Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

MAM WYSTARCZAJĄCO
Notatkę dodano:2013-07-21 21:22:19

Spokój leniwej niedzieli powoli zmierza w kierunku czasu minionego. Nastanie noc, sen, i rozpoczniemy kolejny pracowity tydzień, który nie wiadomo co przyniesie. Chciałoby się, aby był beztroski aby niczym nie zaskoczył. Jaki będzie podsumujemy za tydzień. I zacznie się kolejny, i kolejny i ciągle ze znakiem niewiadomego. Mnie czekają drugie zmiany, więc całe dnie będą rozszarpane pracą. Konieczność życiowa i błogosławieństwo takiej możliwości. Nie lubię, ale tak trzeba, łatanie czasu. Jeszcze parę dni a doczekam się urlopu, kiedy dni inny wymiar zyskają, czas na łeb na szyję będzie leciał i ani się obejrzę ponownie będzie czas na wdepnięcie w normalność. Przyzwyczajamy się i przyjmujemy tą codzienność bez słowa buntu, choć czasami chciałoby się coś zmienić, gdzieś wyruszyć zatrząsnąć swoim światem przestawiając klocki . To tylko myśli, gdybanie. Nic nie zmienię, wsiąkłam, przywykłam i choć mi dobrze w takiej układance, czasami lekkie ukłucie zazdrości dla tych co więcej widzieli, więcej poczuli, doznali i złapali w wyciągnięte dłonie. Jednak moje uczucie zazdrości nie jest typu : też tak zrobię, będę szukać jak inni. Nie muszę szukać moja przystań dawno temu znaleziona, daje spokój bez rewolucji, bez sztormów, bez szoku kolejnego dnia. Spodziewalność przyszłości daje pewność i choć dalsza perspektywa pod znakiem zapytania, jednak tak naprawdę nie potrzebuję tych szalonych zmian, niewiadomego i dającego więcej znaków zapytania niż to potrzebne. Pewnie, że i u mnie jak u każdego są chwile, które naznaczone wielkim pytajnikiem nie dają odpowiedzi co będzie za dzień, za tydzień, za miesiąc. Jednak wrosłam w to co tu i nigdzie się nie wybieram w poszukiwaniu lepszego. Osiągnęłam takie swoje maleńkie szczęście i aby o nie dbać muszę być i codziennie pielęgnować aby rozwijało się, rosło i nie zmarniało z braku troski. Moje szczęście polega na tym, że mam, może niewiele, ale potrafię cieszyć się nawet tym co posiadłam. Umiejętność docenienia stanu posiadania to wielki dar, nie każdemu on dany. Niektórzy ciągle mają za mało, wciąż wypatrują czegoś co więcej u innych nie zauważając ogromu swojego posiadania. Po cóż porównywać tych co mają więcej skoro ich więcej może znaczyć całkiem mało, a może nawet nic. Sposób sprzedania się i odpowiednie przedstawienie tego co ludzie będą widzieć to też sztuka. Życiowy kamuflaż dla oczu innych. I ci inni bardziej zawistni, zazdrośni porównują swoje MAM z tym co JEST u innych i czują czegoś brak. Chcieliby więcej, zapominając ile mają, nie liczy się to co ważne bo ich, skoro inni mają więcej też tak chcą. Lecą jak ćmy do światła, porównują, i ciągły niedosyt czują. A nie widzą co za zamkniętymi drzwiami się dzieje, jak naprawdę tam jest i ile, czego wartościowego się znajduje. A bywa, że pusto, zimno, bez uczuć, bez chęci powrotu do tego co czeka w domu, że słowo dom to tylko bogato urządzone cztery ściany w których mijają się obcy sobie ludzie. Nic o sobie nie wiedzą, rozmawiają o problemach z zimnym obowiązkiem, bo tak trzeba wobec otoczenia. Potem on na lewiznę, ona też gdzieś, byle dalej od siebie. Poukładali sobie swoje życie, dostosowali martwą naturę swojego trwania może mają więcej czegoś ale im nie zazdroszczę tej pustki nawet w ramach ze złota, bo to złoto nie ogrzeje ich samych. Ramy mojego życiowego obrazu może zwyczajne, ale wiem co posiadam i umiem się z tego cieszyć, odgaduję wpół słowa co za chwilę powiesz, czasami tymi samymi wyrazami, w tym samym momencie coś określamy. Wiesz co lubię, co sprawia przyjemność, przychylasz nieba a czy trzeba szukać coś więcej niż bycie w tutejszym niebie na ziemi?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PÓŁSZLACHETNA SZLACHETNOŚĆ
Notatkę dodano:2013-07-20 22:15:34

 

Zawodowe nicnierobienie, wolne, moment do wykorzystania, zabudowania swoimi sprawami. Sobota, która daje czas dla siebie i rodzinki, pogoda zachęcająca do spędzania chwili poza murami domu. Ciężkie chmury, zapowiadane przez meteorologów choć raz ich posłuchały, i sunęły od rana po błękicie nieba przychodząc od północy. Wisząc nad nami, stanowiły znak zapytania jak rozwinie się, i w jakim kierunku pójdzie aura. Dzięki ich pułapowi widoczność odległych Karkonoszy staje się bardziej na wyciągnięcie ręki, choć nie zmienia piećdziesięciokilometrowej odległości od nich. Stojąc przed wyborem jechać czy nie jechać postawiliśmy wszystko na jedną kartę i przed południem wyruszyliśmy na całodzienną bytność na działce. Mąż zajął się wykaszaniem tego co niepotrzebne, ja usiadłam pomiędzy krzaczkami czarnej porzeczki i zanurzona w zieloność zbierałam czarne, matowe perełki owoców. Kleszczyk zaprzątnięty tym co dzieci z największą pasją traktują, czyli myciem działkowych naczyń. Możliwość chlapania się w wodzie to coś, czego akurat on w żadnej formie nie ominie. Tu przy okazji była możliwość połączenia przyjemnego z pożytecznym.

Ja zaabsorbowana zbieraniem porzeczki, gryziona przez latające i maszerujące owady starałam się pogodzić pracę z przemyśleniami. Przerywane to moje wewnętrzne życie było przez młodego, wołającego co jakiś czas i frapującego swoją osobą. Porzeczki niczym nanizane na krzaczek okrągłe klejnoty przywoływały nieodmiennie skojarzenie do czarnych pereł. Mniej w nich było blasku niż w wytworze morskich małży. Nie posiadam żadnej biżuterii z czarną perłą , choć one ponoć przynoszą pecha swym posiadaczkom, więc nie ma co wylewać łez. Zresztą mi inne kamyki mają pomóc w życiowych perypetiach, w rozwiązywaniu problemów, w dodawaniu sił. Nie bardzo się stosuję do tych wytycznych, jednak akurat parę z tych pomagających minerałów, w najczęściej srebrnej oprawie posiadam. Typowa kobieta z naznaczeniem sroczego ulubienia błyskotek. Lubię mieć, lubię czasami po nie sięgnąć, gdzieś przywiesić, coś nałożyć, przypomnieć o posiadaniu. Łatwo mi zrobić prezent znając gust, bez ciętego kwiatka, bez drogocennych markowych perfum jakiś półszlachetny agat, zielony awenturyn, fioletowy ametyst nie drenujący kieszeni ofiarodawcy mnie zawsze ucieszy. Najczęściej sama sobie kupuję co akurat spowoduje natychmiastowe zakochanie w konkretnym produkcie, choć bywały sytuacje, kiedy małżonek zaskakiwał dokupieniem do kompletu brakującej sztuki na którą żal mi było wysupłać gotówkę . Pamiętam kiedyś chodziłam koło jednej bransoletki, z całego kompletu z możliwością zakupu każdej sztuki osobno. Przyklejałam nos do wystawowej szyby wzdychałam i odchodziłam z wielką chęcią na kupno a zarazem świadomością, że zbyt wielkie nadszarpnięcie budżetu nastąpi jeśli kupię, to czego tak bardzo pragnę. I tak sobie przychodziłam, patrzyłam, dojrzewałam w zamiarze pójścia na całość i zakupienia tego okazu moich marzeń, wzdychałam i odchodziłam bez dokonania zakupu. Trwało to parę dni, w całej swej powtarzalności z codzienną coraz większą liczbą tęsknych westchnięć. Aż nadszedł dzień, kiedy oczy nie umiały znaleźć obiektu tęsknoty. Smutno mi się zrobiło, zburzyło harmonogram przyklejonego do szyby nosa, a zarazem poczucie, że okazja zakupu przeleciała mi koło tego nosa bezpowrotnie. Jeszcze pchana nadzieją weszłam do sklepu i naiwnie pytam, gdzie jest ta moja wymarzona, brakująca do całości część,. Przed chwilą jakiś pan kupił – usłużna sprzedawczyni udzieliła informacji. Tknięta jakimś znakiem przeczucia pytam, opisując bezwiednie swojego męża, to co opisałam zgadzało się z tym co zapamiętała pani. Mąż chciał zaskoczyć mnie, i udało się to, ciesząc mnie zarazem ogromnie, jednak mi też udało się zaskoczyć męża, kiedy przy naszym spotkaniu pierwsze słowa do niego dotyczyły jego dokonanego w tajemnicy zakupu. A przecież wcześniej nic nie mówiłam, nie prosiłam, nie planowałam oraz nie stosowałam okrężnej drogi do przekonania męża ku takiemu prezentowi dla siebie. Jednak jeśli człowiek chce sprawić drugiemu przyjemność potrafi odczytać myśli, odgadnąć pragnienia, zrezygnować z czegoś dla siebie aby tej drugiej osobie dać jej spełnienie małych marzeń. Mogą być z półszlachetnego kamienia stając się najszlachetniejszym gestem wyrażającym to co najważniejsze.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


FIOLETOWA KIECKA
Notatkę dodano:2013-07-19 20:35:42

 

Każda z nas, kobiet ma swoje odzieżowe widzimisię. Są wiecznie kolorowe niewiasty których szafy wypełnione różnobarwnymi ciuszkami, codziennie w innej wersji, niepowtarzalne, wielokombinacyjne, których jednakowe zestawienia prawie się nie zdarzają. Są kobiety promujące swoją osobą stonowaną elegancję, są luzaczki z metrycznie obniżoną granicą ubraniowego wieku, typowe żeńskie kobiety oraz chłopczyce. Ewoluujemy w swoich upodobaniach, jednak jeśli któraś odgórnie naznaczona jakąś konkretną cechą w stosowaniu odzieży, nawet po wstąpieniu w dorosłość, dojrzałość, wiek poważny, nie wyrasta tak od końca z zamiłowania do pewnego stylu. To nas wyróżnia, sprawia odmienność oraz niejednokrotnie przyzwyczajenie otoczenia do konkretnego naszego amplua. Taka nasza odzieżowa rola w której się specjalizujemy. Potrafimy wyskoczyć z ulubionego stylu i na chwilkę zmienić image. Tak i mi zdarzyło się opuścić dziś ulubione spodnie, i zaskakując całe otoczenie odziać się w zwiewną, asymetryczną, fioletową spódnicę. Wkraczając porankiem do pracy, z nieodmiennym uśmiechniętym optymizmem, doprowadziłam do pewnego zszokowania koleżanki, która już w pracy była. Jak sama to określiła, swoim zaskakującym widokiem dokonałam skutecznego jej przebudzenia. Oczywiście wysłuchałam nakazów na przyszłość w kwestiach stałej zmiany ulubionych spodni na spódnice, kiecki i coś co dla prawdziwych kobiet stworzone. Cóż, wybryk jednorazowy, pewnie jeszcze powtórzę, aby ponownie zaskoczyć. Jednak zmienić na stałe nie planuję, nie dokonam, skoro przez tyle lat wierna byłam akurat temu, mniej kobiecemu stylowi. Nie przekonają mnie koleżanki, mężczyźni, znani i nieznani na mojej drodze. Dawno temu prowadziłam boje ze swoją mamą, która przez czas długi nie mogła się pogodzić z moim dziwnym zamiłowaniem do dwóch nogawek. Argumenty bywały różne, prośby, groźby, i na wtedy, i na przyszłość. Jednak sam fakt noszenia spodni nie dyskwalifikował mnie ani w oczach mężczyzn, którzy i tak widzieli co chcieli, pomimo akurat tej części garderoby, choć zapewne stanowiły te gacie jakieś utrudnienie w niektórych sytuacjach.... Ani w oczach kobiet, które widzą i plusy, i mankamenty bez względu na odzienie. Mamie wieczne NIE odpowiadałam, czy to przez przekorę, czy też przez prawdziwe ulubienie wygody oferowanej przez spodnie, które mniej ograniczają ruchowo, dają większą swobodę, możliwości wydłużenia kroku, mniejsze krygowanie w trakcie siadania. Skoro bez względu na pozycję i tak wszystko odpowiednio zakryte, więcej form ruchowych jest dostępnych dzięki dwóm nogawkom. Spódnica ze swoją bardziej dystyngowaną formą ogranicza. Wymusza kobiecy sposób poruszania, bo jak bym wyglądała sadząc długie, szybkie kroki pełne pośpiechu aby zdążyć tam gdzie być muszę za chwilę, za momencik. Widok żenujący, pozbawiony gracji, skłócony w całokształcie, czego wynikiem uśmiech politowania wśród mijanych ludzi. A przecież ich uśmiech ma być z sympatii, od człowieka do człowieka nie od człowieka z człowieka. Siadanie też z ograniczeniami, nakazujące uwagę w sposobie i dopuszczające tylko pewne formy. Dzisiejsza moja długa, zwiewna, suto marszczona spódnica i tak stanowiła ogromne możliwości, w porównaniu do wąskich, opinających, pozostawiających niewielki margines ruchowy spódnic. Jednak jeśli będę chciała doprowadzić do większego zaskoczenia, jestem przygotowana także na taki wybryk, w mojej szafie mam coś, co moje ciało opina na wzór wężowej skóry. Wkroczę niczym wamp, drobiąc kroczki na styl gejszy, zawiruję biodrami, kobiety zauważą po kobiecemu, mężczyźni na swój sposób. Ja przez chwilę będę zmienną niewiastą, której zdarza się zaskakiwać, pozostawię maleńki szok, aby ponownie wskoczyć w normalność dwóch nogawek z ich całym wachlarzem możliwości. Przyczaję się w nich do kolejnego momentu dającego zaskoczenie fioletowej, odmiennej od codzienności kiecki.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SPECJALNA OKAZJA
Notatkę dodano:2013-07-18 20:12:35

Po wczorajszej iluzji wolnego dnia, kolejny dzień pracy od wczesnych godzin rannych. Praca na piątą rano daje pogląd jak wiele ukrócił się dzień, jak wyglądają opustoszałe o tej porze ulice, na czym polega poranna cisza zakłócona tylko świergotem ptactwa. Każdy samochód słyszalny w dwójnasób, narastanie wszelkich otaczających dźwięków, to obraz wyłaniającego się z nocnej szarości poranka. Orzeźwiający chłód pomimo panującego lipca, zapach przekwitających lip, zaczynające pomarańczowieć owoce jarzębiny, obleczone czarnym blaskiem nieliczne z wielu w gronach owoce jakiejś innej niż czarny bez krzewinki. Kroki idące w kierunku, którego jeszcze nie chcemy, nie zauważamy w codziennej gonitwie, jednak w cichości poranka dające się odczuć. Nie wypowiem tego niechcianego słowa, bo przecież mamy dopiero połowę lipca, więc cieszmy się tym letnim miesiącem, radujmy tym co jest i nie szukajmy powodu do narzekań. Popołudniowa duchota też nie chce dać wypoczynku. Zanurzyć się w chłodnej wodzie, posiedzieć w cieniu wielkiego drzewa, położyć na gołej ziemi, i przez izolację wielkiej ulistnionej korony leniuchować. To coś, co mi na tą chwilę marzy. Gdzieś w ciszy od cywilizacji, aby jedynymi dźwiękami były te, które ubocznym efektem owadów, drzew, ptaków, wody. Reszta ma być ciszą. Pomarzyłam, rozleniwiając się w tym, co mogłoby być i choć bliskie, dalekie zarazem. Panująca gorączka na zewnątrz nie jest czymś, co mogłoby powstrzymać Kleszcza przed wyjściem na plac. Odwlekam tę chwilę, wchodzę na wyżyny w poszukiwaniach wymówek, zasłaniam się innymi czynnościami, które muszą być wykonane a które nastąpią nigdzie indziej tylko w domu, nie tam gdzie w słońcu panuje trzydzieści stopni Celsjusza. Na nic wymówki, na nic krętactwa. Obiecałam muszę dotrzymać, i dotrzymam choćbym miała na placowej patelni wyschnąć niczym skwarek. Jest wczesny wieczór, jednak to tylko nazwa bez pokrycia, słońce jeszcze wysoko, przebija się poprzez zasunięte story. Jakieś zbłąkane promienie przeciskają się przez niedokładnie dosuniętą tkaninę, lenistwo powstrzymuje mnie przed poprawieniem tego pełnego blasku mankamentu. Ostatnio ktoś udostępnił na FB następujący tekst:

„Nigdy nie zostawiaj niczego na specjalne okazje, Żyjesz i to jest specjalna okazja.”

Niby niewiele, jedno zdanie, odpowiednio ułożone w swej kolejności słowa, z którymi można się zgadzać lub zupełnie ich sens negować. Wczoraj wspomniałam, że będę uczestniczyć w pożegnaniu jednej znajomej osoby. Byłam uczestnikiem tej ostatniej drogi, kawałeczka trasy osoby, która przeżyła swoje życie zostawiając pogrążoną w smutku rodzinę, wspominających znajomych i zupełnie nic ze sobą nie zabierając poszła w kierunku, który dla wszystkich nas kiedyś przeznaczony. Nie wiem, jak odniósłby się ten mój znajomy do tego co zawarte w przytoczonej przeze mnie myśli. Już się nie dowiem, nie będę miała takiej możliwości. Jego specjalna okazja już przeminęła, jeśli nawet coś zostawił na taką szczególną, jedyną i niepowtarzalną sposobność nie wykorzysta, bo nic więcej nie nastąpi. Może czasami nie do końca to przemyślane, wypłukanie się do zera na koncie, choć czeka nas kolejny miesiąc, choć będzie jutro. Życie to specjalna okazja, nie żałuj sobie tej odrobiny radości, która jutro może już nie sprawić uśmiechu. Jutro może nie nadejść. Carpe diem. Może dziś gest sprawiający radość ukochanej osobie będzie ostatnim, który ona po tobie zapamięta. Jeśli nie zdobędziesz się na ten gest, czegoś może zabraknie, nawet jeśli chciałeś, planowałeś, miałeś zamiar a nie wykonałeś. Zostawiłeś na inną specjalną okazję a ona nie nastąpi....Nie będzie możliwości poprawki, są egzaminy, które zdaje się tylko raz w życiu. Jest ich szczególna godzina, właśnie ta jedna, w innej egzamin zostanie niezaliczony. Egzamin na szczególną okazję naszego życia trzeba zdawać w odpowiednim terminie, jeśli go prześpimy, nigdy już możemy nie mieć okazji zdania z wynikiem pozytywnym.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SŁABSZA ZŁOŚĆ
Notatkę dodano:2013-07-17 09:33:45

Wczorajsza złość wyzwoliła ze mnie całą erupcję ogromnej energii, która skumulowana jakoś we mnie wyskoczyła i pozwoliła wykonać w tanecznych podrygach dzisiejszy obiad. Dała na tyle sił aby zrobić coś czego z zasady nie czynię, bo w podziale obowiązków nie mnie akurat to przypisane. Zrobiłam wielki gar gołąbków, zmyłam naczynia, i ciągle wykonując taneczne pas, zupełnie wyłączona od złych myśli ładowałam się na swój indywidualny sposób. Jak mi coś dopiecze, uciekam w taniec. Nie umiem tańczyć, robię to po swojemu, tylko niewielu partnerów tanecznych potrafi dotrzymywać mi kroku. A ja mimo wszystko uwielbiam te swoje podrygi biodrami, rytmiczne potupywania nogami. Moje ruchy predysponują mnie do innych stron globu, jakiś taniec brzucha, który samoistnie przyplątuje się w środkową część mojego ciała kiedy tylko odpowiednią oprawę muzyczną uszy wyłapią. Mój syn widząc wczoraj moje podrygi w kuchni w trakcie prozaicznego szykowania obiadu na następny dzień aż pobiegł po tatę, aby także jego udziałem było to przedstawienie, którego jedyną odtwórczynią była nie do końca świadoma mama. A ja wyłączyłam odbiór teraźniejszości, słuchawki w uszach dają taką możliwość pomagając poprzez wyciszenie tego co nas otacza.

Nie zawsze się da odłączyć, nie zawsze wychodzi to do końca. Dziś też się nie udało, choć przyjemność basenowa zaliczona, to ona też niepełna. Kolejne okulary do pływania załatwiłam, a pływanie w chlorowanej wodzie z rytmicznym zanurzaniem bez osłoniętych oczu, jakoś mi nie wychodzi.

Nie mogę się oderwać od tego co tu, choć dziś wolny od pracy dzień. Nie da mi wypoczynku, nie da oddechu. Za chwilę muszę opuścić dom, czeka mnie pożegnanie jednej znajomej osoby. To budzi smutek, prowokuje do myślenia o tym co było, co czeka, jakieś podsumowanie, przemyślenia. Może jutro po pracy tu zajrzę i okaże się, że lepszy humor, że coś się naprostowało, jakoś bardziej słonecznie się zrobiło, choć i dziś będę się starać aby nie było tak całkiem ponuro.

Moja mantra na dziś : będę się starać o dobry dzień, będę się starać ….


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESTEM ZŁA
Notatkę dodano:2013-07-16 17:48:07

Jestem zła. Nie taką złością w znaczeniu niedobry, niemoralny, nieprzyzwoity. Jestem zła na coś. Wiem co jest przyczyną tej złości. W jakiejś części jestem zła na siebie. Na swoją wadliwość w obecnych czasach. Na nieprzystosowanie, nieumiejętność pozbycia się własnego sumienia. Głupią moralność, którą ktoś mi dokładnie wpoił, nauczył, a ona nijak się nie ma do czasów w których żyję. Jestem zła, że nie potrafię z premedytacją i zimną krwią zrobić czegoś, co się będzie kłócić z moimi zasadami. Że ustąpię przed czyimś wyrachowaniem. Wkurza mnie to, irytuje i powoduje, że czuję się niekomfortowo. To ja myślę, ja analizuję, ja mam zaprzątniętą głowę, choć mojej winy w sytuacji, która budzi frustrację nie ma żadnej. Jestem zła na defekt, który we mnie jest. Jestem zła i tym stwierdzeniem powinnam zakończyć dzisiejszą tu wizytę. Ale to też nie będzie w porządku. Nie mogę rzucić słowa i niech sobie lewituje gdzieś w przestworzach, a ja się odwrócę, wzruszę ramionami i powiem, mam to gdzieś. To też nie po mojemu. Nigdy moje „mam to gdzieś” nie jest tak do końca obojętne. Ono jest obojętne na pokaz. Dla oczu innych, oni mają mnie odbierać w sposób jak ja tego chcę. W środku będę doprowadzona do granic jakiejś wytrzymałości, jednak jeśli założę sobie, że mam być postrzegana jako radosna ,to tak będzie. Nie każdemu dana możliwość ujrzenia moich łez, to ja wybieram, kto będzie w tym akcie uczestniczył. Wybrańcy. Genialnie wykonam rolę luzaka, nie dam satysfakcji ujrzenia siebie pokiereszowanej strapieniem. Strapienie będzie w środku a postronnym pozostawię widok uśmiechniętej twarzy, za, przez samą siebie wybraną maseczką. To moja wada, i zarazem oręż. Nigdy nie wiadomo, co skrywa mój środek. Tylko wybrańcy dostąpią zaszczytu uczestnictwa w odsłonięciu kurtyny. Choć osiągnęłam jakieś dolne rejony samopoczucia, wiem, że akurat z nich się podźwignę swoimi siłami. Chociaż to udało się w mojej konstrukcji, że z pogromu potrafię się podnieść. Pokiereszowana, tak w przenośni z jakimiś ranami, jednak daję radę wstać i dalej iść. Iść dalej w swojej wadliwej moralności, głupim poczuciu ludzkiego, mojego honoru, ustępstwach przed złem wobec mnie, przed wykorzystywaniem mojej naiwnej osoby. Choć wiem, jak powinno być, na czym polega bycie człowiekiem, pozwolę aby ktoś potraktował mnie jakbym tego nie wiedziała, jakbym była naiwna i głupia. I na to też jestem zła. A może czas stać się pozbawioną tych wadliwych zasad osobą, wyrzucić z praktykowanego słownika słowa których znaczenie dla innych tylko pustym dźwiękiem i nic nie znaczącą treścią. Tylko jak się pozbyć sumienia. Jakiem wywabiaczem pozbyć się tej plamy? Aby móc myśleć o tym czym chcę. Aby dzisiejszy dzień był tylko dniem urodzin mojego starszego syna, aby był ostatnim, szóstym dniem pracy, aby nie odczuwać złości na samą siebie, aby, aby, aby...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TAJEMNICA NIEDOPOWIEDZENIA
Notatkę dodano:2013-07-15 18:34:33

W ciągu całego dnia myśli przelatują przez moją głowę. Nie dotyczą tylko tego co najbliżej, co stanowi mój maleńki świat, co jest z nim bezpośrednio związane. Choć zwykłą koleją rzeczy najwięcej i najszerzej właśnie tego dotykają. Nie bardzo i nie wszystko chcę tu ujmować, bo podobnie jak przy pamiętnikach nie pragniemy aby naszym życiem zawładnęło zbyt wiele osób. Mogą znać cząstkę, jakiś maleńki procencik, reszty się domyślają, coś sobie wyobrażają, coś dopowiadają choć nigdy nie będą mieć pewności czy ich zgadywanie zgodne z rzeczywistością. Jak było naprawdę, co wydarzyło się a co jest tylko domysłem. Niedopowiedzenia nie są prowokacją, do odkopywania czyjegoś życia. Powinno nam wystarczać to co powiedziane czy napisane, jeśli ktoś zechce napisze więcej, oświetli czytelnika, jednak jak dalece możemy być pewni, że ta relacja choć z pierwszej ręki jest prawdziwa, ile w niej fikcji a ile fantazji. Nie wiemy i wiedzieć nie będziemy. Czy ktoś z natury swej więcej z prawdomównego czy kłamczucha ma w sobie, nie wiemy. Wprowadzanie dokumentacji fotograficznej przy obecnych możliwościach, nawet tych zupełnie nieprofesjonalnych, też może być oszustwem i zupełną fikcją ze strony autora. Można użyć całą gamę polepszaczy obrazu i z czterdziestoparoletniej niewiasty robi się podfruwajka w wieku całkiem niedojrzałym. Tylko jaki sens takiego przedstawiania życia w krzywym zwierciadle minionego czasu. Co zyskujemy oszustwem, ile profitów wyciągniemy z kłamstwa, z którym będziemy w najlepszej komitywie kroczyć przez życie? Może fakt nienaciągania rzeczywistości wynika z mojego przekonania, iż aby być dobrym kłamczuchem trzeba mieć pamięć doskonałą, rozeznanie w kierunkach z których nasze kłamstwa wychodzą i jak daleko zabrnęliśmy. Może nie czuję tej absolutnej pamięci, może nie pragnę kontrolowania za każdym razem tego co i do kogo mówię. Prościej jest powiedzieć jak jest naprawdę bez musu kombinowania i lawirowania, w tym komu i co było przekazane. Stawiałoby mnie to w szeregu leni, którym nie chce się tego kroczenia trudniejszą droga kłamstwa. Nie kłamię ale też nie mówię do końca, nie dowiesz się o mnie wszystkiego, bo po prostu coś zostawiam tylko dla siebie. Są sprawy, o których nigdy się nie dowiesz, bo taka jest moja wola, polegająca na zostawieniu czegoś tylko dla siebie. Może w wieku, kiedy nic nowego się nie wydarzy, kiedy będę żyć tylko przeszłością, pewne uczynki obejmie amnestia, dokonam spowiedzi na której wyznam wszystko aż do całkowitego wybielenia ale jeszcze nie nadszedł ten czas. Jeszcze pora,że tylko szczątki tu będę zawierać, małe kawałeczki i okruszki, których nie da się poskładać w zupełnie nietajemniczą całość.

Dziś, tydzień po zdarzeniu z pogryzieniem mojego męża przez psa mechanika, do którego oddawaliśmy samochód, nastąpiła próba dogadania się z właścicielem czworonoga.

Fakty są następujące: mąż po uprzednim kontakcie telefonicznym wjeżdża na teren warsztatu. Brama wjazdowa jest na oścież otwarta, właściciela nie ma na terenie jednak poleca zostawić samochód, gdyż za chwilę będzie. Mąż wjeżdża, razem z synem wychodzą z samochodu i po przejściu jakichś dziesięciu metrów zauważa, że w ich stronę biegnie szczerząc zęby z wyraźnie nieprzyjaznymi zamiarami wielki mieszaniec. Ściągnął obrożę z łba, łańcuch leży koło budy a pies z pełną agresją biegnie w ich stronę. Mąż każe synowi uciekać a sam zastawia psu drogę swoją osobą, zasłaniając twarz ręką. Pies, rzuca się na tę rękę szarpiąc za przedramię. Wizyty u chirurgów, zwolnienie lekarskie, codzienne opatrunki i ból towarzyszący każdemu ruchowi.

 

I cóż na te fakty właściciel? Nie poczuwa się do odpowiedzialności, traktuje całe to zdarzenie jako wypadek bez swojej winy. Nie widzi żadnego uchybienia ze swojej strony, żadnego zaniedbania. Jestem człowiekiem ugodowym, jednak przy takim stawianiu sprawy zasięgniemy porady u dzielnicowego, i kto wie może po raz pierwszy w życiu zawalczę o normalność wobec siebie, nie zawsze jestem trzciną, czasami mój wewnętrzny opór powoduje, że staję się dębem. Może trzeba być nieugiętą aby ktoś zauważył, że bycie człowiekiem nie zawsze polega na chowaniu głowy w piasek, a czasami pełnowartościowy człowiek przyjmuje swoje winy na własne barki i potrafi się przyznać do ich spowodowania.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


REAKCJA ŁAŃCUCHOWA
Notatkę dodano:2013-07-14 18:18:26

Wróciłam, cisza w domu, dziecko dziwnym pokrzyżowaniem małych losowych zdarzeń zostało u babci. Nie przyzwyczajona jestem do tej ciszy. Czeka się, że za chwilę będzie: ..mamo.. Ale tego „mamo” nie będzie aż do jutra. Zostaliśmy z mężem sami, sami sobie wypełniamy czas. Teraz taka cisza zdarza się niezmiernie rzadko, jest niczym poszukiwany biały kruk. Bywa, że się szuka, czeka a jej nie ma, ciągle jakieś słowa z ust sześciolatka w naszą stronę padają, oczekując odpowiedzi. Człowiek zasypany nimi chciałby odpocząć od tej nawały, a jak przyjdzie nieoczekiwana przerwa, to ona aż razi swoją pustotą i milczeniem. To tylko przedsmak odczucia kiedy dzieci wylatują z rodzinnego gniazda. Wtedy też odczuwa się wielokrotność pustego domu. Po czasie się przyzwyczajamy, jak do wszystkiego czego nie da się odwrócić, czego nie można zmienić. Puste miejsce zastawiamy, zabudowujemy czymś, coś innego staje się zamiennikiem aby jak najmniej odczuwać i aby nie doskwierał ten brak. Bo tak to już jest, że zdarza się, iż wtedy, kiedy mamy na co dzień, przeszkadza, czasami powoduje irytację, a kiedy zabraknie doceniamy w szczególny sposób to co było. Podobnie było z ciszą, która zaczynała się zadomawiać u nas, kiedy nasz starszy syn wchodził w wiek dojrzałości, kiedy koledzy stali się zamiennikiem rodziny, czas spędzony z nami kurczył się bo inne towarzystwo i rozrywki stawały się priorytetami. Poczuł, że coś innego większą frajdę daje, a my staliśmy się mniej potrzebni, ograniczający zakazami, wymagający czegoś, czego młody człowiek nie miał ochoty spełniać. Zaczynał się czas, kiedy dokonywał próbnych wylotów z rodzinnego gniazda. Rozpoczynała się częstsza cisza i nieobecności. Pustka, do której nie przywykliśmy, jeszcze było za wcześnie, ja nie umiałam sobie wyobrazić jak będzie wyglądało to moje pozbawione treści życie. Jak będą zabudowane moje wolne dni, czym się zajmę w tych pustych godzinach. Nie byłam gotowa, na marazm, na inne zagospodarowanie czasem. Zbiegło się to z paroma innymi czynnikami i miałam wrażenie, że moje życie jakoś dziwnie staje się już nie pod górkę, tylko jakby z niej. Już brakuje wspinaczki do celu, coś zostało osiągnięte a mi przyjdzie teraz czekać sama nie wiedziałam na co i po co. Czyżby tylko pustka mnie czekała? Nie potrafiłam sobie tego wszystkiego poukładać. Zabłysła myśl, maleńka iskierka, coś co trzeba było rozdmuchać aż zapłonie i nie da się tego zgasić. I dmuchałam, dostając niesamowitych sił do tego rozpalania. Rozbudziłam instynkt, którego wcześniej nigdy w takiej mocy nie czułam. Gotowość, pełna mobilizacja, sprawdzenie się, danie szansy losowi. Zaczęłam się wspinać, wyznaczając sobie stromy szczyt jako swój cel. Widziałam tylko ten punkt na wielkiej wysokości, i szłam, podbiegałam, roznoszona energią, która dana gdzieś od góry szczególnym sposobem się we mnie kumulowała. Reakcja łańcuchowa, która wybuchła wraz z urodzeniem mojego drugiego syna. Rycząca czterdziestka dostała od losu szansę, która raz złapana, kurczowo trzymana do dziś. Mały człowieczek dał mi wiele, nie tylko ta zabudowana cisza jest jego darem. Skądś czerpię siły, radość, umiejętność planowania i radzenia sobie w różnych momentach. I może dzięki niemu nie czuję się starszą panią, bo wiem, że jeszcze dla niego muszę mieć duże pokłady młodości i staram się aby starczało tego złoża na jak najdłużej. I chyba starcza, skoro dziś usłyszałam od pewnego starszego pana słowa : „szczupła dziewczyna to i przejdzie” w czasie, kiedy przechodziłam obok niego przeciskając się przez lukę przy sklepowej kasie i jego obładowanym wózku zakupowym. „Szczupła dziewczyna” jeszcze jakiś czas tą dziewczyną ma zamiar pozostać ….


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NASZE RYTUAŁY
Notatkę dodano:2013-07-12 20:45:21

 

Mój notatnik pewnie niewiele straci jeśli nie napiszę jak dziś przedstawiała się aura, jednak z życiowej przekory zawrę parę słów dotyczących tego co dziś w pogodzie było. Choć niewiele ciekawego się działo, deszcz z krótkimi przebłyskami jego braku, oczywiście moje szczęście pozwoliło mi przez największą ulewę iść do pracy. Pomimo ogromnej parasolki wilgoć dostała się do moich włosów, przesiąkła nogawki spodni, zbrukała w dziwny sposób żywo koralową kurteczkę. Taka mokra dochodzę do pracy, nic to, wyschnę, zanim ją skończę. Nie mam za złe tej mokrości, jej prawo dostać się na ziemię, moje, dokonać wyboru pomiędzy marudzeniem a przyjęciem z uśmiechniętą miną tego, co nieuniknione. Wybieram uśmiech. Chyba ten uśmiech potrafią zrozumieć tylko dzieci. Dla nich nie musi być powodu aby się uśmiechać, to takie naturalne. Kroczy dorosła kobieta, promiennie uśmiechnięta, i dziecko odwzajemnia ten uśmiech. Z naprzeciwka idzie i staje przede mną mała dziewczynka, wyciąga piąstki w jakimś oczekującym czegoś geście. Zatrzymuję się, łapię te rączki, i tak ciągle obydwie uśmiechnięte rozchodzimy się każda o czymś innym myśląca. Wielka i mała wersja radosnej kobiety. Umiejętność uśmiechu w deszcz bez przyczyny. A może gdzieś za chwilę czeka mnie to, co ten uśmiech z wyprzedzeniem powoduje. Jeszcze chwila, będę w domu, parę godzin dla nas, dla siebie, zanim znowu zniknę za dniem nieobecności, Ty będziesz czekał i ja to wiem, i ta świadomość daje tej radości.

Codzienny rytuał po powrocie do domu. Każdy z nas ma takie swoje powielające się zachowania. Nikogo z domowników nie dziwią, a wręcz przeciwnie inni w tym uczestniczą. Mój uświęcony powszednią powtarzalnością ceremoniał, w którym główną rolę odgrywa ulubiony kubek z rozpuszczalną kawą zabieloną i odpowiednio posłodzoną. Staliśmy się mistrzami w przygotowaniu tych małych obrządków. Mój mąż kończy przyrządzanie mojej kawy z chwilą mojego wejścia do domu. Podobnie jest wczesnym, wspólnym rankiem, kiedy wie, że jeszcze w łóżku chętnie odbiorę z jego rąk ten ciepły kubeczek. Małe radości wspólnego życia. Przez te wspólne lata poznaliśmy się, wady drugiego nam nieobce. Jak Ty jęczysz na siąpiącą pogodę, ja za uszy ciągnę w stronę słonecznego optymizmu. Wiem, że każdy z nas musi swoją rolę odegrać. Twój dół, moja góra, a spotkamy się tym porankiem przy kubeczku mojej kawy. Rytuał bycia razem, który doszlifowaliśmy do ideału. To takie spodziewalne, niezaskakujące choć czasami mówisz: „kocham w tobie tego diabełka, który każe coś zrobić wspak”...Wiesz, że taka jestem, spokojna, niczym niezmącona tafla wody, płaska, wydaje się bezpieczna a za chwilę może coś się zmienić i szkwał zniszczy tę spokojną powierzchnię. Mój diabełek coś wywinie, doda kolorytu i szelmowsko się uśmiechnie z tego co nabroił. Znasz mnie i wiesz, że jest coś co mogę zrobić i coś czego nigdy nie uczynię. Jak Ci mówię:” nie wrócę do was” , argumentujesz, „ przecież nas kochasz”. Jak odpieram „ może mi się odmieni” wyciągasz decydujący powód dla którego nigdy tego nie zrobię. Ty wiesz jaki i ja wiem.... i to dla nas wystarczy.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KRÓLOWA BAŁAGANU
Notatkę dodano:2013-07-11 19:45:21
Nastąpiła przewidywana dwa dni temu zmiana scenerii. Oczekiwana dzięki symptomom, oznakom dawanym przez moją bolącą głowę. Przepowiednia bez słów, sprawdzalna i otaczająca swoją dzisiejszą obecnością. Niebo zasnuło się chmurami, płacze. Różnobarwne ciuszki, obnażające ile się da w dostosowaniu do wieku, a czasami zupełnie od wieku oderwane, leżą czekając na możliwość ponownego wyeksponowania w pełnym słońcu. Teraz słońce odpoczywa od nas, my nie chcemy od niego mieć wolnych chwil, jednak skoro odgórnie podjęto decyzję o zmianie aury, trzeba czekać cierpliwie mając w pogotowiu alternatywne do tych najlżejszych troszkę cięższe ubrania. Ja omotana jakąś irracjonalną nadzieją na ciepło, zupełnie nieadekwatnie do pogody się ubrałam. Może za wielkie zaufanie do słów męża, że nie jest tak strasznie zimno, a może wczorajsza prognoza zbyt wiele dawała w siebie wiary. Moje plecy nie do końca osłonięte przyjęły na tę goliznę uderzenie chłodu okraszone spadającymi z okolicznych drzew kroplami deszczu. Dobrze, że mam w pracy jakąś bluzę to wracając okryję niepotrzebnie wystawioną na publiczny widok skórę pleców. Od tego drobnego, mżącego deszczu, w ciągu całego dnia przechodziło w różne natężenie i siłę opadów. Świat zyskał połysku, oczyszczony z kurzu, pokryty wilgocią niczym warstwą bezbarwnego lakieru. To minie, połysk zniknie wraz z wyschnięciem, nic z niego nie zostanie. Soczysta zieleń ponownie się przybrudzi, zmatowieje, straci ostrość uzyskaną dzięki tej chwilowej czystości. Nic nie jest ciągle czyste, brudzi się samoistnie, nie przykładamy ręki, zostawiamy nieruszane a świat ulega zbrudzeniu. Czystość wymaga pracy. Nie przepadam za pucowaniem tego, co jakby poza mną, a nawet wbrew mnie ulega zabrudzeniu. Nie jestem porządnicką, której przeszkadza każdy pyłek. Żyję z tymi pyłkami w symbiozie. Mój dom nie stanowi muzealnego przykładu sterylnej czystości. Dziecko w sezonie letnim, przynosi z placu zabaw kilogramy piasku. Kurz sam, nie wiadomo skąd się pojawia, jakieś zbłąkane pająki wystawiają moją cierpliwość na próbę. A ja nie podejmuję walki na śmierć i życie. Pająki na długich nogach zostawiam w spokoju. Pełne kieszenie „magicznego pyłu”, jak Kleszczyk określa piasek z placu, zostają wytrzepane nad śmietnikiem, kurz jak przyjdzie ochota wytrę. Nie zabijam się dla sterylności. Ktoś ma wejść do mojego mieszkania, niech wchodzi, bez wygłupu obowiązkowego ściągania obuwia. Jeśli się uprze, bo woli bez butów, jego wola, nie mój przymus. Nie chcę aby moje życie polegało na wypatrywaniu i wiecznym usuwaniu każdego pyłku. Jeśli nawet w czyichś oczach uchodzę za bałaganiarę, trudno, nie jest to najgorsze za co można by mnie było uznać. Zresztą co komu do tego, jak zostawię swoje rzeczy, czy równiutko złożone, czy machnięte byle jak. To moja sprawa i nikomu nic do tego, a skoro obdarzyłam zaufaniem, wpuściłam do swego królestwa to niech ocenę mojej osoby zostawi dla siebie, i przyjmie do wiadomości, że jego opinia nie wpłynie na mnie. Nie uzbroję się w ściereczkę, moim przyjacielem nie stanie się odkurzacz, a najwierniejszą bratnią martwą duszą miotła i szufelka. Pozostanę sobą nawet w otoczeniu „magicznego pyłu” bo mój dom, to moja twierdza i to ja tu jestem rządzącą królową, a moje rządy łagodne dla bałaganu, z którym potrafię się doskonale dogadać i w największym chaosie odnaleźć to co mi potrzebne.

Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162706
Osób: 145161