Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PAŹDZIERNIKOWY WSTĘP
Notatkę dodano:2013-10-01 21:57:42

KOLORY NAD GŁOWĄ

 

Oszronione dale, świetlisty horyzont, wiszące gdzieś pomiędzy opary i mgły. Październik wita na swoją modłę tym nowym porankiem. Może to tylko przeinaczenie dla całego miesiąca, który właśnie zawitał, a może przedsmak szykowanych zimnych dni i nocy. Jak bardzo nie chcę tego zimna, marznących rąk, zaczerwienionego nosa, naelektryzowanych spod czapki włosów, wiatru, który przenika wszędzie i nic nie broni mu dostępu do mojego środka. Odsuńcie ode mnie tę porę kiedy niczym cebula w kilka warstw ubrań okutana, a ciągle ich mało i choć niewygodnie i krępująco ruchy czuję niewidzialne zimno. Taka kolej rzeczy, norma, do której jakoś pomimo mijających lat nie przywykłam. I tak to już się układa, że za każdym razem, kiedy zaczynają się te jesienne miesiące, moje niezadowolenie osiąga jakiś zawyżony poziom. Szron za oknem, po raz pierwszy w rozpoczynającym się sezonie, potrwa parę chwil, ale na dłużej zwiastuje to co nieuchronnie będzie nas czekać, widok spowszednieje, osiadające na roślinach mroźne zimno zetnie zieloność, wygoni kolory i wskaże drogę zimie.

Jeszcze do tego czasu chwilka, póki co, poranne promienie słońca zdeptały szronową powłokę, przywracając normalność trawie, z błyszczącymi kropelkami rosy. I już ten dzień przetykany słońcem zaczyna mi się podobać, i wiem, że nie będzie zły. Będzie dobry takim nic nie zabierającym i niewiele dającym dobrem. Do pracy na późniejszą godzinę, więcej czasu, choć nie tyle ile byłoby potrzebne, ile by się chciało. Zimno dwóch stopni powyżej zera daje się odczuć, młody do szkoły po raz pierwszy w jakiejś lekkiej czapce i rajtuzach, gdzieś w kolejnej pod spodniami warstwie. Ja zmarzluch niepoprawny też o jedną warstwę więcej na siebie nałożyłam, wychodząc z założenia, że lepiej mieć co ściągnąć niż marznąć. Nie muszę przebywać dużych odległości w drodze z busa do pracy, więc ani się zgrzeję ani zmarznę. Wysiadam na wcześniejszym przystanku, jakieś zakupy, na chybcika i już marszobieg do pracy. Ten dzień jakoś radosny, pomimo zimna, uśmiech przykleił mi się do twarzy. W uszach dźwięczy po raz kolejny odnaleziona z niebytu muzyka, tak jak przewidywałam, będzie odsłuchana dziesiątki razy, zanim się nią nasycę. Może to ta muzyka, która aż mną huśta, a może ten błyszczący słonecznymi promieniami dzień dają mi ten niezdejmowalny z twarzy uśmiech. I tak idę do pracy głupio się uśmiechając do swoich myśli, a one pogodnieją. I ta zebrana w całość radość chyba aż widoczna. Przed pasami dla pieszych, na które nawet nie wchodzę z uwagi na nieprzerwany ciąg samochodów, cierpliwie stoję, czekając na możliwość przejścia. Ktoś zauważa ten mój głupi grymas i zatrzymuje cały orszak pojazdów za sobą, skłoniłam głową w podziękowaniu dla niewidocznego pod słońce kierowcy, posłałam jeszcze czarowniejszy uśmiech i utwierdzona w przekonaniu że świat nie jest dziś smutny pognałam dalej.

I nie był ten świat w dniu dzisiejszym zły, smutny, pogrążający, był dobry i spokojny. Mój świat w pierwszym dniu nowego miesiąca. Może uda się jak najwięcej takich właśnie dni mieć przed sobą, przejść z uśmiechem całe trzydzieści jeden dni. Wiem, że zapamiętam ten październik, z uwagi na wyskok matrymonialny syna, z całym szaleństwem jakie zgotował. Przyjmę, choć mam wiele wątpliwości i wewnętrznych rozterek, cóż niespodzianki, których autorami są nasze dzieci potrafią wywrócić świat do góry nogami, a nasza, rodziców w tym głowa aby umieć pomimo całego tego kataklizmu utrzymać równowagę i fason. Życiowe scenariusze pisane przez kogoś, gdzieś, czasami dają chwile spokojnego wytchnienia, takimi dniami jak dzisiejszy, aby w kolejnym zgotować osobiste trzęsienie ziemi. Jestem na nie gotowa i wiem, że mam teraz nałykać się tego spokojnego nic niedziania się aby później zmobilizować całe swoje siły do wytrzymania udziwnień życiowych. I będę po raz kolejny, i kolejny wytrzymywać z nadzieją na kolejną dozę spokojnego, zwykłego czasu. W takim czasie zauważa się ile się posiada, jak cenne i ważne są osoby, z którymi dzieli się smuteczki i radości. Ja zauważam i wiem, że mam ogrom, który choć bez cenowej metki najcenniejszy. I może właśnie dzięki tej świadomości potrafię się uśmiechać do swoich myśli idąc do pracy i wracając z niej. Wiem, że za chwilę Ty podasz mi kawę, i odciśniesz buziaka na powitanie, i szepniesz coś tylko dla mnie, a ja odpowiem tylko dla Ciebie....

KOLORY POD NOGAMI


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DZIEŃ DLA CHŁOPAKÓW
Notatkę dodano:2013-09-30 20:08:51

Zasnuty różowością wschód nieba kończy kolejny poniedziałek w moim życiu. Zachód spowity większą ilością pomarańczowości, a zarówno po jednej jak i drugiej stronie mojego świata niebiesko szare obłoki, niczym strzępy brudnej waty trzymają się nieba. Piękny słonecznie okraszony dzień, choć wietrzny i przyprawiający o dreszczyk zimna. Ostatni dzień września a temperatura otoczenia odczuwalna niczym w końcówce października. Jednak blask słońca jakoś niweluje gorsze odczuwania. Prawdziwie polska złota jesień. Lśniąca promieniami, ocieplana paletą barw, z fruwającymi nitkami babiego lata. Pełen optymizmu dzień, który przeszedł i już prawie zanikł za coraz ciemniejszym niebem. Robi się z popołudnia wieczór, później przyjdzie noc, ze swoimi tajemnicami, gwieździstym niebem i zdwojonym chłodem. Mój wieczór zaczęty po powrocie z pracy, spokojny. Kawa prawie wieczorna zaserwowana przez męża już wypita, teraz czas na herbatę, stanowiącą antrakt pomiędzy moimi inwazyjnymi wejściami w ogrom internetu. W miseczce topi swoją ilość zjadana przeze mnie żurawina, której zapas sobie w jakiejś dumpingowej cenie zrobiłam. I mam swoje plany na ten wieczór, jakieś rozgrywki umysłowe, rozwiązanie jakiegoś kreatywnego konkursu, może coś mi przyniesie z dóbr materialnych, które spieniężę aby utopić w basenowym karnecie. Muszę zasilić konto swojej karty, aby bez skrupułów móc chodzić na pływalnię kiedy będę mogła i chciała. Nie uszczuplam budżetu na swoje przyjemności. One są przyjemnościami dzięki mojej konkursowej działalności, coś wygram, gdzieś sprzedam. Wszyscy są zadowoleni z moją podwójną satysfakcją bo i sprawdzam się na niwie jakiejś odrobiny intelektu i mogę poprawić fizyczność. Ale to za chwilę, teraz bez presji i nacisku swobodne stawianie liter.

Ktoś na dzisiejszy dzień umyślił święto dla tych większych i mniejszych chłopców.

Dzień chłopaka. Nieodmiennie odnoszę wrażenie że mężczyźni tak naprawdę tylko przez jakąś przekorę przybierają tę doroślejszą nazwę. Stopniowanie dorosłości. Chłopiec, mężczyzna , facet. W środku większość z nich nie rozstaje się z tą pierwszą przylegającą do nich chyba na całe życie nazwą. Wieczni chłopcy, choć ciała się zmieniają, mężnieją, posturą stają się opokami, na których powinnyśmy się my kobiety w gorszych czasach wspierać. Potężna sylwetka (powiedzmy taki mój ideał, ale o tym może kiedyś indziej), choć wizualnie daje pozory i możliwości opoki i wsparcia, w swoim środku kryje małego chłopca. Czasami naburmuszonego bo nie dostaje swojej zabaweczki, bo coś nie idzie po myśli. Lśniące oczy, kiedy wybiera zabawki dla syna, i jakieś wewnętrzne pokłady chęci zabawy tym co kupi. Potomek może jeszcze nie dorósł do konkretnej zabawki, nic to, tatuś zastąpi małoletniego, może nie ostentacyjnie, może pod pozorami demonstrowania możliwości sprzętu ale frajda będzie i dla małego chłopca i dla dużego. Jeśli nie dane dużemu chłopcu mieć syna, inne zabawki sobie znajdzie, może motor, może samochód, doroślejsze i bardziej wymagające ale częstokroć pod przykrywką zabawy używane. Chłopiec na zawsze chłopcem pozostanie, i nie ważne czy jego dzieciństwo było cierniem usłane, czy różami. Środek każdego mężczyzny to wieczny chłopiec. Może on obrosnąć całkiem dorosłym podejściem do życia, trudami dojrzałości, przejściami pozostawiającymi piętno jednak jest, choć głęboko ukryty. Czasami potrzeba jakiegoś impulsu aby wyzwolić żywioł bycia chłopcem, czasami wypływa samoistnie ale jest. Pod płaszczykiem powagi, surowością bycia mężczyzną, pozorami bezwzględności, przykucnięty mały chłopiec gdzieś zajmuje kawałek dużego faceta. I mały chłopiec w dużym facecie potrafi rozbawić, przez minutę być lekkoduchem, stanąć na równi z synami i miast dwóch synów i męża staję się niewiastą posiadającą trzech chłopaków bez rozróżniania stopnia pokrewieństwa. Przywykłam i radzę sobie z tą mnogością męskich osobników, a dziś tak przy okazji tego święta mam dla nich parę dobrych ,pełnych życzeń słów. Ale to już każdemu z nich na uszko wyszepczę, nie tutaj....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MUZYCZNE ŻYCZENIE
Notatkę dodano:2013-09-29 17:48:06

       Każdy dzień coś daje, czymś pozwala się zapamiętać, a ja dziś jakby na przekór, niejako na odwrót. Nie zapamiętałam, tylko próbuję przypomnieć coś, co dawno temu słyszane, zapomniane i dziś jakimś strzępem paru nut zza ściany pokoju Kleszczyka do mnie przypłynęło. Nie mogę przypasować wykonawcy do tytułu, zresztą ta przypadłość ulubienia muzyki w jej anonimowej formie bez wiedzy o wykonawcy i tytule jest moją zmorą chyba od zawsze. Jeszcze polskich wykonawców daję radę jakoś uporządkować, z zagranicznymi mam kłopot. Coś mi się podoba, uwielbiam, zostawia na skórze dreszcz od tych paru nut, a za czorta nie umiem się nauczyć czyje to i jak się tytułuje. Nie ważne, muzyka poważna stanowiąca kanon, czy też rozrywkowa będąca w jakimś momencie przebojem, problem pozostaje na podobnym poziomie. Jeśli jeszcze jakieś skojarzenia w mojej głowie do utworu dojdą, małymi kroczkami z pomocą internetu wyśledzę, jednak jeśli tylko „suche nuty” zadźwięczą mam dylemat prawie nierozwiązywalny. Dzisiejszy poranek dał mi właśnie dwie zagadki do rozwiązania i z pełną pokorą przyjmuję swoją porażkę. Niby pięćdziesięcio procentowa skuteczność to jakiś sukces, jednak cóż to znaczy, skoro w głowie pozostałe pięćdziesiąt procent nierozwiązane ciągle dźwięczy chcąc poznać tytuł i wykonawcę. Ściągnęłabym sobie tę muzykę do swojej mp trójeczki aby mogła mi towarzyszyć, bo akurat energetyzujące dla mnie tamte nuty były. Nie lubię się poddawać, jednak chyba nie będzie wyjścia, i pozostanę z takim dylematem do jakiegoś niespodziewanego momentu aż sam się rozwiąże, kiedyś w przyszłości. Ten drugi, odnaleziony utwór to liryczna piosenka która za każdym razem, kiedy ją słyszałam wewnętrznie mnie potrafiła rozbujać, i choć stonowana, łagodna zarazem powodowała jakiś niedosyt jakby ciągle było mi jej mało. Jakoś zapomniałam, że kiedyś była, że tak się podobała, a dziś paroma dźwiękami dała się przypomnieć. Internet swoim ogromem informacji dopomógł w odnalezieniu, i już mam ten zapomniany utwór w swojej fonotece. I wiem, że parę kolejnych dni będzie królował w trakcie odsłuchiwania. Mam parę takich dawno nie słyszanych muzycznych perełek, dla mnie klejnotów, które mimo upływu lat ciągle się podobają, choć przykurzone, lekką patyną pokryte, dla mnie są nieodparcie piękne. Nie ważna treść oryginału, tłumaczenia tekstu, one przemawiają do mnie dźwiękiem, budują w wyobraźni jakieś obrazy, coś nieodparcie się z konkretnym utworem kojarzące. Lata mijają, a ja nie wyrastam z tej swojej dziwnej przypadłości. Nie nadaję się na gracza w teleturniejach polegających na zgadywaniu po paru nutach tytułów i wykonawców, bo u mnie one inaczej uszeregowane. Mają swoje obrazy w mojej wyobraźni i liczy się dla mnie tylko ich nutowa treść, samo granie. Niektóre muzyczne „kawałki” przywołują wspominki czegoś, kogoś, sytuacji z mojego życia i są jakby tych wydarzeń synonimami, słyszę i od razu pamięć przywołuje jakąś konkretną wizję z dawnych lat. I bywa, że oblicze się rozpogadza na takie wspomnienie a bywa, że chmurnieje, coś było dobrego a bywało coś gorzej w pamięci wyryte. Tych gorszych wspominek muzycznych słucham z rzadka, bo przecież sama muzyka mi się podoba, jednak wywołane obrazy niechciane w swojej wyobrażeniowej wizji. Bywało, że kiedyś uwielbiane teraz odstawione z etykietką :”rzadko używać, niestrawne dla wspomnień”. A może same wspomnienia dla teraźniejszości są niestrawne, lekko trujące. Powinno się umieć odciąć od tego co kiedyś, pewnie życie odrobinę mniej kolorowe by się stało, a zarazem łatwiejsze bez niepotrzebnego balastu, który czasem niczym alergen działa na nasze istnienie, wprowadzając chaos i zamieszanie, burząc obraz który utkwił w wyobrażeniach, czasami z gruntu fałszywych i przeinaczonych przez czas. Czas zaciera obrazy, pamięć daje to co chce, lub wypiera czy też uwypukla epizody. Wszystko po latach w inne kolory jest przybrane a muzyka w swojej niezmienionej formie w mojej głowie dalej gra i albo ciągnie do tańca albo sztywno usadza z marsową miną. Gdzieś we mnie ona jest i mam nadzieję, że będzie zajmować ten swój kącik na zawsze, a kiedy wyruszę w podróż ku nieznanemu będzie tą cząstką duszy, która pozostanie ze mną grając i bujając po wsze czasy.

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NASTĘPNY W SZEREGU
Notatkę dodano:2013-09-28 23:16:18

Grzybowe społeczności

 

Słomkowy napar zielonej herbaty w moim kubeczku podsumowuje i zarazem kończy ten miniony dzień. Jeszcze parę chwilek i odejdzie w niebyt jak każdy z jego poprzedników. Wczoraj zmęczenie nie dało mi usiąść i nakreślić nawet paru zdań, a może zmęczenie było tylko wymówką. Nie postawiłam żadnego znaku tego wczoraj, a przecież było, minęło, jakoś przeszłam, czymś się odcisnęło, a zarazem to coś tak mało istotne, że nie warte było stanąć w szranki ze zmęczeniem, aby choć najmniejszy swój odcisk tutaj pozostawić. Było, minęło. Było chłodno, choć słonecznie, złotojesiennie. Chce się tego słoneczka, a ono choć nie daje ciepła jakoś wewnętrznie grzeje nastroje i samopoczucia. Wcześniejszy powrót z pracy dał możliwość odebrania Kleszczyka szybciej z przedszkola i wyrwanie się do lasu. Odkrywam u małego jakieś symptomy zamiłowania do przebywania tam, jeszcze nie jest to tak rozwinięte jak u rodzicielki, która nauczyła się czerpać z lasu więcej radości niż przeciętny obywatel tego narodu. Jeszcze brak grzybowych plonów zmienia usta w podkówkę nie będącą oznaką radości, jeszcze nie jest to sama w sobie przyjemność z obcowania z przyrodą. Musi być jakiś sens tego łażenia, jakiś efekt,rywalizacja, ale kto wie, może z czasem wybuja ten początkowy zachwyt grzybobraniem w coś głębszego. Już nie narzekał na zmęczenie, szedł dalej, głębiej znajdując i ucząc się zarazem poszczególnych grzybów. Przy okazji była możliwość przekazania paru rodzinnych historii, jakieś opowieści z lasem w tle. Słuchał choć w jego przypadku przewagę bierze nadawanie, i to męczy mnie w lesie najbardziej. Hałas nie związany z leśnymi dźwiękami, ludzkie odgłosy są dla mnie czymś czego tam nie znoszę. Kleszczyka musiałam tolerować, wysłuchać potoku słów, niejednokrotnie po wielokroć powtarzanych rewelacji. Wróciliśmy każde na swój sposób zmęczone, jego czas na bajkę, mój na kąpiel, czyszczenie niewielkich leśnych plonów i plany na następny dzień. Czasu na bloga zabrakło, chęci nie starczyło, zmęczenie nie dało się pokonać.

A dziś choć już prawie w swojej końcówce, inaczej przeszło, inne smaki zostawiło. Wszyscy mamy wolne i mogę sama wyruszyć na leśne bezludzia. Nie jest to łatwe. Grzybiarze wykorzystujący wolną sobotę całymi tłumami wyruszyli w leśne ostępy. Nie każdy zna moje lasy, nie każdy wyrusza tak daleko jak ja. Mogłam zostawić nawołujących się i hałasujących przyjezdnych sama pogrążając się w błogim stanie ciszy i oddalenia od innych. Parę godzin włóczęgi, wiklinowy kosz zapełniający się niejako przy okazji i choć całe tłumy ten las przeczesywały, dary przygotowane dla mnie odebrałam. Miałam czas na swoje z lasem pogaduchy, on wysłuchuje tajemnic, szumiąc tylko w znak aprobaty lub negacji moich słów. Wyciszam się, gdzieś zostają złe emocje. Sosnowe igły znajdują dojście wszędzie, mam je w gumowcach, w jakiś czarowny sposób pojedyncze sztuki dostają się poprzez zaporę golfu aż w okolice pępka, drapią po gołej skórze brzucha, przeszkadzają we włosach. Ale to przeszkadzanie mało denerwujące, jakoś tolerowane. I przemierzam leśne połacie, łapię słoneczne promyki, które niepomne mojego wieku przysparzają kolejnych zmarszczek przymrużonym oczom, zarazem dając ciepło i zwielokrotnioną przyjemność z przebywania poza mieszkaniem. Przeciągam ten samotny pobyt, jest mi tam dobrze, spokojnie, gdzieś daleko zostały zwykłe sprawki, tu jest bez nich inaczej, łagodniej. Kiedy wrócę, ponownie mnie otoczą i przyjmę ich obecność jak coś normalnego, bo wiem, że tam ich miejsce, do lasu ich ze sobą nie biorę. Kolejne wolne od pracy dopiero w piątek, trzeba dać sobie możliwość odpoczynku. I ten mój las taki odpoczynek mi daje. Moi chłopcy też gdzieś wyruszyli. Mąż rozumie moją potrzebę samotności, i daje mi możliwość takiego spędzenia czasu, abym mogła być tylko ze sobą. Kochany człowiek. Zajął się naszą Katarynką, w leśnym kierunku się wybrali. I wracamy z tych wypraw z mnóstwem grzybów, które ponownie trzeba będzie jakoś zagospodarować. Ale teraz to wszystko już za nami. Dzień się kończy, zasilając szereg tych minionych całkiem dobrych dni w moim życiu.

Zwykłe niezwykłości.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOJE CZEKANIA
Notatkę dodano:2013-09-26 21:54:17

Jeszcze jutro pracowity dzień rozpoczynający się o szaleńczo wczesnej porze. Jazda samochodem aby dojechać do pracy na piątą, jakieś godziny odliczane do końca zmiany i następne dwa wolne dni. Perspektywa, coś co dopiero będzie, a już się tym zaczyna żyć. Jeszcze przede mną, a ja inaczej funkcjonuję, inne spojrzenie, jakieś plany. I łatwiejszy będzie ten jutrzejszy dzień, bo w zanadrzu coś na co się czeka. Łagodniej się przechodzi wszelkie niedogodności jeśli mamy cel, jeśli zmierzamy ku czemuś. I prawie namacalne coś, bliziutko, na wyciągnięcie ręki a moje spojrzenie barwi się większym optymizmem. Choć może się wiele zdarzyć, mogą runąć wyobrażenia o tych mających nastąpić chwilach, jednak czeka się i ma nadzieję na gładkie dojście i łagodne minięcie. Nie planuje się zawodu, porażki w myślach tworzymy ideał. I oczekuje się takiego właśnie ideału. Może to moja prywatna przypadłość, nastawienie na dobry przebieg. Zwłaszcza jak na coś czekam, najpierw powoli duże kroki sadząc się zbliża, a później drobi niczym gejsza w moją stronę i nabiera oczekiwanie tempa. Nie zawsze to na co czekam daje spełnienie pokładanych nadziei, bywa, że niespełnione one zostają, chorobliwie oczekiwane i umarłe w tym czekaniu. Coś nie idzie po myśli, przeciwności losu działają i spodziewana układanka zupełnie inny wzór osiąga niż wcześniejsza wizja zadomowiona w głowie. I trzeba się przestawić, inne kierunki obrać, zacząć czekać na coś innego. Krętactwa losu. Pewnie każdemu takie zawiłości się przytrafiają, choć raz na jakiś czas gubi się w czekaniu coś co prawie pewnikiem było. Duże i mniejsze do całkiem tycich planów i wydarzeń na które czekamy. Coraz większe tempo w czekaniu na niespodziankę życiową zgotowaną przez starszego syna, i też w jakiś wewnętrzny sposób się nastawiam, choć nie robię żadnej wizji tego jak, ani dokładnie co. Ma być o określonej porze, konkretnego dnia, gdzieś, i stanie się bez względu na moje nastawienie. Nic ono nie zmieni, choć lepiej jeśli w środku siebie poukładam pewne sprawy, jakoś się przygotuję i może być doznam wielkiego zawodu, wyobrażenie popadnie w wielką ruinę ale moje oczekiwanie jakoś samo z siebie, gdzieś zaistniało. Nie mi pierwszej los płata figle, robi niespodzianki a i minione lata nauczyły życiowych prawd i półprawd, że niewiele w życiu pewnych spraw. Takich nienaruszalnych, i idących zupełnie zgodnie z naszym planem. Może to jest w zarodku przyczyną niewielkiej ilości moich planów, brak pewnika. Idzie coś po torze wydawałoby się nienaruszalnym i bum, i trach ktoś po majstrował ze zwrotnicą, jakieś zabiegi zmieniające kierunek wynikły, hamulec bezpieczeństwa nieopatrznie zastosowano i już nic nie takie jak miało być. Nie będę planować a jednak czekanie pozostanie, i perspektywa czegoś w czasowej oddali. Wolne dni niewiele przed sobą maja czasu do stania się teraźniejszością i zanim się obejrzę już będą przeszłością, i ich miejsce zajmą kolejne na które też będę w jakiś mniej lub bardziej tęskniący sposób oczekiwać. A jutro muszę po prostu jakoś przetrwać, bez zbędnego zaabsorbowania mijającym czasem, zwykłe przeżycie kolejnego dnia, choć w zanadrzu prezent z wolnych godzin.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SMAK ZAKAZANEGO OWOCU
Notatkę dodano:2013-09-25 22:22:46

Jutro do pracy na piątą, obietnica wcześniejszego pójścia spać w zasadzie od początku była mało realna. Przeważnie tak jakoś mi się układa, że jeśli mam możliwości, nie zawsze z nich korzystam, późnej narzekam, pomstuję na własną głupotę i przeważnie nic nie zmieniam. I nie ma tu znaczenia fakt że raczej wobec innych za punkt honoru obieram sobie bycie słowną, dotrzymywanie obietnic komuś danych. Sama sobie z pełną premedytacją, robię na przekór i nie dotrzymuję danego słowa. Wynajdę zawsze jakieś czynności, których wykonanie staje się koniecznością, i oczywiście realizacja tylko przeze mnie wchodzi w grę. A czasami żal mi przespać czas, który jakoś zaoszczędzony, mogę spędzić na jawie, w pełnej świadomości i jak najbardziej realnie. Wyspać się zawsze zdążę, godzina w jedną czy w drugą stronę, jaka różnica, skoro jak śpię nie czuję mijającego czasu, jest on gdzieś w innym wymiarze niż ja. A mój wymiar dzisiejszy wypełniał dzień szczelnie układając każdą czynność. Poranek to puzzel o kształcie pracy zawodowej, duży, ten element, zahaczający o popołudnie. Kolejny mniejszy fragment dziennej układanki powrót, odebranie Kleszczyka z przedszkola, jakiś obiad. Następny kawałek i kolejne i tak do nocy. Wykorzystaliśmy bezdeszczową pogodę, i choć popołudnie średnio późne, orzeźwiający chłód, daliśmy radę odwiedzić las, inną jego stronę, kolejny rewir, i ponownie grzyby do czyszczenia, i wieczór, którego żal na wcześniejszy sen. W mieszkaniu jeszcze kaloryfery nie grzeją, czasami dreszczyk mało wspólnego z emocjami mający, gdzieś po plecach przejdzie i szukam sposobu na rozgrzanie. Jakiejś metody na odczucie ciepła, które dłużej potrwa niż kubek ciepłej herbaty. I kombinuję aby do tej herbaty dolać wzmacniacza, jakiegoś małego procentu, który przemieni się w stopnie a one z kolei choć iluzję wyższej temperatury dadzą. I wiem, że jutro muszę jechać do pracy, wykluczona magia przemiany procentów na stopnie. Niemożliwe pogodzenie alkoholu z jazdą samochodem. Jestem odpowiedzialna, choć pragnąca wewnętrznego ciepła. Zauważam dziwną anomalię, i jakąś zależność od stopnia przyzwolenia w proporcji do stopnia chcenia. Im mniej przyzwolenia tym większe chcenie. Czegoś zabraniają, z jakąś wewnętrzną przekorą mamy ochotę akurat na tę jedną zabronioną rzecz. Zakazany owoc. Im bardziej zakazany, tym bardziej upragniony. I zawsze znajdzie się coś zakazanego czy to przez własną odpowiedzialność, czy też moralność, religię lub społeczne uwarunkowania. Nie możesz to pragniesz. Zabraniają, i tak albo spróbujesz, albo bardzo będziesz chciał. I to zabronione niczym rajskie jabłko, ma jakiś smak. Może nie zawsze ujednolicony w odczuwaniu, nie do końca konkretny. Bywa kwaśny, zaprawiony goryczką, a nawet rozczarowujący przerostem wyobrażeń których się spodziewaliśmy, a efektem po grzesznym ugryzieniu zakazanego. Tak właśnie ja bym teraz chciała, choć wiem, że nie mogę. I są popielcowe środy, lub wielkie piątki, kiedy zakazane mięsne posiłki, a kiedy tego mięsa niczym najbardziej upragnionego i wytęsknionego jadła pragniemy. Choć mogę przez cały rok nie jeść mięsnych rarytasów, w te konkretne dni kuszą i mamią najbardziej na świecie. Może podobnie niektórzy mają z małżeńskimi zdradami, zakazane jakąś moralnością, koniecznie trzeba spróbować. Podatność na kuszenie większej lub mniejszej miary, jednemu każe sięgnąć ręką po zakazany owoc, drugiego powstrzyma. I chyba nie ma takiego, który nigdy w życiu nie sięgnął po zakazane, nie pokosztował, nie poczuł smaku, którego albo chciał więcej albo już nigdy więcej nie sięgał po zabronione.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WOLNE OD LENISTWA
Notatkę dodano:2013-09-24 22:11:20

I jak podsumować ten dzień, skoro jego kres już prawie osiągnięty? Nie da rady jednoznacznie postawić oceny. Jeśli tylko zechcę znajdę jakiś punkt zaczepienia, i albo wywyższę na piedestał albo wdepczę w ziemski padół. Ale po cóż takie czepianie, co mi ono da. Mogę narzekać na pogodę, a tej przecież nie zmienię, mogę znaleźć parę mankamentów a i tak ich nie cofnę. Postaram się więc zauważyć same pozytywy tego mijającego czasu. Jeszcze się nie zakończył, jeszcze czeka mnie pieczenie chleba, ocieplenie mieszkania i emanowanie zapachem świeżego domowego pieczywa, na całą zapewne klatkę. Póki co, jest już po dwudziestej pierwszej i jeszcze tego dnia przede mną parę godzin. Nie udało się wszystkiego spakować w czasowe ramy, i właśnie ten rosnący w foremkach chleb, jest takim nie mieszczącym się w nie, moim wymysłem. Aby czekanie przeszło szybciej, zajęte, choć wokół cisza i pełnia spokoju uzupełnię notatką to swoje codzienne pisanie. Choć wolne od pracy, prawdziwego wolnego jak na lekarstwo. Ciągle narzekam, że brakuje mi lenistwa, a kiedy mogłabym tym lenistwem się otoczyć, bez żadnego zahamowania z niego rezygnuję. Zamiast spać, a po przebudzeniu czekać na podaną przez męża gorącą kawę wypitą w łóżku, bez konieczności wstawania, niczym księżna na włościach, ja, nie budząc pozostałych, już przed szóstą wyjeżdżam na basen. I tak wybieram sprawy i sprawki, które wiążą się z działaniem a niewiele wspólnego z lenistwem mają. Przecież można było siedzieć w domu, biadolić na chłodek w nim panujący, przykleić nos do szyby, liczyć spadające krople i radować się brakiem przymusu do wyjścia w tę panującą wszędzie wilgoć. Ale z tego też zrezygnowałam, bo przecież gdzieś od strony lasu nawołuje mnie, szeptem wzywa, cała tamtejsza przyroda. Kleszczykowi obiecałam, że wezmę go do lasu jak nie będzie padało, i pomimo mżawki muszę tej obietnicy dotrzymać. Wyekwipowany, w pełnym rynsztunku do tego lasu się udaje, i stara się, i nie rozumie dlaczego ja grzybów widzę więcej niż on, jak to się dzieje, że one na mojej drodze ciągle się znajdują. Wielką radością oznajmia całemu światu swoje znaleziska, czasami mizerne, nie zawsze wartościowe ale tylko jego, bez podpowiedzi, bez ukazania kierunku. I zmoknięci wracamy, i znowu lenistwo mi nie pisane. Kolacja, małe sprawki, czyszczenie grzybów, chleb nie mieszczący się w czasie. A przecież ten mój, jednak całkiem dobry dzień miał w sobie i chwile dla męża i świeżo ugotowaną zupę pod smak Kleszczyka, i przecież jeszcze jego trwanie nie doszło do końca. Jeszcze mąż wróci z pracy, będziemy się droczyć o gorący chleb, który on będzie koniecznie chciał kroić już i teraz, a ja będę tego bronić, jeszcze się wymienimy nowinkami, jeszcze coś, i coś... Aż dzień, już zamieniony w noc zaśnie razem z nami aby jutro przywitać kolejny i kolejny podsumować.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KIEDY WIEJE WIATR...
Notatkę dodano:2013-09-23 21:32:45

„Oj coś leniwa głowa mi się kiwa

Kiedy wieje wieje wiatr

Od tego wiania i kiwania

Obrzydł mi już cały cały świat

Trzeba by zrobić coś psiakość

Można by ale kto i czym

Trzeba by ale jak i gdzie

 Dałoby się ale nikt nie wie co...”

                                       -Wiesław Dymny

  •  
    •  
      •  
        •  
          •  
            •  
              •  
                •  
                  •  

 

Wieje i dmucha, pogwizduje i przeciska się przez każdą najmniejszą szczelinkę, wydając wycia i jęki. Nie dość, że szaro, mokro, bezsłonecznie to jeszcze ten wiatr, zrzucający żołędzie, robiący bałagan gałęziami, zrywający liście. Otaczająca aura zabiera chęci, i powoduje obrzydnięcie całego świata. Parę słów Pana Dymnego, jest obrazem tego jak odbieram otoczenie właśnie w taki czas. Zacinająca mżawka, wilgoć znajdująca drogę w każdą najmniejszą szparkę, od samego rana budziła niechęć do przymusu wyjścia z domu, drogi do pracy, godzin w niej spędzonych. Podświadomość w całej swojej złośliwości żongluje obrazami miękkiej pościeli, ciepłego łóżka, krajobrazów zupełnie odmiennych od tego co otaczające, co na wyciągnięcie ręki. Nie wiem, co gorsze, ta wilgoć, panoszące się przeziębienia, zmiany nastrojów, czy codzienna huśtawka pogodowa. Nawet jeśli jednego dnia aura daje jakąś namiastkę nadziei na ciepło, nieśmiałe promyki słońca, obfitszą grę kolorów, następnego wszystko to odbierze przytłaczając zarazem zupełną odmianą. Pogrywa sobie z nami, bawiąc się i kpiąc z naszego odbioru rzeczywistości. Jedną ręką ofiarowuje, drugą szykując już do gestu odebrania wszystkiego. A my niczym zdezorientowane dzieci chcielibyśmy zakrzyknąć:”kto daje i odbiera...” Nikt się naszymi wołaniami nie przejmie. Pogoda przytłacza, nas, nasze wnętrza, nasze chęci, odbiory świata. Więcej z nas wdeptuje w smutki niż pomaga się podźwignąć. I zaczynamy jako społeczeństwo narzekać. Nie mówię, że nie mamy powodu, tylko staje się to przypadłością na tyle częstą, że nawet zaczynając rozmowę na zupełnie neutralny temat, jakoś sposobem okrężnym, niewytłumaczalnym trawersem, dochodzimy do przytłaczającego narzekania i zauważania tylko tego co złe. W grupie nie zawsze da się tę atmosferę rozładować, zniwelować i uciszyć emocje. Biorą górę i podgrzewają atmosferę nasze niedostatki, nędznie odbierani politycy, twardogłowe decyzje i kołowanie narodu obietnicami bez pokrycia. I te małe grupki rodaków, gdzieś w czterech ścianach wyrażają swoje zniechęcenie i cicho jeszcze mówią „mamy dość”. To nie jest krzyk, który zwali mury, za dzień, czy dwa. Jednak ten szmerek rozciąga się wśród członków dumnego plemienia, którzy przytłoczeni jesienną chandrą po wielokroć odczuwają to co im się nie podoba i co według nich wymaga zmiany. Nie widzą, nie tylko tej pogodowej nadziei na lepsze, nie widzą także tych życiowych perspektyw, które dadzą pożyć po ludzku, z jakąś choćby namiastką godności i poczucia się człowiekiem, którego bycie tu nie polega na życiu aby pracować ale także, aby za tę pracę normalnie żyć. Jesienią stajemy się malkontentami, narzekaczami, którzy za Wiesławem Dymnym powiemy :

„Trzeba by zrobić coś psiakość

Można by ale kto i czym

Trzeba by ale jak i gdzie

Dałoby się ale nikt nie wie co...”


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KAŻDY DZIEŃ COŚ ZOSTAWIA.
Notatkę dodano:2013-09-22 19:54:17

Ideały nie istnieją       Coś na mnie czeka, ja czekam na coś....  

 

 

Wczoraj minęło, nieobecne w domu, praca, powrót gdzieś indziej, inne rozplanowanie czasu. Po wczoraj przyszło dziś, nastało, rozpoczęte ciemnym przedświtem. Ponownie praca, jakieś czynności, które do zrobienia, do zaliczenia, do odkreślenia. Niedziela bez czucia świąteczności, bez leniwego odpoczynku, bez rosołu i tradycji na obiadowym talerzu. Po pracy przyjeżdża po mnie mąż, odbiera marnotrawną małżonkę aby razem powrócić do domu, aby choć część mijającego weekendu spędzić wspólnie. Takie plany, takie chęci. Jedziemy, na poboczach tuż przed moją miejscowością samochody przyjezdnych grzybiarzy. Las zaczyna mnie nawoływać. Jeszcze nawet nie przekroczyłam progu mieszkania, a już chcę obrać powrotny kierunek. Iskra zapłonęła, nawoływania coraz głośniejsze, wewnętrzne chcenie, które rośnie, pęcznieje.

    - Wiesz, pojechałabym do lasu....

    - Pojedziesz we wtorek , przecież masz wolne....

    - Ale we wtorek, będę chciała jechać na basen....no chyba, że jak wrócę z basenu.

    - Jak wrócisz z basenu to będę chciał mieć coś dla siebie.....

    - To może pojadę, tak zobaczyć, wiesz, na chwilkę...

    - Jak chcesz to jedź...

I wiem, że chciał abym została w domu, aby parę godzin spędzić razem. A on wie, że ja tak bardzo chcę jechać, że jeśli nie pojadę, to parę tych chwil będę nieszczęśliwa, na swój sposób czegoś pozbawiona, z jakimś brakiem. A ten las mnie woła: przyjdź, chodź, bądź przez moment tutaj, nie tam. Poddaję się temu wołaniu, choć pracowałam, choć wstałam o paskudnie wczesnej godzinie, choć chętnie przytuliłabym głowę do miękkiej poduszki. Tylko nie chcę tej poduszki, tej miękkości w poszewce, chcę miękkiego mchu pod nogami, i zapachu wilgotnego lasu. Głupia pora na grzybobranie, piętnasta z minutami, nie obnoszę się z przyjacielskim wiklinowym koszykiem. Plecaczek na plecy, jakieś zwinięte reklamówki, jeśli coś znajdę, jakoś dowiozę do domu. Jadę daleko, gdzie nie ma tego mrowia ludzi, gdzie będę do woli ze sobą gadać, gdzie opowiem lasowi co tylko będzie chciał wysłuchać. Nie jest to łatwe, niedzielni grzybiarze przedłużają swoje pobyty, choć ich plony niewielkie, budzą mój uśmiech politowania, gdzieś w środku. Nie łaziłabym po nieznanych lasach tylko po to aby spędzić parę godzin chodząc po próżnicy udeptanymi szlakami. Cóż, ja robię inaczej oni może chcą tak. Jadę, ciągle po drodze mijając samochody, których nie powinno tu być, to nie dla nich miejsce. Jeszcze dalej, jeszcze kawałek, może już, nie ciągle ktoś gdzieś w pobliżu się kręci. Las wie, że już jestem, jego wołanie inny głos teraz przybrało, więcej mnie słucha niż nawołuje. Gdzieś zostawiam rower, parę metrów wgłąb i znajduję to czego inni nie dostrzegli, co czekało na mnie. Mój Tata mawiał, że każdy ma swoje grzyby, które na niego czekają i tylko te się znajduje. Las mi pomagał odnaleźć to co miał tylko dla mnie, dawał szansę na odebranie przygotowanego daru. Odgarniam zasłaniające dostęp gałęzie, we włosach czuję sporo sosnowych igieł. Igliwie daje znać swoją obecność w obuwiu, dostaje się gdzieś za kołnierz. Owady zderzają się z moją twarzą, zdezorientowane odbijają się i lecą w swoją stronę. A ja dalej, kolejna przecinka, następne dary. Biorę co moje. Dalej w las. Ktoś przy samej drodze poustawiał ule. Pracowite pszczoły zostawiając fiolet wrzosom, zabierają tylko to co im potrzebne. Powoli jadę, w duchu prosząc o spokojny przejazd. Moje uczulenie na pszczeli jad, przy wielokrotnym użądleniu mogłoby być groźne w tych leśnych ostępach. Udało się. I jeszcze parę minut, kilka chwilek, które uciekają, bez mojego tej ucieczki zauważenia, omijają moją świadomość. Widzę lekkie zszarzenie nieba, słońce gdzieś nisko,chłód każe zapiąć zamek bluzy, czas wracać. Czuję się głodna, nie wiem jak, reklamówka sporych rozmiarów w połowie zapełniona grzybami, wracam. Wcisnęłam czyszczenie swoich zbiorów chłopakom, młody pod naporem tego odpowiedzialnego zajęcia czuje dumę z obdarzenia takim zaufaniem. Wieczór już blisko, krótkie chwile spędzone wspólnie, jakoś zapełnione, i będzie ten dzień miły w całości, i miłością ukończony. Łagodny i dobry dzień, choć nie cały czas razem.

 

Piękno nie musi być szlachetne

     


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZY TO PRAWDZIWA WARTOŚĆ?
Notatkę dodano:2013-09-20 22:09:57

Ciemny przedświt, kubek gorącej kawy, moje wyszarpnięte minuty. Budzik przegrał dzisiejszą potyczkę z kretesem. Wczoraj wjechał mi na ambicję, dziś odzyskałam czujność i mobilizację do wcześniejszego przed nim przebudzenia się. Wracam w normalność, moje rządy nad czasem, nad budzikiem, nie do końca nad mijaniem. Jesień daje wnikliwie odczuć przemijanie. Budzi stan melancholii, pewnie stąd się biorą depresje i stany smutku, choć świat nie jest smutny. Przecież aż tak bardzo się nie zmienił od czasu wiosny. Jednak wiosną każdego dnia czekamy na przybywanie, na rozwój, natomiast jesień daje odwrotność odczuwań. Nie chcemy się tym przytłaczającym stanom poddać, jednak przeważnie biorą nad nami górę. Podstępnie zwyciężają, osaczając z każdej strony. A my mówimy sobie, jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz, dam radę aby przetrwać ten kolejny dzień i kolejny. Moje dziś też jakimiś torami przeszło, godziny poranne, pośpiech i poganianie, praca, i powrót do domu. Siedzę na przystanku, codzienne moje miejsce, w którym parę chwil przebywam zanim dotrę do domu. Dzisiejsze chwile tam spędzone pod przepływającymi szarymi chmurami, gonią gdzieś w ogromnej palecie kolorystycznej. Dominuje szarość, jednak jest poprzecinana innymi swoimi odcieniami, obrzmiałe od wilgoci, która jeśli tylko znajdzie odpowiednie miejsce, skropli się na głowy przechodniów. Niejednolita szarość, z dalekim tłem błękitu, jakieś biele, ciapki ciemniejsze i jaśniejsze, których namalowanie przerastałoby moje umiejętności. Kolorystyka, której nie potrafiłabym przelać na papier. I lecą gdzieś te mazaje wydaje się coraz szybciej, nabierają pędu. W uszach piękny, modry Dunaj dzięki kunsztowi i geniuszowi Johanna Straussa, nuty, które aż zapraszają do wykonania tanecznego pas. Wyobraźnia tańczy, reszta ciała choć aż się prosi, pozostaje w bezruchu, tylko niesforna noga lekkimi podrygami wybija takt w którym odbywałby się ten mój taniec w niewidocznej fantazji. I tak leciutko zatopiona w trwające minuty myślę o mijającym dniu, o dalszym ciągu skorpionowej afery w tutejszym szpitalu. Znaleziono jednego, niewielkiego skorpiona, fakt, niecodzienne zjawisko, pajęczak nie występujący w naszych warunkach, budzący poprzez nieznajomość grozę. Jednak złapano go wczoraj, odtransportowano do wrocławskiego ZOO też w dniu wczorajszym, podjęto decyzje o dokładnym sprawdzeniu i zapobiegawczych działaniach odkażających. Dla mnie sprawa zamknięta, żadne warte nasilonej uwagi wydarzenie. Jednak, ktoś rozdmuchał, wezwał prasę, telewizję. I zrobił się news na miarę ogólnopolską. Samochód telewizyjny przez większą część dnia stał w pogotowiu tuż obok budynku, w którym znaleziono szkodnika. Relacjonowano na żywo i na pozostałe możliwe sposoby postępujące działania, z ujęciami zamkniętych drzwi budynku. Trąbiono jak kraj długi i szeroki o tymże przeogromnie ważnym wydarzeniu. Ktoś przez parę sekund miał okazję gdzieś zabłysnąć na niwie telewizyjnej, choć i tak będzie postacią drugoplanową, gdyż główny bohater, nieświadom swej sławy już daleko, pod kuratelą fachowców w jakimś terrarium przebywa. I na cóż to całe zamieszanie, cały medialny szum, rozgłaszanie, rozdmuchiwanie, robienie z niczego czegoś? Z bezwartościowej nowinki, wielkiej sprawy, z niegroźnego jak się okazało pajęczaka, groźnego stwora. Opinie postronnych w przeważającej swojej ilości były jednoznaczne : lepiej było zabić jakimś papciem, który zapewne znalazłby się pod ręką, zamieść, wyrzucić i po sprawie. Cóż takie jest zdanie nas, prostaczków, nie znających się na machinie medialnej, na prawdziwie cennych wiadomościach. Cóż my możemy, omylne istoty. A może tym razem my mamy rację? Może nie warte wydarzenie całego zamieszania, nie warte rozdmuchania do tak wielkich rozmiarów tego balonika, którego wartość nic sobą nie przedstawia prócz bezwartościowego gazu, który po przebiciu balona ucieknie w niebyt. Za dwa dni, nikt o tym wydarzeniu nie zająknie się nawet jedną sylabą, a inny,pieniądze w sprzęt, w czatujących na nowiny reporterów wyłożył, z czyjejś kieszeni one poszły. Czy warte były swej ceny?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163266
Osób: 145721