Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NOWE DLA MNIE
Notatkę dodano:2013-09-08 20:36:33

Kolejna nieobecność w domu, kolejny pracowity weekend. Kołowrotek nabiera prędkości, codzienne sprawy, podobnie tworzą następujące po sobie dni. Czasami jakaś odmienność, jakiś inny deseń i ścieg codzienności tworzy wzór, który choć składający się z podobieństw, odmienny. Inne słowa, sytuacje, zdarzenia i ludzie, choć ich różnorodność nie jest aż tak bardzo kontrastowa, pozwala na nie odczuwanie deja vu. Nie wyobrażam sobie, jak by wyglądało nasze życie jeśliby codziennie wszystko przebiegało identycznie. Nic by nie zaskakiwało, nic nie pozwalało na świeże odczuwanie. Przetrawione niejednokrotnie sytuacje, zdarte dowcipy, do znudzenia nieciekawe opowieści i sytuacje nic nie wnoszące. Niczym praca przy taśmie, kiedy każda minuta podobna do siebie, w swojej bezawaryjności. Dopiero jakaś inna praca maszyny zmienia sposób odbierania tych mechanicznych jednakowo mijających godzin, dni, tygodni. Lubię, jak moje życie spokojne, jednak zarazem pragnę odmienności, jakichś innych sytuacji, minut oderwania, czegoś co jest inne i daje oddech. Może dlatego też lubię poznawać nowych ludzi. Te znajomości nie muszą być zobowiązujące, bliskie. Wystarczy mi parę minut rozmowy na przystanku, dwa słowa wymienione w kolejce gdzieś. Nie z każdym chce się rozmawiać, nie każdy stanie się partnerem do rozmowy na dłuższą metę. Wypróbowujemy się, rozmawiamy, w prozaicznej sytuacji sąsiadujących w busie fotelików. Następnym razem, kiedy będziemy wspólnie odbywać podróż albo usiądziemy obok siebie, albo wybierzemy oddalone miejsca. Pierwszy kontakt, nie wypalił, nie nawiązała się nić porozumienia i więcej nie będziemy jej kontynuować. I nie chodzi nawet o to aby rozmówca miał identyczne zdanie, aby wyrażał podobne poglądy. Mogą być odmienne, a nasza rozmowa staje się dysputą, i będziemy chcieli jej kontynuacji. Chcemy dalszego ciągu, coś przekażemy od siebie, czegoś się dowiemy. Inny człowiek, inne poglądy, inna sytuacja, choć podobne, choć nie odrywające nas od naszego świata, ubarwiają i urozmaicają. Czasami dzięki takim sytuacjom możemy bardziej kogoś poznać, i dotychczas odbierana nijako osoba staje się kolorowsza, inna. Może kiedy poznamy ją bliżej, okaże się wartościowym człowiekiem schowanym pod zewnętrznymi pozorami szarości.

Za jakiś czas wdepnę w nową sytuację poznania pewnej młodej osoby, która stanie się częścią mojej rodziny. Jeszcze jej nie widziałam, nie poznałam. Jednak mój starszy syn, dokonał wyboru. Moim zadaniem stało się zaakceptowanie całej sytuacji oraz osoby. Nie wiem jak przejdę ten sprawdzian, jaką ocenę wystawi mi ta nieznana mi osoba. Czas pokaże, na ile będę potrafiła przyjąć ją jako wybrankę, jak dalece rozwinie się sympatia lub antypatia. Dla ilu dowcipów o wściekłych teściowych będę podstawą. Nieznana osoba i nieznana sytuacja zupełnie inna niż podpowiadała moja wyobraźnia. Już okrzepłam, myśl o nadchodzących chwilach nie daje powodów do dramatyzowania. Przyjmę co los z moim starszym synem w całej komitywie mi zgotowali. Zdajemy sobie sprawę, z nieuchronności pewnych sytuacji, życiowych kolei losu a zarazem stają się one na tyle niespodziewane, że zaskakują. Otoczka całej sytuacji jest na tyle pogmatwana, że budzi moje obawy, jednak przyjęłam do wiadomości, że to jego wybór i jego życie, z którego uwarzenia sam piankę spije. Dorosłość naszych dzieci sprawdza dorosłość rodziców, muszę pozytywnie przejść ten egzamin i choć mogę mieć inne poglądy, inne zdanie, inaczej bym rozegrała całą sytuację, muszę ją przyjąć do wiadomości. Przyjęłam. Teraz popłynę z prądem akceptując sposób rozegrania tej partyjki przez moje dziecko. Inny ten sposób od mojego, troszkę boli, ale on to nie ja, jego decyzje mogą być różne od moich. Niech czyni po swojemu, nie zabronię, nie będę walczyć ani przeinaczać na swoją modłę. Jego życie niech się toczy tak jak on tego pragnie, mi pozostanie obserwacja i milczące przyzwolenie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


„GRZYBOBRANIE” BEZ PLONU
Notatkę dodano:2013-09-06 19:23:34

 

To co duże sięgające nieba.  To co duże sięgające nieba.

 

 

Zrealizowałam swoje wczorajsze plany, wbrew chochlikom i przeciwnym siłom, wybrałam się na rozstajne drogi, daleko od ludzi. Tam gdzie mogę podładować swoje akumulatory na później i wyciszyć na teraz. Bez użycia prądu. Bez niczyjej ingerencji. Przez dwie godziny wsłuchiwałam się w siebie, przytulałam do drzew, czerpiąc z nich niewidzialną siłę. Już samym początkiem moje plany zakładały właśnie takie spędzenie czasu. Pewnie gdyby był tzw. wysyp grzybów, moje medytacje przybrałyby inną formę. Posucha, choć nie przeszkadzająca mi dzisiaj swoją nicością. Na grzyby jeszcze przyjdzie czas, za tydzień, dwa, może dłużej. Poczekam i ponownie wybiorę się aby wrócić z pełnym koszykiem, i dylematem w kwestii dalszych losów leśnych plonów. Dzisiejszy mój rekonesans z nutą zadumy i obserwacji, leniwie poczynionych dał napawać się oczom, nosowi, uszom odmiennością od tego, co na co dzień otacza i w czym się przebywa. Słońce przedzierało się przez lekko chwiejące korony sosen, kładąc długie cienie, na igliwiu. Intensywnie zielone, miękkie mchy zapraszająco prawie przywoływały aby skorzystać z ich dobrodziejstwa i usiąść, wygodnie zgłębiając w żywy fotelik. Jednak wilgoć, choć nie widoczna nie pozwalała na ten komfort i błogostan. Pozycja kucania, lekkiego przysiadu, aż do ścierpnięcia nóg. A tak się nie chce wstawać, a tak dobrze się tu siedzi. Jeślibym w jakimś odruchu szaleństwa i zupełnie nieracjonalnego zachowania postawiła wśród sosen jakiś leżak, niechybnie w pełnym spokoju usnęłabym tulona poszumami wiatru. Nie czuć tego wiatru przy ziemi, tylko odgłos wśród koron, raz dalej, raz tuż nad głową. Czasami przybierając na sile, jak gnieciony papier, trzaskająco, szeleszcząco, w zależności od tego gdzie wiatr zatańczy, czy obierze sobie za partnerkę brzozę czy pozostanie wierny sośnie. Choć słabego wiania sosna nie sygnalizuje, przyjmuje bez skargi szelestu, dopiero mocniejszy wiatr doprowadza ją do specyficznego skrzypienia, dając wrażenie, że jeszcze moment i coś, gdzieś się złamie. Dziś nie było straszenia sosen ani mnie, dziś był spokój z dalekimi szelestami. W zasięgu wzroku nie było nikogo, kto mógłby mi przeszkadzać, zawadzać i powodować moją ucieczkę w dalsze rejony. Mogłam do woli rozmawiać, prowadząc sama ze sobą monolog, któremu tylko przyroda mogła się przysłuchiwać. Nic mi nie odpowiadała, wszystko przyjmowała z cierpliwą ciszą. Ten otaczający spokój udzielał się, przepełniał mnie. Odczucie niczym niezmąconej błogości. Cywilizacja gdzieś, całkiem blisko a zarazem na tyle daleko aby nie było jej słychać, abym mogła się od niej oderwać. I oderwałam się, czas gdzieś upływał, ja byłam obojętna na jego mijanie, jakoś z boku, nie martwiąc się ubywaniem cennych minut. Nigdzie się nie spieszyłam, spokój panujący tam przechodził na mnie, odsuwając codzienną gonitwę na jakiś daleki boczny tor. Kiedy się nasyciłam, spokojnie, powróciłam w normalność istnienia. Przekraczając próg mieszkania już zaczęłam układać dalsze działania. Dobry obiad, nie żadne chybcikowe surogaty, żadne namiastki, tylko konkretny dwudaniowy posiłek z deserem. Czuję przypływ mocy i energii, las procentuje. Wydawać by się mogło, że wyszłam z niego z pustymi rękami, nic bardziej mylnego. To co mi ofiarował mam w sobie, gdzieś w środku, ulokowana siła, w pamięci obrazy przyrody, w nozdrzach jeszcze zapach sosen z całą mieszanką niewielkich wczesnojesiennych barw gdzieś doprawiających ten przewodni, innymi niuansami. Były wrzosy, niesiony z daleka aromat wycinki, jakaś woń wilgotnego igliwia okalająca mchy. Były kolory w ogromnej palecie, miętowe porosty ( kobieta wie jak wygląda kolor miętowy, mężczyzna powie – zieleń z bielą), przeczące fioletowi wrzosowiska, zielenie i żółcie, brązy oświetlone i cieniem przykrywane, i błękit czystego nieba . I nie trzeba wiele aby móc się tym napawać, i cieszyć oczy. Zatrzymanie się przez chwilę, danie sobie możliwości spokojnego odbioru tego co czasami na wyciągnięcie ręki jest, tylko w codziennym biegu zapominamy, tłumacząc brakiem czasu, niemocą, problemami. Nie zawsze idąc do lasu musimy mieć jasno postawiony cel zdobycia kosza grzybów, dziś zrezygnowałam z wzięcia koszyka wszystko co mi ofiarował las przyniosłam w sobie.

 

To co pod nogami, blisko ziemi To co pod nogami, blisko ziemi.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POTRZEBA SPOKOJU
Notatkę dodano:2013-09-05 22:36:59

Zaczynało się mgliście. Wilgoć o słabej przejrzystości osiadała na każdej rzeczy na swojej niczym nieograniczonej drodze. Z drzew spokojnymi kroplami, otoczone ciszą wokół skapywały duże, zimne krople. Dźwięk prawie namacalny, w panującym wszędzie bezgłosie, potęgowany przez ten brak fonii. Widoczna wilgoć pod drzewami, w pozostałych miejscach chodnika królująca suchość. Ci co wyruszyli do pracy wcześniej zostawili puste miejsce, niczym nie wypełnione. Aż nienaturalnie, nawet dzieci idące do szkoły dostosowały się do tego ogólnie panującego milczenia. Scenografia z innego miejsca, kłócąca się z tym co każdego ranka mijam tutaj. Nienaturalnie i aż dziwnie. Taka pogoda wzywa mnie do lasu. Ten bezgłos, w którym słychać każdy trzask łamanej pod nogami gałązki, każde spadanie z sosen gubionych igieł. Ta cichość otoczenia pozwala mi myśleć, rozmawiać z wyimaginowanymi rozmówcami, z tymi, których już tu nie ma, lub z tymi, z którymi nigdy nie uda mi się z różnych przyczyn porozmawiać. Jeszcze nie dziś, ale jutro mam wolne od pracy, basen nieczynny, więc nie będzie mnie wzywać, wybiorę się do lasu. Grzyby to pretekst, spokój to coś po co tam jadę. Znowu, jak każdego roku, dojadę tam gdzie niewielu dociera, na skraju zbłądzenia w nieznanych rejonach będę kluczyć, poznawać, rozmawiać i myśleć. Mam o czym myśleć, więc wykorzystam nadarzającą się ku temu okazję. To dopiero jutro, dziś jest zielona herbata w dużym ceramicznym kubku. Powoli przychodzi czas herbaty. W lecie mniej jej piję, króluje wysoko zmineralizowana woda, która ma gasić pragnienie, i nie istotny jest jej mało wyrazisty smak. Co innego teraz, wraz z pierwszymi oznakami nadchodzącej jesieni zaczynam dziwną w swojej rozpuście zabawę z różnymi gatunkami herbaty. Już nie tak jak kiedyś, kiedy to królowała w moich upodobaniach mocna czarna herbata, czasami wymieniona na jakieś owocowe mieszanki. Moja otwartość na różne smaki każe mi wypróbowywać w miarę możliwości różnych herbacianych wariantów. Czarna, bez dodatków jest królową, choć zdetronizowaną lub może lepszym określeniem będzie „mniej czynną” w trakcie posiłków. Prym wiodą różnego rodzaju próby z innymi herbatami w roli przewodniej. Poznałam rooibos, phu-er, zielona od dawna ma swoje miejsce na herbacianej półeczce. Nie zawsze są czyste swoim właściwym smakiem i nie zawsze jest na nie jednakowa ochota. Bywa, że przez parę dni nie mogę nasycić się jednym, konkretnym smakiem, a po jakimś czasie idzie on w odstawkę. Wytęsknię się i powracam. Będą pikantne dziwności z imbirem i kardamonem, będą słodkie posmaki z egzotyką w tle, pobratam się z żurawinowymi goryczkami, przyjmę otwartymi ramionami zarówno krajową truskawkę jak i daleką opuncję. Niby nic, kubek gorącego, lub wystudzonego płynu, w różnej barwie i intensywności smaku, a ile dzięki niemu tej malutkiej radości. Podobną radość przyniósł mi dzisiejszy dzień, rozpoczęty płaczliwymi kroplami spadającymi z okolicznych brzóz, w swoim rozwoju zmierzający ku coraz bardziej świetlistemu, radosnemu i pięknemu zakończeniu. Ostatnie dni lata, takie właśnie powinny być, aby pozytywnie je zapamiętać, aby jak najdłużej były takim dobrym wspomnieniem tego co minęło. I zapomni się deszczowy maj, upały sierpnia, niedogodności i skrajności, a będzie się pamiętać tę końcówkę jeśli będzie ona stonowana i powolnym tempem dającym czas na przygotowanie, zmierzać do tego co nie lubiane i przez niewielu wyczekiwane. Teraz potrzeba tej powolności aby zdążyć z pracami polowymi na swoich działeczkach, aby łagodnie przejść bez szoku i zaskoczenia. Stonowanie w przyrodzie potrzebne podobnie jak łagodne tonowanie w życiu. Przynajmniej ja nie lubię ekstremalnych zmian w swoim życiu, więc czekam na spokojne przyjście kolejnej pory roku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POWINNA POZOSTAĆ PAMIĘĆ
Notatkę dodano:2013-09-04 21:30:21

 

„Panie, daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę, daj mi cierpliwość,abym zniósł to czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.”

                                         – Fredrich Christoph Oetinger

 

Uniwersalne słowa, które każdy, choć raz w życiu w takiej lub podobnej formie wyrzekł, które wypowiedziane stanowiły balsam na strapienia i kłopoty których sami nie potrafimy we własnym zakresie załatwić. Dzięki tym paru wyrazom, które niczym magiczne zaklęcie pomagają poukładać niesforne życiowe problemy, robi się prościej, szybciej zauważamy światełko w ciemnym tunelu przygnębienia. Moje światełko już całkiem wyraźnie jaśnieje, choć droga do niego jeszcze długa, tunel ciągle stanowi wielką niewiadomą, już przywykłam do ciemności panującej tam, już wzrok się przyzwyczaił. Nie jest już tak strasznie, oswoiłam się z warunkami panującymi i choć ciągle nie czuję pełnego komfortu, jest normalniej.

Wolniutko, pewne sprawy stają się mniej ostre, mniej absorbują moje myśli, poukładały się. Czas to niekiedy jeden z tych czynników, które nie do zastąpienia, a potrzebny aby inaczej zacząć odbierać kryzysy. Z każdym dniem to co stanowiło szok będzie coraz bardziej pachnieć normalnością, stanie się zwykłe, a ja uzbrojona w cierpliwość łatwiej przyjmę co przyniesie los. Już zaczynam wracać do swojej normy, większa uwaga co nakładam wychodząc do pracy, niech mój strój nie pokazuje stanu duszy. Choć dziś czerń dominująca w mojej garderobie może być odbierana całkiem odmiennie od zamierzonego celu. Ale nawet ta głęboka, całkiem czarna czerń nie tłumi mojego pozytywnego nastawienia. Uśmiech po paru dniach wolnego nieśmiało opromienił moje oblicze. Uśmiechałam się sama do siebie, jeszcze nie promienieję, jeszcze nie czaruję otoczenia ale minie czas, i będę lśnić tym swoim optymizmem. Wiem, że mam duże pokłady tego „dobra” w sobie, tylko czasami te gorsze nastroje tłumią, nie dają przestać o sobie myśleć i zabierają humory a przynoszą niechęć i smutek. Czasami potrzeba stonowania i wyciszenia, wieczna radość nikomu nie dana. Choć czy tak naprawdę mam na co narzekać? Nie mogę pewnych spraw zmienić, trzeba znieść. Znoszę po swojemu, bardziej stonowana, bardziej drażliwa, aby za jakiś czas ponownie móc wybuchnąć dobrym nastrojem, którym będę zarażać. To moja walka, choć czasami padam na tym ringu, jednak staram się po każdym upadku podnieść. Teraz jeszcze otumaniona, chwiejnie ale już stoję, już zaczynam się gotować do ataku na następne potyczki. 

Dziś przeczytałam artykuł o pewnym lekarzu, transplantologu, który dokonuje przeszczepów serca. Ktoś czeka na wymianę wadliwego organu, to wiąże się z czyjąś śmiercią, tragedią aby uratować drugiemu życie. Życie, za życie. Temu co już opuszcza teraźniejszość jest obojętne czy to serce będzie posiadał, czy pochowają go kompletnego czy też czegoś będzie brakować. A nie zawsze można pomóc oczekującemu człowiekowi, bo rodzina otulona tragedią nie pozwala na pobranie antidotum na śmierć. Dylematy, potyczki ze śmiercią i życiem, prawdziwe dramaty, wobec których moje problemy to pył mizerny, nic nie znaczący drobiazg.

A życie ludzkie nie jest drobiazgiem, jeśli jest możliwość pomocy komuś, a moje ciało przyda się w mniejszej lub większej części, bierzcie, co się przyczyni do ratunku. Każdy kawałek, który pomoże może zostać zabrany, aby służył potrzebującym. Nie jest i nie będzie dla mnie istotne ile czego ze mnie pozostanie na jakimś cmentarzu. Najważniejsze co powinno pozostać to dobra pamięć i mam nadzieję, że poza paroma osobami taka pamięć o mnie pozostanie.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


„MAMA...?” MADZI
Notatkę dodano:2013-09-03 20:30:13

W dniu dzisiejszym zapadł wyrok w sprawie matki, która pozbawiła swoją córkę życia. Sprawa była głośna, bulwersująca, wstrząsająca chyba każdym obywatelem tego kraju. Zdarzyło się coś, co w gruzy obróciło pojęcie ludzkości, co zaprzecza twierdzeniom, że w każdym człowieku istnieje coś co ogólnie można określić mianem człowieczeństwa. W tej osobie zabrakło podstawowych odruchów bycia matką, bycia człowiekiem.

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.

Trudno się oprzeć i nie wydawać osądu tej „ludzkiej” jednostki. Jak bardzo trzeba być zdeprawowanym, pozbawionym humanitaryzmu, aby w sposób tak bardzo wyprany z uczuć zachowywać się doprowadzając do śmierci własnego dziecka. Gdzie popełniono błąd, kto zawinił, czego zabrakło, że nikt nie zauważył anomalii występującej w tej osobniczce. Czym wytłumaczyć, jakie znaleźć argumenty na obronę jej, na coś co pomoże zrozumieć. Ja nie potrafię, na każdą kiełkującą w obronie moją wątpliwość pojawia się kontrargument. Walczą ze sobą i ciągle obrona sromotną klęskę w mojej głowie ponosi. Nie rozumiem, moje tłumaczenie otaczającego świata nie dopuszcza takiego zachowania. Nie będę mówić zezwierzęcenia, bo obrażałoby to chyba każdą samicę będącą matką, bez względu na gatunek. Brak mi słów, które mogłyby ukazać moje odczucia, moje emocje, i mój stosunek do tej sprawy.

Nie rozumiem !!!

Nie potrafię wytłumaczyć !!!

Czuję się zdruzgotana faktem, że takie jednostki żyją wśród nas. Zdeprawowane, wyzute z emocji, wyrachowane, zimne i bez sumienia kalkulujące w najgorszych sprawach. Jak dalece potrafiłaby się posunąć w swoich zachowaniach, jeśliby jej przyszłość upływała na wolności. Jeśli ironią losu wyrok byłyby uniewinniający? Do jakich zachowań byłaby zdolna? Jeśli okazała się pozbawiona uczuć wyższych wobec własnej nie mogącej się obronić niewinnej córeczki, co potrafiłaby uczynić obcej sobie osobie? Czy zimna krew, z którą działała nie doprowadziłaby do innych nieszczęść i tragedii. Jak wiele zła mieści się w tej młodej osobie, gdzie tkwi przyczyna, że ono powstało, że się tak tragicznie objawiło. Czego odzwierciedleniem było to zło w życiu tej osoby, skąd wzięło swoje początki, gdzie się zaczęło i dlaczego w ogóle było. Młoda kobieta tak dalece zdeprawowana w swoich zachowaniach, że ich każdy szczegół nie mieści się w moich kanonach świata.

Prasa w każdym artykule, każdej wiadomości używała sformułowania „mama Madzi”. Emocjonalna wymowa słowa „mama” jest przepełniona ciepłymi uczuciami, pozytywnie odbierana. Żadne pozytywne skojarzenia nie będą nigdy z tym zlepkiem wyrazów się kojarzyć. Będziemy odbierać to jako zupełne przeciwieństwo, znaczenie tych dwu słów będzie oznaczało nie tylko tragedię, nie tylko śmierć, kłamstwa, matactwa, wyrachowanie ale też wypaczoną kobietę, która matką nigdy stać się nie powinna.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WBREW
Notatkę dodano:2013-09-02 21:14:11

 

Mam nadzieję, że nie naruszam niczyich praw autorskich cytując słowa, które dziś opanowały mój poranek, i tak sobie myślę, że zgadzam się z nimi a za ich wyśpiewanie uwielbiam Panią Annę Jopek.

 

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam

Na pierwszej stacji, teraz, tu!

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam

Przez życie nie chce gnać bez tchu

 

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę

Gubiąc wątek i dni

A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!

A życie przecież po to jest, żeby pożyć

By spytać siebie: mieć czy być?

Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć

Nim w kołowrotku pęknie nić

 

Będę tracić czas, szukać dobrych gwiazd

Gapić się na dziury w niebie

Jak najdłużej kochać ciebie

Na to nie szkoda mi zmierzchów, poranków

i nocy.

 

 

Diabelski młyn na którym przyszło mi odbywać ostatnimi czasy życiowe przejażdżki, od jakiegoś czasu nie ma sił wspiąć się na górne partie. Trwam w tym dole, z którego nie potrafię żadną mocą podźwignąć się wyżej. Przytłaczają mnie z wielu stron różne sprawki, które powinnam w jakiś cudowny sposób resetować, zanim na dobre zawładną moją głową. Nie posiadłam tej umiejętności, muszę przetrawić a to bardzo czasochłonne zajęcie. Do tego wszystkiego jestem gdzieś w tym dole bez wyjścia, z którego wysiadka zupełnie niemożliwa. Wiejący zimny wiatr zamiast pomóc ruszyć maszynerię i dopomóc, jeszcze mocniej przypiera do niskich partii odczuwania. Chandra wczesnojesienna.

Idę późno ranną, przedpołudniową godziną do pracy, zimny wiatr szasta gałęziami drzew, one się poddają, sypiąc martwym listowiem. Może te spadające liście to okup dla wiatru, aby dał spokój przez jakiś czas, aby zostawił jeszcze inne chcące być strojem dla drzewa liście. Czym ja mam się okupić, jaki haracz zapłacić wiatrowi aby przestał mnie dołować, aby przestał wiać? Nie przyjmuje ode mnie nic, niczego nie chce. Będę udawać, że mnie to nie obchodzi, idę, w uszach dźwięki z coraz większym natężeniem, chcę zabić to co przychodzi z zewnątrz. Uszy wyłączyłam, oczu nie mogę, choć udaję, że nie widzę, nie dostrzegam. Pozuję nieuwagę, a choć staram się i tak widzę, i tak czuję. Przeszywające porywy wiatru, otoczenie poprzez natłok szarych chmur już zdecydowane na przyjęcie jesieni. Środowisko gotowe, a ja zupełnie nieprzygotowana, nie mam chęci na słoty, szarości, smętne otoczenie i zważone humory. Muszę jakoś zaradzić swoim nędznym odczuciom, jeszcze nie mam pomysłu, jest wahanie, ale wiem, że to konieczność. Jeśli już teraz dopadnie mnie niemoc, ciężko będzie dotrwać do kolejnej wiosny i lata. Wiem, że dam sobie radę, musi minąć parę chwil, pewne sprawy się naprostują, wjadą w koleiny, na które wpływu mieć nie będę, czas przysypie pyłem odsunięcia z pamięci, ja otrząsnę się z niemocy, ze złych emocji i dalej będzie świetliście i jasno. A ja sobie radośnie tą słoneczną drogą pójdę dalej. Teraz tylko muszę cierpliwie siąść i poukładać rozsypane klocki, dopasować puzzle, podjąć jakieś strategiczne decyzje. Mam pewną wizję, która być może da kolejnego kopa chęci do trwania tu i teraz. Pomoże wyzwolić więcej szwungu i zapału. Jeśli coś z tych moich planów się wykrystalizuje dam znać, teraz póki co, gdzieś w otchłani swojego rozumku rozmieszczam i mierzę się z możliwościami. Chcę móc przenosić góry a nie martwić się wiejącym wiatrem, opadającymi liśćmi, szarością. Tą szarość mam zamiar każdego ranka ubarwiać i chcę swoje zamiary wprowadzać w życie wbrew tym, co we mnie nie wierzą, tym, którzy nienawidzą, i tym, którym się wydaje, że już niewiele mogę. Wbrew przeciwnościom i zaporom, na przekór wszystkiemu i niektórym.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


I PO SIERPNIU....
Notatkę dodano:2013-09-01 22:20:33

Wrześniowe melancholie, pierwsze spadające liście, bezsilne słoneczko, i jakaś nie dająca się odgonić myśl, że to już po lecie. Dzieciaki w pełnej mobilizacji na jutrzejszy początek roku szkolnego. Jakaś cichość na podwórku, już bez entuzjazmu pałętają się, pod presją tego, że jutro kolejny etap w edukacji. Rodzice też jakoś przygnieceni jutrzejszym dniem. Jeszcze sprawdzenie, czy wszystko przygotowane, czy nic nie brakuje. I oczekiwanie. Czy jest na co czekać? Teoretycznie nic nowego jutrzejszego dnia u większości społeczeństwa nie nastąpi. Kolej rzeczy, która przerobiona wielokrotnie, czy to swoją edukacją kiedyś, dawniej, czy obecna szkolna karuzela dzieci. Teraz dni dzieciaków będą wyznaczać klasówki, wolne weekendy, oczekiwanie na ferie. Takie przerywniki, aby łatwiej i bardziej urozmaicenie przejść czas do następnych wakacji. Tegoroczna opalenizna wyblaknie, wypłowieje, wspomnienia przykryje czas, szkolna teraźniejszość osaczy i wciągnie w swoją otchłań. Będą sztubacy codziennym rannym marszem do szkół znaczyć każdy kolejny dzień, myśląc że nic gorszego ponadto być nie może, że nudny czas szkoły mógłby skończyć się jak najszybciej aby o nim zapomnieć i nigdy do niego nie wracać. W młodych rozumkach poukładane inaczej wartości, i chęć jak najszybszego skończenia edukacji, aby nigdy już nie wracać do tej nudy, do żmudnej codzienności z nielubianymi belframi, aby odwracając głowę od szkolnych budynków udawać, że zupełnie z niczym ich nie wiążemy. Tak się myśli, wydaje, kiedy człowiek trafi do mało udanej klasy. Kiedy młody myśli, że za tymi szkolnymi murami czeka bardziej kolorowa przyszłość, pełna niespodzianek i szaleństw dorosłości. I iluzja wielkich możliwości znieczula przed tą dorosłością. Młody bóg w swoim myśleniu o przyszłości nigdy się nie zestarzeje, świat zawsze będzie zapraszająco otwierać wszystkie drzwi. Ale młody bóg, czy też młoda boginka nie zdaje sobie sprawy, że ani się obejrzy a ktoś jej powie : „wiesz, że będziesz babcią?”. I ta młoda, jeszcze wczoraj dziewczyna, musi się zmierzyć z inną wiedzą, z innymi zadaniami. A miała świat przed sobą, miała wizje, i tęczową przyszłość, która nie zostawiając nic z tej tęczy przeszła, i bywa, że tęsknie patrzy na stare mury szkolne. Bo jednak ten miniony czas, ze swoimi problemami zapomnianego stroju na wf, braku zadania domowego czy nie nauczonego wiersza był jednak czasem beztroskim i bez porównania łatwiejszym niż obecne klasówki z życiowych zachowań i spełnienia oczekiwań.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOCNA KLĘSKA SŁABOŚCI
Notatkę dodano:2013-08-31 19:44:04

 Przyczyna mojej klęski :)

 

 

Ostatni dzień sierpnia, dopadł moją słabość do słodyczy, a może to słabość do słodyczy zawładnęła tym dniem. Diabli wzięli samodyscyplinę, ograniczenia, silną wolę. Pofolgowałam sobie, choć wiem, czym będzie to okupione. Są takie dni, kiedy nasze słabości biorą górę, nie mamy ochoty z nimi walczyć, walkowerem usuwamy się z pola walki. Może endorfiny, których jakoś mniej ostatnio w moim życiu, a uzależnienie od nich ogromne, domagają się zasiedlenia mojego ciała choćby pod postacią słodyczy. A może się oszukuję, i wcale się nie ujawnią, choć pozostawią po sobie zbędne wałeczki, z którymi walka będzie musiała być zacięta i ostra. Nie ważne, naszła ochota na wypróbowanie pewnego przepisu, który „chodził” za mną, przypominał o sobie, nękał, dawał wrażenia smaku i jeszcze tylko w wyobraźni zapachu, aż się wypełniło co stać się musiało. Nie zawiodłam się, usatysfakcjonowane są moje kubiki smakowe, spełniło się pokładane oczekiwanie i mogę wypić trzecią kawę, nawet tym późnym popołudniem, nic sobie w dniu dzisiejszym z tego nie robiąc. Jutro przemyślę, pojutrze zawalczę, kiedyś tam uzyskam efekty. A dziś pójdę na całość w organoleptycznym szaleństwie. Może potrzebuję tego, może chcę, zrobiłam głupotę, i sprawa zamknięta. Ile razy robimy coś choć wiemy, że nie powinniśmy. Pijemy wódkę, choć wiemy, że nic ona naszemu organizmowi dobrego nie przynosi. Palimy papierosy, pomimo że zewsząd trąbią o ich trujących właściwościach. Uprawiamy seks, choć nie planujemy potomstwa, liczy się jakaś przyjemność. W każdym z powyższych przypadków, w efekcie chodzi o przyjemność. Egoistycznie choć czasami z dalekosiężną szkodą dla organizmu, robimy to co sprawia zadowolenie, daje radość, jakieś czasami złudne ukojenie. Można żyć w jakiejś narzuconej sobie ascezie, umartwiać się przekroczeniem wyznaczonej samemu sobie jakieś granicy. Co nam to przyniesie? Frustrację, złe nastroje, wyrzuty sumienia i smutek, że się nie zachowało reżymu, który świadczyłby o naszej potędze i sile. Tylko czy tak naprawdę to będzie siła, czy stajemy się więksi poprzez dotrzymanie sobie samemu danego słowa? A może to nasze „ascetyczne zachowanie” jest tylko po to aby inni mieli o nas lepsze zdanie, aby widzieli nasz nieugięty moralny kręgosłup? A jeśli swoim zachowaniem zmuszamy najbliższych, wbrew im samym do podobnych zachowań, narzucając niejako swoje wizje i poglądy? A oni kochając nas podporządkowują się, choć w duszy inaczej im gra i chcieliby czasami odmiennie, bardziej szumnie, wbrew nakazom i zakazom ale nie chcą ranić, nie chcą stać się przeciwni, godzą się choć doskwiera przybrana poza. To co sami sobie narzucimy nie powinno dawać się odczuć innym, swoje własne przez siebie umyślone jarzmo nosić powinniśmy samodzielnie, nie obciążając nim bliskich. Jeśli poczują, że też tak chcą, stanie się to ich własnym wyborem, to stanowić będzie nasz mały sukces. Będzie oznaką, że to co robimy jest coś warte, w jakiś sposób godne powielenia. Naśladowcy naszych działań są najlepszym dowodem na wartość tego co robimy. Nie naśladowcy pod przymusem, tylko tacy z własnej woli, swoim własnym wyborem stający się nimi, to nobilitacja i przejaw wielkości. Nic na siłę, nic pod przymusem, wolna wola, własny wybór. Moim dzisiejszym wyborem było celowe poniesienie klęski i nie będę nad tym ubolewać, ani nikogo przekonywać że mi z tym źle czy dobrze. Zrobiłam co chciałam, ani większa ani słabsza przez to się nie stanę. Własny wybór, moje konsekwencje bo to przecież moje życie i moja sprawa czy bardziej słodko je przejdę czując lekkość, czy ograniczę się czując zarazem niedosyt możliwości wyboru.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE JEST MI DO ŚMIECHU
Notatkę dodano:2013-08-30 21:55:24

Moje zesłanie minęło, przeleciały też dni pracy. Wróciłam wyżęta, skomasowanym atakiem na swoją osobę spraw które się zadziały. To była tylko potyczka w jakiejś niemożliwej do określenia z góry ilości, które mieć miejsce jeszcze będą. Nie było mnie tu parę dni a czuję się jakbym z odległego świata przyjechała. Odwykłam od pewnych spraw, nie chcę w nie ponownie wchodzić. Jednak czasami nie da się inaczej tylko właśnie trzeba stanąć z otwartą przyłbicą i wziąć na siebie coś co rani, coś co boli. Pewne sprawy inaczej przyjmuję, wobec niektórych staję najeżona i gotowa na odparcie ataku. Moje dni zaczynające się granatowo-stalowym porankiem, który już nie wita mnie jaśniejącym słoneczkiem, tylko wyznacza azymut jakimś strzępem księżyca nie dając zarazem możliwości odnalezienia wielkiego wozu. Ja tu, a wóz może gdzieś odjechał, i na próżno wypatruję jego obecności na nieboskłonie, przez chwilę jedna pasażerka wypadła z trasy, a on nie czekając na nią ruszył dalej. Wiem, że to tylko chwilowe, jutro, pojutrze znów pojawi się nade mną i będę wiedzieć gdzie o jakiej porze jest, aby nieodmiennie pierwsza móc odnaleźć go, gdzieś wysoko. Te poranne ciemne chmury niewiele różnią się od tego co kołuje od jakiegoś czasu nade mną. Stalowa ciężkość, która nie daje się odegnać i ciągle gdzieś w pobliżu jest. Jedna chmurka przeleci, już na jej miejsce pojawia się kolejna, i tak od jakiegoś czasu niewiele błękitnych prześwitów tego spokojnego, nudnego życia. Wiem, że tak to właśnie wygląda i jedynym sposobem jest przyjęcie tego co będzie mi ofiarowane, niewiele dadzą moje zawodzenia i jęki. Co ma być będzie, przed czym będę musiała ugiąć karku, ugnę. Jak jest spokój nie doceniamy, nie zauważamy bo jest tak jak lubimy, bez wstrząsów. Jednak życie przypomina o swoim bezkresnym nieokiełzaniu i niespodziewalności. Tego konia nie da się ujeździć, zawsze może zaskoczyć nagłym wybrykiem i stanięciem dęba w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Nie ma siodła, które pozwoli usiedzieć na tym rumaku i upadamy, po to aby kolejny raz się pozbierać po upadku, otrzepać i podnieść aby ponowić próbę kolejnej przejażdżki. A życiowy rumak dalej swoje fochy pokazuje. Jeśli jeździec równie uparty jak koń, będzie na szkapę pomstować, narzekać w momencie upadku, aby ponownie wejść na grzbiet i odbyć kolejną jazdę wierzchem, która da wyciszenie, spokój i złagodzi złe odczucia aż do następnego zaliczenia twardego podłoża. Kobyła zarży z radością nad nami, leżącymi, sponiewieranymi, w zakurzonych łachach niewiele przypominającymi dżokejski uniform, jakby cieszyła się ze swojego ponownego dowcipu nam uczynionego. A nam nie do śmiechu, kiedy kolejny raz otrzepujemy z brudów świata naszą odzież, wstając i przybierając butną minę nieadekwatną do położenia w którym się znaleźliśmy. I tak sobie jedziemy, tłukąc tyłek, upadając i podnosząc się. Aby gdzieś do mety dojechać, czy to wierzchem, czy też dojść prowadząc niesfornego rumaka. Zastanawiam się w jakiej pozycji teraz się znajduję. Jeszcze nie leżę w błocie, ale istnieje możliwość, że tę pozę za czas jakiś życiowy rumak mi ofiaruje. Nie nazwę tej swojej jazdy płynną gonitwą, ani przejażdżką dającą przyjemność. Niewygoda bez siodła, trzęsienie i obijanie siedzenia tworzy dyskomfort, ale jeszcze nie leżę. To pewnie za chwilę. Prędzej czy później wiem, że się doczekam i złośliwego rżenia radości nad sobą leżącą i zbierającą szczątki siebie z ziemi. Jeszcze się nie poddaję, jeszcze odważnie i z pewną dumą ponawiam swoje próby jazdy wierzchem. Czasami, tak jak teraz z mizernym skutkiem ale wiem, że walczę i mam nadzieję, że sił do walki starczy na dłużej. Nie ciesz się z radością paskudna kobyło, bo jeszcze będziesz odczuwać mój ciężar, nie podaruję ci tego w swojej wielkoduszności. Przyjdzie czas, że to ja się zaśmieję.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOLEJ RZECZY
Notatkę dodano:2013-08-26 22:12:25

Dualizm powodujący moje sprzeczne zachowania i odczuwanie chwili obecnej bywa frapujący, uciążliwy i wreszcie niezrozumiały dla innych. Jestem tu, chcę być tam, jestem tam, moje pragnienie najbardziej chce tu. Bywa, że płynę z nurtem, ale zdarza się też pod prąd. Zupełnie nieoczekiwanie musiałam pojechać tam, sytuacja wytworzyła się podbramkowa, wymagająca mojej obecności. Skoro możemy wyruszyć wszyscy razem, pakowanie, i wyjazd, i jesteśmy tam. Wyklarowany obraz sytuacji, zagrożenie minęło, a siedzenie tam zaczyna mnie męczyć i przerastać. Już błysnęła iskierka myśli, ostatnie godziny urlopu chcę spędzić inaczej, i nie tam, tylko zupełnie gdzieś indziej. Dwa słowa, jakieś niepewne :”wiesz, pojechałabym... do domu, jutro wrócę...” Wiem, że nie w smak, ta moja nieobecność, a zarazem ciężkość atmosfery nie trzyma mnie. Nic dobrego nie przynosi, poza tym, że iskierka już się rozpaliła i choć dopiero lekko się tli, ja wiem, że chcę być gdzieś indziej. Nie ucieknę od problemów, nie uda się. One mnie dorwą, ale póki jest możliwość zrobię krótką pauzę. Jutro rozpocznę od nowa, walkę z przeciwnościami, z przerastającymi mnie, choć z pozoru normalnymi sprawami, i będę musiała dać sobie radę, i najzwyczajniej na świecie podołam. Ale to jutro, a teraz parę chwil tylko moich, tylko dla mnie. Odetchnę pełną piersią, nabiorę haust powietrza aby na dłużej starczyło tej pary do walki.

Urlopowe lenistwo za parę chwil się zakończy, a ja mam świadomość pewnego rozprzężenia, jakiegoś nie chciejstwa, i zanim wszystko wskoczy w tory normalności moment musi minąć. Odpoczynek jest potrzebny, czasami nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo, a zarazem po takim dłuższym nic nierobieniu pewien dyskomfort odczuwamy musząc wrócić do rzeczywistości. I tak się nie chce, i jeszcze by się przeciągnęło, odwlekło nieuchronne, a ono już szczerzy zęby w ironicznym uśmiechu bo wie, że ucieczka się nie uda, a nasze próby wyglądają zgoła śmiesznie i żenująco. Jutro ponownie zniknę, nie wiem na ile, może dzień, może dwa, sytuacja się rozwija, a może pozostanę do soboty. Nie będzie mnie tu, choć zapewne będzie to moim pragnieniem aby być. Aby sprawy się rozwiały, znikły, nie tworzyły barier dla mojego chcenia, aby nie stawały się przeszkodami i abym była tam, gdzie akurat chcę. Wiem, że niektóre z nich będą się powtarzać coraz częściej, nie mam na nie wpływu, i nie zawsze potrafię zachować się odpowiednio do zaistniałej sytuacji. Eskalacja tych spraw spowoduje, że zacznę przyjmować je jako coś normalnego a zarazem nieuchronnego, i przytłacza mnie to już teraz, bo prowadzi do pewnej nieodwołalności, wiem w jakim kierunku zmierzają i pomimo tej świadomości nie jest mi lepiej. Może swoją rejteradą próbuję uciec od wszystkiego, choć wiem, że się nie uda, że to tylko chaotyczne zachowania, które powinnam wyciszyć, bo żadna moja walka nie jest w stanie ich powstrzymać.

 

Czemu ty się, zła godzino,

z niepotrzebnym mieszasz lękiem?

Jesteś - a więc musisz minąć.

Miniesz - a więc to jest piękne.

 

Niby takie proste, ale nie w życiu i nie wtedy kiedy każdy sam przez pewne sprawy przechodzi.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162893
Osób: 145348