Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

DZIEŃ NIE JAK KAŻDY
Notatkę dodano:2013-10-26 19:34:33

O czym mogłabym dziś, w dniu ślubu mojego starszego syna pisać, jak nie o tej uroczystości. O pięknym dniu, o cieple w którym moja kreacja z koronki, bez rękawów nie była niczym wprowadzającym dysonans z panującą aurą. Mogłabym opisywać każdy szczegół i drobiazg minionego dnia. Jednak nie wiem czy potrafię, nie wiem czy chcę. Może potrzebny mi dystans do minionych wydarzeń. Nawet nie w tym tkwi przyczyna, że nie potrafię spisywać na gorąco. Może wewnętrznie potraktowałam to wydarzenie jako zaistniały fakt, na który wpływu nie miałam. Zresztą każdy z nas, dorosłych sam dokonuje pewnych wyborów, mierzy się z życiem na własny sposób, a później ponosi konsekwencje dobrej lub złej decyzji. Nie możemy być kierowani przez rodzinę, znajomych bo żadnego z dobrych lub złych doradców nie będziemy w przyszłości obarczać winą za niepowodzenie. Możemy posłuchać za i przeciw ale sami dokonujemy wyboru i ponosimy odpowiedzialność. Na tym polega bycie dorosłym. Mój starszy syn odcisnął kolejną bardzo poważną pieczęć dorosłości. Nie naciskałam, nie radziłam, nie wskazywałam kierunku, całość stanowi jego własną decyzję i wybór. Niech będzie to najlepsza decyzja w jego życiu. Zakończył się pewien etap dla niego, rozpoczął kolejny również dla mnie. Patrząc na tego dorosłego mężczyznę widziałam i czas kiedy pieluchy były najbardziej zaprzyjaźnioną z nim rzeczą, kiedy strach przed stomatologiem kazał mu gryźć dentystkę próbującą wykonywać swoją pracę, a ja trzymająca go na swoich kolanach wstydziłam się za jego zachowanie. Kiedy rozbił sobie głowę o kaloryfer, i potrzebne było szycie, i noc po tym szyciu kiedy czułam swoją winę, że nie dopilnowałam...Widziałam momenty minione, dziecka nie mężczyzny. Czas kiedy moje bycie matką miało inną wartość niż dziś, kiedy staję się matką obok, nie w najbliższym pobliżu. Zdaję sobie sprawę, z tego, że taka jest kolej w życiu każdego z nas. Jest moment, kiedy musimy się usunąć i usuwamy się choć przecież nie przestajemy być rodzicem. Ja ten moment mam już za sobą w stosunku do jednego mojego dziecka. Drugie daje mi jeszcze sporo czasu na matkowanie, zanim podejmie rękawicę rzuconą przez życie. Może dzięki tej rozpiętości wiekowej będzie mi łatwiej, nie będę odczuwać pustki, bo przy Kleszczyku nie ma miejsca na pustkę. On sam nie potrafił sobie poukładać dzisiejszych wydarzeń, jakieś niepogodzenie związane ze zniknięciem kochanego brata. Musiałam sporo czasu klarować aby złożył życzenia i wręczył kwiaty pannie młodej, którą chyba odbiera jako złodziejkę brata. Czas pozwoli przetrawić i poukładać pewne zależności dla młodego człowieczka będące przepaścią. Bo czas w wielu kwestiach jest najlepszym przyjacielem, lekarstwem, sprzymierzeńcem. Bywa też naszym wrogiem, trucicielem, i niechcianym czynnikiem życia. Mija, upływa, daje zapomnienie ale ciągle jest, i bywa mamy za mało, lub w nadmiarze ale wciąż jest. I ciągle, kiedy jeszcze tu jesteśmy to jest to nasz czas.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PEŁNY LOS
Notatkę dodano:2013-10-25 18:00:25

 

Bardzo dawno temu, choć czas bywa kłamliwie dłużyznami przybrany lub mgnieniem oka trwający, jednak było to na tyle dawno, że mogę nazwać ten moment bardzo dawnym. Wtedy to, w tym minionym czasie, będąc niepełną jeszcze narzeczoną, mojego obecnego męża, los rzucił mnie do stolicy na trwający parę tygodni zawodowy kurs. Taka fanaberia ówczesnego zakładu pracy, celem podniesienia moich kwalifikacji. Pojechałam, pisałam płomienne listy, tęskniłam, i choć bez szaleństwa to jednak wydając gotówkę egzystowałam pomiędzy stolicznymi pokusami. Pokusy bywały na miarę przewyższającą prowincjonalne przyzwyczajenia. Tu coś wpadło w oko, tam coś kupiłam, to temu, to komuś innemu. Gotówka w sposób czarowny znikła niczym kamfora. Mogłam poprosić o wsparcie rodziców, mieszkającą w stolicy ciotkę, pewnie jeszcze parę osób bym znalazła nawet zbytnio nie szukając, a ja zrobiłam rzecz na miarę swojego przekornego charakteru. Wysłałam telegram o treści plus minus mniej więcej takiej : „Jesteś kochany ale ja nie będę miała za co do ciebie wrócić , zrób wspomożenie ubogich” Nie musiałam długo czekać po dotarciu tych słów do adresata, a wtedy niepełnego mojego narzeczonego, na świeżą dostawę gotówki. Zapłacił za mój powrót i tą nieoddaną do dziś dnia pożyczką chyba przywiązał mnie do siebie po wsze czasy.

Cóż skłoniło mnie do tych wspominek. Jakiś przebłysk, minionego dawno czasu i odniesienie do teraźniejszości. Zobaczyłam na wystawie ciuch, który mnie na idealnie kształtnym manekinie urzekł. Kiecka w kolorze czerni z czerwienią, zestawienie które lubię, jakoś do mnie przemawia i czuję się w takowym jakby specjalnie dla mnie powstało.

-Wiesz, widziałam ładną sukienkę. Tu tak, tam inaczej, opisówka pewnie niewiele zostawiająca po sobie w wyobraźni mojego małżonka.

-To sobie kup....

-Ale nie mamy kasy.

-Nie przejmuj się, jakoś będzie....

I już mam tą sukienkę, zobaczył, pochwalił, zapłacił jakimś debetem na koncie.

-Lubię jak się cieszysz.

-Ty byś w jednych majtkach chodził aby mi kupić o czym napomknę.

-Chodziłbym...

I taki właśnie jest ten mój mężczyzna, dałby mi wszystko o czym cicho powiem i dałby jeszcze to, o czym pomyślę, czytając mój wzrok. Nie pomyśli o sobie, gdzieś na dalekim planie wszystko inne, a ja wiem, że słowa telegramu sprzed lat były skierowane do najwłaściwszej osoby na świecie. Stanął by na głowie dla mnie wtedy, kiedy dopiero zaczęliśmy się spotykać, i teraz choć minęło już dwadzieścia pięć lat. Są ludzie, którzy dają pewność, zapewniają bezpieczeństwo, stają się opokami. Szczęściem wielkim, wygraną od losu trafienie na tą jedną, właściwą osobę, która nie okaże się wilkiem w owczej skórze kiedy już osiągnie cel. Ciągle jestem celem, choć wydaje się zdobytym, osiągniętym, odkrytym i posiadanym. Życie dało mi wyciągnąć pełny los, może jeden na miliony, przeznaczony tylko i wyłącznie dla mnie. Wiem, ile posiadam, ile oboje mamy dzięki sobie i mam nadzieję, że jutro podobnie udany związek stworzy mój starszy syn. Może los w swojej szczodrobliwości powieli się na moje dziecko, które nigdy nie będzie żałowało swojej decyzji. Nie długotrwałość znajomości przed ślubem stanowi o tym czy małżeństwo jest udane, trwałe i szczęśliwe. Ja to wiem, podobnie jak wiem, jak dużo otrzymałam. Mój syn pewne stopnie wtajemniczenia ma jeszcze przed sobą, mam nadzieję, że będą tworzyć piękną parę i szczęśliwe małżeństwo.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZA LUDZI MI WSTYD...
Notatkę dodano:2013-10-24 17:56:46

Ogarnia mnie smutek ogromny na widok ludzi nie umiejących rozstać się z odrobiną godności. Niech kobieta popłacze w poduszkę, niech wykrzyczy swoje racje prosto w oczy dawnego kochanka. Niech zawalczy jeśli bardzo kocha i jej zależy. On niech powie że jej nie chce, lub da szansę na kolejną próbę. Niech się spotkają w cztery oczy, nich porozmawiają, niech pójdą do łóżka, ale niech to zrobią na prywatnym gruncie. Niech nie wciągają całego świata w swoje życiowe sprawy. Brudy prane przy wszystkich, obrzucanie się obelgami na forum wobec obcych ludzi budzi niesmak i zażenowanie. Jeśli w podobny sposób odbywają się relacje małolatów łatwiej jest mi zrozumieć, jednak jeśli dorośli czynią w podobny sposób, wystawiają sobie wizytówkę niedojrzałości i budzą politowanie. Odrobina dumy, godności, nawet jeśli ogromnie cierpimy bardziej przystoi niż nurzanie się w błocie oskarżeń i pomówień z osobą która jeszcze czas jakiś temu była bliską. Wzbudza takie zachowanie litość i żywe odruchy mojego wstrętu. Może w tym odczuwaniu najwięcej jest takiego stanu rzeczy niezrozumienia. Nie pojmuję, nie potrafię zniżyć się do podobnego poziomu. Nie dlatego, że nigdy nie przeżyłam bolesnego rozstania, mam w dorobku, ale to tylko moja i tej osoby sprawa, którą załatwiliśmy w sposób, nie wciągający postronnych.

Dlaczego tak zaczęłam dzisiejszą notatkę? Dlatego, że ludzie nie mają oporów na podobne zachowania nawet na ogólnodostępnych portalach społecznościowych. Ktoś napisał, czy nie napisał, zamieścił wiersz, inny skomentował, weszli na grunt prywatny i lawina oskarżeń zmiotła treść wiersza, zalewając kwasem wszystko wokół.

Wstyd mi za was dorośli ludzie. Jakim stajecie się przykładem dla innych, nie potraficie rozmawiać, nie macie za grosz opanowania swoich zapędów które w żadnym dobrym kierunku was nie zaprowadzą. Stajecie się pośmiewiskiem. O co się takimi zachowaniami wzbogacacie? Czy zyskujecie przez takie podejście w czyichś lub swoich oczach? W moim mniemaniu tracicie bardzo wiele, ale to moje zdanie i mam pewność, że w swoich zachowaniach nigdy nie posunę się do takiego jak wy poziomu, bo wstydziłabym się sama przed sobą.

 

 

Rozstanie dwojga ludzi rozpoczyna się za trwania związku, coś zaczyna zgrzytać, jakieś trzaski i skrzypnięcia burzą harmonię i dotychczasowe zrozumienie. Pojawiają się żale, pretensje. Bywa jednostronnie wypali się coś ważnego, druga osoba nie potrafi odnaleźć przyczyn. Przechodzi smutny okres czując się bezwartościową i nic nie znaczącą. Czasami próbuje coś naprawić, zawalczyć, daje szansę. Jeśli się wypaliło w partnerze, niewiele może zrobić choćby kochała nad życie. Rozbitego dzbana nie sklei do pierwotnie nienaruszonego naczynia. Będzie płakać, gryźć palce z niemocy, może stanie się zła na cały świat, na partnera. W różny sposób będzie przeżywać porażkę rozstania. Jeśli dadzą sobie szansę spokojnej rozmowy może uda się przejść łagodniej, więcej się zrozumie, pozna przyczyny. Ale do takiego rozstania trzeba dojrzałości i dobrej woli u dwojga choć już nie są parą. Jednak ten jeden raz powinni zdobyć się na krótki moment skrzyżowania, może po raz ostatni swoich dróg. Może wypali się u obojga, wtedy łatwiej, bo zaangażowanie emocjonalne staje się czasem przeszłym. Życie nie daje prostych rozwiązań, nie zawsze jest łatwo, miło i przyjemnie. Zdarza się przejść życie wybrukowane pasmem ciągłych porażek i rozstań, bywają wieczni poszukiwacze bez sukcesu odnalezienia. Nie mnie analizować przyczyny takich stanów rzeczy. Może brak szczęścia, może wygórowane wymagania, inne prowadzące do klęsk drogi.

Jednak związek dwojga ludzi, ich problemy wymaga tylko tych dwojga ludzi. Jeśli nie zapraszamy do pomocy mediatora, psychologa niech to co między nami złego się dzieje pozostanie tylko naszą sprawą. Postronni czy z rodziny czy obcy nie są potrzebni w naszych sprawach, bo naszego życia nie przeżyją za nas. A wyciąganie swoich spraw na przestworza internetu to dla mnie zupełnie niepojęta sytuacja. Dzielmy się swoim szczęściem, dawajmy świadectwo, że posiadamy coś cennego, ale nie obrzucajmy się błotem wobec obcych. Załatwmy swoje złe sprawy między sobą bez widzów, bo poklasku takie zachowania raczej nie dadzą.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MIKSOWANIE RZECZYWISTOŚCI
Notatkę dodano:2013-10-23 18:52:14

Patrzę na cyferkę w dacie,za miesiąc mam urodziny, kolejne całkiem poważne i trzydzieści lat temu wydające się wiekiem starczym. Punkt widzenia zmienił się diametralnie i już nie mówię, że ten wiek to starość, nawet nie mam odwagi określać tego wiekiem poważnym. Charakterek z powagą nie zawsze idzie w parze co mi ostatnio delikatnie wypomniał małżonek, oczywiście asekurując się od razu, że mu nie przeszkadza, a nawet posunął się dalej, że za ten charakterek mnie kocha. Myślałam dawno temu, że człowiek wraz z wiekiem poważnieje na tyle aby stać się niczym posąg budzący respekt i pełen swoistej nieugiętości. Powagi średnio przybyło a nieugiętość nawet jakby lekko zanikała momentami. Ot takie przemiany zachodzą, ale może będę je za miesiąc rozkładać na części pierwsze, przecież przez miesiąc może się wydarzyć na tyle wiele abym zupełnie zmieniła punkt widzenia i odbierania otaczającej rzeczywistości.

Gdzieś w podświadomości kołacze się sobotnia uroczystość, i niewiele mogę poradzić na jej ciągłą obecność. Może nie jest tak absorbująca, jak byłaby gdyby mój syn otoczył ją tradycyjnym przebiegiem, jednak wciąż gdzieś w zakamarkach mojej głowy i wyobraźni ukazuje się ta zbliżająca się przyszłość. Już w sobotę będę mogła porównać do swojej dawno minionej godziny zaślubin. Teraz jeszcze największe pole do popisu ma moja fantazja a ona popada w jakieś amplitudy różnorodnych wariantów i możliwości. Dopiero życie skoryguje jej zapędy. Pamiętam dwadzieścia cztery lata temu swoje skromne przyjęcie ślubne. Jednak tradycja odcisnęła jakieś piętno, rodzice mieli wpływ na to co i jak się działo. Mój syn wedle własnego uznania od początku do końca przeprowadzi, z moim udziałem jako widza. Poczekam jeszcze parę dni, skonfrontuję oczekiwania i może parę słów napiszę.

Teraz będę żyć tym, co stanowi czas obecny, będę cieszyć się piękną pogodą, która jakby chciała nam zrekompensować ostatnie zimne dni. Poczynię obserwacje walki na niebie dwóch planet, które nie chcą ustępować sobie miejsca i zjadany jasnością dnia księżyc próbuje królować wraz z rażąco świecącym słońcem. Mówią dzień jest krótszy od najdłuższego dnia w roku o sześć godzin i osiemnaście minut, a mi te skracające godziny wydają się być dłuższe niż podana wartość.

Moja teraźniejszość to odebrane z rana wyniki badań, cokolwiek zaskakujące jedną wartością, której najmniej się spodziewałam. Wszystko w doskonałej normie poza....cholesterolem. Dziwne dla mnie, absorbuję z otoczenia czy łykam z powietrzem, nie wiem gdzie tkwi haczyk. Dieta w zasadzie łagodnie obarczona tłuszczem, nadwagi nie posiadam, alkohol w ilościach sporadycznych lub symbolicznych, tryb życia bardziej w biegu niż stagnacji więc zupełnie nie wiem, skąd się wzięło w nadwyżce coś, czego być nie powinno. Konsultacja z lekarzem, jakieś pigułki z wizją brania ich przez dłuższy czas. No i chciał nie chciał próbują ze mnie zrobić chorą. Może miast tabletek jakieś posty powinnam sobie zaordynować i o suchym chlebie popijanym wodą próbować pożyć, choć jak siebie znam to dojdę do wniosku że życie zbytnią ascezą traci kolory i ubarwienie. A ciągłe szarości nawet w garderobie lubię tylko momentami, muszą znaleźć się i w ciuchach i życiu akcenty kolorów. Jeśli będę miała ochotę na ociekającą tłuszczem golonkę,( co raczej nigdy miejsca do tej pory nie miało),to tę ochotę wprowadzę w życie. A jeśli ma mnie to pragnienie zabić zarazem uszczęśliwiając może wybiorę szczęśliwe odejście stawiając je ponad smutnym żywotem pozbawionym wszystkiego. Jeszcze nie nadszedł czas ograniczeń, póki co ja dyktuję warunki, z pomocą odgórną, która daje tyle zdrowia i witalności, aby móc cieszyć się życiem i czerpać z niego na ile to możliwe. I będę łapać ile się da, aby na starość nie marudzić o minionych bezpowrotnie szansach i niewykorzystanych okazjach. Przez minione lata i tak paru szans nie przyjęłam od życia obawiając się i krygując, teraz pora na zmianę standardów zachowania, bo życie zbyt krótkie na stanie z boku i przyglądanie się mijającym okazjom.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE RAJSKIE JABŁUSZKA
Notatkę dodano:2013-10-22 20:50:47

Śliczny dzień, nie zawiódł pokładanych pogodowych nadziei przepowiadanych przez meteorologicznych proroków. Mój początek tego dnia rozpoczęty przed świtem, kiedy białe światło uszczerbionego księżyca migało poprzez gałęzie i obleczone czernią mijającej nocy przeszkody. W busiku gra cieni z białą poświatą. Każdy z pasażerów zanurzony w swoich porannych myślach. Ci którzy skazani na poranną jazdę do pracy, przemyślają inne sprawy niż tacy jak ja, którzy jadą przed siebie dla swojej przyjemności. Nie muszę, mogę i chcę. Gwieździste niebo jakby się prosiło o kierowanie wzroku ku górze. I miast patrzeć pod nogi z zadartą głową podziwiam księżyc przecięty pozostawionym znakiem przelatującego samolotu, odnalazłam wielki wóz, i gapiłam się jakbym po raz pierwszy to niebo nad sobą widziała. Muszę zagapić myślenie o unieszczęśliwiającym mnie braku śniadania oraz porannej kawy. Przed badaniami, które mam w planach dziś załatwić musiałam być na czczo, a taki stan jest u mnie anomalią i zupełną przeciwnością do normalności z nienaruszalną codzienną śniadaniową konsumpcją. Jeszcze ciemno, choć gdzieś na wschodzie już inne barwy walczą o prymat nad ciemnym granatem nocy. Kroki spowolnione zapatrzeniem w górę, mam czas. W uszach klasycy z werwą wybijają rytm pędu Wilhelma Tella, marszowo idą torreadorzy. A ja dzielę kolejne godziny, tyle tu, nie wiadomo ile na coś innego. Wiem jaką miarą czasu dysponuję, dziś skrócę swoją przyjemność przed czekającym biegiem. Jeszcze badania na które mam skierowanie, a nie każde laboratorium po mojej drodze chce na kasę te sprawy załatwić, inny azymut celem oddania zwolnienia, kolejne laboratorium, apteka i rezerwa czasu na bezczynność. Niewielka, ale akurat taka aby nie musieć biec, aby zdążyć spokojnie na powrotny kurs do domu. Chłopcy oblepiają mnie jakby moja nieobecność trwała nie cztery godziny a cztery tygodnie. Mam spore plany na ten dzień. Odświeżenie ubrań, sprawdzenie czy wszystko będzie nienagannie wyglądało na sobotnią uroczystość, jeszcze jest chwila na ewentualne poprawki. Jakieś mycie okien, domowe zajęcia. Na zewnątrz pogoda aż się prosi o bezpośredni kontakt, nic z tego dzisiaj. Uwiązanie chorobą Kleszczyka nie pozwala. Jutro jeśli aura dopisze, a symptomy choroby zelżeją zaliczymy spacer. Dziś jeszcze obejdziemy się smakiem. Mały aż kipi od energii, bezustanne gadanie z jego strony wzmaga pragnienie ciszy. Zastanawiam się czasami nad tym gadulstwem, jakaś komasacja po przodkach zebrana w tej małej osobie. Lubię rozmowy ale skala w której moje dziecko je preferuje to lawina, potop, tsunami. Jeśli nawet nie rozmawia z jakimś sensem to choć jakieś nieartykułowane dźwięki z jego ust wychodzą z powtarzalnością, którą dopiero my dorośli musimy zabraniając uciszyć. Jeśli to gadulstwo nie unormuje się w jakiś optymalny stan to lata szkolne widzę w barwach raczej ciemnych. Zapewne dzienniczek ucznia będzie monotematycznie zapełniony jednym rodzajem uwag: syn rozmawia na lekcji. Przyjdzie czas, będę się zamartwiać, teraz mały już poszedł spać, cisza aż nierzeczywista, kojąca i otulająca mnie z każdego zakamarka. Do pełni szczęścia parujący kubek z zieloną herbatą i pokrojone na cząstki jabłka. Ostatnio wieczorami dopada mnie wilczy głód więc te jabłka mają być takim jego oszukiwaczem. Organizm czegoś się domaga, a ja jeszcze nie wiem co to ma być więc najlepszym rozwiązaniem są piękne, rumiane, pełne słodyczy owoce. Jestem pożeraczem jabłek. Mój mankament polega na tym, że jem również oczami. Moje jabłuszko ma być piękne, nie ważne, że za chwilę zniknie, ono mnie ma zachęcić całym sobą. Pamiętam jak w latach szkoły średniej jadąc do domu w piątkowe wieczory kupowałam sobie we Wrocławiu na dworcu świebodzkim w pobliskich straganach trzy – cztery dorodne jabłka. Te najśliczniejsze, uśmiechające się do mnie całą swoją rumianą krągłością. Mogłam być spłukana do cna, oszczędzać na innych sprawach, na bilet i jabłka kasa musiała być. I potem jadąc pociągiem o osiemnastej piętnaście do domu, pochłaniałam te piękne, pachnące owoce. Dzięki nim nie zasypiałam od ustawicznego kołysania, miałam zajęcie i sytość przez całą drogę. Nie dawały mi drogi do raju, ale zostawiły po sobie smak wspomnień. Dziś dworca świebodzkiego nie ma już w tamtym kształcie, okoliczne budki zapewne także znikły z krajobrazu, a w moich wspomnieniach istnieją i pachną inną, jabłkową i wracającą do domu rzeczywistością sprzed dwudziestu paru lat.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


LEPIEJ PÓŹNO NIŻ WCALE....
Notatkę dodano:2013-10-21 15:25:17

 

Poza mną dzieją się rozgrywki chochlików, mój udział im nie potrzebny zupełnie, moje opory na nic się zdają. One rozgrywają partyjkę, gdzie stawką moje kolejne dni do przeżycia. Moje nieobecności i obecności choć dla mnie mają jakieś znaczenie, im obojętne. Cztery minione dni różnobarwne niczym liście, których ogrom pod nogami gra szeleszcząc i wydając przeróżne chrzęszczące dźwięki. Jeszcze do wczoraj suche i aż zapraszające do kopania i nurzania się w ich ogrom, dziś już po wczorajszym popołudniowym i nocnym deszczu stanowią tylko niechciany element organicznych śmieci. Nie było mnie w domu i nieobecność moja miała się przeciągnąć aż do godzin po pracy w dniu dzisiejszym, jednak inne kierunki poker obrał, i poprzeinaczało się wiele. Kleszczyk w dalszym ciągu emanujący podwyższoną temperaturą zmusił mnie do przyjazdu już przed świtem, praca odstawiona na jakiś boczny tor. Priorytet to wizyta u lekarza, a skoro nie pójdę do pracy konieczne będzie zwolnienie lekarskie. Są rzeczy ważne i ważniejsze, te które mogę i które muszę. Na dziś muszę sprawdzić co gra w ciele mojego dziecka. Jeślibym bardzo chciała pewnie udałoby mi się tak przeinaczyć pewne sprawy aby obyło się bez L4, jednak może nie ma na teraz tyle tego chciejstwa, abym podjęła próbę gimnastyki planami i sprawami. Może potrzebuję paru dni spokoju od pracy zawodowej. Może tym razem lepszym dla mnie wyjściem będzie ta absencja niż zwalnianie się parę godzin przed zakończeniem pracy, galop przez całe miasto, wpadanie do ruszającego już busa niczym parująca zagoniona klacz. Tylko po to, aby płynnie wymienić wychodzącego do pracy męża. Przejęcie obowiązków, wymiana i ten ciągły pośpiech. A później odpracowywanie urwanych godzin i znaczące spojrzenia pełne pytań dlaczego, po co....Spędzamy w przychodni parę godzin, mały daje popalić, z nudów eksploduje tą swoją energią, której nawet choroba nie bardzo przeszkadza. Moja cierpliwość topnieje niczym lodowy sopel. Krople uciekającej cierpliwości. Okazuje się nic groźnego, zwolnienie do piątku, a przy okazji zdobyłam się na prośbę o skierowanie na badania dla siebie. Ot, kontrolnie choć nic nie dolega, ale może trzeba kompleksowo się sprawdzić aby spokój ciała przełożył się na spokój ducha. Chcę się utwierdzić w pewności swojego zdrowia i może jeszcze bardziej przycisnę swoje ciało. Może będę więcej od niego wymagać, i za każdym razem, kiedy ogarnie mnie marazm niechcenia powiem sobie : hola , jesteś zdrowa wysil się, stać cię na więcej, możesz jeszcze odrobinę. I będę tę odrobinę wydobywać, będę podnosić sobie niewidzialną dla innych poprzeczkę i udowadniać sobie kolejny raz, że całkiem dobrze jeszcze się mam jak na swoje parę dziesiątek lat na karku. I wbrew wszystkim nie będę ciężaru tych lat czuć na tym karku. Może nawet w tej rozgrywce nie dam forów chochlikom, mogą sobie mieszać w innych sprawach od niektórych im wara. Czasami trzeba się przeciwstawić, stawić opór, nie pozwolić na umniejszenie swojej wartości.

Ktoś do mnie mówi, bo ja mam pecha. Bo jestem mało warta, taka nieudaczna...

Nie jesteś mało warta, tylko musisz w siebie uwierzyć, nie dawaj posłuchu tym co ci tak mówią, niech nie wlewają trucizny w twojego ducha. Popatrz ile możesz, ile potrafisz. Nie umiesz czegoś ale w czymś innym jesteś niedościgła, może nie na skalę mistrzostwa ale porównaj ile jest osób, które nie mają takich umiejętności, a do twojego poziomu nigdy nie dojdą. Zajrzyj w siebie i dostrzeż ile wartościowych cech posiadasz. A jak ci ktoś spróbuje wmawiać niższą wartość to nie pozwól na takie głupie gadanie.

Pech, nie masz pecha, może nie wszystko idzie tak na maksa pozytywnie ale szczęściem jest wiele z tego co posiadasz, a te małe niedogodności, które się czasami przydarzą muszą być aby twoja równowaga miała podstawy z tej lepszej i gorszej strony. Bywa zawieje zimnym wiatrem ale są gorące dni, podobnie jak to że czasem pójdzie coś lepiej, aby kiedyś indziej troszkę się spaprało. I choć czasami bywa ciężej wiedz, że za dzień, dwa, może tydzień lub parę tygodni będzie tak dobrze, że zapomnisz o czasie kiedy było źle.

Są ludzie i czyny, które zabierają nam dużo dobrego, tłamszą nas, wgniatają w ziemię nasze dobre o sobie zdanie, umniejszają dobrego człowieka w nas. Lepiej takich omijać, choć bywa, że ich kochamy, kochaliśmy, nie widzimy ich trującego na siebie działania, wierzymy im, zaślepieni uczuciami. Bolą złe opinie, bolą złe słowa, zawoalowane uwagi. Nie potrafimy popatrzeć z dystansem i zauważyć, a najgorsze, nie potrafimy uciec od sączącej się trucizny. Łatwiej uwierzyć w swoją słabość i małość niż w to, że kochana osoba nas małymi kroczkami zabija. Bo brak wiary w swoją moc jest powolną śmiercią. Czymże się stajemy bez poczucia swojej wartości? Bezwolnymi istotami, uzależnionymi od trucicieli. Myślimy jak oni, robimy co im sprawi przyjemność, nas zaczyna nie być. Siedzi w nas czasami przez wiele lat taki mały niedowartościowany człowieczek, nie czuje swoich możliwości, inni zauważają potencjał a on pełen strachu nie próbuje, nie daje szans, bo ktoś kochany kiedyś zabił wiarę w siebie. Trzeba czasu, a czasami trzeba wejść w siebie aby dostrzec ten mankament i zawalczyć. Ja zawalczyłam i wiem, że tej mojej znajomej osobie też się to uda. Przyjdzie czas, że zauważy, otrząśnie się i da sobie szansę na stanie się kimś ważnym dla innych i najważniejszym dla siebie.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MÓJ POGROMCA CHOCHLIKÓW
Notatkę dodano:2013-10-17 18:56:53

Rozplanowałam kolejne punkty dzisiejszego dnia, uporządkowałam, strategia ustalona ze stuprocentowym wydawałoby się sukcesem w efekcie. Miraż. Poker z chochlikami od moich spraw zawsze daje odczucie klęski, tu nie ma postawienia wszystkiego na jedną kartę bo zawsze przegram takie zagranie. Kanciarze karciani ograją mnie z kretesem, hazard nie dla mnie. Mimo że wiem o tym od wielu lat, próbuję, i po nosie zbieram prawie za każdym razem. Moje ryzykanctwo w życiowych sprawach, kiedy wbrew sobie stawiałam wszystko na jedną kartę kończyło się porażką. Dziś podobnie poukładałam sobie każdą sprawkę do załatwienia, z wewnętrzną pewnością udanego dnia. Nie przewidziałam tylko jednego, co powali cały harmonogram i w gruzy moje planowanie obróci. Cóż mi mogło przeszkodzić? Spokojna głowa, moje chochliki nie śpią, one kombinują aby mi na przekór coś uczynić. Co tym razem? Prozaiczna gorączka Kleszczyka, zrujnowała moje plany. Dziecko nie idzie do szkoły, czort wziął wolny czas. Czuję bezsilność, kolejne siedem dni czeka mnie wypełnionych pracą, z zazębiającymi się godzinami odbioru małego z przedszkola, brakiem wolnych chwil, na które mogłabym poczynić plany. Jestem zła na te głupie przeciwności, które nie dają mi czasu na pozałatwianie pilnych spraw. Wiem, że nie muszę iść dziś do fryzjerki, choć mam umówioną wizytę aby przygotować włosy do czesania w następną sobotę, nie muszę kupować kreacji na mającą nastąpić uroczystość, nie muszę czegoś jeszcze i kolejnego czegoś. Nie muszę, ale czy ty cholerny losie nie pomyślisz, że może chcę? Że nie chcę zostawiać na ostatnią chwilę, że chcę być przygotowana, aby nie zaprzątały głowy pewne sprawy, które pozwolą przejść mi uroczystość mojego syna ze świątecznym posmakiem na ustach. Może coś dzieje się na chybcika, po łepkach, ale to z ich strony, ja chcę do tego dnia być przygotowana. Dla mnie to ważny dzień. Dzwonię do męża, obciążam go swoją troską, jak ją podzielę na nas dwoje, wygadam się będzie mi lżej. Za chwilę on dzwoni do mnie, bądź gotowa aby jechać o dziesiątej, przyjadę. Zwolnił się z pracy, abym mogła pozałatwiać co jest do załatwienia. I ja wiem, że wtedy, kiedy mam jakieś problemy on jest pierwszą osobą do której mogę się zwrócić, a on stanie na głowie aby mi pomóc. Bez oczekiwania rewanżu, bez obowiązku który zostanie wypomniany, z czystej chęci. Może to jest to co w nim najbardziej kocham. Pewność którą mi daje jest nieporównywalna do niczego innego. I przyjechał, a ja mogłam z pewnym poślizgiem rozpocząć bieg z przeszkodami do załatwienia. Szybki chód pośród kropel drobnego deszczu, kilometry do pokonania. Kolejne sprawy odhaczone. Umówiona fryzjerka z daną możliwością dowolności strzyżenia skróciła moje włosy, cieniując i obcinając w niektórych partiach o piętnaście centymetrów, gdzieś indziej o pięć. Będą teraz wymagać więcej mojego zachodu aby jakoś wyglądać, albo górę weźmie lenistwo z ograniczonością gumki jako ostatecznego szlifu. Może po ceremonii mojego syna ponownie udam się na postrzyżyny aby dokonać ostatecznego skrócenia włosów do jakiejś szczątkowej ilości czy też długości. Ale to kiedyś. Dziś biegam, nie mając czasu na przemyślenia w temacie włosy. Na teraz odhaczone. Mąż mówił, że mam czas, nie muszę się spieszyć, to skoro otrzymałam taki prezent, wydam go na swoją przyjemność, choć chwilkę, jedną godzinkę, która da mi więcej niż cokolwiek innego. Kreacja kupiona, choć bez zakochania się w niej. Próba rejestracji na zaproszoną cytologię bez sukcesu. Dopiero w poniedziałek będą rejestrować na listopad. I jak ja mam mieć cierpliwość do lekarzy i wizyt u nich skoro dostanie się w ich progi tylko dla zdrowych i cierpliwych z dodatkową mnogością ilości wolnego czasu. Dwa pierwsze czynniki mogę u siebie zaobserwować, jednak już w kwestii wolnego czasu deficyt i kryzys bardzo odczuwalny. Ale przecież służba zdrowia nie musi się liczyć z moim czasem, w moim interesie jest abym tak zorganizowała swoje sprawy aby ten czas znaleźć. Chyba już dziś wyruszę na jego poszukiwania, w szukaniu jestem dobra, może znajdę, a może sam się znajdzie, albo znajdziemy się wzajemnie. Chociaż przez najbliższe dni ja się raczej zagubię, znikając z przestworzy internetu, ale mnie nikt tutaj nie szuka więc na taką ekstrawagancję mogę sobie pozwolić.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JUTRO TEŻ JEST DZIEŃ...
Notatkę dodano:2013-10-16 20:44:14

Prowadzę walkę, trwającą już trzeci dzień, mój przeciwnik nie daje za wygraną. Ja też staram trzymać się dzielnie. Nie lubię się poddawać, nie chcę aby moje ciało rządziło mną. Moja potyczka z bolącą głową ciągnie się już wystarczająco długo. Nie wiem jaka przyczyna tego bezustannego ćmienia. Rozpatruję winę w zmianie pogody, utajone w zatokach przyczyny, biorę też pod uwagę inne, bardziej kobiece przypadłości. Może to początki czegoś co zwą menopauzą, choć mój mąż po moich przypuszczeniach znacząco na mnie spojrzał i krótko stwierdził : ty, taka młoda, jaka menopauza, chyba zdurniałaś.... Może zdurniałam, a może moje ciało nie chce już tego biegu i wiecznego przeze mnie poganiania. Szukam wyjaśnienia. Może przejdzie, jutro wolny choć przewiduję, że w bardzo dynamicznym biegu, dzień. Mnogość planów, nie podaruje mi wypoczynku. Jednak jeśli jutro nie dam rady wszystkiego ogarnąć, przez najbliższe siedem kolejnych dni tym bardziej nie będę w mocy pokonać spraw do załatwienia. Strategię mam już opracowaną, plan i kolejność w mojej bolącej głowie ułożony tkwi dając możliwość korekty przez życie. Ciężki ten październik, jakiś taki nasycony ponadnormatywnymi sprawami. Mało wolnego od pracy zawodowej, kolejny siedmiodniowy ciąg roboczych dni. Może ta moja głowa się po prostu buntuje przed nadmierną eksploatacją, ona chce spokoju a ja takowego nie daję. Jeszcze parę dni trzeba wytrzymać, jakoś zapomnieć że przygniatają mnie życiowe sprawy, zacznie się znielubiony listopad i może powoli unormują się pokrętne życia wybryki. Wybiegam w przyszłość, chcę chociaż takiej odskoczni w czas jeszcze nie były, bo jak kiedyś śpiewał Marek Grechuta :

„ Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy”. I może ważne będą te listopadowe dni. Dni miesiąca, którego od bardzo dawna nie lubię, jest dla mnie najgorszym miesiącem roku. I nie istotne tu jest, że przypadają na ten miesiąc urodziny i moje i mojego męża, nie lubię i już. Najchętniej wymazałabym z kalendarza, wyrwała tę kartkę, przespała nie budzona przez żadnego z bajkowych książąt. Księcia nie będzie a mi przyjdzie zmierzyć się z nadchodzącym czasem. Ale to za czas jakiś, dziś jeszcze mamy rozpoczynającą się drugą połowę października i jego czas do przejścia i przeżycia. Pozostałe dzisiejsze minuty będę spędzać leniwie, bezproduktywnie, aby na jutro znaleźć wystarczająco dużo sił na zmierzenie się z nawałem spraw. Teraz czas na inne sprawy. Teraz jesteśmy my, spokojny wieczór, wypoczynek przy płonących świecach, których światło będzie odbijało się w mojej lampce wina....Święto w środku tygodnia, zapomnijmy o tym powszednim dniu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Z OKAZJI URODZIN....
Notatkę dodano:2013-10-15 20:51:41

 

Za oknami ciemny wieczór, choć jeszcze moment temu wydawał się pełny dzień. Siedząc na przystanku, który stanowi pewien kanon moich codziennych powrotów do domu, urzeczona patrzę na różowe niebo, tam gdzie jeszcze przed chwilą schowało się zachodzące słońce. Teraz spoza bloku przepychana wiatrem ukazuje się jakaś chmura w fantazyjnym kształcie. Ten kształt próbuję do czegoś porównać, odnaleźć podobieństwa do rzeczywistych przedmiotów. Kolory, którymi przybrana i moja chmura i jej niebiańskie tło dekoncentruje mnie. Nawet jeśli oczyma wyobraźni widzę już coś, do czegoś podobne, to ta różowość z łososiowymi niuansami, błękitem przełamana obraca wniwecz moje wysiłki. Dałam za wygraną, niech chmura pozostanie chmurą, bez personifikacji i porównań. Każda rzecz ma swoje miejsce w świecie, podobnie jak każdy człowiek dobrze aby takowe posiadał. Niektórzy szukają całe życie i wszędzie im nie do końca dobrze, a to przyciasno, a to zbytnie wzniesienie lub nizina zbyt płaska, za dużo ludzi lub ich za mało. I poszukują i już prawie mają swój raj na ziemi, a jednak w dalszym ciągu czegoś brak. W trakcie poszukiwań nie zauważają jak coś ich omija, ktoś znika bo nie ma sił dłużej czekać, a poszukiwania trwają. Kiedy wreszcie wydaje się, że ta właściwa przystań już na wyciągnięcie ręki, i że bliska ideałowi, okazuje się, nie ma z kim dzielić znalezionego skarbu. Po drodze coś umknęło, coś znikło, ktoś odszedł inną drogą i nasz poszukiwacz zostaje w swoim raju sam. Nie tego szukał całe życie. Czy każdy z nas nie ma planów, które gdzieś w głowie się kołaczą, chcą gdzieś indziej, czegoś innego poszukać, a życie układa się swoim tokiem, obrastamy w dzieci, sprawy, dobra i choć wewnętrznie pulsuje ta chęć by coś, by gdzieś, nie robimy, odkładamy aby w efekcie nie zdążyć.

Dziś mój Tato miałby urodziny, gdyby z nami był, byłyby życzenia, jakiś drobiazg, słowa. Nie ma go wśród nas przeszło osiem lat, a dopiero niedawno dowiedziałam się, że niegdysiejsze plany moich rodziców były inne niż to jak potoczyło się ich życie. Czegoś chcieli, planowali ale ciągle coś stawało na przeszkodzie, aby te plany wprowadzić w życie. Początkiem się dorabiali, przyszły na świat dzieci, plany się przesunęły, dzieci poszły do szkół, były tutejsze nie chciałyby innej małej ojczyzny, czas upływał, plany istniały jako tajemnica między rodzicami, odkładana w realizacji. Córki powychodziły za mąż, mocne korzenie trzymały w tym jednym miejscu, a gdzieś półsłówkami między coraz starszymi rodzicami wizja kiedyś tak żywa jeszcze trwała w swojej fantastycznej pełnej mirażu potędze. Życie upływało, poukładane, po innych torach się toczyło, praca, dzieci, coraz więcej spraw łączących z miejscem w które los ich dziwnymi kolejami pchnął. Gdzieś z każdym dniem oddalająca się wizja, plan, marzenie, niespełniona nigdy, napotykająca na przeszkody, może początkiem całkiem realne a z biegiem lat wydumane. I choć może nie chcieli się do tego przyznać zapuszczone korzenie trzymały mocno, już nie chciało się zostać przesadzonym z obecnego sadu. Przyzwyczajenie i stabilizacja nie pragnęła rewolucji i stawiania na głowie dotychczasowego życia. Ale gdzieś w słowach istniejących tylko między moimi rodzicami był miraż innego miejsca i niezrealizowane plany. Nigdy nie wprowadzili w życie, Tato odszedł, Mama została sama z niegdysiejszą wydumaną fantazją. Podzieliła się nią ze mną przy okazji jakiejś rozmowy, przekazała tajemnicę, która była ich, nigdy przed nami, córkami, nie odkryta. Moi rodzice, odnaleźli swoje miejsce na świecie, choć pragnęli powrotu w rodzinne strony, jednak oboje byli razem tu, nie ciągnęło żadnego z nich na tyle mocno aby zostawić drugie i w poszukiwaniu ideału pójść swoją drogą na której kresie mogłoby się okazać że nie było warto. Czasami lepiej mieć niezrealizowane marzenia i plany które są namiastką wyobrażającą inne, lepsze życie niż spełnić te plany i nic dobrego nie odnaleźć a pozostać w pustce poszukiwań.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KRÓTKIE DNI W ZIMNYM MIESZKANIU
Notatkę dodano:2013-10-14 20:39:30

Mój popołudniowy powrót z pracy odbywa się w szarzejącym świecie. Zmierzch zabiera mnogość kolorów, wszystko staje się jednakowo nijakie w swojej barwie. Do ciemnych poranków przed szóstą rano już przywykłam, teraz muszę się przyzwyczaić do szybko ciemniejących wczesnych wieczorów. Przez ostatni tydzień wracałam z pracy wczesnymi popołudniami i nie zwróciłam uwagi jak bardzo ubyło dnia, aż do dziś kiedy uderzyło mnie to nagle przybierające ciemność to co dotychczas obleczone pełną jasnością. I nie mogę się delektować barwami, których wokół ogrom, różnorodność i przesycenie. Gwałtownie jakoś zieloność przybrała inną szatę, jednak widoczne to jest tylko w jasności dnia. Wieczór czy też wczesna szarówka pozbawia mnie tego widoku, który tak cieszy oczy. Uliczne latarnie podkreślają inną barwę listowia tylko w bezpośrednim towarzystwie drzew, żółte światło dodaje poblasku jednak i tu wszystko rozmyte kolorytem oślepiającego miejscowego oświetlenia. Nie przepadam za tymi krótkimi dniami, choć więcej czasu się robi na zajęcia, które w cieple domu się odbywają, jakieś ręczne robótki, lektura w wygodnym miejscu. W lecie żal czasu na takie fanaberie, jakoś szkoda marnować w murach mieszkań, skoro piękno letniej aury aż nawołuje do ich opuszczenia. Teraz każdy z pośpiechem będzie wracał do domu. Jeśli jest w nim ciepło to temperaturowe, i to od kochających ludzi, to taki powrót przyspiesza się jak się tylko da. U mnie więcej tego ciepła od ludzi niż od grzejników. Już kolejny sezon grzewczy który ciężko się rozkręca i powoduje irytację, złość oraz pewną bezsilność. Patowa sytuacja, z której nikt nie potrafi znaleźć wyjścia. Duża część mieszkańców mojego osiedla nie czuje obowiązku wnoszenia opłat za czynsz, co jest powodem deficytu w kasie spółdzielni i brak gotówki do zapłaty za opał. Każdy wie, kto z sąsiadów nie płaci, czy jest tego niepłacenia prawdziwy powód czy stanowi to fanaberię bez uzasadnionej przyczyny. Przeważnie niestety narastające długi są wynikiem jakiejś bezmyślności w początkowym etapie z perspektywą niemożności podźwignięcia się w późniejszych miesiącach ciągnącego się niepłacenia. Ludzie widzą, dobra materialne, którymi otoczeni są niepłacący sąsiedzi, i ci uczciwie wnoszący opłaty nie potrafią zrozumieć tego aspołecznego podejścia. Nic nie można zrobić z zadłużonym delikwentem, kaloryfera się takiemu nie zakręci, ciepło jeśli jest puszczone idzie także do niego. To nie prąd, nie płacisz, przyjeżdżają zaplombują i nikogo nie obchodzi, masz w domu jasno czy siedzisz przy świeczce. Przy centralnym ogrzewaniu nie ma żadnych sił nacisku na dłużnika. Założenie sprawy w sądzie, komornik i podobne działania nie spowodują że dzięki temu temperatura w moim mieszkaniu wzrośnie, bo niepłacący delikwent wije się niczym żmija, omijając każdą przeszkodę. Nagle okazuje się, że nie pracuje, choć codziennie do pracy własnym samochodem wyjeżdża o stałej godzinie, że jest samotnym wychowującym dziecko, choć jego samotność ma imię i nazwisko kobiety z którą żyje, a że bez podpisanego w USC papieru... Nasza rzeczywistość daje fory cwaniakom, spryciarzom i różnego autoramentu kombinatorom a ciśnie tych, którzy chcieliby uczciwie żyć, płacić i wchodzić do ciepłych domów po ciężkim dniu pracy. Nie wiem, jak jest ze sprawiedliwością gdzieś po drugiej stronie, ale tej czysto ludzkiej tu, chciałaby być świadkiem. Niechby raz na jakiś czas zadziało się coś dobrego dla normalnych uczciwych ludzi, i tym razem to ich pogłaskało w całej łaskawości, po tych głupich pełnych skrupułów i uczciwych nawyków głowach.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162760
Osób: 145215