Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

POWAŻNE ZAPROSZENIE
Notatkę dodano:2013-10-13 20:43:52

Niedziela choć trzynastego, żadnego namaszczenia pechem nie przyniosła, być może tylko piątki mogą cierpieć na przypadłość takowego. Reszta dni tygodnia pomimo specyficznej cyferki nic nam swoją złośliwością nie uczyni i niczym złym, jeśli to nie zaplanowane na górze, nie obciąży. Mi widocznie dziś nic złego nie było zapisane, i przeszła sobie wolna niedziela łagodnie, spokojnie bez żadnej namiastki czegoś co mogłoby dać zapamiętanie jako kiepski dzień. Wcześniejsze moje plany zakładały jakiś wypad do lasu, jednak w miarę rozwoju dnia, rozleniwiałam się do tego stopnia, że darowałam sobie las, wybierając domowe pielesze i swoich chłopaków. Popołudnie odcisnęło się spacerem gdzieś przed siebie, w poszukiwaniu barw i jesiennej mozaiki kolorów. Mały niczym katarynka powodował zmęczenie swoim bezustannym gadaniem. Stopniowo zaczynało brakować cierpliwości do tego trajkotu. Są dni, kiedy wielkim wysiłkiem okupione to wzmożone gadanie Kleszczyka. Tak też dziś, kiedy chciałam spokoju na tym jesiennym spacerze, jakiejś spokojnej pogaduchy z mężem, potok słów małoletniego zaczynał drażnić. I rozdrażnienie urastało, a w myślach aż żałowałam rezygnacji z planowanego wypadu do lasu. Są sprawy, które chcę obgadać z mężem, z dorosłym bez uczestnictwa niepowołanych, musimy te pogaduchy pozostawiać na godziny wieczorne, kiedy młody śpi. A wtedy wiadomo coś się zapomni, czymś innym zaabsorbowani, natłok różnych sprawek powoduje, że niektóre mniej pilne kwestie rozmywają się i uciekają gdzieś przykryte czymś ważniejszym. Spacer mógłby być dobrym czasem gdyby nie młody zakłócacz.

I nadchodzi nowy tydzień, pełen pilnych i mniej ważnych spraw. Niektóre choć pilne muszą odczekać w kolejce do realizacji. Niektóre odkładane przez jakąś przekorę inne, bo budzą opory, strach czy irracjonalne obawy. Jest taka jedna sprawka, którą powinnam zaliczyć, odkreślić już jakiś czas temu, a ciągle odkładana, zawsze gdzieś w ogonie kolejki do wypełnienia. W pełni świadoma całą dorosłą zdawałoby się powagą, odkładam, zapominam, nie załatwiam, dlaczego...? No, właściwie sama nie potrafię się tak do końca usprawiedliwić. Póki nic się nie dzieje, nie zauważa się żadnych anomalii wizyta u specjalisty wydaje się niepotrzebna, kiedy coś zaczyna budzić zastanowienie naszą kobiecą reakcją jest obawa. I jesteśmy świadome, całą powagą i rozumem potrafiące i wiedzące wiele, akurat w tej jednej kwestii niejedna z nas podchodzi do wizyt u ginekologa w podobny sposób. Zrobię jutro, jutro się zarejestruję, jutro, jutro, jutro... I to jutro zmienia się na kolejne mijające tygodnie, miesiące, lata... W zakamarkach świadomości wizyta jest każdorazowo jakoś odkładana, w pełnym majestacie usprawiedliwione każde ominięcie i cwaniackie wymyślenie powodu dla którego nie dziś, tylko kiedyś tam ma ona nastąpić. Ginekolog to lekarz, który powinien być powiernikiem, budzić ogromne zaufanie wobec którego zanika wstyd, a pacjentka otworzy się zapominając, że po drugiej stronie fotela stoi obca osoba. Nie każdy lekarz powinien uprawiać tę specjalizację, choć może być fachowcem i rzemieślnikiem doskonałym jego podejście może być dobre do kontaktu z pacjentką potraktowaną narkozą bo już z całkiem przytomną i świadomą jego relacje mogą być powodem chronicznego braku chęci na następne wizyty. Złe podejście ginekologa ciągnie się za psychiką pacjentki czasami bardzo długo. I bywa, że jest czynnikiem powodującym brak chęci na kolejne bytności u jakiegokolwiek ginekologa.

Moje odwlekanie wizyty aż zostało zauważone przez NFZ bo całkiem poważne zaproszenie przyszło na badania cytologiczne, to skoro zapraszają trzeba się stawić, pokombinować z czasem, zastosować parę wymówek a później karnie załatwić sprawę i zapomnieć do następnego przymuszenia przez okoliczności.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIZYTA
Notatkę dodano:2013-10-12 20:59:59

Emocjonujący dzień już prawie za mną. Kolejne było, minęło, odhaczone i stanowiące przeszłość. Jaki był? Zwyczajny, odcisnęła się na nim wizyta mojego syna ze swoją przyszłą rodziną. Choć czy mogę ich nazwać „przyszłą” skoro właściwie już nią w praktyce są. Bez urzędowego poświadczenia, bez podpisanych dokumentów, nie oglądając się na konwenanse czy czyjeś opinie. Cóż, inne to ich podejście od mojego, ale moje zadanie polegać ma na zaakceptowaniu zastanej sytuacji. I staram się choć, z niejakim odczuciem robienia wbrew, zrozumieć i aprobować. Niech robią jak chcą ich wybór. Poznałam swoją przyszłą synową, wnuka, choć nie z mojej krwi, tak wypada mi nazwać tą maleńką osóbkę, która całkiem przyzwoicie reagowała na mnie. Myślę, że moje spięcie nieporównywalne ze stresem, który przechodziła wybranka mojego syna. Życiowe doświadczenie to coś, czym na samym starcie deklasuję tą dziewczynę. Jak rozwinie się nasza znajomość, jak będą przebiegać relacje, jeszcze nie czas aby to oceniać. Moje wewnętrzne urządzenie ostrzegające i klasyfikujące nowo poznanych ludzi nie skreśliło jej, czyli nie jest źle. Musiałam ograniczyć swoje zapędy śledczego i przy pierwszym „przesłuchaniu” posiadłam wiedzę minimalną, jeśli okoliczności w przyszłości pozwolą jest szansa na głębsze poznanie. Na teraz wystarczy.

Czuję się wyjałowiona na dziś, po minionych dniach pełnych zarówno pracy zawodowej jak i tej na niwie domowej, pełnego emocji ostatniego okresu, teraz czas na odpoczynek. Idę odpoczywać, nic nie robić, odczekać na kolejne jutro, na kolejne sprawki, które może pozwolą pozostawić mi po sobie jakiś znak.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WAŻNE I BARDZO WAŻNE
Notatkę dodano:2013-10-11 21:09:57

 

Pracowity siódmy dzień zawodowo, i pracowite popołudnie na dziś. Czuję zmęczenie w każdej części ciała, czasami tak trzeba, że zapomina się o chwilach tylko dla swojej przyjemności, aby sprawić przyjemność komuś. Może nie do końca w moim przypadku idzie o przyjemność, przygotowanie do wejścia do mojej rodziny obcej mi osoby. To wejście pośrednio nastąpi jutro. Zostanie Ona wprowadzona, wreszcie poznam, i muszę w jej oczach nie zostać już na starcie znajomości skreślona. Jutro mój syn przywozi swoją wybrankę, z jej dzieckiem. Tak jak na panią domu przystało, staram się przygotować aby jej smak po tej wizycie był przynajmniej neutralny a w żadnym razie gorzki czy cierpki. Z własnego doświadczenia nie wiem co przeżywa się przed pierwszą wizytą u przyszłej teściowej. Zostało mi to przez opatrzność oszczędzone, choć kiedyś miałam pewien przedsmak podobnej wizyty u osoby, która w moich oczach była prawie przyszłą moją teściową. Koleje losu tak się splątały, że jej ja i ona mi zostałyśmy oszczędzone jako potencjalna rodzina. Pamiętam uczucie tremy, stresu, jak zostanę przyjęta, oceniona, jakie wrażenie po sobie zostawię. Podobnie sprawy się mają obecnie, choć nie wiem co odczuwa dziewczyna, która jutro będzie naszym gościem. Ja czuję lekkie spięcie. Może dlatego przynajmniej stronę organizacyjną, poczęstunek i samą formę przyjęcia muszę mieć opanowaną do pewnej perfekcji. Ciasto już prawie wystygło, produkcja chleba zakończona, sałatka jarzynowa przegryza się w lodówce. Mięso i resztę obiadu jutro obskoczę. Nie znam gustu, upodobań, a z drugiej strony nie mogę przestraszyć jakimiś wymyślnymi frykasami. Musi być normalnie bez niepotrzebnej pompy. I mam nadzieję tak będzie, choć to dopiero jutro się okaże . Na dziś przygotowania zakończyłam.

 

Domowe sprawy zakręciły moim życiem, gdzieś na boczny tor odstawiły wiadomość, która bardzo mnie zasmuciła. Odeszła pewna osoba, której nie znałam osobiście, choć jako autorka książek, które pochłaniałam stała się dla mnie kimś ważnym i poznanym. Pewne zamiłowania tej pełnej radości życia, dynamicznej kobiety stanowią także moją pasję, inne choć obce w sferze zainteresowań powodowały, że pewien błysk zazdrości gdzieś u mnie przez moment gościł. Osoba, której styl pisania jest mi niedościgłym ideałem lekkości pióra, humor godzien pozazdroszczenia, wartka akcja i pokrętne wyjście z sytuacji Jej książek, które uwielbiam i stanowią sporą część mojego księgozbioru. Już niczego nie napisze, będę sięgać po raz kolejny po „Lesia” aby nawet w najbardziej nieodpowiednim momencie wybuchać salwami śmiechu, będę delektować się tym wspaniałym dla mnie stylem, podróżować za autorką zahaczając o Skandynawię, będę wchodzić do dawnych komisariatów gdzie funkcjonariusze mieli oblicze Andrzeja Łapickiego, a pewna architekt grywała im na nosach.

Joanna Chmielewska zmarła 07-10-2013 , czuję prawdziwy smutek, ale wiem , że pozostanie Ona na kartach książek, i choć nieobecna fizycznie Jej proza na zawsze będzie dawać mi tego kopa do życia, który za każdym razem każe przeczytać kolejną kartkę, bo ta energia została i trwa.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DZIWNA PARA IDĄCA RAZEM
Notatkę dodano:2013-10-10 21:45:16

 

Pod jesiennymi liśćmi, przebłysk wiosennej świeżości.

 

Pech i szczęście szło pod rękę w dniu wymieszanym z promieni słońca i zasłaniających je chmur. Gorycz osłodzona została, i choć pierwsze odczucia coś zabrały, kolejne naprawiły poczucie straty. Niby dzień jakich wiele, niczym się nie wyróżniający. Kolejny w szeregu bez wielkich wahań w jedną lub drugą stronę. Praca, ciemną porą zaczynana, nasycenie zajęciami nic co mogłoby zaskakiwać czy też powodować zadziwienie akurat takim przebiegiem.

Epizod pierwszy.

Dyskusja która ma mnie przekonać do naciąganej tezy, kiedy mamy do czynienia z kradzieżą a kiedy nazwane to będzie innym słowem. Białe jest białe, bez względu jakim słowem opiszemy, podobnie z czernią. Nazwanie spraw właściwym imieniem może moją przypadłością, nie stosuję prawa Kalego, jeśli mi ukradną to przestępstwo, jeśli ja wezmę rzecz do przyjęcia. Tylko inne nazwanie nie spowoduje, że ja zrobiłam dobrze a ktoś, kto podprowadził coś mi, uczynił źle. I w jedną i w drugą stronę jest to takie samo zło. Nie każdy podchodzi w taki sposób, mamy przeróżne sposoby wytłumaczenia swoich uczynków. Usprawiedliwianie jest doprowadzone do perfekcji, tylko czy nawet najlepsze uzasadnienie zmieni zły uczynek w dobry? Jeśli zdradzę męża, bo moja chuć pchnie mnie w kierunku innego mężczyzny będzie to widziane jako moje zeszmacenie się. Jeśli wyrwę się w identycznym celu, ale mój mąż będzie alkoholikiem już ogół mnie odrobinę wytłumaczy, a i sama w lepszym samopoczuciu będę czynić co i tak nazwane pozostanie jednym słowem : „zdrada”. Nie mówię, że trzeba trwać przy awanturującym się alkoholiku, męczyć się z nim i jego nałogiem. Nie ten kierunek rozmyślań biorę na warsztat, tylko fakt złego uczynku jakim jest zdrada. Coś, kiedyś obiecałam, z pełną świadomością wyrzekłam słowa, które powinny stać się moim credo na całe życie z tym mężczyzną. Moja zdrada zdradą pozostanie choć nazwać ją można w różny sposób i usprawiedliwić na różne warianty. Gama szarości mająca zniwelować uczynienie pewnego rodzaju zła.

Epizod drugi.

Biegnę z pracy. Mam szansę jechać do domu wcześniejszym autobusem. Pozostało mi dwadzieścia siedem minut, mało, choć wiem, że dobiegnę. Sprawdzam czas, minuty przyspieszają, a ja staram się dotrzymać im kroku. Kolejne przebyte metry, następna kontrola czasu...Nie mam jak sprawdzić, która godzina. Zegarek znikł z mojej ręki. Domyślam się przyczyny, bolec ze sprzążki przeszedł na drugą jej stronę, pasek rozluźnił się na tyle, że czasomierz niezauważenie spadł z ręki. Nie lubię gubić swoich rzeczy, a dodatkowo zegarek odrobinę lepszy od najtańszych modeli. Jakieś przywiązanie do przedmiotu, i moja złość na zniknięcie czegoś co jeszcze przed momentem było moją własnością. Już wiem, że nie pojadę tym wcześniejszym połączeniem. W tył zwrot i tym razem powrotna droga z czujną obserwacją chodników pokrytych liśćmi w całej gamie żółci i brązów, które nie pomagają w poszukiwaniu a wręcz przeciwnie jeszcze tą czynność utrudniają z uwagi na kolor zegarka oraz paska. Idę i głęboko zastanawiam się w którym miejscu ostatni raz sprawdzałam godzinę.... Nie potrafię sprecyzować dokładnego miejsca, idę więc dalej. Nie chcę się pogodzić ze stratą, jeszcze parę metrów penetracji. Brama wjazdowa mojego miejsca pracy, czy powinnam już zrezygnować, czy przejść aż do końca ? Parę minut temu mówiłam do widzenia aby teraz ponownie mówić dzień dobry. Zaskoczenie ze strony portierki, moja uwaga na temat własnego gapiostwa, chęć podzielenia się stratą może spowoduje mniejsze jej odczuwanie.

-A ja tu mam jakiś zegarek... słowa, które mnie stawiają w stan gotowości.

-Z brązowym paskiem …? Jeszcze jedno pytanie i wizualna odpowiedź na podającej mi mój własny zegarek dłoni. Zagubione, znalezione. Nie zawsze nieszczęścia chodzą parami. Bywa, że pech obierze sobie za towarzysza szczęście i tak sobie paradują w tej parze przez świat. I są ludzie ze złagodzoną moralnością , którzy powiedzą : znalezione nie kradzione, a są tacy, którzy uczynią tyle ile w ich mocy aby czyjaś zguba znalazła swojego pierwotnego właściciela. Anonimowi zwykli ludzie, którzy wiedzą, że czyjaś zguba to czyjś smutek, może łzy, może dotkliwy brak. Lepiej mi z wiedzą, że są wśród nas tacy, którzy stawiają tę najzwyklejszą uczciwość ponad swoje wzbogacenie. Koło fortuny oddaje nam to co, kiedyś my uczciwie oddaliśmy komuś. Może to efekt zauważenia błędu kasjerki i oddanie jej nienależnej mi kwoty z wydanej reszty, w trakcie zakupów sprzed paru dni?. Wiedziałam że mi nie przybędzie …. Koło zatoczyło koło....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOJE MINUTY
Notatkę dodano:2013-10-09 21:41:17

Zmęczenie, to stan, który odczuwam w tej chwili. Nie idę spać choćby z tego względu, że sobie to wcześniejsze pójście spać obiecywałam. Może gdyby mój dzień leniwie przeszedł z wygospodarowanym dla siebie czasem, dotrzymałabym tej obietnicy. Nie było tego mojego czasu, wypełnienie pracą i w większej mierze tym co muszę, niż tym co mogę. Choć zapewne jako jednostka z wolną wolą mogłam zadziałać w taki sposób, aby więcej było tego dobrego czasu dla mnie. Cóż, teraz sobie odbiorę deputat swoich chwil. Dla zachowania równowagi, przez parę wykradzionych ze snu minut, będę słodko robić to co chcę. A teraz chcę delektować się czerwonym winem, które jakoś specyficznie mi się właśnie w tym momencie zamarzyło. Ogromny kieliszek, który jest takim moim szklanym skojarzeniem pewnej sytuacji z dalekiej przeszłości w tej chwili jest tylko i wyłącznie naczyniem bez podtekstów. Uszy wypełnia Ravel z narastającym dźwiękiem „Bolera”, dziecko cicho zasypia za ścianą, minuty wolno mają płynąć, z zapachem kończącego się pasteryzować właśnie sosu do spaghetti, wieńczącego prawdopodobnie robienie przetworów w tym roku. Ten sos to coś niezastąpionego w czasie, kiedy brak weny do gotowania, kiedy przychodzi ochota na cokolwiek szybkiego. Gdybym miała córki pewnie przepis stałby się rodzinną schedą, która szłaby w świat z wyfruwającymi z rodzinnego gniazda dziewczynami. Nie posiadam żeńskiej linii wśród potomków, przepis pozostanie niechcianym spadkiem, choć nie powiem, wyskoczył w świat z mojego zeszytu z kulinarnymi pewniakami. Parę znajomych osób uraczyłam nim i po wypróbowaniu stał się stałym bywalcem ich spiżarni. Nawet z racji swojej popularności przebąkiwałam o jakichś autorskich apanażach, za każdy wyprodukowany poza moim domem słoik. Oczywiście wzbogacenia nie zanotowałam, ale stał się dla niektórych niezastąpiony, a taki stan bardzo mnie cieszy, i jeśli tylko ktoś wykazuje zainteresowanie dzielę się nim bez żadnych oporów. Mieszanina zapachów bazylii, oregano, pomidorów oraz papryki króluje dzisiejszego wieczoru w moim domu. Atmosfera się od gotowania ociepliła, i choć odrobinę zapomniałam o mijającym dniu. Wczorajszy zasługiwał na odnotowanie, z uwagi na swoją ciepłą i jasną urodę, czego nie powiem o tym, czego doświadczyliśmy dzisiaj. Jakaś ciężkość gdzieś galopującego ciśnienia powodowała wzmożone ziewanie i chęć przytulenia się do miękkiej poduszki. Już nie było tej ochoty do szalonej aktywności, musiałam wbrew odczuciom zmusić się do działalności. Łzawa cebula szybko dała zapomnieć o mankamentach aury, zaabsorbowana krojeniem, smażeniem, przestałam myśleć o zmiennej pogodzie, która jednego dnia rozpieszcza aby drugiego całkowicie przeinaczyć swoje oblicze. Nie było co prawda deszczu, wiatru jednak przytłaczająca mglistość odebrała mojemu światu wiele ze swojego piękna. Każdego dnia obserwuję zmiany kolorów, ilości listowia na coraz bardziej ogołoconych z niego gałęziach, walczę z garderobą, której nie pragnę zamienić na coraz cięższą. Codziennie rano wychodzę z domu z dylematem, czy jeszcze dziś jest do przyjęcia ten mój polar, który choć wczesnym świtem niewidoczny, w godzinach powrotu do pracy już może być poddany ocenie przez wielu mijanych ludzi. I będę hardo udawać, że nic mnie to nie obchodzi, jestem ponad te oceny, mam gdzieś wystawioną mi laurkę nieodpowiednio do pory ubranej osoby. A może tym przywiązaniem do lżejszego odzienia na dłużej chcę zatrzymać cieplejsze dni, w naiwności swojej myśląc, że stanie się ten mój ubiór jakąś barierą do zimna, które do nas wielkimi krokami podąża. I choć wiem, że nic ani nikt moją lekką bluzą się nie przejmie i tak wewnętrzna walka przed wyjściem z domu jest wygrana właśnie przez to słabsze odzienie. Jeszcze czas, jeszcze nie chcę otulać się szalami, nie tęsknię za ciepłymi kurtkami i jeszcze pragnę tej pięknej słonecznej jesieni, kiedy każdy spadający liść choć coś ze sobą zabiera także pozostawia po sobie miejsce dla kolejnego, który już za parę miesięcy się pojawi i ja będę czekać na jego pojawienie i postaram się zauważyć, kiedy tylko rozłoży swoją seledynową zieloność i rozpocznie żywot pełen wiosennej nadziei.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESZCZE NIE MATRONA
Notatkę dodano:2013-10-08 20:58:18

 

 

Miałabym do siebie wielki żal, jeślibym nie napisała paru słów o dzisiejszej pogodzie. O pięknym, słonecznie radosnym, pełnym blasków i kolorów, jesiennym, prawdziwie złotym dniu. I taki sobie był od południa, choć wcześniej obleczony mglistością nie przepuszczającą słonecznych starań, aby stał się ten czas zaczarowanym w lśnieniu i cieple. Kiedy wreszcie udało się, stały się te godziny takimi do zapamiętania, do aktywności, do działania. Każdy chyba odczuwał ten przypływ energii. Wracam z pracy, wierzchnie odzienie coraz mniejszą wartość tego co na plecach sobą przedstawia, a coraz więcej zajmuje miejsca w torbach, które nieodmiennie mi towarzyszą. Mam przypadłość, nie każdej kobiecie daną : uwielbiam wielkie torby. To nie są maleńkie pełne kobiecej elegancji, wypełnione tym, co tylko prawdziwa w swej kobiecości kobieta posiadać powinna, torebeczki. Moim torbom bliżej do jakiegoś bagażu niezbędnego w podróży dalekiej niż zwykłym wyjściom do pracy. Wypaczenie moje każe mi posiadać tylko takie właśnie wielkie torbiska, które mieszczą w sobie i to co potrzebne, i to czego być tam nie powinno. No powiedzmy prawdziwa w swej kobiecości kobieta nie czuje potrzeby akurat takiej zawartości jaką ja gdzieś w przepastnym wnętrzu posiadam. Jednak dzięki takiej wielkości ulubionego „dodatku” mogę pakować niezliczone, masy przedmiotów, lub tak jak dziś zbędne części garderoby. Maszeruję dosyć szybko, to kolejna przypadłość, ciepłota ciała samoistnie się podnosi, ściągam bluzę, i coś i kolejne coś. Ląduje to wszystko w otchłani „torebki”, jakieś zakupy też znajdą tam miejsce, i wracam do domu, wilgotne plecy do których zaczyna przylegać jakaś koszulka, nie przeszkadzają mi cieszyć się tego pięknego czasu. Szybka akcja odebrania Kleszczyka z zerówki, wytęskniona kawa, i pytanie o dalsze plany. W naiwności swojej sądziłam, że mały obierze kierunek leśny lub w stronę rzeki, o słodka moja głupoto...

-Pójdziemy na boisko...będziemy grać w piłkę...

Pawełku, ale jaką piłkę? Jeszcze kolejne łapanie brzytwy przez tonącego...

- ….Nożną....

Bycie matką synów sprawia, że staję się wbrew sobie „udawaną pasjonatką” sportów. Muszę stanąć na wysokości zadania, skoro odmówił grania z kolegami w podobnym do siebie wieku, a wybrał podstarzałą matkę, bez sportowego zacięcia... To powinno nobilitować, i ja, osoba, bez wyraźnej kondycji, zupełnie nie interesująca się sportem w wydaniu osobistym muszę, powinnam, i może nawet wbrew sobie będę idiotycznie kopać tę piłkę ku uciesze i radości małoletniego. Odzieję się w zdezelowane adidasy, nie zważając na ból palców stóp, będę wbrew wiekowi i standardom, kopać, podawać, strzelać gole. Wiem, że ten czas ograniczony w swoim trwaniu, za chwilę matka jako partnerka podobnych wyczynów stanie się zupełnie zbędna, więcej, udanie się z takową na boisko, będzie obciachem, siarą czy jeszcze inaczej nazwaną żenadą. Stanę się niepotrzebna do takich akurat zabaw, znajdą się nieodzowni kumple, ale jeszcze ten czas nie nastąpił, jeszcze nie odczuwalna śmieszność sytuacji, nie ma wstydu z pobytu niezgrabnie kopiącej piłkę matki. Jeszcze jestem pełnoprawnym współuczestnikiem, a nawet pożądanym elementem gry. I ten piękny dzień, i stan niezbędności mojej osoby choć uciążliwe jakoś cieszy. Później poczuję ulgę a w następnym etapie brak czegoś co już nigdy w podobnym kształcie nie powróci. Dziecko zacznie żyć swoim życiem, którego coraz mniejsza będzie moja rola. Póki co muszę się starać, nawet wbrew swoim zapatrywaniom i sportowym zacięciom, iść i starać się dotrzymać kroku. I jeszcze dotrzymuję, dobiegam, jakoś nieporadnie kopię tę piłkę, nie daję się ani wiekowi ani małoletnim wymaganiom. W duchu myślę, może jutro inny wycisk stanie się moim udziałem, a to, jak mnie odbierają przechodzący ludzie zupełnie mnie nie obchodzi. Dzięki swojemu synowi jestem od nich sporo młodsza, choć od niektórych ….

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


W LABIRYNCIE EPIZODÓW
Notatkę dodano:2013-10-07 21:27:57

 

Kolory, faktury, melanż barw w mojej drodze do pracy.

 

Kilkunastogodzinna nieobecność zakończona, aż do następnej życiowej konieczności. Czas rozstania iluzorycznie się zakończył, jednak choć jestem w domu, rozłąka ciągle trwa. Mąż na drugiej zmianie w pracy. Kleszczyk wnikł w swoją bajkę a ja chwilowo wykradam dla swojego pisania bezcenne minuty. Jabłka gdzieś w otchłani dużego garnka dokonują rozpadu swojej spoistej dotychczas struktury. Aronia czeka na swoją kolej, aby stać się częścią niezmarnowanych zimowych zapasów. A ja w doskoku, troszkę tu, odrobinę tam. Roznoszący się zapach prażonych owoców osładza domową atmosferę. Codzienność w wydaniu zwykłej kobiety. Minęły dni innej aktywności, innych działań, innych miejsc. Większy spokój, bez nadającego bez ustanku dziecka daje większe wyciszenie, możliwości przemyśleń, wejścia wgłąb siebie. I mogę dać sobie czas na pytania, i mogę udzielać odpowiedzi. Nie na wszystko daję radę odpowiedzieć satysfakcjonująco. Są sprawy wymagające czasu aby same wskoczyły na odpowiednie tory, którymi polecą w niepamięć, w kierunku właściwym, przestaną absorbować, dadzą się zapomnieć i przestaną zajmować myślenie. Staną się epizodami choć były priorytetowymi, innej klasy ważnością. To te większe sprawy, które potrzebują zostać zapomniane, bo ich nie chcemy w obecnym czasie. Jednak czyż nasze życie nie składa się właśnie z epizodów. Codziennych, maleńkich, mało istotnych cząstek większej całości, którą jest nasze trwanie tutaj. I takie epizody następowały jeden po drugim w trakcie mojej absencji.

Praca, rozpoczynająca się od wczesnych godzin. Sobota przed piątą już naznaczona moją marszrutą, zadarta głowa, szukające Wielkiego Wozu oczy, gwieździste niebo, i już pawie jestem wśród tych gwiazd. Oderwałam się, droga przebiega niezauważenie, cichość tego czasu, kiedy niewielu na nogach. Żółta poświata ulicznych latarni, przebłyskują rażące oczy inne niż gwiazdy odblaski światła, i ta ogarniająca i uspokajająca cisza. Sporadycznie mijające mnie samochody, ktoś kończy noc, inny tak jak ja rozpoczyna swój dzień. Nic nie znaczące chwile. A przecież są, budują moje życie.

Niedziela, ze swoim zachmurzonym niebem nie daje przejażdżki wśród gwiazd. Chmury wiszą, otulają, przykrywają i dodają ciepła. A ja idę zatopiona w muzyce, nie docierają do mnie dźwięki szelesty, przed szóstą rano chcę tylko dźwięków muzyki. Oddalam się od jednego miejsca przybliżając zarazem do kolejnego. Gdzieś po drodze zatrzymuje się samochód, którym jadą do pracy moje koleżanki. Ostatni etap przebędę już zmotoryzowana. I ich słowa : Baśka, czy ty się nie boisz, że ktoś ci da w łeb? W tych słuchawkach przecież nic nie słyszysz, a tam za tobą jakaś gromada małolatów szła. I co mam im powiedzieć? Że tak mi lepiej? Że wolę nie być przygotowana, nie chcę czuć strachu, zanim ktoś da mi w łeb? Nie wiem jak ten strach na mnie podziała, może mnie sparaliżuje, stanę się bezwolna, a może niczym pozbawiona szans ucieczki koza wykonam ten ostatni bezsensowny sus, aby wilk, bardziej rozjuszony moją ucieczką i tak mnie dopadł. Jak mam wytłumaczyć, że jeśli ktoś napisał mój scenariusz z takimi wydarzeniami to na niewiele się zda moje przygotowanie, moja mobilizacja. Jeśli będę nasłuchiwać i wypatrywać to stanie się strach otaczającą mnie obsesją, którą będę widzieć i czuć wszędzie. A ja nie chcę żyć w ciągłym strachu, nie chcę aby zabierał mi piękne chwile beztroski. Wolę nie czekać na to złe, które może gdzieś się czai. Jeśli ma mnie zaatakować niech uczyni to znienacka, szybko i bez mojej o tym świadomości. Tak dla mnie będzie wygodniej, bez stresu, złagodzone niewiedzą i dźwięczącą w uszach ulubioną muzyką.

A epizody następowały dalej, plotąc kolejne minuty i godziny. Wyrywałam coś dla siebie, wysłuchiwałam czegoś od kogoś, obserwowałam zmiany kolorów i tą jesień, która otacza z każdej strony. Jej barwy coraz intensywniejsze, pełniejsze i żywsze w płonących czerwienią, ogrzewających żółcią, i jeszcze ciągle dających zieloną nadzieję liściach. I świat składający się z epizodów jest piękny, choć dalej od kochanych, którzy gdzieś po drugiej stronie telefonu mówią, że im mnie brak i że czekają. Skończą się godziny czekania, nadejdą te wspólne, bez oddalenia. I też będą się zaplatać z kolejnych epizodów, wspólnych, ciepłych, razem bliskością nie dającą się zastąpić przez nikogo innego. Czas rozłąki, nawet tak krótkotrwały, niewielką odległością nas dzielący, daje odczuć brak, tęsknotę i niedosyt Twojej osoby. I minęły epizody piątkowego wieczoru, soboty, niedzieli, dużego kawałka poniedziałku, i nastaną kolejne, niewiadome i choć maleńkie to ciągle będące częścią tej mojej całości, w której trwam.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZNIKAM....
Notatkę dodano:2013-10-04 16:40:12

Jeszcze kilkadziesiąt minut pozostało mi dzisiejszego pobytu w domu. Miną te minuty i opuszczę aż do poniedziałku swoje miejsce na świecie, aby znaleźć się gdzieś indziej. Mąż z markotną miną wylicza: to aż tyle cię nie będzie...-Wytrzymacie, -bo cóż na to mogę powiedzieć.

Inna woda do której wdepnę, w której przez ten nadchodzący czas pobędę. Dzień wypełniony, jakoś mija w swojej zaplanowanej i spodziewanej obfitości. Wyszarpnęłam minuty dla siebie, przeciągnęłam ich trwanie na ile się dało. Gładkość tafli wody, którą tylko ja zaburzałam, tylko moje to miejsce przez czas jakiś było. Znudzony ratownik tylko dlatego przesiadywał na swoim krzesełku, bo pewnie taki ma zakres obowiązków. A ja byłam w siódmym niebie. Płynęłam na równi ze swoim cieniem, który sunąc po dnie dotrzymywał mi towarzystwa. Załamane światło bawiło się ze mną w jakąś cudowną grę całą tęczową jaskrawością. Myśli, gdzieś zostały na brzegu, tylko niektóre ze sobą wzięłam. Zapamiętałam się w tym nurzaniu i figlach ze światłem. To pod wodą błyskotliwe, różnobarwne niczym małe tęcze tańczące, załamującymi się kreskami, a to nad wodą jasne choć nie oślepiające oczu. I moje napawanie się tą grą, do czasu gdy słońce przesunęło się gdzieś dalej i na moim torze stał się unieszczęśliwiający mnie cień. Powrót, szybkie działania obiadowe, synchronizacja na tyle zgrana z czasem, że z chwilą wejścia moich chłopaków ich talerze z parującą zawartością już czekały. A teraz zmierzam w inne miejsce, i tam przetrwam kolejne dni. Nie mam planów, nie wydumałam wizji, jak te dni mi przebiegną. Będzie praca, będą wolne godziny, które będę musiała jakoś zapełnić, czymś zabudować. Poddam się płynącemu czasowi, znajdę zajęcie i wrócę w poniedziałkowe popołudnie. Zakasawszy rękawy przywitam rzeczywistość mojego miejsca. Ot zabiegłam w przyszłość, jeszcze nie opuściłam domu a już w myślach do niego wróciłam. Obietnica nie czynienia planów czasami łamana z całą premedytacją i choć podświadomie jednak się zdarza. Trzy tygodnie do uroczystości mojego starszego syna. Zrobiłam rekonesans sklepowych półek, jakoś nic nie dało się w sobie zakochać. Żaden fatałaszek do mnie nie przemówił, bo i niesprecyzowane moje wymagania. Cała uroczystość specyficznie ma się odbyć, ale jakoś nie chce mi się tutaj o tym pisać. Nikt nie pomoże w zrozumieniu, wielu nie uwierzy. Co mam komu powiedzieć, powiem w cztery oczy, lub z wykorzystaniem telefonu. To miejsce pozbawię swoich wynurzeń w tej kwestii. Może jak już będzie po wszystkim, bardziej na zimno, bez emocji. Jeszcze nie teraz. Teraz czas na inne sprawy, co ma być to będzie. Jak zawsze, zadzieją się sprawy, których nie zmienimy, taki scenariusz obmyślony gdzieś dla mnie, mi przyjdzie tylko odegrać powierzoną rolę. Może ze łzą w oku, a może uzbrojona w twardość bez tego oka mrugnięcia. Czas na wyjazd....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PLANY I TELEWIZYJNE WSIĄKNIĘCIE
Notatkę dodano:2013-10-03 21:41:11

 

Wreszcie w domowych pieleszach, dzień pracy za mną, już na języku czuję przedsmak jutrzejszego wolnego. Będę łykać ile się da tych chwil dla siebie, przed kolejną kumulacją siedmiu pracowitych dni. Planuję, choć nie powinnam tego robić. Jednak kiedy człowiek czeka choćby nawet na niewiele, które ma nastąpić, zaczyna układać sobie te wolne minuty aby jak najwięcej w nie zmieścić, upchnąć ile się da. Jutro dopiero nastąpi, a ja już po części nim żyję. Teraz zamiast poświęcić się przetwarzaniu jabłek, które w swoje dobroci ofiarowała mi jedna dobra osóbka, chwila moich codziennych wynurzeń. Jutro może nie znajdę czasu, a później aż do poniedziałku mnie nie będzie. Komputer zdąży za mną zatęsknić, ja tak sobie poukładam chwile nieobecności, że ich przesycenie innymi sprawami nie da mi podobnej tęsknoty. Choć, prawdę powiedziawszy jakieś przyzwyczajenie do tego swojego codziennego pisania odkryłam, i jeśli nie zostawię paru znaków czegoś brakuje. Wtedy, kiedy jestem nieobecna pojawiają się myśli,które chciałabym przelać tutaj, później gdzieś się rozmywają i nie zostawione na czas znikają niczym poranna mgła rozdmuchana powiewem wiatru. Przychodzą następne i kolejne a ich kres podobny w nie zostawiającym znaku odejściu. Chwile obfitujące w samotność, są niezłą pożywką do myślenia, analizowania, trawienia problemów. Nie powiem, że same górnolotne pomysły przychodzą do głowy, bo takie stwierdzenie byłoby wielkim z mojej strony wyrazem próżności i zadufania w sobie. Nie jestem zauroczona ani swoimi tekstami ani ich wartością, traktuję jako odskocznię, pewien sposób wylania emocji, które gdzieś we mnie siedzą. Czasami te emocje aż parzą a niekiedy stonowane i letnie w temperaturze. Bywają myśli, które gdzieś przez głowę przemykają jak dziś, kiedy odsiadywałam swoje oczekujące minuty na przystanku. Niebieskie niebo z odrobiną szarości, oświetlone nisko wiszącym słońcem, które już opuszczało dzienne miejsce pobytu, ja z głową częściowo zadartą, obserwuję ptaki, jakiś odległy samolot i czekam, i myślę. Myślę, że przeszłabym swoje lęki, zaciskając zęby wzniosłabym się gdzieś tam w kierunku południa, gdzie zapewne cieplej niż tu. Bez chwili wahania zostawiałaby darowane dziesięć kilo jabłek i wyruszyła w nawet pośledniej klasie tym podniebnym transportem, opuszczając to teraz i tutaj. Takie myśli przychodzą, kiedy bezpiecznie siedzę na przystanku, i wiem, że chwile dzielą mnie od mojego naziemnego transportu. A jeśliby jakaś wróżka z dyniowego pojazdu stanęła przede mną i powiedziała, wstań i wsiądź bez ociągania, bez telefonowania, informowania a dam ci możliwość bycia teraz w cieple, i tutaj wymieniłaby jakieś egzotyczne miejsce. I cóż by mi było powiedzieć na taki uśmiech losu? Nie pojadę bo w domu czekają....? Nie pojadę, bo nie chcę innego świata....? Nie pojadę, bo tu mi dobrze...? Nie pojadę, choć taka myśl mi przez głowę przeszła, a dlaczego? Bo może w całej swojej głupocie wybieram znane miejsca, i ludzi których kocham. A podniebne podróże mogą być tylko niezrealizowanym pomysłem w chwilach samotnego galopu szalonych wydumań. I może dlatego tu ciągle jestem, z tym samym mężczyzną obok siebie, w ustalonym jakoś porządku spraw, choć miejsce mało kolorowe, choć są piękniejsze, a mi jakoś wystarcza to tu, które jest po prostu moim miejscem na ziemi. I dlatego nie szukam, wychodząc z założenia, że nic lepszego nie znajdę choć może byłoby kolorowsze, bardziej egzotyczne i inne od tego mojego codziennego. Są pragnienia, które zaprzątają głowy w całej niemocy zrealizowania, i przychodzi ten wiatr, który rozwiewa mgły i pragnienia znikają.

Wczorajszy wieczór poświęciłam w jakiejś części na oglądanie telewizji. Nie często mi się to zdarza. Są te moje chwile zbratania z telewizorem sporadyczne. To urządzenie, bez którego doskonale udaje mi się funkcjonować, jednak raz na parę tygodni coś mnie przykuje, skupi moją uwagę na tym co w czarodziejskiej maszynce się dzieje. I właśnie wczoraj siedziałam śledząc od początku do końca film pt.”Bardzo długie zaręczyny”, i było brutalnie, odstraszająco w ukazanych obrazach działań wojennych. Mój pacyfizm dostał pożywkę aby się utwierdzić i stać pewnikiem mojej moralności. I było coś co po kobiecemu sobie tłumaczyłam, wielka miłość, desperacja i pragnienie kobiety, która wbrew wszystkiemu i wszystkim wierzyła i miała pewność, że ktoś kochany gdzieś po zawierusze wojennej jednak się odnajdzie. Ona wiedziała, że gdzieś ta jej połówka jest, i możliwe będzie jej odnalezienie aby z nią być. Pokrętne losy, zawirowania, w efekcie nie do końca szczęśliwy finał, który niedopowiedziany filmem sama sobie aby sprostać oczekiwaniom dopowiem. Uczestniczyłam wraz z bohaterką, kulałam jej niesprawnymi nogami, byłam razem z nią prawie sto lat temu wciągnięta i przesiąknięta jej pragnieniami. Wielkie, prawie nieosiągalne ale dzięki ogromnej wierze udało się zrealizować. Piękny film, pięknem uczuć i głębokiej mocy pragnienia. Pragnienia dwojga zwykłych ludzi, takich których dziesiątki mijamy codziennie nie znając ich skrytych życzeń.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JEST KRAJOWA DROGA W MOJEJ WIOSCE.....
Notatkę dodano:2013-10-02 19:42:33

 

      DROGI NIGDY NIE NAPRAWIANE... To nie jest droga krajowa, to "moja droga" do leśnego                                                                    raju...

 

        Moją miejscowość przecina krajowa droga. Jedyna alternatywa aby dostać się do Zielonej lub Jeleniej Góry, i dalej. Biegnie szczęściem dla nas mieszkańców w pobliżu naszych domów, a bywa że stanowi ta bliskość pecha. Czymże ten pech naznaczony, skoro droga może być trasą prowadzącą w większy, od naszej małej miejscowości świat. Bliskość, hałas, niebezpieczeństwa związane z odbywającym się tutaj wzmożonym ruchem. Jednak droga wrosła w krajobraz istniejąc od wielu, wielu lat. Jednych jej szlak żegnał inni pojawiali się tu i zawsze odbywało się to po tej właśnie drodze. Droga jakich wiele, nic szczególnego. W zimie ośnieżona, w lecie przecinająca zielone pobocza swoją antracytową czernią. Szlak skądś dokądś, ze swoim komunikacyjnym znaczeniem ważny i uczęszczany. Ktoś zauważył konieczność podniesienia standardu, unowocześnienia, kompleksowego remontu z nowatorskimi rozwiązaniami ścieżek rowerowych. I rozpoczęły się przemiany, utrudniające ruch ale dające nadzieję na niegdysiejsze zakończenie prac, na późniejsze ułatwienia i gładkość stolnicy na długim odcinku. Modernizacja trwa niczym długotrwała choroba z wieloma interwencjami chirurgicznymi i częstą zmianą prowadzącego lekarza. Sprzeczne decyzje, kadra nie nawykła, może bez doświadczenia, metodą prób i błędów poprawiają i naprawiają siekając to starą nawierzchnię, to świeżo położoną. Ciężki sprzęt tarasuje jedyną drogę przejazdu. Jedni wylewają, inni za dwa dni to samo ściągają, jedni łatają aby kolejni wiercili i kuli. Kanały na poboczach drogi podnoszą, zalewają asfaltem, tylko po to aby następni asfalt wiercili a inni ponownie podnosili żeliwne kratki. I tak się to dzieje stając jakimś błędnym kołem, szalonym pomysłem urojeń i wizji kogoś kto wziął na swoje barki ciężar zmian. Nie znam się na pracach drogowców, jestem w tej dziedzinie zupełnym laikiem. Jednak sądzę, że niewiele się różni praca drogowców od gotowania zupy. Inne komponenty, inny sprzęt ale pewne kolejności nienaruszalne i w jednych działaniach i drugich. Czytam plany, niczym recepturę wspomnianej zupy. Potrzebuję sprzętu, czy to będzie nóż, garnek czy walec lub inny wiercący sprzęt. Muszę zrobić zaopatrzenie w produkty i zebrawszy wszystko powyższe korzystam ze swojego talentu w trakcie stania przy garnku lub najmuję fachowców od mieszania asfaltu, robienia dziur, wylania i wyrównania. Wygląda prosto, może coś w ferworze kulinarnego szaleństwa zapomniałam, ale czyż tak wielką filozofią jest naprawienie lub poprawienie czy też zmodernizowanie drogi, jeśli ustali się jakąś kolejność i sposób działania. Przebudowa jednak mojego kawałka drogi od wielu miesięcy frapuje mnie niczym kuglarska sztuczka, wdeptuję na wyżyny czarnej magii dzięki pracom tu się odbywającym. Nic, co się dzieje nie ma określonej chronologii, nie istnieją logiczne ciągi które kazałyby najpierw zrobić porządek z tym co pod spodem a dopiero brać się za wierzch. Stają się te prace niczym zaczęcie gotowania zupy od wlania zasmażki lub zagęszczania śmietaną. Wszystko postawione na głowie, wylewa się dwie warstwy asfaltu aby ktoś błysnął pomysłem naprawy rur biegnących pół metra w głąb. I rozkuwa się co szczelnie zakute, rozkopuje co twardo utwardzone aby ponownie zakuwać, utwardzać i wylewać. Wizjonerskie naprawy kawałka drogi trwają już wiele miesięcy, robione w doskokach to tuż obok mojego bloku, aby kolejnego dnia bez zakończenia wcześniejszego odskoczyć na sto metrów dalej i jakiś ułamek z bardzo dalekiej całości poczynić. Stała się ta droga jakimś wizjonerskim dziwem, kunsztem dla samego działania. Wylewanie i wielokrotne rozkuwanie, muldy na krajowej drodze, ograniczenia i zakazy dla kierowców a ja posunęłabym się w tym wariactwie dalej. Komuś odpowiedzialnemu zafundowałabym namiot, który nawet bym mu rozbiła na poboczu reperowanej drogi aby mógł sobie choćby wzrokowo uczestniczyć w swoim dziele. Aby widział z jakim mozołem ono powstaje ile pieniędzy topi się w tej drodze ile czasu marnuje na te chaotyczne posunięcia. A jak by się napatrzył mógłby z czystym sumieniem przeciąć wstęgę otwierającą powstałe w wielkim bólu dzieło. Z podniesionym czołem mógłby powiedzieć dopilnowałem osobiście i zrobiłem co w mojej mocy aby ta stara, choć nowa droga mogła służyć bez kolejnych napraw.

Patrząc na dziejące się w naszym kraju dziwy oczekujemy cudu bo tutaj inaczej nie da się żyć tylko nadzieją na to, że kiedyś dostąpimy zaszczytu posiadania fachowych fachowców, mądrych myślicieli, praworządnych prawych polityków, i innej fikcji która potrafi w innych krajach być na porządku dziennym.

KASZTANOWE SERCA OKRYTE PODOBNIE JAK NIEKTORZY LUDZIE KOLCZASTĄ POWŁOKĄ.

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163127
Osób: 145582