Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

OPAD METEORÓW
Notatkę dodano:2013-08-12 21:56:44

Dzisiejszy wieczór miał dać możliwość wypowiadania życzeń, które zgodnie z ludowymi wierzeniami powinny być spełnione przez ślepy los. Deszcz spadających meteorów. Cóż kiedy niebo przykryło się pierzynką chmur, spoza których żadna, ani ta świecąca i mocno trzymająca się firmamentu, ani ta spadająca gwiazdka nie jest widoczna. A może ja bym tak chciała usiąść i parę życzeń do dysydentów na górze wypowiedzieć. Nawet szansa na wypowiadanie życzeń została mi odebrana.

A przecież nie mam ich tak wiele, i nie są one wygórowane w swoich roszczeniach. Taka maleńka odrobinka od wypowiedzenia, której może lepiej bym się poczuła, bo dałoby to nadzieję na otrzymanie choć procentu od tego co wysłowione w kierunku nieba. Chmury nie zamiarują się rozstąpić aby dać szansę, one nawet nie mają zamiaru się usunąć dla samego faktu podziwiania przeze mnie tego, co się nade mną będzie działo. A ja lubię z zadartą głową, twardo stojąc na nogach gdzieś wśród gwiazd tą głowę trzymać. Dzisiejszego wieczoru mogę co najwyżej całkiem nie w przenośni trzymać głowę w chmurach. Jednak żaden ze mnie marzyciel, aby zatopić się w tym oderwanym od teraźniejszości stanie. Jak każdy jakieś marzenia, zupełnie nie do spełnienia posiadam, jednak dawno temu wyrosłam z wiary w ich spełnienie. Proza, która przytłacza nasze życie panoszy się i wypiera to co dodaje barwy. A może sama zrezygnowałam z marzeń, kiedy życie pokazało, że nie wszystkie nawet te przyziemne będą się spełniać. Marzenia a życzenia zupełnie inne wartości. Chciałabym to lub troszkę czegoś innego, czegoś co w zasięgu możliwości pragnę. Takie przyziemne to, a zarazem czasami pokręcone, bo coś pójdzie nie do końca tak jak powinno, bo gdzieś los zamiast być jak równo zwinięta wstążka, wraz ze swoim przebiegiem gładko się rozwijać staje się wstążkowym kołtunem. Splątany i wymagający dużej dozy cierpliwości aby rozsupłać, wygładzić i niech się spokojnie rozwija. A ja bym tylko chciała poprosić spadającą gwiazdkę aby się nie plątały te moje losy. Może jeszcze o coś bym kolejną prośbą zagadnęła, i może jeszcze którąś, ale nie żądałabym wygórowanych nie do spełnienia spraw. A może tylko bym posiedziała i po delektowała się widowiskiem, które nie na co dzień dane. A jak mam wypowiedzieć życzenie że chcę popatrzyć na spadające gwiazdy, skoro nie mam do kogo skierować swoich słów. Pozostają przyziemne wspominki minionego dnia, kiedy bez kołtuna z losu przeszedł on spokojnie, pozostawiając wrażenie równowagi, bilans wychodzi na zero. Niczego nie ubyło, choć skłamałabym gdybym napisała, że nic nie przybyło. Jakieś drobne mrugnięcie koła fortuny, dało kawałek swojego uśmiechu. Po paru miesiącach zupełnej absencji w konkursach, może z nudów, może dla sportu, a może dla samego faktu aby spróbować, wzięłam udział w jakichś mało istotnych konkursach, gdzie nagrody symboliczne ale i wysiłek niewielki, i jakieś drobiazgi wpadły. Coś niewielkiego a ja i tak się cieszę. Jakąś wadę chyba jako konkursowicz mam, pewien defekt, co by nie udało się wygrać, ja zawsze się cieszę. Są rzeczy, które sprawiają większą radość ale każda cieszy. Może nie samą sobą radują mnie te przedmioty, co faktem ich wpadnięcia w moje ręce bez zbytniego wysiłku. Może poświęcę więcej czasu na działalność konkursową, to i listonosz będzie miał zajęcie, a że sympatyczny człowiek to może przychodzić nawet codziennie. I proszę bez spadających gwiazd wypowiadam swoje życzenia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIELOLETNI ROZKROK
Notatkę dodano:2013-08-11 21:37:16

Są miejsca, które pragniemy jeszcze jeden raz odwiedzić. Bywa, że jesteśmy blisko, na wyciągnięcie dłoni, miejsce jest w zasięgu możliwości a wybrać się do niego nie dajemy rady.

Są takie lokalizacje na mapie naszych wspomnień, minione dawno odczucia, zapachy, zapamiętane drobiazgi, których trwałość tylko w naszej pamięci i nasze pragnienie aby ponownie, choć przez chwilkę znaleźć się w tym szczątkowo pamiętanym punkcie. Nie będę pisać, że każdy takie miejsca ma, że każdemu jednakowo dana chęć wejścia w minioną przeszłość. Mi zdarzają się wielkie pragnienia wskoczenia do zapamiętanych sprzed wielu, wielu lat lokalizacji. Jest pewne miejsce gdzie spędzałam w dawnym dzieciństwie wakacje, pompa, brukowa kostka wyściełająca dziedziniec, trzy domy, w bliskim sąsiedztwie kolejowych torów. Odwieczna kałuża, nieodmiennie zajmująca to samo miejsce po każdym deszczu, której czarne, błotniste dno było niezastąpionym miejscem naszych zabaw. Drewniany płotek okalający symboliczny ogródek, poziomki przy kolejowym nasypie, i mosty nad torami pamiętające czasy, kiedy na świecie nikt mnie nawet nie planował. To takie miejsce, które po wielu latach, a i prawie dwadzieścia lat temu odwiedziłam. Konfrontowałam swoją pamięć z tym co zastałam. Próba wskoczenia do dawno minionej wody przeszłego czasu. Dlaczego o tym piszę akurat teraz, kiedy i czas dzieciństwa minął i czas retrospekcji dawno przeszedł? Bo to nie jedyne takie miejsce, którego odwiedzin po wielu latach zapragnęłam. Bo taka ochota przychodzi co jakiś czas, a realizacja niezmiernie rzadko się zdarza. Dziś przez chwilę stanęłam w rozkroku prawie trzydziestoletnim, znajdując się w miejscu wcześniej dwa razy odwiedzonym. Mam to miejsce na wyciągnięcie ręki a realizacja czekała, prawie czternaście lat, nie zaciągnęłam się tą przeszłością tak aż do trzewi, tylko mały haust udało się chwycić. Ale deptałam po starych swoich śladach, i wszystko inne się wydawało, odmienne. Jeszcze kiedyś tam wrócę, dokładniej spenetruję miejsce, zobaczę siebie, szesnastoletnią nieśmiałą dziewczynę, która ze strachem pokonywała zakazany płot, która wybrała się na nielegalną wyprawę w miejsce, którego nie było na mapie. Miejsce widmo, choć rzeczywiste, i żyjące wtedy, oraz tętniące swoim zakamuflowanym byciem. Leciutko kurtynkę niewiadomego rozchylę, aby choć niepełną, większą jasność dać postronnym, a i sobie odświeżyć czas miniony. Nie pamiętam dokładnej daty, nawet przybliżona jest niewiadomą. Było to trzydzieści jeden lub trzydzieści lat temu. W okolicach mojej rodzinnej miejscowości stacjonowały radzieckie ( tak się to wtedy nazywało) wojska. Tereny ich zakwaterowania były otoczone materialnym murem i niematerialną tajemnicą. Tajemnica choć dla wielu wiadoma, okryta milczeniem przyzwolenia i pogodzenia się z sytuacją okolicznych mieszkańców, zarazem stwarzająca dla nich źródło zaopatrzenia i mniej lub bardziej legalnych interesów. Trafu trzeba abym w szkole ponadpodstawowej chodziła do klasy z mieszkanką sąsiadującej z tajemniczymi terenami wioski. Dziewczyna roztoczyła wizję możliwości zakupu towarów uznanych w naszej mentalności za deficytowe. Jako nasza, bo w wyprawie brały udział oprócz mnie jeszcze dwie dziewczyny, przewodniczka, w pełnej konspiracji w pewną mżącą sobotę stawiła się na umówionym miejscu. Doprowadziła nas na zakazane, otoczone płotem miejsce i stamtąd niczym szpiedzy z krainy deszczowców, kryjąc się przed otaczającym wrogiem, udałyśmy się w to Eldorado, które przynieść miało nam i naszym rodzinom materialny posmak zapomnienia kryzysu. Wiadomo w miarę jedzenia apetyt wzrasta, zwłaszcza, że nasza wyprawa do oszałamiająco udanych nie należała. Skromny połów. Rozesłałyśmy wici i za czas jakiś większą ekipą, w już nie do końca dziewiczy rejon się udaliśmy. Drużyna śmiałków, wśród których znalazło się też paru chłopaków rozrosła się zarówno w swojej liczebnej sile jak i zapomnieniu o podstawowych zasadach konspiracji. Małoletnie chojraki zapomniały o ostrożności. I zdarzyła się sytuacja, kiedy jeden z naszych, szczęśliwiec pochwalił się chwilę temu poznanemu żołdakowi plakatem Bruce Lee w zakupionym po naszej stronie „Dzienniku Ludowym”. Mało patriotyczny zapatrzony w zachodnią kulturę Rosjanin zapragnął tego skrawka papieru bardziej niż my pragnęliśmy mu te marzenia spełnić. On chce, my nie. I doniósł gdzie trzeba, że na terenie są intruzi. On okazał się praworządny, nas próbowano umieścić na zaplandekowanym wojskowym wozie. Tu nasz upór aby nie wsiąść do pojazdu, w świetle opowieści o wywózkach w nieznanych kierunkach, wykorzystywaniu kobiet, a za takowe już się uważałyśmy, stał się silniejszy od wszelkich perswazji ze strony zagranicznego wojska. W efekcie pod kuratelą dwóch niewiele starszych od nas osobników zostaliśmy odeskortowani na neutralną ziemię. To była ostatnia moja wizyta w tamtym miejscu. Minęły lata, mieszkam teraz bliżej tamtych miejsc, niedzielna wycieczka rowerowa, i moja pamięć może po wielkiej gimnastyce skonfrontować co w niej, a co w rzeczywistości. Z zamieszkałych kiedyś, tętniących życiem budynków straszą puste miejsca po oknach, życie wywiało z tego miejsca całą energię, nie ma nic materialnego wartego rekonesansu pamięci a jednak moje wspomnienie choć tyle lat minęło dodaje barwy i w normalnym życiu nastolatki rumieńca emocji.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SĄ MIŁOŚCI DO KOŃCA
Notatkę dodano:2013-08-10 21:46:07

Sobotnie popołudnie, od paru godzin spędzamy je na naszym skrawku ziemi, zapuszczonej i często opuszczonej działce. Mąż nieobecny, integruje się ze swoimi kolegami i koleżankami z pracy na zakładowej imprezie. My z „Kleszczykiem” rządy sprawujemy na tym naszym nieszczęsnym areale. Energia, która dzięki urlopowemu lenistwu gdzieś we mnie się skomasowała teraz znalazła swoje ujście. Gdzie nie wpadnę tam pozostawiam widoczny ślad swojej niszczącej bytności. Niczym buldożer równam krzywizny, gładzę nierówności, bez opamiętania rwę, ponad miarę wyrosłe zielsko. Jeszcze tu, jeszcze troszkę tam. Dziecko zajęte swoimi odkrywczymi, po dziecięcemu ważnymi sprawami nie wchodzi mi w drogę. Nie będąc zmuszona do ciągłej wyostrzonej uwagi, co też mały człowiek robi, zaabsorbowana swoją działalnością nie zauważam mijającego czasu. Czasami tylko kąsające owady przywołują do rzeczywistości, nie do końca świadomie odganiam i po sekundzie zapominam zajęta swoimi sprawami. Mały wykopał jakąś jamę, na swoim kawałeczku i leje w nią wodę. Zajęcie jego podobnie jak moje absorbujące, każde zajęte realizacją swoich planów. Czas mija, kolejna zawartość wiadra pełnego chwastów ląduje na rosnącej coraz wyżej pryzmie. Nie liczę ich, bo jaki to ma sens. W pewnym momencie „Kleszczyk” zaczyna mnie wołać, nie tak zawołam jak przyjdzie to dobrze, jeśli nie to nie.

    - Mamusiu chodź tu...

    - Czego chcesz?

    - Proszę cię przyjdź tu, coś zobaczysz...

Wiem, że mogę udawać głuchotę, ale nie tym razem, coś jest w małym, co nie spasuje, i będzie wołać do skutku.

- Pawełku co chcesz?

    - Ale przyjdź tu na ławkę, coś ci pokażę.

    Przyszłam w pobliże ławki, nic szczególnego nie zauważając.

    - Usiądź tu koło mnie to coś ci pokażę.

    Usiadłam, widziałam że nie odpuści, coś sobie umyślił i pewnie jakaś kolejna głupota na miarę sześciolatka zakiełkowała w główce. Nie musiałam długo czekać....

    Zarzucił mi rączki na szyję, wtulił się i szepnął cicho do ucha :

    - Mamusiu, usiądź sobie i odpocznij troszkę....

    Nikt mu tego nie podpowiedział, sam z siebie widząc moje zaabsorbowanie wyrywaniem chwastów, doszedł do wniosków .

    Dla takich chwil bycie rodzicem ma sens. One w nas pozostają nawet wtedy, kiedy nasze maleńkie dziecko już dawno przestaje być maleńkie. Nawet wtedy, kiedy trzaska drzwiami, pyskuje, stawia nasz świat na głowie.

    Gdzieś w środku pozostaje obraz malucha szepczącego „mamusiu, odpocznij”. I będzie ta chwila niczym najpiękniejsza laurka na każde święto, zawsze łapiąca za serce i zawilgotniająca oczy.

    I nawet w całej swojej stanowczości, asertywności, sprzeciwom i złości na duże, raniące nas dziecko, ono zawsze pozostanie kimś komu wybaczymy. Przebolejemy pomyłki, przecierpimy nieposłuszeństwo, grzeszne występki, i choć w środku stajemy okoniem, mówimy veto. Ten nasz kawałek uzyska przebaczenie, pomoc, bo kiedyś zauważyło, że ciężko pracowałam i na swój sposób okazując całą swoją miłość w paru słowach po dziecięcemu dało jej wyraz. I ta miłość pozostaje już do końca.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ROBAK BEZ MARZEŃ
Notatkę dodano:2013-08-09 19:49:47

Lenistwo dzięki ustawom i kodeksowi pracy. Posiadanie wolnego czasu dla jednych błogosławieństwem, dla innych zmorą. Ja gdzieś pośrodku się plasuję. A i moje lenistwo inne niż bym chciała, napiętnowane obowiązkami, choć nie tymi zawodowymi. Pobudka kiedy zaterkocze wewnętrzny zegar, śniadanie takie jak nigdy w roku pracy nie bywa. Przemyślane, nie na szybko, nie na aby tylko. Lubię śniadania przy których mam możliwość wysłuchania co podpowiada mi moje ja. Mam dziś ochotę na.... I realizuję, nie spiesząc się, nie obawiając, że pobudzę śpiących domowników. Płatki na mleku, czemu nie, niech się rozklejają, ile tylko potrzebują aby nie były po płatkowemu al dente, aby ich konsystencja zadowalała podniebienie, a one spełniały moją zachciankę. Nie zastanawiam się co jutro sobie i „Kleszczowi” zaserwuję. Mam czas, poczekam. Ciało przez cały dzień otrze się o różne przekazy, różne bodźce, przeanalizuje pragnienia, które do jutrzejszego poranka się wykrystalizują, aby objawić się chęcią i pragnieniem akurat tego konkretnego dania śniadaniowego. A i moje pragnienie czegoś, nie musi być przymusem jedzeniowym dla młodego. On inne pragnienie wykaże, proszę bardzo zaserwuję. Nie muszę się spieszyć mogę śniadanie przygotować każdemu inne, wedle uznania. W czasie, kiedy wszelakie obowiązki wzywają w różnych kierunkach, o różnych porach, brakuje go na różnorodność posiłków. Ograniczam się do prostoty i związanej z nią szybkości wykonania. Teraz dzięki lenistwu mam okazję popracować. Paradoks.

Ludzie, którzy przez całe dorosłe życie pracują zawodowo i kiedy wolny czas jest prawie nieosiągalnym marzeniem wyczekiwanym z tęsknotą i upragnionym aż do bólu w momencie przejścia na emeryturę odczuwają pustkę. I czymże ją zapełniają ? Realizują się ? Odkrywają nowe pasję? Poszukują ? Nie, oni marzą o powrocie do pracy. Jeśli nie do tej dotychczas wykonywanej, szukają innej. Nie zawsze ci powracający do zawodowej działalności są ku temu zmuszeni brakami finansowymi, nie zawsze naznaczeni pracoholizmem. Bywa, że odwykli, nie nauczyli się wolnego czasu zabudowywać czymś innym, czymś co sprawi przyjemność, choć nie da profitów. Zapewne w innych rzeczywistościach, innych układach, inne też podejścia bywają, w naszej, tutejszej rzeczywistości przeważnie starsi chcą podnieść poziom finansowy jeśli nie swój, to swoich dzieci. Chęć pomocy, bo wcześniej się nie udawało a teraz jest możliwość. Bo kiedy początkiem trzeba było się dorabiać, środkiem finansować wychów dzieci, a obecnie jest szansa na odbicie od tego ciągłego marazmu, to trzeba pomagać. I ponownie nie ma czasu i znowu z jakiejś przyczyny będzie go brakować dla siebie, swoich pasji, realizacji swoich niegdysiejszych pragnień, które ciągle odkładane ad acta, mają szansę nigdy nie osiągnąć szczytów wykonania. Nieumiejętność lenistwa, przy czym nie mówię tu o dwutygodniowym leżeniem bez ruchu. Choć jeśli komuś taki sposób jest niezbędny do szczęścia, takie pragnienie do poprawy nastroju, niech leży. Ta nieumiejętność poprzez ograniczenia różnego rodzaju i zarazem przypadłość bardzo wielu nam przypadła w udziale. I całe życie mrówczym znojem przejdzie, bez chwil dla swoich planów, swoich pragnień, maleńkich lub większych marzeń. Plany się odłożą, pragnienia pozostaną sferą niezrealizowaną a marzenia do kresu cichymi fantazjami, bez możliwości wykonawstwa. Mrowisko jak stało, tak stać będzie, emerycka mrówka odejdzie w niebyt, a jej życie jałowe w to co dla siebie, tylko obowiązkami zapisane zostanie. Nie ganię, nie przekreślam takiego sposobu, zwłaszcza, że prawie każdy z nas żyje podobnie, tylko stawiam pytanie cóż ta maleńka mrówka ma z życia dla siebie? Nie było czasu na lenistwo, nie było na swoje pasje, na przyjemne dla niej samej, zawsze inne priorytety stawały się ważniejsze od niej. Mój podziw budzą ludzie potrafiący rzucić wszystko i bez oglądania się za siebie wyruszyć aby zdobyć swoje marzenia. Biorą co najpotrzebniejsze, zamykają drzwi i niech się dzieje, niech się wali, niech świat się kończy a oni idą i biorą od życia dla siebie to czego zapragnęli, co im się zamarzyło. Dlaczego podziwiam, może dlatego, że sama nie mam na tyle odwagi, a może takich marzeń i siły do ich spełnienia. W porównaniu do nich marnym robakiem jestem i będę w tym kieracie do końca, z poczuciem własnego tchórzostwa i braku fantazji do odrobiny egoistycznego szaleństwa.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DUŻY MOŻE WIĘCEJ
Notatkę dodano:2013-08-08 20:32:16

Młody śpi, beztrosko, twardo, wyczerpanie po wielogodzinnych pobytach na świeżym powietrzu musi zregenerować snem. Jego cowieczorne plany przetrwania całej nocy na bezsenności kończą się wraz ze zgaszeniem światła i moim wyjściem z pokoju. Nie wiem skąd wytrzasnął pomysł aby nie spać przez całą noc. Możliwe, że któryś z placowych kolegów taką myśl podsunął, a może sam sobie w maleńkim rozumku poukładał, że życie będzie dłużej trwać jeśli spędzi jego część bez niepotrzebnego snu. Po cóż marnować czas na coś, co wydaje się niepotrzebne, opiera się na naszym niebycie w rzeczywistości, skoro można więcej go normalnie przeżyć. Cóż, dziecko bez doświadczeń przymuszenia do całonocnej aktywności jeszcze nie wie jakim błogosławieństwem jest możliwość normalnego trybu życia. Dzień aktywny, noc wypoczynek. Mój bagaż doświadczenia zawodowego daje wiedzę jak to jest, kiedy noc z musu spędzona na pracy. Bez podsypiania, bez możliwości ukradkowego wyrwania choć paru minut snu. Taka noc trwa długo, szczególnie o pewnych godzinach, kiedy ciało już całkiem jawnie się sprzeciwia aktywności. To nie noc spędzona na przyjemnościach, na zabawie, na nocnych pogaduchach z dawno niewidzianymi znajomymi, na czymś co sprawia, że noc się kurczy. W trakcie pracy noc męczy, zaciąga dłużyznami, daje wrażenie niekończącej historii. Możliwe, że osoby, którym dana możliwość normalnego po nocnej pracy snu. Kładą się, zasypiają snem kamiennym i budzą wypoczęte. Moje ciało przeciwne przestawianiu godzin w zegarze biologicznym po nocnej pracy dwie godziny snu wykorzystywało, choć i warunki i możliwości ku zwiększonej racji spania były. Po dwóch godzinach aktywność, a po kolejnych paru całkowite zejście energii niczym ze źle zawiązanego balonika uchodzące powietrze. Nigdy nie potrafiłam przeskoczyć tych rządów mojego wewnętrznego zegara nad ciałem. Nocne zmiany nie dla mnie, zresztą nocne hulanki podobne skutki wywołują. Zabawa może trwać całą noc, inni smacznie odsypiają a ja niczym odmieniec w rzeszy ludzkich zachowań, po dwóch, trzech godzinach snu, już mogę dalej w pełnej gotowości startować w życiowe sprawy. Niewiele u mnie z nietoperza, mało z sowy, skowronek mną rządzi, a mi nie pozostaje nic innego tylko się poddać tym despotycznym rządom. Jaki zwierz, o jakim trybie życia rządzi moim synem, jeszcze nie wiem, on sam tę świadomość uzyska za jakiś czas, choć istnieje szansa raczej na upodobnienie do rodzicielki niż szukanie w genealogicznym drzewie przodka o innych zapatrywaniach biologicznego zegara.

Każdy z nas lekką odmiennością niczym gazela łatką naznaczony, choć tak podobni, różni zarazem w całokształcie. Można widzieć podobieństwa bo bywają różnice ukryte gdzieś głęboko. Różne reakcje, inny odbiór życia, jego barw, i treści a przecież jeden gatunek nas łączy, jedne, choć jednocześnie bardzo dalekie wspólne korzenie. I choć tak wiele nas łączy, potrafimy być niczym dwa bieguny odmienni. Dorośli inaczej odmienności zauważają, dzieci mniej uwagi przykładają i zdarza się, nie widzą innej rasy, innego koloru skóry, jeśli tylko wyczują w takiej osobie dobrego partnera do zabawy, nie przeszkadzają te inności. Ocena przyjdzie później, jeśli kompan nie sprawdzi się w relacjach, będzie kiepskim wspólnikiem dopiero wtedy zaczyna się zauważanie. Wcześniej nie przykłada się najmniejszej uwagi do odmienności. Dorośli inaczej, zanim przemówią słowo już widzą skośne oczy, ciemniejszą karnację. Już przyporządkowali, już ocenili, już jakimiś kryteriami kierowani kogoś przekreślili. Duży może więcej. Jednak nie zawsze więcej odnosi się do tolerancji, natomiast przeważnie jest więcej ocen, więcej przekreślenia zanim się pozna. W moim odczuciu dorosłe więcej, mniej warte od dziecięcego mniej. To mniej, bardziej szczere, nie naznaczone ramówką i piętnem przekreślenia kogoś z uwagi na jego inność.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PONAD STAN
Notatkę dodano:2013-08-07 20:35:05

 

Moja kronika sierpniowego urlopu niewiele wnosi. Dni jeden do drugiego bliźniaczo podobne, brak odskoczni od tej pozbawionej pracy zawodowej codzienności. Nigdzie nie wyjeżdżamy z paru prozaicznych przyczyn. Wspólnym wolnym czasem spikniemy się z mężem za czas jakiś, jeszcze on nie nastąpił. Będzie parę wspólnych wolnych dni, które i tak zostaną spędzone tu, bez światowych wojaży. Niespłacona pożyczka dawno temu wydana na cele inne niż turystyka blokuje rozrzutność ponad stan. Życie ponad stan...Żyjemy w dziwnym miejscu na ziemi. W lokalnej prasie ujawniono dochody miejscowych notabli. Oświadczenie majątkowe osób z prowincjonalnego świecznika. Ich dochody wielokroć przekraczają moje uposażenie, coraz bardziej przypominające jałmużnę graniczącą z zapomogą. Nikt mi nie daje kierowcy, który dowiezie mnie do pracy poza miejscem zamieszkania. Nikt nawet w łaskawości swojej nie zrekompensuje tych moich dojazdów. Jestem nieistotnym trybikiem w maszynie, nikomu nie chce się mną zajmować, ani tym bardziej moimi problemami logistycznymi. Nie rozpaczam, jakoś sobie żyję, łatam braki, rezygnuję z czegoś aby można przeznaczyć na coś innego. Nikt nie boleje nad moją sytuacją, ale też nikt nie każe mi się ze swoich dochodów tłumaczyć. Nie czuję presji bycia na widoku ludzkich oczu, ich piętnowania ani chwalenia. Co innego dostojnicy, biedni w swoim braku prywatności, z uporczywym zaglądaniem w każdy kąt przez postronnych. Zgodzili się na pewne funkcje z całym dobytkiem inwentarza. Biedactwa z uposażeniem na rękę w granicach dziesięciu tysięcy złotych, potrafią zaoszczędzić w ciągu roku nędzne parę tysięcy, niektórzy nawet nie ocierają się o tysiąc złotych. Moje życie ponad stan dziwnie rozrzutne może się wydawać skoro nic nie udaje mi się uciułać, skoro przeżeram wszystko co zarobię. Jestem jednostką niegospodarną, choć zarazem opierającą swój byt na cudach i dziwach. Sam fakt codziennej bytności tutaj, dawania oznak życia jest wystarczającym objawem współczesnego cudu na tej pięknej ziemi. Skoro ktoś zarabiający dziesięciokrotnie więcej niż ja ledwo wiąże koniec z końcem, a tak mogę wnioskować, bowiem nie udaje się wygospodarować przez rok nawet równowartości jednomiesięcznych poborów, jego życie kosztuje dziesięciokrotnie więcej niż moje. Za śmieci płacimy tak samo, za kanalizację podobnie, nasz chleb wart tyle samo,wszystkie czynniki kosztują mnie tyle samo ile płaci za nie lokalny notabl. To coś każe się zastanowić czy życie w swoich finansowych aspektach ma wartość tego co wydaję ja czy lokalny samorządowiec. Jeśli tyle co samorządowiec, to tylko cud wchodzi w grę, dając obrazem to, że jeszcze udaje mi się żyć. Jeśli wartości są na skalę moich poborów, to kto tak naprawdę żyje ponad stan? A może prawdą jest brutalnie stwierdzone na forum lokalnej gazetki : „Uczciwość i prawda ma się do tych oświadczeń tak samo, jak picie w Szczawnicy do szczania w piwnicy.”

Prosty lud w słowach brutalnych przedstawia co widzi i jak ocenia. Należę do tego prostego ludu i …....żal słów.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PARADOKS WOLNEGO CZASU
Notatkę dodano:2013-08-06 22:16:25

 

Rozpoczęłam urlopowe zmagania. Przez prawie trzy tygodnie będę szukać sobie zajęć, lub będą one mnie znajdować. Będę otulać się sprawkami niepotrzebnymi, przypominać sobie smak lenistwa, nadrabiać zaległości, zapominać o pracy zawodowej. Może uda się kiedyś wygrać zawody ze snem, nie otrząsnę się z niego przed piątą rano, pośpię ciut więcej. Tak jak to robią normalni ludzie, śpiący po siedem, osiem godzin na dobę. Doznam tego ekstremalnego przeżycia, którego nie doświadczam nigdy, przespania siódmej rano i obudzenia się bez bólu głowy. To takie fikcyjne plany na nadchodzący czas, których niewiele uda się wprowadzić w życie.

Za każdym razem, kiedy mam dłuższe wolne od pracy, następuje coś co mogłabym nazwać paradoksem filcowania się czasu. Kiedy wydaje się jest go więcej okazuje się, że albo zmarnowałam albo przeleciał między palcami, niewiele po sobie pozostawiając. Kurczy się czas, który posiadam. To co wydaje się duże, staje się stanowczo za małe, za krótkie, nie wystarczające na coś ważnego. Nadrabianie zaległości, czekających cierpliwie na swoją, czasami spychaną na wieczne nigdy, kolej. Dziś mój dzień spędzony w większości w domowych pieleszach. Normalny obiad, jakieś prania, zmiany pościeli, taka norma, która przeważnie krótko czeka na swoją realizację. Coś co przypomina o sobie czy to głodem domowników, czy też nieświeżością w łóżku. Jednak dziś zrobiłam też coś, co czekało na swoją kolej długo, długo, bardzo długo, tracąc nadzieję na jakiejkolwiek moje zainteresowanie i ruszenie w stronę wykonania. Im więcej miałam monitów o zrobienie, tym bardziej oddalał się czas realizacji. Nic pracochłonnego, nic wymagającego zachodu, prozaiczne nic, w całej krasie swojej bylejakości. Od bardzo długiego czasu mój mąż molestował mnie o tę czynność, a i ja nie pozostawałam bez świadomości o konieczności zrobienia porządku z prozaicznym rozlaniem do butelek wina, którego rocznik nie mógłby już startować do miana beaujolais nouveau. Stał ten wyrób w balonie czekając cierpliwie na butelkowanie a ja niczym pensjonarka wynajdywałam najróżniejsze wymówki, aby tylko ominąć ostatni etap winiarskiego rzemiosła. Kiedyś tam wykonałam wszystkie sekwencje produkcji wina. Poświęcałam mu swój czas, filtrowałam, dosładzałam, klarowałam. Kiedy nadszedł czas na finisz, straciłam zainteresowanie. Zabrakło serca, wyschła ochota, nastąpiło zobojętnienie, co dalej z zawartością wielkiej butli się wydarzy. Czas upływał, ja coraz bardziej obojętniałam, mąż molestował, kółko się zamykało, a jedno niefrasobliwe ogniwo, czyli ja, zupełnie miało gdzieś, co się dalej wydarzy z płynną zawartością. Dziś nadeszła wiekopomna chwila, ogniwo się zmobilizowało i coś co było odkładane ad acta wreszcie się zadziało. Wino znalazło się w butelkach, ja mam spokój od molestowania, choć nie do końca, bo jeszcze jeden rocznik czeka na moją interwencję. Kiedyś, kiedy moje serce było otwarte na domową produkcję, niskoprocentowych alkoholi, potrafiłam bez doświadczenia, bez gruntownej wiedzy zrobić z agrestu trunek bijący na głowę wiele markowych win. Łapiący za serce przełamany róż o łososiowym poblasku, czyściutkie, bez jakiejkolwiek odrobiny mglistości, gładkie, choć z wyczuwalnym agrestowym dojrzałym posmakiem, zwodziło produktami użytymi do wykonania i wprawiało w konsternację próbujących i pijących. Nikomu nie udawało się odgadnąć z czego ono i jak powstało. Taki maleńki sukces początkującej winiarki. Bywały nalewki nie do podrobienia, jednak czas ten po osiągnięciu pewnego poziomu przeszedł, minął bezpowrotnie i zanim zabiorę się za kolejną produkcję pewnie sporo go upłynie. Zwłaszcza, że oprócz butelkowania kolejny problem zawsze się objawia. Kto ma zawartość butelek spożytkować?. Rozdaję, czasami sama lampkę wypiję, jednak na tym kończy się kolejka amatorów. Sztuka dla sztuki, może za bardzo praktyczna jestem aby ten rodzaj rzemiosła uprawiać, a może tak już mam, osiągam pewien poziom wtajemniczenia, rzucam dla kolejnej spawy, której liznę, popróbuję nie doprowadzając do pełnego mistrzostwa i tak dalej i dalej. Spróbować wiele, zobaczyć, wiedzieć, że jeśli trzeba dam radę i rzucić aby ponownie zacząć coś nowego.

 

Meteorologiczne upały dalej panują, plac zabaw, doczekuje się nas w bardzo późnych godzinach popołudniowych, nigdzie nie ma ochłody, jednak z racji tego, że mamy już sierpień istnieje szansa, na powolny rozwój chłodów i wyparcie upałów. Kolejny powód do narzekania.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE ZAWSZE NAĆ TAKA JAK MAĆ
Notatkę dodano:2013-08-05 20:54:23

Wróciłam. Jestem u siebie, robię co chcę, nikt mnie nie ogranicza. Chcę spać, śpię bez wyrzutów sumienia. Chcę chodzić po mieszkaniu w skąpym odzieniu, chodzę. Od jutra rozpoczynam urlopowe zmagania z wolnym czasem. Przedszkole mojego syna przez cały sierpień nieczynne. Tak musieliśmy pokrzyżować swoje letnie urlopy na spółkę z mężem, aby nie kolidowało to z czasem zamknięcia placówki, do której uczęszcza mój syn. Nie chcę obarczać swoim dzieckiem mojej mamy. Ma już swoje lata, a i moje wymagania wychowawcze różnią się od tych prezentowanych przez babcię. Babcie z natury są do rozpieszczania, rodzice do karcenia. Jednak w przypadku mojej mamy pewne proporcje rozchwiane i wywracające nasz sposób na życie. Czasami udaje się funkcjonować bez zgrzytu, jednak najczęściej dochodzi do tarć międzypokoleniowych. Żadne nie chce ustąpić, uważając swoje sposoby za lepsze. Niekiedy nie chcemy ustąpić ze zwykłej przekory, czasami bo uważamy że nasza metoda lepsza. Każda strona nauczyła się żyć bez ograniczeń ze strony drugiego i teraz ciężko przestawić się na ustępstwa. Bywa, że zachowujemy się niczym dzieci, kłótnia o drobiazg. Bo ty to, bo ja tamto.

Wyglądem jestem podobna do swojej rodzicielki, jednak to tylko zmyłka. To wielki, kłamliwy podstęp fizyczności. Mówią, chcesz zobaczyć jak będzie wyglądać twoja żona za ileś tam lat, popatrz na teściową. Powierzchowność, może dzięki temu porównaniu oraz wnikliwej obserwacji, uda się poznać, jednak wnętrze czasami zdarza się zupełnie inne. Właśnie tak jest u nas. Nie chcę być taka jak moja mama, i robię wiele aby taką się nie stać. Charaktery odmienne, zupełnie przeciwstawne sobie, dwa żywioły, walczące na każdym kroku. Trygon ognia i wody. Zawsze nasze relacje iskrzyły, dawały przy starciu wielki bulgot, syk oraz ogrom pary podobnie jak przy zalewaniu rozgrzanego, w pełni płonącego ogniska wodą. Te starcia powodowały zarówno straty po stronie ognia oraz wody. I jedno, i drugie doznawało uszczerbku, żadne starcia nie wygrywało i choć jest tego świadomość, dalej się ścieramy, dalej walczymy. Niewiele możemy zrobić, mimo że z jednej krwi, jedna z ciała drugiej powstała, nie ma tego wiążącego porozumienia. Jest odmienność pobudzająca do walki. Z wiekiem staram się ustępować, schodzić z drogi. Jednak nie zawsze się udaje. Nie chcę i nie będę obrazem wewnętrznym swojej mamy, choć fizycznie podobne, reszta zupełnie odmienna. Koktajl genów daje szansę na różnorodność i odskocznię od tego co dla mnie obce w zachowaniach mojej rodzicielki. I ja odskakuję, starając się aby odległość którą przemierzę była na tyle duża, by podobieństwa nie zauważyć. Kiedyś bardzo pragnęłam córki, miała ona być w moim wyobrażeniu powiernicą, przyjaciółką, czymś, czym my z moją mamą nigdy dla siebie nie byłyśmy. Jakoś w swoich przemyśleniach, o tej nigdy nie narodzonej córce, nie dawałam szans, na tak pokręcone relacje jakie są między nami, mną i mamą. Los sprezentował mi dwóch synów, zupełnie inne relacje, odmienność wielokierunkowa. Nigdy nie dowiem się, jak by było. Czy dostałabym od losu przyjaciółkę czy wroga. Może to lepiej. Nie odczuję zawodu, choć nie doznam też tych pięknych chwil, które dane są matkom i córkom. Nie było zaplatanych warkoczy, wprowadzania w niuanse kobiecej intymności, wspólnych zakupów oraz całej masy kobiecych sprawek. Były inne atrakcje ofiarowane przez wychowanie chłopaków. Inny kaliber, który akurat mi przypadł w udziale. Jedno co pewne w posiadaniu synów, to brak powiedzenia, że jaka mać, taka nać. Samym tym faktem odskakują mężczyźni od swoich rodzicielek nie utożsamiając się z ich osobą. Odcinają się i nie mają problemu z irracjonalnym podobieństwem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIEMY ŚWIADEK BEZ DUSZY
Notatkę dodano:2013-08-04 19:02:22

 

Na krótką chwilę rozstaliśmy się z panującymi despotycznie upałami. Dzisiejszy poranek obudził mnie szumem wiatru, panującą szarością oraz dalekim pomrukiwaniem burzy. Minione dwa dni były uciążliwe, męczące, frustrujące, przynajmniej dla mnie. Najlepszym odzieniem na noc była nagość, która i tak okazywała się za grubą garderobą. Ja, która lubię być przykryta, w gorące dni choćby najcieńszym prześcieradłem, aby tylko coś leżało okrywając dla samego faktu przykrycia, nawet tego przez ostatnie dwie noce się pozbyłam. Saharyjskie upały w dzień, noce nie przynoszące ochłody. Bywa, że lata przechodzą w optymalnych temperaturach, ale są i takie, jak minione dni, do zapamiętania właśnie tym uciążliwym dla mnie żarem. Suchy, gorący wiaterek, którego powiew nie przynosił ochłody tylko wrażenie otwartych gdzieś dalej drzwiczek od pracującego pełną parą pieca. Rozpoczynam pracę ze świadomością, tego, że to będzie upalny dzień i taki on był. Dopiero dziś pogoda wprawiła mnie w dylemat, czy do pracy wyruszać tak, aby zdążyć na czas, czy przeczekać burzę, która już na dobre zaczynała swoje panowanie nad moją miejscowością. Uwierzyłam swojemu aniołowi, którego ochrona dziś podświadomie była przyzywana i poszłam szybkim krokiem w tę grozą bijącą burzę. Straszyło, budziło respekt i powodowało przyspieszenie kroku. Nie spóźniłam się, doszłam na czas. Godziny pracy przeleciały, niedziela trwa. Dojechał do nas mój mąż. Rodzinka prawie w komplecie. Obiecaliśmy na dziś „Kleszczykowi” wspólny wypad na baseny, trzeba plany zrewolucjonizować ale tak, aby dziecko nie czuło zawodu. Wodę tylko wodą wyprzeć. Baseny odkryte odpadają, gdyż po burzy i deszczu raczej małym luksusem jest ułożenie koców czy też ręczników na mokrej ziemi. Szukanie alternatywy. Temperatura w słońcu ponownie urasta do wartości mało przez mnie ulubionych, a dodatkowo dochodzi wilgotność, która powoduje, że odczuwa się tę parność, pocąc się w nadmiarze. Jest takie miejsce, dla dzieci spragnionych pluskania. Centrum miasta, okolice ratusza w pięknie odnowionym otoczeniu kamienic - fontanna. Stworzono ją jakiś czas temu, i w upalne dni dla najmłodszych, a co miałam okazję obserwować także dla tych całkiem starszych, jest miejscem dającym frajdę i ochłodę. Maluchy w samych majtkach biegają pomiędzy roszącymi lub pluskającymi strzyknięciami wody dyszami. Okoliczne ławki przygarniają obserwujących rodziców. Wilk syty i owca cała. Obietnica pobytu nad wodą spełniona. Jeszcze jedna woda, bez moczenia ze spokojnym obserwowaniem ptactwa, zarówno tego pływającego jak i przylatującego tylko w celach wyżebrania okruchów chleba. Moja rodzinna miejscowość robi się coraz piękniejsza. Po szarzyźnie minionych lat, kiedy miejsc do spacerów oraz spokojnego, niezakłóconego niczym siedzenia w przyjaznej zieleni było niewiele, obecnie zaczęło się sporo w tej kwestii zmieniać. Odnowione planty, z dużą ilością ławek, zapraszają na chwilę odpoczynku. Drzewostan pamiętający jeszcze przedwojenne czasy, budynki odrestaurowane i podnoszące odbiór estetyczny obserwowanego krajobrazu to wszystko sprawia, że niedzielne popołudnie nawet w centrum miasta może być wyciszające i dające chwilę relaksu. Lubię moje miasto. Choć w nim na co dzień nie mieszkam, dzieli nas paręnaście kilometrów, jednak to będzie zawsze moje miasto. Siedzimy na ławce, obok obca pani z wnuczkiem, wyczuła we mnie słuchacza. Snuje opowieść o losach swoich córek. Jedna panna z dzieckiem, druga rozwódka, a ona się trapi ich losem. Tym, że same wychowują dzieci a ona schorowana i może nie dożyje do czasu, kiedy te dzieci dorosną. Słucham, słucham, czasami wtrącę słowo. Kobiecie oczy zaszkliły, i mówi. Widocznie jest jej to potrzebne. A ja sobie myślę, obok siedzi mój mąż i jesteśmy tyle lat razem i nie muszę nikomu opowiadać, że mi się nie udało. Oboje wiemy, że się udało. Że wygraliśmy pełny los w tej życiowej loterii, a przecież mogło być zupełnie inaczej. Pusty los, zaszklone oczy, opowieści obcym sąsiadom na parkowej ławeczce. Ile takich opowieści ławeczka wysłucha, będąc niemym świadkiem różnych życiowych losów obcych ludzi jednorazowo siadających i odpoczywających w cieniu starych drzew?.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WBREW SOBIE
Notatkę dodano:2013-08-02 14:45:50

 

Piątkowe godziny dla niektórych stanowią nadzieję, na zbliżający się wolny weekend. Dla mnie są przedsmakiem mających nastąpić dni pracy. Dni nieobecności w domu, „przykleszczonego” „Kleszczyka”. Godziny pracy zmuszają mnie do poszukiwania rozwiązań na miarę potrzeb. Młody wraz ze mną wyląduje u babci. Jeśli obydwoje ze sobą przez parę godzin dziennie wytrzymają wizyta potrwa dłużej, jeśli współpraca nie będzie przebiegać płynnie i bez zakłóceń zakończy się na poniedziałku. Upały, na które się zanosi wystarczająco będą męczyć więc każde nieporozumienie tych odległych wiekowo pokoleń może zakończyć się burzą z wyładowaniami. Ja jako amortyzator będę pomiędzy, i zapewne odczuję zarówno fochy jednego jak i buńczuczność drugiego. Byle do poniedziałku. Na taki czas zakładam swoją tu nieobecność.

Dzisiaj zredagowałam pismo do właściciela psa, który pogryzł mojego męża. Nie chciałeś wysłuchać naszych racji, zlekceważyłeś z pozoru łagodnego przeciwnika, dowiesz się ty i ja odkryję nieodkryte dotychczas pokłady stanowczości. Bywają krople, które przelewają czarę goryczy. Jak się rozleje jej zawartość dowiemy się za czas jakiś. Mój ośli upór wyłazi, może nie często, może chwieje się w stanowczości, jednak jak już wyjdzie....nie cofa się z powrotem do źródeł. Płynie wartkim nurtem. Powiedziałam a....

Staram się nie być zawistna, jakieś wrodzone lub nabyte poczucie sprawiedliwości posiadam, ale do tego miksu dodatek swoistej dumy, której zawartość nie godzi się na bezkarne plucie w moją twarz. Wielu spraw życie mnie nauczyło, parę stonowało, parę zniwelowało w ostrości, złagodziło pewne zachowania, jednak specyficznej chwiejności i zmian zdania w zależności od okoliczności, jakoś dotychczas w umiejętnościach nie posiadłam. Moją dziwną przypadłością, której pozbyć się nie potrafię a właściwie nie chcę, to pewna stanowczość poglądów. Jeśli widzę swoimi oczyma, że król nagi, to nie powiem obłudnie, że widzę odzienie. Dostawało się za tą głupią, nieociosaną szczerość po głowie. Wada wrodzona na którą nie chcę przyjąć lekarstwa, a wbrew sobie udając i fałszywie dając świadectwo działać nie będę. Półmetek życia z tym mankamentem przeszedł to i z górki jakoś pociągnę dalej, bez tej niepotrzebnej mi chwiejności. Choć wiem, że ludziom z taką umiejętnością jest w życiu łatwiej. Mniejsza stanowczość daje więcej alternatyw i możliwości. Tylko czy ja chcę niektórych możliwości? Może sposób osiągnięcia przekreśla chęć mojego posiadania? Nie wszystko za każdą cenę. Umiejętność rezygnacji z czegoś co wbrew sobie. Kiedy zrobię coś przeciwko sobie, moje morale gdzieś w środku nie daje mi spokoju. Męczy i pamięta ujmę na wewnętrznym honorze. Są sprawy, które zadziały się w taki sposób, ze robiłam wbrew. Niewiele ich, ale zdarzyły się. Mam ich świadomość i wiem, że jeślibym mogła wejść ponownie w ten sam czas wydarzeń, nigdy bym ich nie powieliła. Mentalność wyrzucania drzwiami, powrotu oknem nie dla mnie. Nie chcą mnie, może z żalem żegnam się, popłaczę, powspominam, ale oknem nie wlezę. Jakoś to poniżej mojego „ja”. Jeśli ktoś powie „spadaj mała, tam są drzwi” trafię do nich i nie będę się dobijać za kolejne pięć minut. Zamknę na zawsze, a jeśli będą sprawdzać czy za nimi stoję, nie znajdą mojej smutnej osoby. Zabiorę smuteczki ze sobą i znikam. Czasami znikamy z czyjegoś życia bo sami tak chcemy, czasami ktoś wykazuje chęć pozbycia się nas i choć sami byśmy mieli ochotę pozostać warto rozważyć czy ma to sens. Pozostanie wbrew sobie nie zbuduje niczego dobrego, może okazać się toksycznym związkiem, w którym oprócz wyszczerbionego wewnętrznego poczucia własnej wartości zyskamy niewiele. Wrażenie duetu pęknie niczym mydlana bańka przy najbliższej okazji, a wraz z mijającym czasem urosną frustracje obok których nie da się przejść nie zauważając i udając, że wszystko jest w porządku. Dlatego niektóre drzwi należy zamknąć na patentowy zamek, wyrzucić klucz i nigdy ich nie próbować otwierać z zamiarem powrotu.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162792
Osób: 145247