Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

TAKIE SOBIE BANIALUKI...
Notatkę dodano:2013-09-19 22:15:09

Poranki w pośpiechu, ranne ponaglanie Kleszczyka, żeby się sprężał, siebie aby zdążyć, abyo wszystkiego dopilnować. Dziś po raz pierwszy do bardzo długiego czasu zaskoczyłam się obudzeniem dopiero na dźwięk budzika. Taka pobudka wprowadza mnie w jakiś wewnętrzny szok. Nie jestem do tego przyzwyczajona. U mnie przeważnie na odwrót to ja budzę budzik, wyłączam zanim powstanie w nim plan obudzenia mnie. Dziś stanęło wszystko na głowie. A może przesilenie jesienne większy wpływ ma na mnie, niż chciałabym się do tego przyznawać. Otulenie niemocą, zniechęcenie, a zarazem walka z tym stanem. Nie chcę czuć się słabsza, mniej wytrzymała, nędznie otępiała. Chcę skakać, uśmiechać się do mijanych ludzi, emanować siłą i radością. Wiem, że nie można wiecznie być w apogeum pogody ducha, występują niże i doły. Tylko jakoś przez prawie cały miniony rok byłam tak na-energetyzowana, że teraz oklapnięcie traktuję niczym niechcianą przypadłość. Szukam możliwości ucieczki od tego stanu, uwiera mnie on, a jak coś mnie uwiera, staram się tak zadziałać, aby wszystko wróciło do normalności. Pracuję w tym tygodniu na późniejszą godzinę, brak czasu z rana, mało z wieczora. Zanim wykonam parę chaotycznych obrotów w domowych sprawach, okazuje się, że dzień już dawno minął, nie ma na nic czasu. I ponownie sen, aby obudzić się kolejnego dnia i rozpoczynać od nowa pośpiechem. Wieczna gonitwa, zabieganie, a ja czasami chciałabym otoczyć się lenistwem, otulić nim niczym miękkim pledem, niech to miłe ciepełko rozchodzi się po całym moim ciele. W dłoni niech tkwi rozgrzany kubeczek z parującym napojem, wygodnie na kolanach spoczywa czytana lektura, cisza i powolne topienie się w treści nieznanych słów. Dawno już takiego stanu nie dosięgałam, zawsze jest coś do zrobienia, ktoś do przeszkadzania. Może lenistwo też wymaga samodyscypliny i planów. Dziś jestem leniuchem, nic nie robię, leżę, śpię, czytam, et cetera. Tylko do lenistwa też należy się przygotować. Jak się posiada rodzinę nygusostwo nie wchodzi w grę. Małe życiowe sprawki wyłażą zza każdego kąta. Mogę udawać, że nie widzę, że ich nie ma, jednak one po cichu zajdą mnie z drugiej strony, przez moją obojętność się prześlizną, będą się skradać aby zaatakować znienacka swoim nawarstwieniem, wielkim ogromem, stertą prawie nie do pokonania. I trzeba skończyć udawanie ślepoty, zakasać rękawy i przywrócić wszystko do stanu normalności bez zaległości. Ten tydzień będzie gromadził niedociągnięcia, parę spraw odłożę na kiedyś, natomiast w następnym będę dochodzić z tym do ładu. Ład to coś co czasami nagle i gwałtownie burzy się w swoich fundamentach. Coś się wydarza, zupełnie niespodziewana sprawa i dotychczasowy porządek popada w chaotyczną ruinę.

Dziś na jednym z oddziałów szpitala gdzie pracuję, znaleziono skorpiona....Nie wiadomo jak się tam znalazł, skąd się wziął. Był i już. Egzotyka z posmakiem grozy i niewiadomego niebezpieczeństwa. Ewakuowano pacjentów z całego budynku. Dezorganizacja, chaos, decyzje sprzeczne ze sobą na różnych szczeblach wydawane. Cały ład się zburzył, harmonogram zagubił w chaosie. Sytuacja zupełnie nieprzewidywalna a jednak stała się. Osiodłają po czasie tego szalonego rumaka zamieszania, wszystko sprawdzą, wykluczą niebezpieczeństwo i wszystko wróci do monotonnej normy.

Skorpion stanie się anegdotą, fikcyjnym stworem nie do wyobrażenia w naszej chłodnej rzeczywistości. Miał życiowe przesłanie : zniszczyć spokój, i to mu się udało, stawiając na nogi cały personel, przelokowując pacjentów, wprowadzając rozgardiasz.

Maleńka istota z wielkim wpływem na rzeczywistość do której jesteśmy przyzwyczajeni. Może nie warto się aż tak bardzo przywiązywać do normalności, później łatwiejsze okaże się starcie z niesamowitymi wydarzeniami w naszym życiu, i nawet skorpion nie będzie dziwił, wywoła co najwyżej obojętne wzruszenie ramion.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZCZYPTA PRUDERII
Notatkę dodano:2013-09-18 21:21:01

Kolejny dzień mogę dopisać do szeregu minionych. W kubku ciemnym naparem kusi mnie jeden z herbacianych wynalazków, jak to określa mój mąż. Mieszanki, które ostatnio sobie zafundowałam w pewnym internetowym sklepie zajmującym się herbatą w dosyć sporym wyborze i asortymencie. Część skomponowałam sobie sama z dostępnych komponentów, część bez dodatków zamówiłam. Po paru dniach oczekiwania przyszło pudełeczko z cenną dla mnie zawartością, której teraz nie mogę się oprzeć i co wieczór staję przed dylematem, która dziś....

Rozwiązuję te swoje mniejsze i większe dylematy. Wczorajsze podjęcie decyzji okazało się słusznym posunięciem. Mój czas na basenie dał mi więcej, niż dostałabym od moczonego deszczem lasu. Z pewnym rumieńcem czy to zażenowania czy też innych uczuć rozpoczęłam dzisiejszą swoją tam bytność. Byłam jedną z nielicznych o tej przedpołudniowej porze, wchodząc do „koedukacyjnej” szatni natknęłam się na mężczyznę w stroju, ni mniej ni więcej Adamowym, pozbawionym dodatkowo figowego listka. Moja szafeczka sąsiadowała prawie z jego. Ja tekstylna, dopiero pozbywająca się garderoby, a ów dojrzały człowiek z męskimi organami, nic sobie z mojej obecności nie robiący, żadnego pośpiechu, jakiegoś zawstydzenia zaistniałą sytuacją. Mam swoje lata, parę przyrodzeń miałam okazję widywać, zdarzało się „używać” w celach dalekich od samego kontaktu wizualnego, niektóre znane od niemowlęctwa, jednak sytuacja była dla mnie cokolwiek krępująca. Mnie i moje odczucia można sobie darować, jednak jak przyjęty zostałby ten widok, nie będę dyskutować czy estetyczny czy też średnio lub całkiem nieprzyjemny, przez dziewczynkę lat powiedzmy sześciu?. Nie każde dziecko jest wyedukowane na tyle, że taki widok byłby obojętny. A są szatnie, możliwości przebrania się w sposób nienarzucający swojego obnażonego ciała. Może warto czasami zastanowić się nad, nawet tymi najmniejszymi decyzjami, które podejmujemy. Aby nie były podejmowane pochopnie, zanim rozbiorę się do rajskiego Adama, warto byłoby pomyśleć, że jestem w miejscu publicznym, gdzie w każdym momencie może ktoś się pojawić. Cóż będzie mi szkodziło jeśli przebiorę się bez zbędnego obnoszenia w miejscu do tego przeznaczonym.

Poczucie wstydu.

Czy posiadamy jeszcze ten twór w swoich głowach? Czy już wszystko stało się wiadome, znane, i nie ma potrzeby aby ukrywać cokolwiek.

Nic co ludzkie nie jest mi obce, to sformułowanie użyte już w starożytności, jednak czy oznacza, że każdą czynność międzyludzką, musimy na oczach postronnych czynić? Czy świat współczesny pozbył się jakichkolwiek tabu, o których każdy wie, a nie każdy mówi, nie każdy robi obnosząc się z tym? Moje słowa nie są oznaką zdewociałości, pruderii, tylko nie pragnę mieć w każdym, nie przez siebie wybranym momencie poglądu na intymność obcych. Czas mojej intymności jest przeze mnie wybrany, nikogo nim nie obciążam, ani nie każę być niechcianym współuczestnikiem. Jeśli się przebieram w miejscu publicznym, robię to w sposób, że nikogo nie urażę widokiem swego ciała. Nie zburzę poczucia estetyki, swoim nagim widokiem. I tego, tak niewielkiego szacunku do mnie jako do człowieka mam prawo wymagać od innych. Niech nikt się nie zasłania wolnością, niech nie mówi, że ma prawo robić co mu się rzewnie podoba, bo w ten prosty sposób pozbawia mnie mojego prawa, które jest odmienne, ale to mój wybór i chcę aby inni dali mi jego możliwość.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RAZ CISZA ,RAZ GADANIE
Notatkę dodano:2013-09-17 21:37:25

Późny ranek lub wczesne przedpołudnie. Jadę do pracy w średnio przepełnionym busiku. Oczy skierowane gdzieś w zaokienną dal, im dalej tym wolniej. W bezpośredniej bliskości, spuszczony wzrok męczą migające boczne pasy, swą intensywną bielą na antracytowej szarości asfaltu. Niekiedy dłuższy czas w swojej nieprzerwalności, momentami pauzujące, lub zmieniające się w inne figury gdzieś na krzyżówkach. Zwyżkują na znaczeniu taką przemianą. Jednak to dla mnie mało istotne, jedyne, co mi utkwi po tej jeździe to właśnie to miganie. Pełna bezmyślność w przyglądaniu się niewiele wnoszącej mozaice dwóch kolorów. Muzyka w uszach, choć wiem, że jest, współgra z tym zupełnym oderwaniem od rzeczywistości. Wyłączyłam się na bliską obecność obcych mi ludzi. Nie chce mi się rozmawiać, nie chce ich słuchać. Nie teraz. Stan wejścia w siebie, choć oczy widzą daleki pejzaż, bliski asfalt z malarskim ulicznym dziełem. Przyjdzie pora będę wychodzić naprzeciw ludziom. Nie w tym momencie. To czas dla mnie.

Jutro też będzie mój czas. Jakiś wycinek dnia wyłuskam tylko dla siebie. Nie będzie ten wycinek długotrwały ale będzie tylko mój. Oczywiście poprzedzone to jest dylematem. I już sobie kalkuluję, czego bardziej pragnę,co wybiorę jednocześnie z drugiego rezygnując. Wybory. Dylematy. Czasami tak bardzo pragnie się dwóch rzeczy, dwóch spraw, chwycenia i trzymania w garści. Okazuje się niemożliwe, bywa niewykonalne. Pomimo naszych najszczerszych chęci i wydawałoby się zrównanych w mocy pragnień. Musimy dokonać wyboru, wziąć tylko jedną rzecz z półki. Ręka drży, czy to dobry wybór. Może ta druga rzecz okaże się lepsza, i wahanie, dylemat. Zdezorientowani stoimy przed decyzją, aż w końcu ostatecznie ją precyzujemy tylko po to aby wtedy, kiedy już zmienić jej nie możemy zastanawiać się co by było, gdybyśmy zadecydowali inaczej. Mój jutrzejszy dylemat mniejszej wagi, i właściwie już podjęty kierunek. Jeszcze mogę zmienić decyzję, nawet parokrotnie. Choć w moim przypadku większą siłę przyciągania czuję od miejsca w które się wybiorę. I postaram się nie żałować decyzji. Zmienię na parę chwil otaczającą jesienną, chłodną i wilgotną aurę na ciepłe, pluszczące zapomnienie. Później w wielkim biegu załatwię parę spraw, na kiedyś. Może po raz pierwszy w życiu umówię się z fryzjerką na zaplanowaną wizytę. Zrobię coś zupełnie sprzecznego ze swoją naturą, poddam się planom. Pokornie schylę przed nimi głowę i o wyznaczonej godzinie i dniu stawię się karnie, aby zostać prawdziwie „piękną teściową”. Dotychczas samowystarczalna w włosowych wariacjach, tym razem mam wyglądać ekstra i poddam się fachowcowi aby to ekstra osiągnąć. Ma być odświętnie, to i tak będzie, a ja mam być tego święta widomym obrazem. Ikona, nie matrona.

Nie we wszystkich oczach jesteśmy matronami, nie każdy odbiera nas jako staruszki. Spotyka się młodych, którzy potrafią zauważyć w nas młodszą wersję, z którą chcą wymienić parę słów, czekają na wysłuchanie. Czasami stajemy się w oczach innych drogowskazami, określamy kierunek i dajemy namiar na dobą dalszą drogę. Dziś pewien obcy chłopak po paru chwilach rozmowy, której najwyraźniej bardzo potrzebował, powiedział : - mądrze to pani powiedziała, ma pani rację. Może te słowa w czymś mu pomogły, może lekko zszokowały bezpośredniością z mojej strony. Jednak były potrzebne, dla niego. I wiem, że kolejnego dnia mojej pracy znów przyjdzie i ponownie będzie chciał podzielić się częścią swojego spapranego życia. Bywa, że przed obcym potrafimy się otworzyć, powiedzieć więcej niż do najbliższych i takie rozmowy potrafią pomóc, coś dać w swojej bezpośredniej prostocie, bez naukowego bełkotu, bez nacisków. Łatwiej o szczerość, prościej bez emocjonalnego zaangażowania. Terapia szczerą rozmową z obcą osobą.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZCZYPTA MAGII
Notatkę dodano:2013-09-16 21:40:01

 

Piękny i samotny

 

          Całkiem poniedziałkowy poniedziałek. Z naciskiem na rozpoczynający się nowy tydzień. Świadomość długości tego mojego tygodnia w całej pełni, gdzieś wewnętrznie odczuwalna. Już żyję tym, że nadchodzący weekend będzie spędzony pracowicie. W godzinie kiedy wszyscy wokół smacznie będą spać, ja wyruszę swoimi zawodowymi ścieżkami. Będzie ciemno, być może mglisto, a ja będę zmierzać w kierunku wykonania normy zawodowej codzienności. Ale zanim to nastąpi jeszcze parę dni, kiedy rozpoczynam pracę przedpołudniową godziną. Jakieś rozmowy na przystanku, babskie gadki o niczym. Chodniki coraz bardziej kryjące się pod szeleszczącymi liśćmi. Jeszcze nie stanowią one grubego dywanu, pojedyncze sztuki, choć wystarczy zadrzeć głowę, aby widzieć, że ten czas coraz bliższy. Zieleń nie trwa w swoim kolorystycznym monolicie, jej przemiana już odgórnie rozpoczęta. Pierwsze barwne udziwnienia na niektórych drzewach biorą swój początek gdzieś na czubkach gałęzi, u innych zupełnie pozbawione jakiejkolwiek systematyki tworzą kolorystyczny chaos. Kolory jesieni. Cała paleta odcieni, zanim wszystko zszarzeje i utraci poblask egzotyki. Przez czas jakiś będzie nas jesień mamić tymi barwami, okaże się, że ją nawet za tę kolorystykę polubiliśmy, coś w nas zostawiła, pozytywnie nastawiając do siebie. I zanim znikną szalone purpury, ostre żółcie, lśniące brązy troszkę zrobi nam się jej żal. Tego, że była, że trwało to tak krótko. Każda pora roku potrafi pozostawić po sobie dobre wspomnienia. Jakoś tam, każdy po swojemu je odczuwamy. Niektóre budzą wspomnienia, nostalgię inne choć mogą być najpiękniejsze, najbardziej przybrane kolorami bywają zarazem okryte kirem żałoby. Inni będą widzieć piękne lato a dla nas znika cała uroda, zostawiając na zawsze piętno smutku i nigdy nie stanie się już piękną porą. Mam takie zimy choć błotne, choć szare, dla mnie piękne bo z czymś związane. Są lata smuteczkiem nakreślone, i w mojej pamięci takie pozostaną. Myślę, że każdy takie pory roku ma. Konkretny rok, jakaś pora, przeżycia i albo staje się ona piękna albo znielubiona do cna. Jeszcze nie wiem, jaka będzie obecna jesień, chciałabym aby była spokojna, niech się nie odciśnie złymi myślami. Dobra albo żadna, tak chciałabym po czarować , wypowiedzieć zaklęcie, które da spełnienie. Nie powiem co bym mamrotała w słowach tajemnych, byłyby one szeptane cicho, aby postronne ucho nie usłyszało, aby nie mogło namieszać i aby się spełniło. Parę słów byłoby dla mnie, parę dla męża, coś synalkom bym zaserwowała, każdemu szczypta spełniającej się magii. Tak bardzo wiem czego, któremu z nich potrzeba a tak bardzo zarazem nie potrafię spełnić. I choć chciałabym, czasami nie daję rady, może brak tych czarodziejskich zaklęć, tylko gdzie znaleźć mistrza, który nauczy wiedzy tajemnej w najprostszych życiowych sprawach.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESIEŃ W SZAFIE
Notatkę dodano:2013-09-15 21:30:47

Niedziela, leniwa, w domowych pieleszach, z dozą nadrobienia małych zaległości, z pożegnaniem letnich ciuszków. Przywitanie jesiennego odzienia. W mieszkaniu jak w ciucholandzie, pakunki, torby, wszędzie pełno ubrań dla Kleszczyka. Jedne idą w odstawkę, drugie rozpoczną panowanie w otchłani szaf. Wymiana sezonowa ubrań to coś, co znielubione, zwłaszcza w tę stronę kiedy żegna się lekkie fatałaszki a wita ciężkie. Kiedyś trzeba tę wymianę zrobić, jesteśmy wszyscy, idzie sprawnie. To przymierz, to załóż, to zanieś do prania, tamto do oddania dla mniejszych, dla takich, którzy jeszcze nie dorośli. Rosną poszczególne sterty, segregowane, sortowane i zmierzające ku zimowemu przeznaczeniu. Coś idzie w odstawkę, aby inne zakrólowało. Co sezonowa wymiana ubrań to coś, co nieodwołalnie rozpoczyna kolejną porę roku. Zawsze staram się odwlekać tę czynność, aby takimi swoistymi czarami dać jeszcze szansę na odmianę zaczynającej się pory roku. Moja magia nie działa, następuje nieuniknione, lato schowane do następnego sezonu. Cała operacja przeprowadzona będzie ponownie i ponownie. Mały rośnie, każdorazowo coś odpada, inne worki zajmują przestrzeń. Cieszę się, że pewne dobre duszki pomagają mi w zaopatrzeniu w ubrania, które im zbędne, a jeszcze przydadzą się młodemu. I nagle okazuje się, że bluz, choć pierwotnie wyglądało na ilościowy kryzys, będzie więcej niż potrzeba. Że spodni, których jak na lekarstwo, starczy na całą zimową kurację. Jedno popołudnie staje się materialnym dobrobytem i pozbawieniem kłopotów z poszukiwaniami, z bieganiem za promocjami, z obawami czy wystarczy gotówki na zaopatrzenie. Rozwiązują się przyziemne problemy i mam powód do radości, że same się rozsupłały, wymagając tylko poświęcenia paru chwil.

W relacjach międzyludzkich stajemy się oddalającym się od siebie gatunkiem. Każdy żyje w swojej skorupie, dobrosąsiedzkie układy niejednokrotnie polegają na cichym „dzień dobry”. Każdy zajęty swoimi sprawami, nie lubi wchodzenia obcych na swoje terytorium. I pomimo że znamy się ze wspólnego pomieszkiwania w jednej klatce, mało o sobie wiemy. Wiemy, że ktoś parę pięter wyżej ma małe dzieci, nie proponujemy mu odstąpienia niepotrzebnych ubrań, wolimy wynieść spakowane do kontenera. Poziom pomagania zachował się u nielicznych. Nie wiemy jak zareaguje obdarowana osoba, może ją urazimy, może będzie odczuwać złość, lepiej nie ryzykować. Czasami nie chcemy pomagać z czystej zawiści, a bywa, nie usłyszymy prostego dziękuję. Ludzie się od siebie oddalają, nie szukają kontaktów stają się sobie, i na siebie obojętni. Lepiej nie widzieć, włączyć udawanie niepatrzenia niż schylić się z pomocną dłonią.

Ostatnio głośnym był przypadek ominięcia leżącego na drodze mężczyzny z kulami, przez samochód w którym odbywał się egzamin na prawo jazdy. Na polecenie egzaminatora zdająca dziewczyna, która chciała się zatrzymać w celu udzielenia pomocy, miała jechać dalej. Nie zastosowała się do polecenia oblewając tym samym egzamin. Jak dalece jesteśmy w stanie dojść w obojętności wobec bliźnich, czy istnieje ściana, która powstrzyma ten marsz powodując ludzki powrót do międzyludzkiej normalności? Czy jesteśmy skazani na coraz pełniejsze stawanie się obojętnymi osobnikami bez odruchów dobroci wobec swojego gatunku?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KAŻDY DZIEŃ TO ZWYCIĘSTWO
Notatkę dodano:2013-09-14 21:29:43

Bywają dni, stanowczo za krótkie, czas się sfilcował, stało się go zbyt mało na zaplanowane zajęcia. Taki dzień dziś właśnie miałam. Choć z pozoru pracowity, pozostawiający namacalne dowody mojej działalności zarazem stwarzający wrażenie nie w pełni wykorzystanego. Dzień w domu, gdzie nagromadzone zaległości, wydumane zajęcia, gdzieś nakreślone w mojej głowie miały być z pełnym sukcesem doprowadzone do zwycięskiego finału. Nie wszystko udało się sfinalizować, parę spraw nie zmieściło się w czasowe luki. Dzień ruskich pierogów, w ilościach zapewniających parodniowe obiady, podzielone na zamarzające właśnie porcje w jednej z szuflad zamrażarki. Dzień prania, dzień odkurzenia bezproduktywnie stojącej od paru tygodni maszyny. Jakieś przeróbki, niefachowe skracanie, zszywanie. Wypełnienie czasu, i nie zmieszczenie się w tym czasie. Może pod wpływem zimna panującego na zewnątrz czas uległ skurczeniu, a może od rozgrzanej atmosfery w moim mieszkanku sfilcował się. Co by się nie wydarzyło, ubyło go stanowczo za szybko i za dużo. Zabrakło, na inną prozę wolnego od pracy zawodowej dnia. Zabrakło i nic nie poradzę na ten brak. Jutro jeszcze coś uda mi się dokonać zanim ponownie wyruszę w odkreślanie dni brakujących do odpracowania emerytury.
Emerytura jest dla mnie fikcją, jakimś dziwnym tworem do którego nie doczekam, nie dam rady dojść od tego finiszu. Nie zastanawiam się ani ile mi tych lat brakuje, ani ile już mam za sobą. Jestem dziwnym osobnikiem bez głębszego myślenia o przyszłości, tej dalszej, nie tej za rogiem. Sięgam myślami tego co za rok maksymalnie, co dalej jest fikcją nie wartą przemyśleń. Można rzec lekkoduch, można dziwak. Jednak jaki sens ma moje planowanie przyszłości odległej o lat pięć, dziesięć czy dwadzieścia. Nie potrafię sobie zaplanować jednego dnia a cóż mówić o dziesięcioleciach. Może ta moja przypadłość daje trwać, bo w tej bliższej przyszłości daję radę zauważyć jakiś sens, ta dalsza już się rozmywa, jest jej istota mało klarowna, za mgłą. Cóż by było po moich planach na daleką emerycką przyszłość jeśli dorwałaby mnie choroba, przypadłości złamały ciało, wymarła by pogoda ducha. Oczywiście bez moich planów wszystkie te sprawy mogą mnie dosięgnąć, jednak jak nie snuję scenariuszy, nie nastawiam się, nie czynię postanowień, mniej odczuję zawód z niespełnienia życzeń. Co ma być to będzie, do drepczę do emerytury, dobrze, nie uda się mówi się trudno. Raczej rozpaczać nie będę, przyjmę jak zawsze co da życie. Jutro da mi wolną niedzielę, i też ją przyjmę, postaram się jakoś doprowadzić do wieczornej mety, bez biegu, choć samym faktem dotrwania, zwycięskiej.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PIĄTEK TRZYNASTEGO
Notatkę dodano:2013-09-13 22:24:59

Gusła, przesądy, prześladujące fatum, pech miękko okryty czarną sierścią. Dodatkowo szczególne daty mające przynosić niefart lub szczęśliwie znaczące nasze życie. Są tacy, którzy w to wierzą, są inni, którzy podchodzą obojętnie lub z politowaniem uśmiechają nad naiwnością wierzeń. Dziś data mająca przynosić pecha. Piątek trzynastego. I cóż mi przyniósł ten niefartowny dzień? Nic, co miałoby jakikolwiek negatywny oddźwięk i dało zapamiętać jako szczególnie kiepski ten wycinek miesiąca. Może spowodowane to jest tym, że nie wierzę w przesądy. Jestem daleka od odganiania czarnych kotów ze swojej drogi, omijania rozstawionych drabin, łapania za guziki przy każdym napotkanym kominiarzu. Spluwanie przez lewe ramię, jakieś sypania solą, odczynianie i próby czarów dających iluzję zmiany na dobre pecha, który może gdzieś się skrycie przyczaił. W całym swoim realizmie, jakimś twardym staniu na nogach nie interesują mnie gusła i zabobony. Nie powiem czasami istnieje jakaś wątpliwość powstająca tylko dlatego, że czegoś nie doświadczyłam, nie dotknęłam, nie pomacałam. Jednak niewiedza nie powoduje wiary i prób odganiania złych uroków. Tak więc i dzisiejszy dzień minął nieskażony pechem, nieszczęściami oraz łzami niepowodzenia. Najzwyklejszy ze zwykłych dzień.

To, że był on tak normalnie zwykły, nieabsorbujący mnie zarazem złymi przejściami, dał szansę na poczynienie pewnych obserwacji zupełnie oderwanych w temacie od początku dzisiejszej notki. Zapewne dla wtajemniczonych nie stanowi to żadnego novum, nie okaże się żadnym objawieniem to co tu napiszę jednak z racji tego, że moje zderzenie z problemem było dosyć intensywnie odebrane, napiszę dla samego faktu nakreślenia zjawiska.

W bliskiej okolicy mojej miejscowości w chwili obecnej odbywają się manewry wojskowe. Nie jest to nic nowego w tych stronach, nie otoczone żadną tajemnicą, stanowi pewnego rodzaju urozmaicenie, lub po prostu odmianę od sennej normalności mojej wioski. Nie znam struktur wojskowych, hierarchia jest mi obca, wdrożenie w mundurową codzienność żadne. Kiedyś w naiwności swojej wierzyłam, że mundur stanowi o pewnej pozycji, niejako przymusza do zachowań mających choć odrobinę z honoru. Jest pewną oznaką człowieka który z racji przyodziewku w tenże strój powinien być przykładem, kimś ponad rzesze otaczających cywili. Grubo się myliłam, pojęłam jak głębokie są pokłady dziecinności takiego myślenia, otrząsnęłam się z niej i urealniłam poglądy. Nie wyklucza to oczywiście niewiedzy, która jest moim udziałem z racji zupełnego oderwania od jakichkolwiek służb mundurowych.

Cóż tak niezwykłego ze zwyczajnych ćwiczeń i specyficznych hałasów odbywających się zza lasu? Niewiele, jednak jeszcze odrobina cierpliwości a wyłuszczę sedno sprawy. Poligon znajduje się gdzieś za lasem, w pewnym oddaleniu od samej miejscowości, nie widzimy a słyszymy. Widać natomiast wieczne pielgrzymki popołudniową porą zmierzające w kierunku centrum mojej wioski z paroma sklepami, które to stanowią cel opuszczania poligonu. Przyjeżdżają panowie w cywilnych samochodach, oraz wojskowym transportem, czynią zakupy z rodzaju tych dla ciała i odjeżdżają w dal wcale nie tak siną. Nic dziwnego, żadne anomalia, jednak w przeważającej większości dużą część czynionego zaopatrzenia stanowi alkohol. Nie kryją się z puszkami piwa, żadnego skrępowania nie ma przy niesieniu wódki. Widoczne, bez zażenowania, norma. Miałam okazję stać w sklepie, za panią w pełnym wojskowym uniformie, tak rodzaj żeński całkiem realny, bez żadnych wzrokowych omamów. Ta niewiasta, choć w mundurze pewnie mogłaby poczuć odrazę do takiego siebie tytułowania, robiła zakupy, których jedną z pozycji była butelka wódki, niewielkiej pojemności co prawda, odbiegająca od standardów, jednak była, co mnie wprowadziło w stan niewielkiego zażenowania. Może powróciła dziecięca naiwność, wiara w dumne polskie wojsko, które chroni i broni, na które można liczyć i wierzyć w jego obronną moc. Przecież oni zarówno w męskim jak i żeńskim rodzaju na tym poligonie są w pracy, nasze państwo zapewne daje wikt i rekompensatę finansową za niedogodności przebywaniu poza domem. A te niedogodności w oczach takich jak ja laików wyglądają na wieczny bal, jakąś suto zakrapianą zabawę. A wracając do kobiety w mundurze, która wlazła między wrony, która dzięki równouprawnieniu stała się jedną z nich, tych do których my cywile powinniśmy mieć poważanie, za jakiś czas może znajdzie się w sytuacji dramatycznej konfrontacji z wrogiem gdzieś w świecie, i co opije ten dzień, podobnie jak koledzy po fachu. Może to część wysiłku który ponoszą aby wcześniej wypracować emerytury, przecież narażają życie, walczą, ryzykują , a jakoś po dzisiejszym dniu w moich oczach najbardziej narażają się na śmieszność i odebranie formacji wojskowych jako zupełnie niepotrzebnego bawiącego się w wojenkę tworu, bez dyscypliny i pozbawione w swoim molochu krzty honoru, do którego w moich naiwnych oczach obliguje mundur.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESIENNY LUNAPARK
Notatkę dodano:2013-09-12 22:19:46

Niż, wyż, lepiej, gorzej, weselej, smutniej. Jak u każdego, tak i u mnie huśtawka odczuwań. Niewiele można zaradzić, czasami jakiś niewielki zdawałoby się fakt rzutuje na moje odbieranie otaczającego świata. Powoduje większe chcenie lub obojętność do wszystkiego wokół. Wczoraj, pomimo że kładłam się prawie o normalnej dla siebie porze, dysponowałam rozplanowanym swoim czasem, zupełnie zniechęcona do działań w sferze stawiania liter, pominęłam codzienną notatkę. Nie było to lenistwo, nie był brak natchnienia. Zniechęcenie, chęć otulenia się miłym kocykiem z kubkiem ciepłej herbaty, oderwania się od paru spraw, które choć odsunięte, niewidoczne, są, i niczym mająca nastąpić zmiana pogody oddziałują na moją psyche. Podstępne działania sił niematerialnych. Gdzieś się coś zagnieździ, siedzi cichutko, nie daje symptomów swojej obecności i wystarczy jakiś gest, aby z całą mocą się ujawniało ich istnienie. One są we mnie, coś burzą, wprowadzają czasami jakiś chaos. Tylko dzięki odgórnym zrządzeniom, posiadam dziwną przypadłość, jeśli mam do kogoś zaufanie, pewną dozę sympatii przypieczętowanej wiarą w szczerość wobec mnie, nie owijam w bawełnę. Mówię, wiesz, zdarzyło mi się to i to, powaliło mnie na kolana tamto i inne. Nie mogę się podnieść bo coś i coś. I usłyszę, nie martw się Basiu, będzie dobrze, a wiesz może tak i inaczej. I to nie martw się staje się mantrą odganiającą siły namolne, psyche się lekko uodparnia, walczy z niewidomym a ja staję ponownie na nogach. Pozycja klęczenia na kolanach okazuje się niewygodna i zbytnio obciążająca moje ja. Muszę czuć twardość ziemi pod nogami, a wtedy przybywa sił. Czasami wmawiam sobie te siły, wyolbrzymiam je i ich znaczenie. To moje prywatne czary, które nie dają zwariować i wywalić całego mojego świata w jakąś ruinę. Kiedy odczuję brak sił, wydaje się, że już więcej ich z siebie nie wykrzeszę, że nic nie jest w stanie poukładać w normalność i logiczny ciąg, nagle coś się wydarza, ktoś staje na mojej drodze i paroma słowami otrzeźwia, niczym haust świeżego powietrza po zaczadzonym pomieszczeniu. Są ludzie realni, znani mi z twarzy, zachowań, wymieniamy słowa, uśmiechy, jakieś wiadomości i są tacy, których nigdy nie widziałam na oczy, znamy się tylko z fotek w sieci, wymian paru zdań, ich ciało jest dla mnie nieznanym, nie wiem czy są wysocy, niscy, jakie błyski dokładnie znalazłabym w ich oczach. A jedni i drudzy potrafią odnaleźć się w moim położeniu, potrafią wyciągnąć rękę w geście dodającym sił. Nie zdają sobie może nawet sprawy ze swojej mocy przywracania mnie do pionu, a ja, czerpię jakąś dawkę optymizmu, który niczym świeży rozczyn zwiększa swą objętość w moim środku i wiem, że już staje się lepiej. A będzie jeszcze łatwiej, wszystko osiągnie poziom normalności, zacznie się funkcjonowanie bez niżu, będzie panować łagodny stan który zacznie zwyżkować do pewnego apogeum odczuwania tej mojej normalności.

I znowu szerzej otworzę oczy na to co mnie otacza, zacznę zauważać zmiany w przyrodzie, śmieszne sytuacje między mną i mijanymi ludźmi. Będę widzieć lipy, które choć przybrane jeszcze w zieleń już w swych koronach niczym gepardzia skóra robią się centkowane żółtymi plamami przebarwień. Może to ich roślinny rumieniec przychodzący wraz z jesienią, a może powolne przygotowanie do golizny, bezlistnych gałęzi poprzedzone żółtą świadomością tego corocznie występującego faktu. Pod ciężkimi chmurami będę stać uśmiechając się, nie półgębkiem tylko całą pełnią, z rozwianym, potraktowanym jesienną wilgocią włosem. Będę widzieć wzloty i upadki, namiętne uściski młodych rąk gdzieś w przepastnych kieszeniach, które choć schowane przed postronnymi przez swoich właścicieli dla mnie będą otwartą księgą podbarwioną odrobiną kolorytu własnych wspomnień. Po prostu znormalnieję, osiągnę pion swoich zachowań, aby ponownie potoczyć się w kole fortuny osiągając dłuższe lub krótsze, wyższe lub niższe stany dobrego i kiepskiego, pełnego i pustego, smutnego i radosnego.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZWYCZAJNY, KOLEJNY, MINIONY....
Notatkę dodano:2013-09-10 20:50:49

Goryczka herbaty w ogromnym kubku, duże liście w kolorze zamierzchłej zieleni pływają niejako zawieszone w otaczającym płynie. Mogłabym zaparzyć tą herbatę w szklanym dzbanku, z którego przelewałabym czysty płyn do kubeczka. Może byłoby to bardziej po drodze ze swoistym rytuałem picia herbaty, choć zarazem wbrew zasadom bon tonu. Nie przeszkadzają mi te listki, które za wszelką cenę pragną sięgnąć moich ust, próbują dostać się tam gdzie ich nie wpuszczę. I pomyśleć, że ktoś, gdzieś wiele tysięcy kilometrów stąd w mozole zrywał te cząstki roślinne abym ja mogła się nimi delektować. Czyjaś praca i jej efekty sprawiają mi teraz smakową przyjemność. Zagryzam herbatę kawałkami żurawiny i to też jest wynikiem pracy czyichś rąk. Coś dała przyroda, człowiek wykorzystał, przerobił aby trafiło to dając chwilę doznań specyficznego smaku. W uszach płyną nuty, to też wytwór czyjegoś talentu. Choć niematerialny dający przyjemność. Pozwalający zapomnieć o otaczającej mokrej szarości panującej za oknami. Wieczory zaczynają się coraz szybciej, półmrok otacza bez uprzedzenia, choć szybciej w takie właśnie jak dziś dni pełne chmur ciężko wiszących nisko nad ziemią. W moich uszach cwałuje Walkiria, nabierając rozpędu a mój dzień powoli kończy, zwalniając i chowając minione sekundy w nawias o nazwie przeszłość. A jaki był ten dzień? Zwyczajny, bez wzlotów i upadków. Zaczęty przed świtem, któremu powała szarych chmur początkiem nie dawała mocy rozwinięcia w pełną jasność opromienioną słońcem. Jednak przed południem odnosząc maleńkie zwycięstwo słoneczko zajaśniało dając iluzję ciepła i doprowadzając do oślepiającego oczy blasku. Oj nie chciało się dziś wstawać, zmagania z budzikiem wygrałam tylko dzięki wrodzonej wadzie, która każe wstać na pierwsze sygnały namolnego sprzętu. Jakieś śniadanie, kawa, wskoczenie w odzienie zabierające kobiecość, plecaczek na plecy i już mnie nie ma. Niewielu takich jak ja, którzy dojeżdżają z innych miejscowości tylko po to aby przepłynąć narzucony sobie dystans kiedy mogliby spać, nudzić się, robić wiele innych rzeczy w wolny od pracy dzień. Ja dokonałam takiego wyboru i dobrze mi z tym. Początkami moich bytności na basenie w zasadzie za każdym razem przytrafiały mi się jakieś dziwne, zupełnie niezaplanowane zdarzenia. A to wlazłam pod męskie prysznice, a to nie ściągnęłam jakiejś zlewającej się z tłem i fakturą stroju kąpielowego koszulki, i w tejże wpakowałam się pod prysznic. Było tych zdarzeń jeszcze parę, jednak aby nie stwarzać pozoru swojego całkowitego gapiostwa i roztrzepania, które przeważnie mi się nie przytrafia, pominę dalsze wyliczanie. Później do takich sytuacji nie dochodziło, normalniejąc i nie stwarzając ani komuś ani sobie powodu do śmiechu. I już myślałam, że nic mnie nie zaskoczy, nic nie zadziwi. Schemat, pływanie, przebieranie, suszenie włosów nieodmienny i za każdym razem przewidywalny w swoim ciągu. Dziś pogmatwałam, najpierw suszenie włosów zaserwowałam, ubieranie zostawiając na później. I nic by nikomu to nie przeszkadzało, z jednym małym ale... Wysuszone włosy, ręka próbuje otworzyć zamkniętą szafeczkę z ubraniami, opór. Raz, drugi, kolejny bez efektów. Złośliwość, niedostępność, i golizna odziana tylko kąpielowym opinającym ciało strojem. Człowiek w punkcie sprzedaży wejściówek otaksował mnie wzrokiem, obiecał wezwać fachmana od zatrzaśniętych szafek. Cenne minuty mijają, moja irytacja wzrasta, szafka otwarta po chwili. Biorę to co potrzebne, resztę zostawiając w szafce. Jeszcze chwila, gatki na siebie, otwieram szafkę... Cała polka w skompletowanym odzieniu rozpoczyna się od nowa. Kolejny fachowiec mamroczący w niemocy po momencie otwiera zatrzaśnięty mechanizm. Ot pech, z odrobiną uśmiechu pod nosem. Inni przychodzą, wychodzą i nic ich nie spotyka oprócz normalności ale nie ja. Przyklejają się do mnie czasami dziwne zajścia, mniej lub bardziej śmieszne, dające zapamiętać kolejny dzień. Przyciągam je lub one do mnie lgną, wiedząc, że uśmiechnę się z nich, że nie załamię rąk, tylko przejdę do porządku dziennego aby kolejnym dniem rozpoczynać wszystko od nowa. W uszach będzie dźwięczeć inna muzyka, inny smak herbacianej mieszanki, inna przegryzka, inny schemat dnia, odmienny jego rozwój w pogodzie i życiu, a nieodmienność ciągnięcia swoich życiowych spraw ciągle taka sama, od nowa, od początku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZIMOWY SEN
Notatkę dodano:2013-09-09 22:24:37

Kolejny dzień można zamknąć czasem przeszłym, jeszcze jakieś minuty, maleńki kawałeczek. Wycinek z dziennego tortu, który czasami przesłodzony, niekiedy doprawiony goryczką. Normalność każdego dnia. Ta wieczorna pora z minutami dla mnie. I wiem, że jutro wczesna pobudka, że kolejny dzień przede mną, i dobrze byłoby już przytulić głowę do poduszki aby wypocząć przed następnymi wyzwaniami a zarazem żal mi tych cennych chwil. Kleszczyk śpi za ścianą, zupełnie inaczej niż dziecko w dawnym przeboju „Budki suflera” pt. „Jolka, Jolka”. Jego sen w swojej początkowej fazie mocny, nic nie jest w stanie go przebudzić. Mogę korzystać z tego dobrodziejstwa twardego snu mojego potomka. Te minuty, kiedy on już w sennej krainie a mąż gdzieś w pracowitej rzeczywistości, są tylko dla mnie. Mogę z nimi robić co mi w duszy gra, czego domaga się ciało, jakie sobie wyznaczę plany lub nie robić zupełnie nic przyjmując, że to także spełnienie jakiejś mojej zachcianki. Ciszę przerywają jakieś zbłąkane komary lecące do lampki stojącej przy laptopie. Wystarczają mało dynamiczne machnięcia ręką, bez wysiłku można tego komarzego delikwenta złapać. Otumanione nadchodzącą jesienią, może zmarznięte, a może po prostu czują, że czas ich działalności powoli dobiega końca. Przyroda powoli szykuje się do przespania niekorzystnych warunków. My, ludzie nie możemy sobie pozwolić na taki komfort odlotu w senny niebyt. A jak wiele by nam pomagały te chwile hibernacji. Zamykamy działalność na jakiś czas, aby po jego upływie obudzić się z nowymi siłami, pomysłami na życie lub po prostu wypoczęci nadrobieniem sennych zaległości, z odnowioną energią i chęcią do zaczynania od nowa po krótkiej przerwie. Pewne problemy same by się rozwiązały, inne cierpliwie poczekałyby na sprzyjające warunki. W trakcie sennych marzeń, niektóre życiowe zagadki znalazłby finał i wyprostowały się już na jawie. Ja na czas jakiś zamknęłabym swoje notatki, bo przecież nikt by tu nie zbłądził, chyba że we śnie, aby rozkwitającą wiosną ponownie je rozpocząć. Zapewne parę pięknych chwil umknęłoby w trakcie mojego tu niebytu, jednak nie zastanawiałabym się nad tym będąc w nieświadomości faktu ich zaistnienia. A może jednak po przebudzeniu zaczęłabym żałować, że coś mi czmychnęło koło nosa a ja w letargu nie uczestniczyłam, znikła szansa na bycie w centrum wydarzeń. Gdybanie co by było... Luźne przemyślenia czegoś co nie nastąpi, a zarazem skłania ku wybieganiu, w taką nie mającą racji bytu fikcję. Może ku takim myślom skłania mnie ta panująca cisza przerywana namolnym uciążliwym pojedynczym komarzym bzyczeniem, a może wieczorna zielona herbata z egzotycznym posmakiem ananasa, lub kandyzowana żurawina leżąca w kurczącej się, choć pierwotnie sporej kupce, zjadana przeze mnie z wielkim smakiem.

Jutro rozpocznę swój dzień na swój ulubiony sposób, uczczę wolne od pracy, a zarazem zanurzę się w oczyszczającej radości, której już od tygodnia nie miałam okazji zaznać. Nadrobię zaległości, jakieś plany wprowadzę w życie, wypełnię dzień, lub on sam się wypełni przyznaną odgórnie dozą życiowych spraw i jeśli nic nie pomiesza szyków, ponownie zasiądę wieczorową porą tutaj aby zostawić parę zdań rzuconych w niebyt internetu. Łatwość pisania na klawiaturze skłania mnie do bytności tutaj kosztem rezygnacji z tradycyjnych papierowych notatek, a zarazem mam wrażenie, że moje zapiski siedzą głęboko ukryte w tej mojej szufladzie, do której niewielu zagląda. Może już zmorzył ich zimowy marazm, który ludziom nie obcy. Nie śpimy, nie jesteśmy pogrążeni w żadnym stanie nieświadomości jesienną i zimową porą a zarazem brakuje nam werwy, energii, jakiejś iskry, która doda skrzydeł do przeżycia niesprzyjających dni. Dlatego właśnie tak ważne w moim mniemaniu jest odnalezienie dla siebie czegoś co pozwoli zapomnieć, o smutnym otoczeniu. Coś co przyniesie radość, pozytywnie nastawi nasz środek do tego co poza nim. Jakaś swoja pasja, której poświęcimy chwile, z przyjemnością oderwiemy się aby wrócić do rzeczywistości nie zauważając szarości, zimna, braków i małych smuteczków. Bo i te smuteczki, które nikomu z nas nie obce mniejsze się robią, niższy poziom znaczenia osiągają dzięki dobremu nastawieniu, które będzie z nas promieniować. Może i ten sezon uda mi się osiągnąć stan pozytywnego nastawienia, które zmieni depresyjność zimy w pełen energii dobry czas.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163505
Osób: 145960