego i nie do końca zrozumiałego. Może jestem słabym materiałem na plastyczne mnie formowanie do konkretnych propozycji medialnych. Nie bawią mnie wykrojone dynie, drastyczne przebrania, jakieś cukierki lub psikusy z braku słodyczy wynikające. Dalekie to od mojego przez lata wypracowanego modelu przeżywania tych dni w sposób mało rozrywkowy z pewnym naznaczeniem melancholią, przemyśleniami, przystopowaniem w codziennym biegu akurat w tym listopadowym czasie. Nie mówię, że to złe, nie oceniam. Jednak mnie inaczej wychowano, i jakoś nie czuję potrzeby a tym bardziej nie potrafię wbrew sobie zacząć wariować akurat w tym terminie. Jeśli komuś potrzebne ustrojenie domu w amerykańską tradycję, czuje się z tym dobrze, niech sobie to czyni. Nie będę negować ani wytykać palcem. Jeśli ktoś pragnie przebrać się w strój ociekający horrorem, upodobnić się do częściowo rozłożonego swojego przodka, i bawić się w tym drastycznym stroju, jego wybór. Ja jestem bardzo daleko od takich zachowań, jakoś mnie to zupełnie nie pociąga. I nie potrafię tak do końca takich zachowań zrozumieć. To moje wychowanie, mentalność, tradycja, taka zwyczajna norma, osoby w pewnym wieku i mój wybór do pewnego sposobu życia. Nie czuję potrzeby zmian w tej kwestii i nie pragnę aby ktoś na siłę mnie nimi uszczęśliwiał. Pomimo znielubienia listopada akurat moje jego przeżywanie bardziej mi odpowiada od podanej na tacy alternatywy radosnego halloween.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MAŁY KŁAMCZUCH
Notatkę dodano:2013-10-30 20:54:34

Trzeci dzień próbuję odczarować nędzny tydzień, na niewiele te moje magiczne triki się zdają. Kolejny dzień rozpoczyna się sytuacją, która niszczy całe dobre podejście i niweczy każdą próbę wdepnięcia w normalność. Jakiś fantasta na górze zaplanował kiepski mój czas. Wyobraźnia poniosła mojego dziejopisarza, efekciarstwo w tym co mam w tym tygodniu dostać, co ma mi być zabrane, czym mam żyć i na jakie poziomy nerwy mają być wyniesione, odrobinę przeholował. On sobie wydumał, a ja mam to w realnym świecie, z jak najbardziej rzeczywistymi nerwami przejść. Środa przywitała mnie wyskokiem mojego młodszego syna. Koniec z sielanką, czas na przywrócenie do pionu i ukazanie, że nieobliczalność dzieci potrafi dać w kość. Doszło do pewnego incydentu między moim synem a innym chłopcem. Ja w obronie swoich dzieci wykazuję postawę pewnego opanowania, nie rzucam się niczym lwica w obronie małych. Poznaję wszystkie za i przeciw, staram się spojrzeć na chłodno. Doświadczenie uczy pewnych zachowań, zresztą chyba nie pisana mi rola kwoki skrywającej swoje potomstwo w ciepełku pod skrzydełkami. Druga mamusia zupełnie inne metody wychowawcze przyjęła w sztandarze o nazwie „moje dziecko”. Coś się wydarzy, pierwsza reakcja to wizyta u dyrektora szkoły, brak czasu na opamiętanie lub chłodne reakcje. Alert : mojemu dziecku dzieje się krzywda, muszę chronić, muszę zabić przeciwnika. No i nastąpiło starcie tych naszych dwóch skrajnie różnych poglądów. Na nic zdają się moje słowa, że dzieci się pokłócą , pogodzą a rodzice niech minimalnie wtykają nos w te sprawy. Dzieci zapomną o konflikcie a my dorośli będziemy patrzyć się na siebie wilkiem. Cóż moje słowa niczym woda po kaczce. Doszła do pewnego progu, dziwnego dla mnie, nakazała swojemu synowi straszenie mojego dziecka swoim tatusiem. Jakoś mnie to przerasta, poczułam się jak w jakiejś nieomal mafii. Nie rozumiem logiki, to co ja mam całe drzewo genealogiczne wyciągać i tymiż konarami straszyć przeciwnika???? W całym tym konflikcie moje dziecko leje łzy krokodyle wypierając się zarzucanych słów, które padły z jego ust. Ja rozdarta między wiarą Kleszczykowi a tą rozjuszoną matką. Małymi krokami wydusiłam z małego jak było w rzeczywistości. Coś jednak powiedział, słowa padły. Wstyd mi za moje dziecko, choć sama sprawa mało poważna. Więcej wichru z rozdmuchania przez mamusię przeciwnika niż samej wartości tego co między dziećmi powiedziane zostało. Zaradzenie na przyszłość podobnym zachowaniom jest do osiągnięcia, martwi mnie jednak inna sprawa. Moje dziecię, patrząc mi prosto w oczy całą niebieskością, wylewa łzy chlipiąc i zarzekając się na niewinność, kłamie. Robi coś czego nie znoszę, nie robię sama i pogardzam tymi którzy robią to wobec mnie. Jeśli skłamie mnie obcy, a nawet ten bardziej mi znany jakoś przetrawię, choć przyjacielem moim nigdy taka osoba nie będzie miała szansy zostać, przeżyję choć bez wybaczenia. Kłamstw wobec siebie nie wybaczam, mogę udawać, niewiedzę ale zadra głęboko utkwi i brak sposobu na jej wyciągnięcie. Jednak jeśli skłamie mnie ktoś, kogo kocham, czuję prawie fizyczny ból. Wiem, że młody bada grunt, dopiero rozwój kłamstwa przed nim jednak pierwsze próby już zaczyna robić. Martwi mnie, boli. Jeszcze nie zabieram swojego wobec niego zaufania daję szansę, jednak obawy pozostają.

Rodzą się obawy, i gorsza środa zaczyna. Kończ się kiepski tygodniu, bo mam cię dosyć. Nie przynoś mi już nic, daj odpocząć od takich niechcianych darów.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PARĘ WTORKOWYCH SŁÓW
Notatkę dodano:2013-10-29 20:33:52

Wczoraj rozpoczęty nowy tydzień wprowadził sporo zamętu i odrobinę chaosu, który trzeba małymi kroczkami, omijając niedogodności przejść. Staram się nie myśleć, że skoro poniedziałek kiepski to i cały nadchodzący tydzień taki będzie. Odrobinę wysiłku będzie kosztowało naprostowanie krzywizn życiowych. Wspierając się, jakoś poukładamy tak nasze puzzle, że wyjdzie gładki obraz.

Moja noc, kolejna, nie do końca przespana, ból zęba budzi, męczy, denerwuje. Nie będę czekać na samoistne przejście, ani tym bardziej na eskalację cierpienia. Odprowadzam Kleszczyka szybciej do szkoły i już o siódmej jadę do miasta w kierunku fachowca od uśmierzenia mojego bólu. Muszę się pozbyć źródła niechcianego cierpienia. Przy pomocy dobrego fachowca usunięto to co niepotrzebne. Pan powiedział, że moja szybka decyzja była najlepszą jaką mogłam podjąć, gdyż jutro, pojutrze zapewne spuchłabym od ropnia umiejscowionego gdzieś w korzeniach. Nie lubię usuwania zębów, jakoś się tego zabiegu obawiam, jednak odczułam ulgę, że mam już to za sobą, choć pozbywając się niechcianego zęba, pozbyłam się też kolejnej stówki z portfela. Zagryzając gazik, mając przed sobą półtorej godziny do rozpoczęcia pracy, powolnym krokiem idę gdzieś w kierunku zakładu, z rekonesansem okolicznych sklepów. Mam czas, nie mam kasy, więc łażenie po sklepach bez dokonywania zakupów. Udręka. Nie lubię takiego zabijania czasu, jest to dla mnie niczym lizanie przez szybę upragnionego łakocia. Widzisz, wyobraźnią prawie czujesz, pragniesz coraz bardziej z każdą sekundą patrzenia, a jedyne co możesz, to obejść się smakiem. Nie lubię smaku odczuwalnego przez niewidzialną szybę, która jednak stanowi zaporę nie do przebycia. Podobnie czuję się wchodząc do sklepu, na przedbiegach wykluczając wszelkie zakupy. Mam coś na wyciągnięcie ręki, a nie mam możliwości sięgania po upragnioną rzecz. Jednak czas jakoś zabić muszę, i tak nienaturalnie dla siebie, powolnie człapiąca zabijam. Kolejne godziny czas sam będzie dokonywał na sobie uśmiercania pracą. Znieczulenie puszcza, lekkie ćmienie, zmęczenie nie przespaną nocą. Dzień się kończy. Wracam z pracy niebo granatowo czarne, gwieździste. Zabity cały dzień. Nic z niezwykłości nie zostawił, był całkiem zwyczajny, choć usłyszałam od jednej osoby pewną podbudowującą mnie opinię. I te słowa dały inny odbiór tego mijającego dnia. Słowa, które mówią o nas dobrze, nie potrzebują poklasku, wystarczy jeśli ktoś nam je powie, a my wiemy, że mówi szczerze, że nasze zachowanie jakąś wartość przedstawia. W czyichś oczach jesteśmy kimś o pewnych cechach, które nie każdemu dane, i te cechy powodują, że ktoś nam ufa, nie boi się ryzyka, bo wie, że nie zawiedziemy. A wtedy ja wiem, że jednak warto być taką jaką jestem. Choć czasami pod górę, przeciwnie niż pozostali, wbrew większości, po swojemu to warto, bo ktoś zauważa wartość mojego postępowania.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CHCĘ TEGO CO OBIECUJE SEN
Notatkę dodano:2013-10-28 19:41:13

Zastanawiam się, czy jeśli wyśni się coś bardzo pozytywnego to na jawie mogę spodziewać się całkowitej przeciwności. Jakąś szczątkową pozostałością po dzisiejszym śnie pamiętałam że był on ofiarujący mi rzecz bardzo cenną, jakąś wygraną o której na jawie raczej nawet nie marzę. A senne marzenia dały prawie namacalny obraz tego wygranego przedmiotu, opis, kolor, i moja niekłamana radość. Oczywiście sen czy jawa radość przeogromna, stan nieuwierzenia. Akurat te sprawy chyba u mnie nie różnią się w żadnym z tych moich stanów. Rano pamiętałam to odczucie radości, choć noc dzięki Kleszczykowi przerywana nie do końca we własnym łóżku spędzona.

I ten prawie realny sen. Przywrócenie do pionu na całym życiowym froncie. Bolący ząb, jakiś niż samopoczucia pewnie z tego wynikający. Jeśli się z tej przyczyny wścieknę niewiele mi to da, choć powody do pewnego odczuwania złości na dentystę majstrującego w moim uzębieniu pół roku temu pewnie by się znalazły. Jednak sama wściekłość nic nie zmieni, ząb boleć nie przestanie. Dodatkowo jak się okazuje pralka się zbuntowała, obwieściła strajk i bezczynność ze swojej strony. Nie wiem, czy w obecnej dobie producenci nastawili się na wytwarzanie przedmiotów działających w okresie gwarancji, która jeśli tylko upłynie, sprzęt staje się niedziałającym modelem. Frustruje mnie to tym bardziej, że niże na każdej niwie u mnie. Może wiejący silny wiatr wywiał ze mnie energię i dobre odczuwania. A może po prostu nadszedł ten gorszy czas, który muszę jakoś przetrwać. Nie będzie łatwo przy takiej komasacji tych dołujących spraw. Jedyne co mi przychodzi do głowy to przespać i pewnie tak zrobię, wcześnie się położę, może choć we śnie będzie lepiej niż na jawie. Nie lubię takiej jawy....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE DO KOŃCA O ZMIANIE CZASU
Notatkę dodano:2013-10-27 18:46:50

Szatańskim pomysłem ktoś zadecydował o dwukrotnej w roku zmianie czasu. Opatrzył te czasy nazwami i zatarł ręce bawiąc się naszymi potyczkami z godzinami. Mi osobiście może nawet zbytnio te zmiany nie psują harmonogramu życia. Nie potrzebuję za wiele snu, przestawiam się na te jednogodzinowe działania dodawania lub odejmowania z jednego dnia w roku. Jedna godzina w roku niby niewiele, choć cały dzień innego wymiaru poprzez jej dodatek zyskuje. Za chwilę i tak nie będzie różnicy czy dodano czy odjęto. Szarość poranków i szybkie wieczory otoczone ciemnością nie dadzą odczuć machlojek z czasem. Jednak przez jeden dzień w roku pokrętnych zachowań cały dzień zyskuje. Nie widzę sensu, podobnie jak tysiące takich jak ja, tego przestawiania godzin, jednak praworządnie się podporządkowujemy nie mogąc nic zmienić. Jak przy każdej zmianie czasu telewizja w każdych wiadomościach będzie miała moment na gadanie o czasie i sensie lub bezsensie jego przestawiania. Nic to nie zmieni jak od lat. Przyzwyczajamy się do głupot, które się w naszych umysłach zadomowiają i bez naszych stanowczych reakcji trwają. Media przekonują nas o możliwościach solidarnego zadziałania, o możliwości veta pewnych decyzji. Określona ilość podpisów pod petycjami stwarza szansę na zmianę, jednak już ciszej media rozdmuchują jakie są dalsze drogi społecznych petycji. Pogrąża je cisza, jeśli niewygodne, zamiata się problem pod przysłowiowy dywanik i udaje brak takowego. Ostatnio furorę medialną robiła decyzja wprowadzenia niższego wieku dzieci idących do szkół. MEN utopiło sporo kasy w reklamę swojego pomysłu. Rodzice różnie do problemu podchodzili, jedni na tak, inni przeciwnie zbierając podpisy pod petycjami ze stanowczym swoim : nie. Dla mnie jest to uszczęśliwianie na siłę całego społeczeństwa, tego małego, które jeszcze nie ma możliwości decyzyjnych, jednak właśnie ono będzie w przyszłości pozbawione jednego roku beztroskiego dzieciństwa. Już nawet pomijając ten aspekt może mało istotny, warto się zastanowić czy nasze dzieci są gotowe na wcześniejsze czynne uczestniczenie w edukacji. Mieszkam w małej miejscowości, do niedawna pozbawionej placówki przedszkolnej. Aby móc pracować musiałam znaleźć inną alternatywę opieki nad swoim maleńkim dzieckiem. Nie było babci, cioć i innych osób mogących dopomóc w opiece. Pozostało znalezienie niani. Nie takiej o których szeroko w mediach, umiejącej parę języków, po studiach, której uposażeniem byłyby kwoty przewyższające moje zarobki sporo poniżej średniej krajowej. Moja niania miała być panią która nie skrzywdzi dziecka, zadba o podanie posiłku, wyjdzie na dwór. Zadba o opiekę w której dzieciństwo nie straci nic ze swoich barw z mniejszym naciskiem na edukację. I taka osoba opiekowała się moim synkiem. Czy w swojej beztrosce zawaliłam edukację, czy pozbawiłam możliwości, może, jednak wiem, że dziecko nie cierpiało z tego powodu a ja mogłam pracować. Takich jak ja są tysiące, nasze dzieci nie zostały merytorycznie przygotowane. Zerówka może w niektórych przypadkach nadrobić zaległości jednak u większości nie dokona tego cudu. Dzieci pozbawione pewnych umiejętności muszą dopiero je nadrobić, jednak czy skracając o rok ten czas wyrównujemy szanse? Czy wysyłając wcześniej do szkoły malucha i rzucając go na głęboką wodę edukacji jest szansa na nadrobienie wszystkich zaległości i wytrenowanie umiejętności ? Ja jako rodzic liczyłabym na Salomonową mądrą decyzję rządzących jednak aż tak dalece niedorozwój mnie nie dopadł aby wierzyć w bajki. Zresztą jak życie pokazuje nawet zebrane w ilości wystarczającej podpisy pod petycjami nie na wiele się zdają. Niby można zmienić głupotę a jak się okazuje to tylko nasze marzenia i mrzonki. Podobnie jak ze zmienianiem czasu nikt nie dowiódł że mają te zmiany jakikolwiek sens a od lat się je przeprowadza nie zmieniając uciążliwego przyzwyczajenia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162720
Osób: 145175