Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

DUMNY NARÓD- CHCIAŁABYM ABY TAK BYŁO
Notatkę dodano:2013-08-01 20:53:57

Przewidywania meteorologów sprawdziły się, wraca po krótkiej chwili wytchnienia upał, a wraz z nim moja niechęć do wszelkiego wychodzenia z domu. Nie da się ominąć tych wyjść przy sześciolatku, którego chęci pozbycia się nagromadzonej energii większe niż mój opór przed opuszczeniem domu. Wczesnym porankiem, kiedy moi chłopcy jeszcze śpią cichutko wymykam się w orzeźwiający chłodek tej pory, która wybrańcom dana. Narzuciłam sobie, bez przymusu, bez rozkazu ten reżym wczesnego wstania, aby wyrwać dla samej siebie godziny przyjemności. Mam pewną wizję swojej osoby i nie chcę zepsuć planów rozprzężeniem i lenistwem. Można przespać wolny czas, można znaleźć kilkadziesiąt spraw, które natychmiast muszą być wykonane. Dla mnie niezwłoczna musi być realizacja tego co uplanowałam. Później młody zagada mnie do zanudzenia, domowe sprawy pochłoną i wolny czas rozejdzie się i przeleci przez palce. To co wyszarpnę z samego rana będzie tylko moje. Niewielu nas w moim ulubionym miejscu, tor cały dla mnie, mogę oddać się przyjemności. Jeszcze odrobina do końca ustalonego limitu, zaczyna pobolewać kolano, jakiś stawowy ból. Rozmasowuję, udaję beztroskę, bagatelizuję. To moje rządy, nie jakiejś części ciała, bez której co prawda żyć się nie da ale ona sama też nic nie znaczy beze mnie. Ból się nasila. Nie daję za wygraną. Przy kolejnym nawrocie, starszy pan odpoczywający na końcu toru wyraża podziw dla tego mojego pływania. Podziękowałam i dalej nie odpuszczam. Dzięki paru słowom noga cudownie mniej boli, pod nosem zagościł uśmiech. Pewnie wyglądam idiotycznie wynurzając się taka uśmiechnięta. Sąsiad z toru obok, z którym niepisaną umową rywalizujemy, pewnie sądzi, że coś ze mną nie do końca w porządku. Niech myśli co chce, uśmiech dalej nie chce zejść z mojej twarzy. Czasami ktoś obcy potrafi podbudować, podnieść morale i naprawdę niewiele do tego potrzeba, a bywa, najbliżsi sądząc, że wszystkie chwyty z ich strony dozwolone potrafią zabić talent, chęci, możliwości. Zaczął się nowy miesiąc. Nic to nowego ani odkrywczego, dzisiejsza data powinna każdemu z nas przypominać o bardzo ważnym wydarzeniu sprzed sześćdziesięciu dziewięciu lat. Coraz mniej żyjących świadków tamtych wydarzeń. Mijający czas zbiera żniwo, zaciera ślady. W okresie mojej młodości inaczej uczyli historii, jednak jakiś patriotyczny szlif, solidaryzowanie się z tą ziemią, narodem i minionymi ważnymi historycznie wydarzeniami udało się mojemu pokoleniu nadać. Może niektóre ważne fakty bywały przeinaczone, nie ta właściwa opcja chwalona i stawiana za przykład. Jednak czas przeszły, pokazywał, że nasz naród w pewnych godzinach potrafił się zmobilizować, potrafił lekceważąco machnąć ręką na dobytek, na życie, na błogi spokój aby zawalczyć i rzucić wszystko na jedną szalę. Powstanie warszawskie, zryw, bez szans powodzenia, zapał młodych przypłacony śmiercią, pomoc starszych od której haraczem była utrata dobytku i tułaczka. Coś co choć analizowane, ganione, lub wychwalane pokazało że garstka potrafi po raz kolejny stanąć niczym Dawid przed Goliatem. Bywały w naszej historii takie godziny, czy teraz też umielibyśmy? Czy zbyt mało w nas tej ułańskiej fantazji, ryzykanctwa, oporu przed przytłaczającym złem, za dobrze w domowych pieleszach a wygoda za cenna aby z niej rezygnować? Może drzemie w nas jeszcze głęboko uśpiona iskra, która umiałaby tak się rozpalić aby płonący ogień nie dawał się zgasić. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będziemy musieli tego sprawdzać, że nie będzie nam nigdy dane takie doświadczenie jak to sprzed siedemdziesięciu lat. Nie chciałabym abyśmy musieli się sprawdzać, także z tej przyczyny, że mogłoby się okazać, iż jako naród nie mamy już w sobie nic z potęgi przodków. Że słowo Polak jest pusto brzmiącym dźwiękiem bez jakiejkolwiek treści . Chciałabym wierzyć w potęgę, która jednak uśpiona potrafiłaby się ocknąć w godzinie próby, aby być wzorem dla kolejnych pokoleń i która budziłaby szacunek dla narodu, który wbrew wszystkiemu potrafi.... Chcę czuć dumę, z tego, że jestem Polką i bez zażenowania z podniesioną głową przyznawać się do korzeni z których dane mi było się wywodzić.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŻYCIE TOCZY SIĘ DALEJ
Notatkę dodano:2013-07-31 19:59:00

Ostatni dzień lipca, można podsumowywać kończący się kolejny miesiąc. Można, jeśli przyniesie coś więcej, lub zabierze w nadmiarze. Jeśli przeleci bez strat i zysków, zbyteczne podsumowania. Mój lipiec taki właśnie był, ani wzlotów ani upadków nie zanotowałam. Życie toczy się dalej. Zakończyłam oktawę pracowitych dni i przez kolejne dwa, wzniosę się na wyżyny zajęcia przyziemnymi, prozaicznymi sprawami w wątku, z osnową relaksu i wypoczynku. To potrzebne, aby mieć urozmaicenie, aby móc dać sobie odrobinę wytchnienia. Pogoda już sprezentowała taką chwilę odpoczynku od upałów. Przedwczoraj ogromne burze, ulewy, wczoraj stopniowe przykręcenie kurka z gorącem, a dziś pogoda prawie dająca mi komfort i lepsze samopoczucie. To tylko chwilowa odmiana a jednak potrzebna ona nam wszystkim. Wracając z pracy w dniu dzisiejszym przez chwilę niebo nade mną przybrało groźną, marsową minę. Stalowe, ciężkie chmury, z poświatą lekkiego odcienia granatu wisiały ostrzegając o swoich złych zamiarach. Pomiędzy ich pułapem a ziemią świetlisty błękit z miejscowymi promieniami słońca zmieniał wszystkie barwy wokół. Zieleń stawała się przyobleczona srebrnym blaskiem. Kontury okolicznych budynków wyostrzone i kłujące oczy tą aż nierzeczywistą ostrością. Porywisty wiatr wznosił tumany kurzu, miotał gałęziami wierzb, obnażał spodnią, jaśniejszą część liści okolicznych drzew. Chmury w swoim pędzie gdzieś w północnym kierunku, groziły, że miejsce gdzie uderzą całą siłą będzie pamiętać ten dzień. Nie wiem czy, i gdzie uderzyły, mi udało się uciec przed ich grozą w kierunku domu, gdzieś, gdzie z boku słońce nic sobie nie robiąc rządziło dużym skrawkiem nieba. Nie obawiam się tego żywiołu, choć w swoim bezkresnym ogromie jakiś lęk pewnie we mnie budzą. Gdybym była gdzieś bez możliwości ucieczki i schronienia się, na bezludziu, bez pobratymców zapewne ten lęk mógłby być paraliżujący a tak sprawia, że patrzę urzeczona, zafascynowana tym ogromem wobec którego czuję się maleńką bezbronną istotą. Być może u wielu ludzi właśnie taki odbiór mocy żywiołów atakujących ziemię, urzeczenie i niedowierzanie w ogrom potęgi. Tak wyglądają gapie na całym świecie, kiedy atakuje ich coś, czego się nie spodziewają. Tak wyglądali turyści filmujący tsunami w dwutysięcznym czwartym roku u wybrzeży Azji, podobnie było z Japonią w dwutysięcznym jedenastym. Ludzie do ostatniego momentu nie mogą uwierzyć, że zbliżający się żywioł dojdzie do nich, fascynujące zjawisko paraliżuje, jakoś kotwiczy w jednym miejscu gapiów wszystkich nacji. Kiedy zauważają, że to rzeczywistość, ten zbliżający się ogrom to nie projekcja tylko coś w swojej grozie najbardziej prawdziwego, na ucieczkę jest już za późno. Natura sieje pogrom, ukazuje całą przeogromną moc, w porównaniu do której człowiek mniej istotny niż najmniejszy robak. Nic nie może, aby zatrzymać, za słaby na ucieczkę. Ani pojedynczo ani w stadzie niewiele znaczymy. Wszelkie działania zmierzające w celu przeciwdziałania niewiele dają, natura okazuje się wielokroć silniejsza od największej nawet metropolii. Swoim ogromem zdmuchnie niczym płomyk świecy, zdepcze nie dając szans na odparcie ataku. Jest nieprzewidywalna, zmienna, zaskakująca i paraliżująca. Gdzieś uderzy, nie wiemy, z jaką siłą nie mamy tej wiedzy, ile spowoduje strat, tylko możemy przypuszczać. Jedno co możemy to później wspólnie odbudowywać zniszczenia, wyciągnąć rękę do tych, którzy ucierpią,. Tylko nasza pomoc jeśli sami nie dostaniemy w skórę krótkotrwała, zapominamy. Nas nieszczęście nie dotyka, pamięć okazuje się krótka. Zryw solidarności i zapomnienie. Tak jest z każdą tragedią na naszym globie, po chwilowym altruizmie, momencie współczucia i zjednoczenia w bólu, momencie pomocy, następuje powrót do swojej bezpiecznej rzeczywistości a ci, którymi jeszcze przed chwilą cały świat się zajmował zostają sami ze swoimi problemami i tragedią. Wydarzenie trafia do annałów, zajmuje parę wersów w encyklopedii, odkreślone linią czasu byłego. Przykryte kolejnymi zdarzeniami, wypadkami staje się statystyką, ciekawostką, czymś co było, minęło. Dla postronnych minęło dla bezpośrednio poszkodowanych będzie trwać do końca ich życia. Zawsze będą gapiowie i uciekający, walczący i poddający się, sparaliżowani ze strachu i stawiający opór. Tak jakoś każdy z nas inaczej został zbudowany, jednemu w udziale bohaterski żywot , drugiemu spokojność bujanego fotelika na ganku wiejskiego domku. Jednak nad każdym z nas mogą zacząć kołować groźne chmury żywiołów. Może warto byłoby o tym pamiętać, wtedy kiedy kończymy pomagać potrzebującym.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZTORMY GDZIEŚ DALEKO...
Notatkę dodano:2013-07-30 20:49:13

 

Nocne przemiany kobiety przyziemnej we wróżkę już za mną. Przeistaczam się czasami i w odbiorze przez niektórych zdarza mi się bywać czarownicą, babą Jagą, demonem, lub tak jak wczoraj wróżką. Oczekiwania są różne, staram się sprostać, aby utwierdzać o zmienności kobiet w szerokim wachlarzu postaci, którymi bywam. Takie metamorfozy zaskakują, zadziwiają, wprowadzają w osłupienie, czasami w zachwyt. Ubarwiają życie, dodają kolorytu i sprawiają dłużej lub krócej trwający szok. Nie spodziewasz się po mnie jakichś zachowań, nie podejrzewasz, że potrafiłbym się wspiąć na wyżyny akurat takich dokonań, a ja, ta szara myszka, matka polka, niczym się nie wyróżniająca w tłumie zwykła kobieta, staję się kimś zupełnie innym tylko dla ciebie, tylko po to abyś wiedział, że jestem gotowa dla ciebie na wiele, na każde szaleństwo na każdy niespodziewany czyn, którym uwiodę, którym dam nadzieję na kolejne dowody swojej wobec ciebie wielkiej miłości. Miłość po wielu latach staje się przywiązaniem, codziennymi zwykłymi sprawami, które wiążą, cementują normalnością i wiecie, że możecie na siebie liczyć, wiecie, że jest wam z tym dobrze, bezpiecznie, nie trzeba szukać nic nowego, bo i cóż to nowe może wnieść? Niektórym obmierzła stara, nie metrycznie, ale właśnie taka codzienna, niezmienna, powszednia, taka sama bez czegokolwiek nowego żona. Zaczynają poszukiwania odskoczni, odrobiny szaleństwa, którego brakuje w tym codziennym bezpiecznym związku. Jak ktoś usilnie szuka, niechybnie znajdzie. Znajduje czasami to czego nie otrzymuje od zajętej praniem, gotowaniem, wychowywaniem dzieci żony. Ona pochłonięta sprawami doczesnymi rodziny, nie ma czasami sił, na stanie się kimś takim, jakiego byś niekiedy pragnął, czasami sama nie zauważa tych pragnień, w natłoku spraw wiele jest ważniejszych, od tych z pozoru mało istotnych wydumanych fantazji. Nie zawsze mamy odwagę do jasnego powiedzenia i określenia jakie są nasze pragnienia. Jakiś wstyd, niewiedza jak zostanie to przez partnera przyjęte. A zdarza się, że po prostu wśród tematów dotyczących prozy życia trudno wcisnąć coś bardzo daleko odbiegającego od tej normalności. I zdarza się, że szuka się gdzieś poza tą ukochaną osobą realizacji wydumanych pragnień. Nie będę każdego do jednego worka wrzucać, bo byłoby to niesprawiedliwością i nieprawdą. Są wśród nas monogamiści, którzy jedną osobą na całe życie zajęci i zafascynowani. Tacy pozostaną przy tej jednej wybranej osobie, nie poszukując, a zadowalając się tym co w związku posiadają. Dla nich tym bardziej należy się właśnie takie ubarwienie aby czuli, że ten związek choć w oczach innych wydawać się może nudny i jałowy, w środku aż kipi od namiętności, która dzięki wam i wprowadzonym w życie fantazjom jest waszym sekretem na piękny pełen zaufania związek. Poligamista to poszukiwacz, a może ktoś, komu szybciej przykrzy się jedna osoba. Nie mam doświadczenia w kwestii poligamii,więc te moje wywody akurat o takim typie ludzi to tylko gdybanie i swoista próba wytłumaczenia ciągłych poszukiwań.

Ja nie szukam, ja, zdarza się czaruję, zmieniam w kogoś zupełnie innego, różnego od obrazu widzianego przez postronnych. Jednak ten inny malunek tylko dla Ciebie i tylko z Tobą. Nasze małe zaczarowane tajemnice, które wiążą, sprawiają chęć powrotu do spokojnej przystani i niechęć do szukania innych portów choćby nawet obiecywały niesamowite rejsy pełne atrakcji . A jedyną atrakcją takiej odmiany może być zdezelowana krypa w pełnym rekinów oceanie niepewnego jutra. Czy warto więc pójść na dno poszukując niepewnych przygód?. Moja odpowiedź jest jedna i stanowcza. Jedna przystań, jeden port, tylko nocne życie nabrzeża portowego bywa czasami pełne fantazyjnych atrakcji.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KOLEJNA PROŚBA
Notatkę dodano:2013-07-29 21:04:18

Pisuję sobie codzienne notatki, jakieś przemyślenia, parę zdarzeń ze swojego życia, czasami odskok w przeszłość, niewiele, a zarazem sporo. Przecież można żyć nie zostawiając słowa po swoim tu pobycie, nic nikomu nie przekazać, o niczym nie wspomnieć. Nie zawsze jestem zadowolona ze swoich tekstów, bywa, że po czasie coś określiłabym inaczej, jednak nie zmieniam, drastycznie, sensu nie przeinaczam. Pozostawiam w prawe nienaruszonym pierwotnie powstałym stanie. Zmiany bywają kosmetyczne, jakaś literówka, zbyt często występujący wyraz zamieniony na jakiś synonim aby nie zagęszczać w jednym zdaniu i nie powielać tego samego. To jak powstają moje notatki jest zupełnym chaosem . Siadam coś zaczynam, jedno zdanie, drugie, rozkręcam się i dalej w jakimś kierunku sobie tekst idzie. Przeważnie nie mam określonego tematu w jakim się udam każdego z kolejnych dni. Powstają te nurty w trakcie pisania. Zaczynam o jednym, jakoś poplączę, namotam i idzie zupełnie gdzie indziej niż początek mógłby wskazywać.

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z blogiem, dla jakiegoś sprawdzenia siebie, umieściłam licznik gości, i odwiedzających. Cóż tym mogę sprawdzić? Nie sprawdzę emocji po przemyśleniu tekstu, nie dopatrzę się pochwały ani nagany, nie zauważę, czy Ci się moje pisanie podoba czy też po dwóch przeczytanych wyrazach zamykasz stronę aby nigdy więcej tu nie wrócić. Parę razy zdarzyło mi się przeczytać opinię o tym jak prowadzę ten dziennik, oraz czy jest on, do przetrawienia oraz przemyślenia. Lubię jak ktoś zostawi słowo, nie koniecznie musi ono być pochwalne, ale daje mi to pewność, że Ktoś tu bywa, a moje notatki, nie są tylko „kurzącym” się w otchłani internetu tekstem będącym niejako sztuką dla sztuki. Przez czas od rozpoczęcia mojej blogowej przygody nowych Gości na mojej stronce nazbierało się pięć tysięcy. Dla mnie taka liczba ludzi stanowi ogrom, zwłaszcza, że linku do siebie nie rozsyłałam wszem i wobec. Niektórzy trafiali tu przez przypadek, niektórzy zaproszeni, bo i takie sytuacje bywały. Jednak w ciągu ostatnich paru dni coś dziwnego się dzieje. Co dla mnie jest rzeczą niepojętą i bardzo zastanawiającą, a z racji tego, że moje poczucie własnej wartości z domieszką niewiernego Tomasza oraz wrodzona ciekawość nie pozwalają przejść mi nad tym, co się dzieje zupełnie obojętnie. Mianowicie w przeciągu paru dni licznik moich Gości zwariował. Codzienna ilość wizyt nowych osób przekracza, lub oscyluje w granicach tysiąca. Jeśli są to osoby, które tu faktycznie bywają, cieszy, jeśli czytają, raduje, jednak jeśli ktoś dla samego faktu nabicia na liczniku kolejnych liczb w jakiś „cudowny”, niepojęty i niepotrzebny sposób bawi się tą dla mnie nieodgadnioną internetową maszynką , proszę nie róbcie tego. Chcę widzieć, że ktoś realny tu zagląda, nie chcę zafałszowanego „gościomierza” z fikcją i oszustwem. Jeśli ktoś rozesłał link do moich tekstów gdzieś, gdzie odbiór szerszy proszę dajcie znać, niech wiem, że ta sytuacja nie jest niczym dziwnym. Lubię jasne sytuacje, bez fałszu i zbędnej obłudy, tak jest łatwiej, prościej i lepiej mi z wiedzą rzeczywistą niż wymyślonymi statystykami. Choć liczby są budujące, i mogłyby przyprawić o zawrót głowy, ja z natury swej sceptycznie i z niedowierzaniem do nich podchodzę mając nadzieję na wyjaśnienie wątpliwości.

Z życiowych całkiem realnych spraw, odkładając na bok cuda i dziwy internetu, muszę na dzisiejszą noc przemienić się we Wróżkę Zębuszkę, gdyż dziś właśnie „Kleszczyk” sam sobie usunął lewą dolną jedynkę. Życie nie znosi próżni...i za czas jakiś wolne miejsce zostanie zabudowane nowym stałym ząbkiem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


LOKOMOTYWA W UPALE
Notatkę dodano:2013-07-28 20:53:08

 

Tropikalne upały, temperatury nieakceptowalne przez moje ciało, wprawiają w bunt wszystkie receptory, które zwariowały od tego gorąca. Praca w taki skwar, kiedy w pomieszczeniach temperatura nie spada poniżej trzydziestu stopni Celsjusza powoduje wzrost zmęczenia i zobojętnienie na fakt, że jeszcze trzy dni robocze, przed wolnym czasem mnie czeka. Wilgotne ciało, które na swój sposób próbuje walki z panującą duchotą. Już kolejny dzień nie ma odzienia, które izolowałoby od warunków panujących wokół mnie. Żadne przewiewne kiecki, topy, pozbawione rękawów i wydekoltowane, obnażające ile się da, aby nie przekroczyć granicy śmieszności, nie pomagają w mniejszym odczuwaniu ukropu. Męczy mnie to, dając ciągłe poczucie zaczątków gotowania tkanek mojego ciała. Gotuję się w sosie własnym. Wypijana litrami woda, nie pomaga, nie chłodzi. Prowadzę walkę z samą sobą, aby nie położyć się na cementową podłogę. Być może bliskość litego betonu lub lastryka ochłodziłaby, dała moment wytchnienia. Większą część dnia, kiedy temperatury wkraczają w apogeum swojej wysokości, spędzam w pracy. Kolejne trzy dni będą łaskawsze, będę rozpoczynać pracę razem z wstającym słońcem, więc jest szansa na parę chwil wytchnienia. Nie tylko ja odczuwam tak negatywnie panujące gorąco. Okoliczne brzozy zmieniły ubarwienie i ich liście okryte jesienną żółcią. Prozaiczne marzenie. Ciepła ulewa w której mogłabym cała przemoknąć . Może mój taniec razem z tymi umordowanymi brzozami, dałby wytchnienie i odrobinę rześkości na parę następnych dni. Daleka jestem od narzekania, po prostu wyrażam swoje zdanie, które zdecydowanie sprzeciwia się takim upałom. Lubię optymalne dla mnie dwadzieścia dwa stopnie, kiedy nie czuję znużenia, zmęczenia i ciągłego pragnienia ochłody w każdej dostępnej postaci. Może kiedyś, we wczesnej młodości bardziej akceptowałam gorące lata, jednak długość uczniowskich wakacji, które biją na łeb pracowniczy urlop, daje więcej szans na odpoczynek oraz zapełnienie zarówno tych cieplejszych jak i chłodniejszych dni. Choć moje wakacje przypadające na lata przed obecną demokracją też bez zbytniego szału przebiegały. Porównując obecne, wyzwolone, młode pokolenie z czasem w którym mi dane było dorastać, mogę ocenić siebie jako zahukaną, szarą myszkę, pod wiecznym ochronnym parasolem stworzonym przez rodziców i ich surowe wychowanie. Pierwsze samodzielne wakacje pod namiotem z mężczyzną to moja podróż poślubna. Wcześniejszy taki koedukacyjny wypad nikomu, ani mi, ani im nie mieścił się w głowie. Fakt bywałam pod namiotem ale w gronie całkowicie żeńskim, gdzie jedna dla drugiej niejako przyzwoitką była. Nie będę oszukiwać, że dzięki surowym metodom wychowawczym pozbawieni byliśmy swoistych przygód, i dokonań na pewnych niwach. Jednak w porównaniu do obecnej eskalacji tychże zachowań współczesnej młodzieży, to nasze doświadczenia raczej przypominały ciuchcię długo rozpędzającą się w swojej jeździe niż obecne intercity. Mnie w udziale przypadało powolnie zdobywane, małymi kroczkami doświadczenie, narastające do pewnego momentu, długotrwałe, stopniowane i hamowane niczym wspomniana lokomotywa. Na każdej stacji przystanek, przerwa, ciągle z tą samą obsługą. Kolejny zryw, niezmienne towarzystwo tej samej osoby, następna miejscowość....Obecnie młodzi ludzie inaczej podchodzą do zakazanych owoców, tempem wielokrotnie szybszym przejeżdżają całą trasę, w trakcie której i obsada konduktorska się zmienia parokrotnie i nie każdą stację są w stanie tym tempem jadąc zauważyć. Coś przemyka szybkością dalece większą niż za moich młodych lat. Czy to lepiej, czy gorzej...? Mój zramolały punkt widzenia zapewne całkowicie rozbieżny z poglądami obecnych dwudziestolatków. W pewnych kwestiach ani oni mnie nie przekonają do swojego, ani ja ich na swoją modłę nie nawrócę. Z perspektywy minionego czasu będę skłaniać się do dawniej stosowanych metod, jednak to tylko moje zdanie. Może życie, kiedyś wolniej biegło, poznawaliśmy się w realu, widzieliśmy z kim rozmawiamy, do kogo serducho zaczyna mocniej bić. Spędzaliśmy bezsenne noce w oczekiwaniu na kolejną randkę, bez tysiąca SMS na godzinę, bez dwudziestego połączenia komórką, nie widząc, żywiąc się tęsknotą i budując wyobraźnią obraz tego co za czas jakiś ma nastąpić. Może teraz jest łatwiej i szybciej, ale wtedy było bardziej tajemniczo choć powolniej. Coś co dłużej się rozpędza, dłużej też wyhamowuje, a może to tylko moje błędne zdanie, zmęczone dusznym, niedzielnym wieczorem.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOJA STARA ETYKIETKA
Notatkę dodano:2013-07-27 20:19:45

 

Ktoś obcy sprawił, że skrzydła u moich ramion wzrosły, rozanieliłam się . Jak niewiele potrzeba, aby paroma słowy spowodować więcej wiary w siebie, wzrost poczucia własnej wartości. Kiedyś, w czasach szkolnych nauczyciele poloniści z różnym podejściem do moich uczniowskich osiągnięć w kwestii języka ojczystego, raczej negowali jakiekolwiek moje zdolności, niż sprawiali wzrost poczucia własnych możliwości. Przez czas trwania szkoły podstawowej umiejscowiona bywałam raczej w gronie tych bez zacięcia, mniej zdolnych, bez szansy na jakikolwiek wzrost możliwości i rozwoju umiejętności. Jakaś łatka przyklejona super klejem trwała przy mojej osobie krzycząc : „ona nic się nie nauczy, niewiele potrafi, żal zachodu na wdrażanie w arkana”. Byłam przygnieciona tą oceną, niewiele sobie zarazem z tego robiąc, choć bywały sytuacje, kiedy życie zaskakiwało mnie, a ja nauczycieli. Jeśli ciągle ktoś nas kiepsko ocenia, przyzwyczajamy się, obojętniejemy, i zaczynamy wierzyć, że tyle jesteśmy warci, ile za nas chcą zapłacić. Stawka za mnie była niewysoka. Uczeń bez wartości. Nikomu nie chciało się wykonać szlifu, który być może okazałaby większą wartość tego kamyka do obróbki, niż to wyglądało pod zewnętrzną powłoką. Pamiętam, w szóstej klasie szkoły podstawowej, zmieniono nam nauczyciela polonistę. Młody człowiek tuż po studiach, wymagający a zarazem bez wiedzy o naszych, małoletnich osobach i możliwościach oszacowanych przez wcześniej nas uczących belfrów. Nie oceniał nas biorąc pod uwagę piętno którym nas naznaczono, obiektywizm to chyba dobre słowo opisujące jego podejście do każdego z nas. Dotychczasowy prymus potrafił otrzymać ocenę słabszą, bo tak uważał Pan Wojciech K.(pamiętam jego nazwisko, jednak z powodu wszechobecnej ochrony danych osobowych, zachowam dla siebie). Tak i mi, tej słabej, bezwartościowej uczennicy zdarzyło się napisać wypracowanie, które było samodzielnie pisanym sprawdzianem na lekcji, bez pomocy i ściąg, na ocenę.... Tu może odrobinkę rozszerzę …. Sposób wyczytywania ocen, które otrzymaliśmy nauczyciel miał specyficzny. Stopniowanie napięcia. Rozpoczynał od najgorszych ocen. Wtedy jeszcze nie wymyślono ani jedynki ani szóstki, więc i napięcie inną granicą rosło. Rozpoczął pan Wojciech wyczytywanie: oceny niedostateczne i tu jakiś ciąg nazwisk następował. Nie zostałam wyczytana, kamień z serca spadł. Kolejne, dostateczne i następni wyczytani zostali, a mnie nie ma, zaczynam się zastanawiać, gdzie mój zeszyt się zagubił. Podobnie z ocenianymi na dobry, moje zastanowienie w kwestii zaginięcia zeszytu zyskało pewność. Delikwentów do odczytania coraz mniej, mój kolega z ławki, jeden z lepszych uczniów już wyczytany, a ja w rozpaczy: pomyślą, że sama ten zeszyt podprowadziłam. Jeszcze nikt mnie nie podejrzewa, ale wewnętrznie czuję się tak, jakby osąd i szafot mnie nie miał ominąć. Chwila prawdy, parę nazwisk do wyczytania zostało i wśród nich słyszę swoje....Dzięki wszystkim wcześniejszym opiniom o swoich umiejętnościach nie mogę uwierzyć. Może się pomylił, coś jest nie tak jak być powinno, przecież to nie możliwe... A jednak możliwe i zdarzyło się naprawdę. Nauczyciela będę pamiętać do końca swoich dni. Jego kariera zakończyła się w naszej szkole po roku nauczania i ponownie na kolejne dwa lata wróciłam w koryto kanionu o nazwie słaba uczennica. Nikłe szanse na wyrobienie z tej gliny czegoś, co czymś zaskoczy. Żal zachodu. Późniejsze lata edukacji, po podstawówce, już bez metryczki dokonanej wcześniej przeleciały, jednak poczucie zmniejszonej wartości gdzieś w środku mnie pozostało. Pewnych szkód edukacyjnych nikt i nigdy nie wypleni. Wiele kosztuje uwierzenie w siebie, w swoje możliwości. Czasami obcy ludzie potrafią rozbudzić tą wiarę, słowami krótkimi, które mówią mi dużo i dają nadzieję, że codzienne moje parę słów jednak warte jest przeczytania. Dziękuję za te miłe słowa Obcy Ludzie....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZAPUSZCZONA TRAWA.
Notatkę dodano:2013-07-26 19:07:50

 

Zapach świeżo skoszonej trawy, który choć chętnie przeniósłby się gdzieś bliżej chmur, wyżej niż nasze nosy, pozostaje tu, przygnieciony duchotą panującą i utrzymującą się od jakiegoś czasu. Ten zapach to taki prześladujący i symbolizujący współczesność wytwór czasów obecnych. Nie pamiętam aby w moim dzieciństwie z taką pasją bywała siana trawa w ogródkach przydomowych, działkach i wszelkiego typy miejscach prywatnego odpoczynku mieszkańców miast. Choć może i bywała w jakichś mikroskopijnych skrawkach wysiewana, jednak takiego apogeum wykaszania nie pamiętam. Oczywiście jakieś place zabaw, parki, tam zieloność bywała traktowana w sposób wyrównujący lub przywracający normalność trawników. Bywały tabliczki z tekstem : „nie deptać trawnika” jednak nie stawał się on dzięki temu jakąś świętością ani miejscem zakazanym. A i nawiedzanie przez sprzęt koszący bywało rzadkością . Bawiłam się jako dziecko w porastającej do kolan i powyżej trawie, której daleko było do obecnego ideału ryżowej szczotki. Znajdowaliśmy i babkę pospolitą, i lancetowatą, i mlecze, i koniczynę, to wszystko potrafiło się uchować bo nikt tego nie likwidował. Dla nas każda z tych roślin jakieś specyficzne przeznaczenie miała. Moje dzieciństwo pachniało inną trawą. Żywą, zostawiającą zielone ślady na ubraniach, czarne na dłoniach od mleczy. Zapach skoszonej trawy nie istniał w mieście w takim natężeniu. Co innego na wsi, zapach koszonej na siano trawy przeistaczającej się w trzeszczące źdźbła, które zmieniały nie tylko swą konsystencję poprzez suszenie, ale też przeinaczał się jej swoisty aromat. To zapach wakacji na wsi. Teraz przemieścił się aromat koszonej trawy ze wsi do miast. Rzężą kosiarki w wielu ogródkach, warkoczą na wielu trawnikach, dają zajęcie znudzonym posiadaczom paru kęp trawy, której nie dane będzie nigdy dorosnąć do wysokości dziecięcych kolan. Nie znajdą wśród nich dzieci żadnego ziółka, nie nauczą się nazw, znaczenia i właściwości leczniczych. Nie nauczą się gwizdać na łodyżkach mniszka, nie policzą „nitek” w liściu babki, nie przyłożą jej na zadrapane kolano, kto uplecie wianek z kwiatu koniczyny , kto spróbuje chlebka Baby Jagi? Nikt bo i skąd mają znać te rośliny skoro ich ponadnormatywny wzrost przyhamowała warkotliwa kosiarka. Zresztą dziecięcy wytwór czasów obecnych bardzo różni się od osobników wśród, których mi dane było dorastać. Zabawy na trawnikach,oblegane piaskownice w głębi których roiło się od zakopywanych „sekretów”, wakacyjne wieczorne opowieści o czarnej wołdze. Kto czymś takim teraz by żył, komu mroziłoby to krew w żyłach i wracając do domu z lękiem oczekiwałby ataku zza kolejnego węgła, lub zakrętu schodów na klatce, pomiędzy piętrami. Teraz dzieci innymi zajęciami zaabsorbowane, komputer podniesie poziom akceptacji strasznych strachów. Da kolejne życie, wielkie moce i wyobraźnię, która nie potrafi rozbudzić w sobie nic ponad kolorowe migające obrazki. Trzepak już nie służy ważnym tajemnicom, nie jest miejscem spotkań, i gimnastycznym przyrządem, na którym wisiało się na wzór nietoperza, głową w dół. Zdarte kolana nie mają racji bytu przy siedzeniu przed kompem, bo i co może doprowadzić do ich stanu naruszającego normalny porządek rzeczy? - Myszka?

Nie wątpię, że obecne pokolenie młodych ludzi będzie z łezką w oku wspominać swoje dzieciństwo, diametralnie różne od mojego i mi wydające się zupełnie jałowym oraz pozbawionym kolorytu. Cóż, każde pokolenie ma swoje atrakcje, swoje powody do wspomnień. Ja będę pod niebiosa wynosić to co mi w udziale przypadło, i póki paru takich jak ja dinozaurów po świecie bryka znajdę zrozumienie i wspólny język, a i zdarzy się jeszcze kiedyś wyciągnąć z kuferka wspomnień jakieś miłe zdarzenie sprzed ładnych paru lat. Może nie przy okazji koszenia trawy. Będą inne okazje, inne wspominki, ale to kiedyś, nie dziś, aby nie odczuć przesytu prehistorii.

 


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


TRAKTAT DOŁUJĄCY
Notatkę dodano:2013-07-25 20:14:28

Ta notatka powstawała przez czas jakiś, nie dziś, nie wczoraj, na raty

niejako pomiędzy tymi codziennymi zapiskami. Wklejam ją w ósmą

rocznicę śmierci mojego Taty. Są to rozważania, które nie każdemu

mogą być w smak.

Nie są lekkie, ani radosne. Nasze życie składa się z całego

wachlarza odbioru świata. Dziś jest szczególny dzień dla mnie.

Kto spodziewa się mojego poczucia humoru na dziś proszę, niech

po prostu ominie dzisiejszą notatkę.

 

 

Trzecia kawa, ciężkie powietrze, wolne od pracy, choć nie wolne od życia. Od życia nie ma wolnego, od obowiązków można uciec, coś okroić, czegoś zapomnieć, ale życie jest do pewnego momentu, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Początek namacalny, poprzedzony oczekiwaniem, a kres, który u każdego nastąpi już takiego oczekiwania nie daje. Może nie tyle nie daje, ile nie chcemy o nim myśleć, choć zdajemy sobie sprawę z nieuchronności i pewności nastąpienia. Odsuwamy myśl i udaje się to doskonale jeśli człowiek zdrowy, w rodzinie chorób nie ma. Sielanka bezmyślenia o końcu w trakcie trwania. Choroba, czyjaś śmierć staje się zaczątkiem od snucia rozważań. Nie wiemy jak tam jest, nikt nie wrócił. Każdy po swojemu jakoś interpretuje czy to wiarą czy swoiście pojmowaną wyobraźnią lub całkowitym zaprzeczeniem jakichkolwiek istnień za tą jedyną granicą, którą przekroczymy bez żadnego dokumentu. Nikt nam nie podbije stempelka. Wszystkie ziemskie sprawy zostawiamy tu, nic ze sobą nie zabierając. Nadzy i ubodzy zrobimy krok odrywający nas od wszystkiego co tu. I wskoczymy w nieznane, bez wiedzy tego jak tam jest, co na nas czeka, czy w ogóle coś czeka. I czujemy obawę, strach. Strach niewiadomego choć każdy to przejdzie. Są tacy, którzy zmęczeni życiem, chorobą, już nie chcą tego co tu, bo to jest cierpieniem, to jest bólem, na który nie ma lekarstwa, nie ma uśmierzenia. Brakuje sił do walki, poddajemy się umordowani tym co tu nas spotkało, a co jest ponad ten strach przed tym, co za tą granicą na nas czeka. Wiara daje szansę i nadzieję na lepsze to, co czeka nas tam. Obiecuje, że skończy się niechciany ból, że ze zniedołężniałego starca zmienimy się w mogącego wszystko młodego człowieka. I będziemy w tej krainie łagodności wiecznie młodzi, piękni, zdrowi i bez żadnych problemów. Jeśli nie ma wiary, wyobraźnia nie podsuwa żadnych obrazów, będziemy niebytem, znikniemy, nic nie dostając niczego nie oczekując. Co lepsze? Każdy sam sobie powinien odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli istnieje nasza nadzieja na spotkanie tych co przed nami tę wędrówkę rozpoczęli, wiara, że się spotkamy i chcemy tego spotkania, to musimy wierzyć, że do tych spotkań dojdzie, że to co tak bardzo niewiadome jednak istnieje, bo pozwoli nam osiągnąć coś czego pragniemy. Jeśli będziemy negować jakiekolwiek istnienia osób Boskich, które mogą być naszym paszportem przez tę granicę, zabierzemy sobie tę głęboko tkwiącą nadzieję. Nie pozostanie nic w co można będzie mieć ufność. Jeśli wierzymy głęboko i tak jest, że rację mają teolodzy, rację mają prawdziwie wierzący, że jednak coś, tam gdzieś jest, to chciałabym rozważyć pewien problem.

Powiedzmy ja wierzę, staram się swoim życiem przestrzegać zasad ogólnie przyjętych jako niegrzeszenie. Żyję tak aby być według tych zasad dobrym człowiekiem. Zdarzają się potknięcia ale przyjmijmy mam wiarę i w Boskie Osoby i w te spotkania później. I teoretyzując mogę mieć kogoś znajomego, kto nie będzie mieć wiary w to, że coś, tam istnieje. Jednak żyje dobrze, nikogo nie krzywdzi, dobrze czyni jednak nie dlatego żeby nie mieć grzechów. Po prostu dobrze żyje bez wiary, choć mógłby być wzorem stawianym dla głęboko wierzących. Moje pytanie brzmi : czy pomimo jego niewiary spotkamy się, za tym jedynym końcowym szlabanem, w kraju który przecież powinien być dla niego poprzez życie tu dostępny. Choć nie wierzy ...Czy mimo wszystko dwie dobre osoby mają szansę na spotkanie pomimo braku wiary jednej z nich?

Dylematy osoby, która chciałaby a jednak nie do końca iskra w niej płonie. Więcej z niewiernego Tomasza niż z pełnego ufności i zawierzenia Abrahama. Wątpliwości którymi jestem przepełniona nie zabierają mi ufności, której duże pokłady i jednak nadzieja na spotkanie tych, których już od jakiegoś czasu nie ma tu, a tam, gdzieś na mnie oczekują. I z nimi się spotkam, w to chcę wierzyć i choć ciężko mi to przychodzi, wierzę....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZAS NA PRZEWRÓT
Notatkę dodano:2013-07-24 20:26:03

 

Dolne rejony, niże samopoczucia, odczuwanie jakiejś wewnętrznej chandry. Coś bym chciała, a nie wiem czego do szczęścia potrzeba. Wszystko jest normalnie, bez zawirowań, żadne burze na horyzoncie nie zaciemniają nieba, a jednak coś jest tłamsząco-dołującego. Dowiedziałam się, że jedna znajoma osoba wyjeżdża za parę dni z kraju. Nie widzi perspektyw. Polska nie daje szansy. Będzie szukać gdzieś indziej, tam chce stanąć na nogi, chce normalności. Rozumiem, co nie wyklucza, że jest mi przykro. Już kiedyś o tym pisałam więc nie chcę się powtarzać. Jednak za każdym razem, kiedy ktoś z moich znajomych podejmuje taką decyzję ogarniając przesłanki, nie potrafię się z tym radośnie pogodzić. Budzi się we mnie bunt. Dlaczego? Nie jest to dlaczego skierowane do tych, co wyjeżdżają tylko do tych, którzy udają, że nic się nie dzieje, że wszystko jest w porządku. Problem nie istnieje. Młodzi wyjeżdżają, bo choć ich wiek nie doświadczył, nie mają skali porównawczej chcą godniej żyć. Nie chcą jak rodzice comiesięcznego wiązania końca z końcem. Nie chcą aby wypłata wystarczała na czas do opłacenia bieżących rachunków. Chcą pożyć, nie wegetować. Mają życie przed sobą i nie chcą go zmarnować na cerowaniu i wiecznym łataniu każdej dziury rodzinnego budżetu. Osoba, która teraz podjęła decyzję ma doświadczenie życia na obczyźnie, ma skalę porównawczą . Kiedy wydawało się, że w naszym kraju zaczyna normalnieć wróciła i chciała tu zacząć od nowa, u siebie i dla siebie pracować. Polska dała kolejnego kopa i po paru latach, ponownie zacznie od nowa, gdzieś indziej, nie u siebie, nie dla rodaków, bez słów o patriotyzmie, o Bogu i honorze. Dlaczego, bez względu na epokę, na czasy, na rządy moi rodacy muszą z piętnem wiecznych tułaczy żyć. Dlaczego tak wielu ludziom się tu nie podoba i nic się od tego niepodobania nie zmienia. Czyżbyśmy tak bardzo wrośli w obojętność co się z nami dzieje, że żaden opór oprócz wyjazdu nie potrafi być poczyniony? Te wyjazdy to takie milczące wołanie : jest tu źle. Tylko czy ktoś kiedyś usłyszał milczenie? Milczenia się nie zauważa, udaje się że nic złego się nie dzieje. Krzyk jest wyraźniejszy, jednak ci co wyjeżdżają obrażeni na tutejsze realia już nie mają ochoty na wrzask. Cicho opuszczą to co tu, cicho będą zaczynać od nowa. Tym co się uda, nie będzie się chciało krzyczeć, bo znajdą stabilizację, jakąś przystań, swoje miejsce, choć tam a nie tu. Jak jest dobrze nie trzeba krzyku, można chwalić cichutko i być zadowolonym. Tym, którym się nie powiedzie, niezadowolenie każe dawać dowód że nigdzie dobrze nie jest, będzie pokrętny krzyk na cały świat. Rozmyte oznaki malkontenctwa. Tego typu życiowych nieudaczników w każdym pokoleniu tabuny się znajdą. Jednak nie każdy, który opuszcza moją ojczyznę jest chorobliwym typem malkontenta. Tu jest źle, dla normalnie chcących pracować i godnie żyć ludzi. Godność bytu stała się bezwartościowym słowem, które w naszych realiach jest bez pokrycia. Nic nie znaczące społeczeństwo, które doprowadziło, do stanu, że każda rządząca opcja nami pomiata, gnoi i w żaden sposób nie szanuje współrodaków. To żałosne i przykre. Żyjemy tu i pomimo prywatnego szczęścia mamy potwornego pecha bycia obywatelami świata którejś, kolejnej kategorii. Nie traktuje się nas jako pierwszego sortu ludzi. Poniżanie i lekceważenie swoich krajan to żenująca przypadłość twardogłowych rządzących, którzy przyrośnięci do stołków nie widzą nic oprócz czubka własnego nosa, a przecież nie po to ktoś ich wybrał, ktoś pracuje w pocie czoła na uposażenie. Czy to tak trudno zauważyć i zdobyć się na odrobinę pokory wobec rodaków?

Utopia, fikcja, wiem choć nie jest mi z tym łatwiej, jak nie jest łatwiej z myślą, że kolejna znajoma osoba stąd wyjedzie.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŚWIERSZCZYK I MRÓWKA
Notatkę dodano:2013-07-23 19:56:15

Długie cienie poranka,słońce wstając daje szansę na stanie się gigantem we własnym płaskim odbiciu. Zaczyna się piękny dzień, choć poranny chłód każe odziać dłuższy rękaw. Chłodne te lipcowe poranki, takie z powiewem od północy, ostre powietrze, orzeźwienie wczesnym rankiem. Później to się zmieni na upał, na zbyt wielkie ciepło, które dla mnie mało komfortowe, uciążliwe. Pomimo wolnego dnia wybieram się o tej porannej godzinie do swojego ulubionego miejsca, odskocznia, sprawienie przyjemności dla samej sobie. Wczoraj z pełną premedytacją, pominęłam poniedziałkową notatkę, czując jakiś niż, słabość a może nawet niechęć do pisania czegokolwiek . Dzisiejszy dzień rozpoczęłam dobrze, swoją przyjemnością okupioną wczesnym wstaniem, pomimo wolnego od pracy. Wróciłam do domu pozytywnie na energetyzowana, zanim „Kleszczyk” zdążył wstać. Dzisiejszy dzień postanowiłam ubrać w lenistwo, gapienie się w niebo, leżenie pod wielką czereśnią. Nicnierobienie, w środku tygodnia. Czasami tak trzeba. Należy opuścić kierat i dać sobie wolne od ciągłego biegu. Aby w zimowe dni mieć o czym myśleć, mieć co wspominać i prawie poczuć tą zieloność, to ciepło połyskujące pomiędzy liśćmi, i w porze, kiedy za oknami szaro i zimno namalować sobie nadzieję na kolejną letnią porę, która odpędzi depresje, złe nastroje, chandry i smuteczki.

Dziś nie myślimy o niczym złym. Ma być leniwie, miło i spokojnie. Jedziemy na działkę, tam spędzimy wolne godziny. Nie będę wyrywać niechcianych chwastów, nie będę robić nic pożytecznego, nic co przyniesie wymierne korzyści. Dzień dla nas. Ogrom błękitu nad nami, przegrodzony od naszego miejsca koroną wielkiej czereśni. Rozłożyliśmy miękkie gąbki na których rozpoczniemy swój piknik Porozbierani z wierzchnich ubrań, zanurzyliśmy się w słodkie nicnierobienie. Wielki, soczysty arbuz osładza jeszcze bardziej miłe chwile. Pozbawiony zielonej zbroi, pokrojony na mniejsze kawałki znika zostawiając na naszych dłoniach, brodach rozciekający się na przekór nam sok. Lepiąca słodycz to kolejne wspomnienie na przyszłość. Dzisiejszy dzień spędzimy niczym świerszczyk z bajki Jean De La Fontaine. Dziś nie jesteśmy mrówkami. Całe życie przed nami w mrówczym pędzie. Są godziny, kiedy trzeba być leniwym świerszczykiem, nie patrzeć na to co ludzie wokół robią, co powiedzą, jak przyjmą takie lekkie podejście. Nie dla innych to robimy tylko dla siebie. Nieskazitelny błękit daje spokój, gdzieś w wielkiej odległości pozostawiają swoje krótkie ślady bytności przelatujące samoloty. Pojedyncze rozmazy obłoczków pojawiają się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie znikają. Nie śledzimy ich tras, ich przemian, choć widzimy, zauważamy. Przyjemne ciepło przedziera się pomiędzy liśćmi, w lukach między nimi daje plamki gorąca na skórze. Chce to palące słońce dorwać jak najwięcej mojej skóry, nie dam ci tej szansy,przesunę gąbkę na której leżę, tam gdzie mnie nie złapiesz. Lubię brąz skóry, jednak zbyt wiele mnie kosztuje osiągnięcie takiego kolorytu. Odcinam się bladością, nie będę tak jak otaczający mnie ogół kobiet w tonacjach brązów upodobnione do siebie w tej jednakowości. Nie czuję potrzeby stania się opaloną na przekór sobie. Wystarczy mi to zbłąkane pomiędzy liśćmi ciepło niektórych zagubionych promieni.

Nasze lenistwo na niegdysiejsze wspomnienia zakończyło się, czas wracać do domu. Jutro zaczynam pierwszy z ośmiu dni pracy. Do końca miesiąca przemienię się w mrówkę, nie będą mi przeszkadzać gorące dni, różne godziny pracy. Mrówka nie narzeka, mrówka pracuje.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162943
Osób: 145398