Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

IMIENNE OBCIĄŻENIE
Notatkę dodano:2013-07-10 19:08:04

 

Niż. Obniżona forma. Słabsza wydolność. Takie stany na dziś od rana. Może jest to konsekwencją zmian pogodowych, które już się czają, gdzieś czyhają aby wyjść z ukrycia i zaskoczyć. Mnie nie zaskoczą, ja jestem przygotowana. Jednak spadek formy lekko odczuwam, fizyczność mniejsza o jakiś ułamek. Basen próbowałam poprzez samozaparcie doprowadzić do finiszu ostatnio przez siebie obranego i traktowanego jako normę.

Fryzjerka jak przewidywałam akurat, kiedy ja jej pragnę, nieobecna. Cóż poczekam, podcięcie włosów przesunę w czasie. Kto wie, może zadziałam impulsem i coś zmienię we włosach, zanim ona dla mnie będzie osiągalna. Może niektórym kobietom wydają się niepoważne takie moje zachowania, że nie przygotowana, nie zaklepana wizyta. Ot przypomniała sobie i na żywioł poszła. Jednak dla mnie, to nie jest żaden rytuał ani święto, abym jakoś szczególnie podchodziła do ścinania włosów. Jest „moja” fryzjerka, ma lukę pomiędzy tymi poważnie zapisanymi na zeszyt wskakuję w tę przerwę, załatwiam co mi w duszy gra i już mnie nie ma. Kolejny impulsik który ma rację bytu jeśli sprzyjające okoliczności napotka na swojej drodze. A że te okoliczności nie zawsze chcą gładko się układać, to i chodzę taka fryzurowo niedopracowana. Lubię akurat tą jedną fryzjerkę, bo pojęła na czym polega mój defekt jako klientki, i w milczeniu, po prostu robi to czego od niej oczekuję. Wizyta trwa króciutko, wychodzę zadowolona i mogę znowu zarastać do kolejnego sprzyjającego warunkami impulsu. Moje niewygórowane wymagania, określone jako defekt to nic innego tylko jasne postawienie sprawy, które fryzjerka, nota bene moja imienniczka, rozumie i stosuje. Dla mnie jeśli cięcie ma być pięciocentymetrowe, to w przybliżeniu takiej długości kawałki włosów pod fotelem mają leżeć po zakończonej operacji. Ona to rozumie i nasze miary długości z jednej szkoły pochodzą. Nie ma rozbieżności że ja w centymetrach podaję a druga strona przelicza na cale lub jeszcze inne jednostki miary. Bywało, że kierowana impulsem wchodziłam w obce fryzjerskie drzwi, rzucałam hasło :proszę podciąć pięć centymetrów a spadało piętnaście. Inny przelicznik, brak zrozumienia w efekcie którego następowała konsternacja oraz niezadowolenie. Szczęśliwym trafem udało się znaleźć osobę od której nie wychodzę kipiąca złością, ot dobry rzemieślnik wykonał fachowo czego oczekiwałam i każda strona na swój sposób zadowolona.

Wspomniałam, że to moja imienniczka. Może to mało istotny fakt i każdy ma prawo w swój sposób podchodzić do kwestii imion, akurat mi dobrze się dogaduje z osobami noszącymi to samo imię co ja. Pominę fakt, że akurat Baśki to specyficzny całkiem przyzwoity rodzaj kobiet, bo to jest zrozumiałe samo przez się, jednak generalnie to mam niejako różne odbiory osób noszących różne imiona. Jakieś piętno imienia u każdego z nas występuje. Nie będę tu dawać przykładów na imiona z którymi zupełnie nie potrafię się dogadać, czując jakąś awersję czy niechęć, nie będę poszczególnych przedstawicieli obarczać jedną wspólną cechą ich charakteryzującą. Zakrawałoby to na generalizowanie i uprzedzenie z mojej strony. Jednak są pewne istotne dla różnych imion właściwości którymi noszący dane imię niejako naznaczeni. Wiadomo różnimy się między sobą i wśród Basiek nie znajdzie się jednakowych dwóch, tak jak i w każdym innym imieniu. I nie powiem że akurat ja, oraz pozostała część moich imienniczek to same najlepsze i wybitne cechy. Sprawiedliwie przyznam są pewne denerwujące, jakieś irytujące składniki dające całokształt jednak w odbiorze przez innych stajemy się bardziej lub mniej darzeni sympatią właśnie z tej przyczyny, że każdy inny i każdy coś innego ceni. Może jakieś znaczenie ma fakt lubienia swojego imienia, jakieś dziwne identyfikowanie się z nim i noszenie z pewną dumą akurat tego jednego, własnego i choć powielanego na innych osobników to dla nas najlepszego. Ja mogę z całą stanowczością powiedzieć, lubię swoje imię i chyba żadne inne do mnie nie pasuje, a nawet jeśli ktoś widziałby mnie jako Anię,Jolę czy inną Scholastykę to pod skórą, ja i tak zawsze pozostanę Baśką.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GŁOWA SUGERUJE ZMIANĘ
Notatkę dodano:2013-07-09 21:06:40

Ból głowy zwiastuje zmianę pogody, wiem, że coś się poprzestawia. Nastąpi coś czego nie było, zniknie to co jest. Meteoropatka, która nie pragnie odczuwania mających nastąpić zmian w aurze. Wolałabym posiąść zdolności innego typu. Jakieś intuicyjne, z pewnością sukcesu widzenia, przewidzenie czegoś co będzie, niekoniecznie opady czy wiatry. Przecież jeśli załamie się pogoda to niewiele mogę zrobić. Cieplej się ubiorę, sprawdzę bytność parasolki w podręcznym bagażu. Cóż więcej można? I do tego to odbieranie znaków pogodowych w postaci bólu głowy. Nie mogłoby to być coś mniej kłopotliwego, jakiś typ łaskotania, jak przy pocałunku ucha, coś sprawiającego przyjemność a nie odstręczającego. Przyjemnie doznania w kierunku ekstazy, przy zmianie pogody to dopiero byłoby coś i każdy, no powiedzmy prawie każdy by zazdrościł, a tak nie ma czym imponować ani o co czuć zawiść. Ból mnie męczy, odbiera energię, dodaje słabości. Nie biorę zbyt często środków uśmierzających te złe odczucia, jednak kiedy już dopiecze, sięgam po farmakologiczną pomoc.

Jutro najlepsze antidotum na moje dolegliwości, wolne z moimi, egoistycznie spędzonymi godzinami. Z racji tego, że pogryziony przez psa,mąż ma zwolnienie lekarskie, nie muszę się spieszyć, mogę pozałatwiać zaległości. Parę spraw do zrobienia będę miała, zajmą mi one sporo czasu, ale jutro już pewnie ból głowy przejdzie, pozostanie aktywność i narzucenie odpowiedniego tempa aby jak najwięcej zrealizować, przed kolejnymi sześcioma dniami pracy. Tym razem sobota i niedziela będą pracowite, nie ma co liczyć na spokój w domowych pieleszach. Dlatego jutro muszę wykorzystać do maksimum, aby nie czuć zmarnowania czasu. Zaczynam planować, i robi się z tych planów spora lista, pośród której zacznę lawirować, to muszę, to mogę, od tego zacznę, na tym skończę. Nie wątpię, że nie wciśnie mi się pomiędzy podpunkty jakiś szelmowsko chichoczący chochlik i zamiast siedzenia na fryzjerskim fotelu okaże się że zaufana fryzjerka akurat jutro będzie nieobecna. Przestanę prorokować bo akurat to wychodzi dużo gorzej niż odbiór zmian pogodowych. A jak mówią złym gadaniem przyciąga się pecha więc odwołuję, zamazuję, koryguję i zmykam aby jednak jutro dobrze wszystko zacząć, i zakończyć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZYWIAŁO CHMURY
Notatkę dodano:2013-07-08 20:12:55

 

Siedzę, czekając na mający zawieźć mnie do domu busik. Chciałabym w domu być już, nie za chwilę, za kilkanaście minut tylko już, natychmiast, w tym momencie. Patrzę na niebo nade mną. Przeciwsłoneczne okulary dają więcej możliwości obserwacji, nie mrużę oczu tylko koncentruję się na przepływających obłokach. Tło nieba błękitne, przyjazne, miłe, uspokajające, zwodzi tym spokojem. W tym oceanie nade mną już czają się postrzępione stalowo szare, choć niewielkie, to jednak wprowadzające dysharmonię obłoki. Przesłaniają słońce, płyną, pojedyncze i grupami, nic złego nie sprowadzając, a jednak dają mi skojarzenia. To niebo takie ogromne, nieograniczone, pięknie błękitne jest niczym nasze bezproblemowe życie, jednak aby nie było zanudzające swą nieskomplikowaną banalnością, co jakiś czas nudny błękit przesłaniają obłoki kłopotów i zmartwień. Jeszcze dziś przed południem rozmawiając z koleżanką, użyłam sformułowania, że nie jest łatwo codziennie pisać prowadząc takie nudne życie. No i wypowiedziałam w złej godzinie, w zaczarowanym czasie, który niechciane życzenia urozmaicenia życia wprowadził w mój żywot. Parę godzin później aż za wiele zaczęło się dziać w tym moim nudnym życiu.

Mąż na dzisiejsze popołudnie umówił się na oddanie samochodu do tutejszego mechanika. Ciąg dalszy wiecznych napraw miał nastąpić w tym tygodniu aby zdążyć przed czasem, kiedy auto będzie mi potrzebne aby dojechać do pracy. Wiedziałam o tym, i z jakiegoś wewnętrznego swojego nakazu kontroli, co się w domu dzieje, czy wszystko jest załatwiane zgodnie z planem, zadzwoniłam do męża aby dowiedzieć się czy pamiętał i czy załatwił. Nic nie ruszy mnie bardziej niż wstęp do rozmowy: „wiesz oddałem samochód ale nie denerwuj się, bo wystąpiły pewne komplikacje....” .

W tej jednej chwili żaden ze współczesnych reżyserów nie potrafiłby nakręcić takiego tempa akcji na ekranie, jakie zachodzi w mojej głowie. Tabuny czarno-widzących myśli, tragedia goni tragedię, świat w części, która jest przez nas zamieszkiwana zawalił się, wgnieciony nagłym upadkiem meteorytów. Moje wizjonerstwo jest nieujarzmione i bez żadnych ograniczeń natężenia i mocy. Jest to zupełnie ode mnie niezależne i choć niechciane, występuje zawsze kiedy podobne sformułowanie usłyszę. I tym razem było podobnie. Pospieszam męża, gadaj, nie dukaj, rozjaśnij choć troszkę te chmury, które właśnie całkowicie zasłoniły słońce na moim nieboskłonie. On już wie, że poziom adrenaliny osiągnął maksymalny poziom. Przyspiesza relację.

„Jestem na pogotowiu, pogryzł mnie pies....”

Nie będę relacjonować całej naszej rozmowy, dowiedziałam się tyle, ile na tamtą chwilę było możliwe i konieczne.

Nie znamy chwili, nie potrafimy przewidzieć wypadków, nie spodziewamy się. Błękitne niebo czasami zasnuwa się chmurami znikąd, i trzeba przetrwać, przeboleć czasami przecierpieć.

Teraz cierpi mój mąż, pogryziony przez psa. Pokiereszowane przedramię, zawinięte przesiąkającym krwią bandażem było ceną, aby pies nie rzucił się na naszego syna. Nie wiem jak to pod tym bandażem wygląda, nie chcę teraz wiedzieć, nie potrafię rozgonić tych stalowych chmur bólu męża.

Mam świadomość, że to na szczęście tylko niewielki szary obłok, który przepłynie choć da odczuć swoją obecność i naszą małość w tym zaskakującym nas życiowym niebie.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KRÓTKO NIEDZIELNIE
Notatkę dodano:2013-07-07 21:36:39

Oj chciałoby się jeszcze paru dni wolnego od pracy, cóż do urlopu jeszcze chwila. Teraz pozostaje cieszyć się tymi skąpo spadającymi dniami wolnego i wspólnym przebywaniem z rodzinką. Lipiec jeszcze z pełną aktywnością zawodową przejdzie, łatanie obowiązków, wyrywanie dobrych chwil dla siebie, spełnianie swoich zachcianek na minimalnym poziomie. I czekanie, i niecierpliwe wypatrywanie kolejnego miesiąca. A one przelecą tempem błyskawicy, i znowu zaczną się narzekania. Teraz też narzekamy a to za mało deszczu a to za dużo, obrodziło komarami, do urlopu daleko, urlop przeleciał. Zawsze znajdzie się powód do jęczenia. A ja nie chcę jęczeć, nie chcę narzekać. Chciałabym z każdej sprawy, która mi się przydarza cieszyć i radować. Nie zawsze jest to łatwe. Bywa to co się dzieje cieszy, a w środku jakaś drzazga uwiera. Chciałoby się ją wyrwać, aby znikła, nie zawsze tak od razu się udaje. Mój niewyjaśniony pogłos burzy, której powodem był mój starszy syn, gdzieś we mnie ciągle pomrukuje, nie dając cieszyć się tak do końca ze wszystkiego innego. Życie, choć wiemy jaki jego mechanizm nie zawsze da się poukładać jak pasujące do siebie elementy puzzli. Byłoby to łatwe, usiąść, zaparzyć dobrej herbaty, i w spokoju uzupełniać brakujące części z których ułoży się piękny obrazek. Niestety nasze układanie życiowych puzzli nie zawsze spokojne, stonowane, przynoszące relaks. Prędzej czy później powstaje całość, jednak bywają elementy smutne, gorzkie, żałosne i kiedy bierzemy do rąk taką cząstkę ogarnia nas ich emocja. Stajemy się smutni bo akurat taki element trzeba wpasować w całość, ogarnia nas gorycz w oczach pojawiają się łzy, bo jest czas na taką część naszej układanki. Czasami wpadamy w czerń żałoby z takim kawałeczkiem w dłoni. Każdego puzzle inne a zarazem z podobnych części składowych powstają. Tylko jakie w trakcie tej zabawy w życie nasze podejście taki odbiór całości. Są ludzie, którzy emanują ciepłem, wewnętrzną radością, która przechodzi na otoczenie. Są despoci próbujący podporządkować wszystkich sobie i swojemu wyobrażeniu. Są wiecznie niezadowoleni malkontenci, którzy zarażają swoją niechęcią lub budzą uśmieszek politowania nad swoimi zachowaniami. Każdy z nas inny, podobnie jak jego życie. Ewoluujemy jako ludzie, zmieniając się. Młodzi inni, dojrzałość zaznacza piętno zmian. Nie zawsze idą te zmiany w dobrych kierunkach, czasami jakieś ciężary zła nas przygniatają zmieniając w gorszy model niż był dawniej. Jak dalece odbiegłam od czasu, kiedy jako młoda dziewczyna zasłużyłam na miano „obrończyni uciśnionych”, padające z ust mojego niezapomnianego wychowawcy z technikum. Jak bardzo się zmieniłam czy te zmiany poszły w dobrą czy złą stronę, może sama nie do końca mogę to ocenić. Otoczenie patrząc z boku, znając mnie kiedyś i teraz może odczytać wynik tych zmian. Czy dojrzałość dała mi dobre oblicze, po gorszej młodości czy może po dobrej młodej osobie stałam się lepszą starszą wersją. Samej się nie ocenię ale chyba tak do końca źle nie jest skoro ostatnio użyto w moją stronę zwrotu „dobry z ciebie człowiek”. Takie słowa budzą zastanowienie, dają odrobinę dobrego odbioru samej siebie, choć z moim podejściem oczywiście podbarwione są nutą niedowierzania. Niedowierzanie choć chce się wierzyć w prawdziwość.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


HOKUS - POKUS
Notatkę dodano:2013-07-07 00:03:50

Tej sobocie zostało raptem trzy kwadransy do ukończenia dobrego żywota. Wbrew wszelkim regułom i zasadom, o tej wściekle późnej porze siedzę przed kompem jedząc suto okraszone ajerkoniakiem lody. Skoro skusiłam się na takie kulinarne szaleństwo dałam sobie szansę pójścia na całość i w powoli topniejącej zmarźlinie chrupiąco akcentują swoją obecność laskowe orzechy. To był dobry dzień, dlaczego więc nie zakończyć go takim smakowitym akcentem, skoro całą swoją długością zasłużył na najlepszy koniec. Pogodny, pracowity, spokojny i może najważniejsze wspólnie spędzony. To ważne aby wspólne chwile były wyczekiwane, radosne i aby chciało się ich jak najwięcej i najczęściej. Nie mamy możliwości takiego dysponowania swoim czasem aby bycia razem było tyle, ile chcemy. Jednak jak już się trafią układamy je tak, aby dobrze spędzić i nie popsuć niepotrzebnymi scysjami. Nie da się tak spędzić życia aby ciągle było tylko sielanką jednak wspólne starania dają efekty. A może ma rację mój mąż, jak mówi : jesteś czarownicą, zaczarowałaś mnie …

Jeśliby to było tak łatwe, że wypowiedzenie jednego hokus- pokus załatwia całe życie, sprawia, że staje się ono dobre i miłe każdy na początku swojej drogi życia rzekł by czarowne hasełko i czekał z założonymi rękoma. A to nie do końca takie proste. Przecież każda młoda para podejmująca tę jakże ważną decyzję w swoim życiu wychodzi z założenia, że nie ma siły aby im się nie udało. Przecież są wybrańcami losu i swoimi, przemyśleli, przeanalizowali wszystkie możliwości i po prostu nic innego tylko małżeński sukces ich czeka. I początek jest przeważnie piękny, sielankowy, dwa gołąbki z dziobków sobie jedzące, kraina łagodności. Jednak życie w swojej nieobliczalności rzuca pod nogi kłody, braki, problemy, i pokusy. W różnej kombinacji i natężeniu. Nie każdy opiera się pokusom, bo dlaczego skoro jeszcze parę miesięcy temu mogłam teraz muszę się powstrzymać. Nie każdemu dana wytrwałość i cierpliwość w przetrzymaniu gorszych dni. A bywa, że chcemy na swoim postawić, nie licząc się z drugą osobą. Zaczynają się schody stromo pod górę prowadzące a kondycja małżeńska jeszcze nie wyrobiona, słabiutka. I zdarza się, jedno z dwojga siada na dole tych schodów i nie chce już dalej iść. Nie czuje potrzeby, nie ma siły, bo co na górze tych schodków może czekać, skoro dół mało ciekawy się okazywał. Hokus- pokus nie zadziałało, Romeo z wysokości balkonu inaczej wygląda niż z bliskości, kiedy nie zawsze ogolony i pachnący. Julia gdzieś wiotkość zgubiła, włos nie zawsze błyszczący, oko czasami pełne łez, usta przepełnione wymówką. I powstaje pytanie, po co mi to było, czy mi było źle samemu ? I brakuje cierpliwości, nie chce się popracować nad małżeńską kondycją a czasami mówi krótkie : pas. Nie chcę z tobą, „....poszukam se innego do tańca zgrabniejszego...” niczym w przyśpiewce przedszkolaków. Bo i przedszkolem zaczyna w dorosłym związku pachnieć. Zrobię ci na złość, stanę okoniem, nie będę słuchać, nie będę mówić. Lenistwo bycia we dwoje, nie chce się popracować aby jednak iść dalej. Aby się wesprzeć w potrzebie, aby pomóc w kłopotach tak zwyczajnie bez udziwnień po prostu ze sobą być, jeden rok, drugi, kolejny … wieczność. I robić tak, aby się z tej wieczności we dwoje cieszyć i ciągle czarować, codziennym małym hokus- pokus.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JUŻ PRZESZŁOŚĆ...
Notatkę dodano:2013-07-05 20:48:25

      Wróżowie od przepowiadania pogody dali nadzieję na suchy powrót do domu po pracy. Jednak nie tylko mi chochlik zamieszania przestawia plany i szyki. Już przed południem rozpadało się dokładnie mocząc cały mój mały wycinek świata. Ciepły deszcz, taki jak lubię. Wracając z pracy nawet nie zdobyłam się na wysiłek wygrzebania z przepastnej głębi swojej wielkiej torby parasolki, która oczekiwała na możliwość odpracowania swojej wartości. Zwrot amortyzacji nie nastąpił choć była w pełnej gotowości. Chciałam zmoknąć tak do samej skóry, jednak ponownie chochlik nie dał tej możliwości. Lekka wilgotność dzięki drobnicy padającej z chmur oraz wielkim kroplom spadającym z okolicznych drzew. Te ogromne krople potrafią tak spaść, że nie gubiąc nic ze swojej wielkości jeszcze przez długi odcinek zwiedzają moją twarz spływając od czoła poprzez całe oblicze dopiero w okolicach dekoltu znikając całym chłodem i wilgocią zostawiając lekki dreszcz bytności. Na cóż mi parasolka, niech mijani przechodnie myślą, ot bieda nie przygotowała się na deszcz. A ja tę parasolkę mam, dźwigam jako zbędny balast, tylko chcę deszczu. Może troszkę żal mi tekstylnych butów, którym nieobojętna aura. Cóż głupia właścicielka chce moknąć całość odzienia musi się podporządkować. A mi to daje radość, nie musi być słoneczko abym uśmiechała się do mijanych ludzi. Nawet włosy, które ze swojego pierwotnego stanu jakiegoś uporządkowania mają tylko wspomnienie, nie przeszkadzają. Ich ciężki nieład nie robi mi żadnej różnicy. Poddaję się wilgoci, nie obawiam wody. Podobnie jak na basenie, z niejakim politowaniem patrzę na przedstawicielki swojej płci, które pływając za wszelką cenę pragną wyglądać tak jakby ich fryzura miała pozostać sucha i wyglądem swym będąca obrazem ideału. Mi to najzupełniej obojętne. Zwijam włosy parokrotnie gumką, skręcam w jakiś supełek na który naciągam tekstylny czepeczek i nie zwracając zupełnie uwagi na stopień zanurzenia nie myślę o wątpliwej basenowej elegancji. Dzisiejszy powrót do domu też był tej elegancji pozbawiony. Niepełna kobiecość w kobiecie, zobojętniała na szyki i mody. Moja marszruta trwała dając poczucie wilgotnego szczęścia. Padający deszcz nie skłania do wychodzenia z Kleszczem, a poza tym już swoją dozę deszczowej szczęśliwości zgarnęłam. Parę godzin w domu, jakieś twarogowe racuchy, naprędce zagniecione przeze mnie, iskrą inwencji kulinarnej pachną słodyczą na pół klatki. Szybki uszczęśliwiacz podany z domowym dżemem stanowi kolację i odmianę od częstych na stole kanapek. Młody po swoim bajkowym seansie idzie w zapasy ze snem, a ja mam swoje wolne minuty przegryzane soczystym jabłkiem . Dwie godziny do powrotu z pracy mojej połówki, czas całkiem dla siebie. Jakoś zagospodaruję. Nie zdradzę planów na jutro aby złośliwe chochliki nie dały rady namieszać.

Kolejny dzień do odkreślenia, miniony i zwyczajny a przed nami kolejny o którym jeszcze teraz nic nie możemy powiedzieć. Ani co przyniesie, ani jaki będzie . Niewiadoma przyszłości każdego z nas. Nie uciekniemy, tylko jedno możemy: przyjąć i przeżyć jak najlepiej.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DORASTANIE DO SMAKU
Notatkę dodano:2013-07-04 22:34:17

 

To druga moja dzisiejsza notka, pierwsza nie została wklejona bo jakoś jej kierunek zbyt w ciemną stronę poszedł. Zagalopowałam się w skrajnym pesymizmie A nie pragnę tych czarnych myśli. Nie chcę sama w nie wchodzić, a także nie pragnę kogoś dołować swoimi rozmyślaniami. Nie mówię, że nie wkleję tamtego tekstu, kiedyś może to nastąpi. Jakiś inny szlif dodam, gdzieś po czasie wygładzę, może inaczej skrajny pesymizm ujmę i przedstawię. Ale nie dziś. Dziś osłodzę sobie życie paroma suszonymi figami, ukrytymi przed konsumpcyjnymi zakusami męża, może musnę lekko dzisiejsze wolne od zawodowej pracy godziny. Nie wiem, jak to przeważnie się u mnie dzieje w którą stronę pójdą literki. Jakie słowa z nich powstaną, czy coś dotknę, czy twardo złapię a może tylko zwyczajne wodolejstwo będzie. Nie wiem też czy figi wystarczą aby zakończyć ten dzień z jakimś optymistycznym finiszem. Może sięgnę po inne zakazane owoce. Puste kalorie, cięższy kaliber. Nie wiem, jeszcze. Teraz zaczęłam słowne wynurzenia, reszta rozpęta się jak Kleszczyk pójdzie spać. Potrzebuję spokoju, ciszy. Sześciolatek nie jest dobrym kompanem do myślenia.

Nie daję rady uciec przed myślami, one mnie prześladują gdzie bym nie była. Basen jak to przeważnie w wolny od pracy dzień był, jednak mechanicznie wykonałam swój podwyższony ostatnio limit, uczciwie licząc bez pomyłki i oszustwa. Dziwnym zbiegiem okoliczności po wykonaniu ostatniej długości spotkałam się ze swoją siostrą. Z tego całkiem zaskoczonego wrażenia poprawiając okulary bez odczuwania włożonej siły lub trafiając na wadliwy produkt spowodowałam stan okularów nadający im status : umarłe, nie nadające się do użytku. Siostra została swoją miarą wykonując zamierzony sobie cel ja, w zwykłym sobie pośpiechu wróciłam do domu.

Mój dzień dziś naznaczony zielenią, dopiero teraz zauważyłam ten dominujący kolor. Różne odcienie, nasycenia, tony a jednak jakaś zielona nadzieja w wielkiej przewadze i w odzieży, otoczeniu i co najsmaczniejsze, na stole. Akcenty zieleni prześladujące mnie od rana, przesyt na teraz a zarazem brak na kiedyś. Dziś na moim stole szpinak zagościł, wiem, że jego barwa choć zielona nie każdemu w smak. Może do tego konkretnego, specyficznego okraszonego czosnkiem z gładkością słodkiej śmietanki smaku nie każdy ma zamiłowanie, jednak wśród dorosłych wcale tak wielu oponentów nie ma jak to by się mogło wydawać. Być może trzeba dorosnąć do lubienia. Niektórzy dorastają, inni są zagorzałymi wrogami, sami często nie wiedząc dlaczego. Tak to już jest, mówimy : „nie lubię” , nawet nie próbując danej potrawy. Coś nas odstręcza, coś obrzydza, może złe wspomnienia, skojarzenia. Ja jestem otwarta na różne smaki i zjem wiele, jeśli pokarm nie ucieka z talerza, lub swymi konwulsjami nie da mi odczuć siebie w moim trawiącym lub dopiero łykającym ciele. Jednak jest pewna potrawa, której nie ruszyłam od przeszło trzydziestu sześciu lat.

„Ryba po grecku”

Mam świadomość, że to danie jest smaczne, skład swojski, pozbawiony życia, czyli warunki do konsumpcji spełnia doskonale. Jednak dla mnie budzi skojarzenia, które nijak pomimo przepływu tak wielu lat nie dają sięgnąć po smakowity dla wielu posiłek. Maleńkim zarysem aby nie zostawiać wielkiego znaku zapytania oraz naświetlić i może się wytłumaczyć paroma słowy opiszę coś, co miało miejsce kiedy byłam dzieckiem w wieku bardzo małoletnim, a co miało przemożny wpływ na wieloletnie odepchnięcie tej potrawy z mojego menu.

Początkiem trzeciej klasy, szkoły podstawowej, trafiło mi się być w Międzyzdrojach na czymś co obecnie nazywa się „zieloną szkołą”. Jaka nazwa ówcześnie tego była nie pamiętam, rzecz, która utkwiła mi w pamięci to ogrom ryb na posiłki nam serwowane. My dzieci z dolnośląskim rodowodem, nieprzyzwyczajone do w ten sposób ułożonego jadłospisu różnie podchodziliśmy i do śledzia w śmietanie, i do ryby po grecku. To nie były żadne współczesne pangi czy tilapie, ot, swojska gęsto zamieszkująca Bałtyk rybka. Którejś kolacji zaserwowano nam rybę po grecku, która odstręczała wyglądem, zapachem i wzbudzała wielki opór przed sprawdzeniem smaku.

Stołówka powoli się wyludniała, a ja z równie nieugiętą koleżanką siedziałyśmy gmerając w nienaruszonych konsumpcją porcjach. I trafił opór dziecka na opór dorosłego. Jakaś osoba z kuchennego personelu powzięła za punkt honoru przymuszenie nas do zjedzenia tego, co do zjedzenia nie zachęcało. Już nie pamiętam czy wystąpiły łzy, czy tylko milczący opór z mojej strony, nie ruszyłam ani kęsa zachowując się niczym uparty kłapouch. Koleżanka czując presję uległa, a ja ustawiłam sobie tak wyśrubowany poziom nieugięcia, że do dziś dnia nie potrafię sama siebie zrozumieć. Panie naciskają a ja niczym głucha i ślepa z jednym NIE w stronę talerza. Koleżanka zjadała, mogła sobie pójść a ja samiuteńka na stołówce zostałam. Trwały te moje minuty samotności ciągnąc się i wydłużając w swoim traumatycznym smutku i mojej desperacji. Nadszedł i dla mnie moment wybawienia. Ktoś poszedł po rozum do głowy, nie widząc efektów przymuszania oraz przestając liczyć na właściwy skutek wypuszczono mnie na wolną pozbawioną ryby po grecku wolność. Może cała sytuacja uległaby zatarciu niepamięcią gdyby nie jeden mały, acz istotny fakt. Ja dania nie ruszyłam, jednak przyjaciółka z dzieciństwa, z którą tak bardzo się trzymałam przynajmniej do pewnego momentu, talerz opróżniła, pod presją wyjadając wszystko. Być może stres po przymuszeniu, być może inne przyczyny spowodowały, że w środku nocy jej organizm zbuntował się i w całości oddał lekko naruszoną sokami trawiennymi zawartość żołądka. Ukierunkowane to, dziwnym trafem, zostało na moją śpiącą osobę.

Nie będę opisywać ani szczegółowo komentować co czułam, jak wyglądałam . Skutek tamtej nocy to mój opór do dziś dnia wobec potrawy, której pomimo całej swojej otwartości nie ruszyłam przez tyle lat, choć, kto wie, może kiedyś dorosnę.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE ZAWSZE MOWA JEST SREBREM A MILCZENIE ZŁOTEM
Notatkę dodano:2013-07-03 20:56:59

 

Dziś ponownie odezwało się echo wczorajszej burzy, daleki pogłos. Nie wgłębiam się, milczę. Bywa milczenie najlepszym lekarstwem. Cisza daje czas na przemyślenia, na refleksje.

Czy są słuszne, już ciszą się nie przekonamy. Na właściwość naszych przemyśleń, ich rację lub błędne wnioski tylko słowo może być dowodem. Druga osoba musi chcieć rozmawiać. Jeszcze nie chce tej rozmowy, może strach jest większy niż pragnienie wymiany słów. Może łatwiej nic nie mówić, nie mieć wyrzutów sumienia spowodowanych przez słowa drugiej osoby. Strach przed rozmową. Nie umiem tego zrozumieć, choćbym najbardziej się obawiała konfrontacji, a później wyniku rozmowy wolę ją przeprowadzić niż dusić w sobie zastanawiając się co powie mi druga osoba. Wieczne gdybanie, nie dla mnie, dociekliwość reakcji przewyższa moje strachy. Nie lawiruję jeśli coś mi leży na sercu daję możliwość zmiany stanu z leżenia na wypłynięcie i starcie z rzeczywistością. Kawa na ławę – najprostsza z możliwych ewentualności. Tylko muszą chcieć tego dwie strony. Jeśli tylko jednej osobie zależy nic z tego nie wyjdzie. To tak proste, że wydawałoby się nic łatwiejszego ludzkość nie wymyśliła od swoich początków. A jednak te najprostsze rozwiązania okazują się przy różnych charakterach i naturach ludzkich często nie do osiągnięcia. Nie potrafią się dogadać na najwyższych szczeblach, mądre głowy, wykształceni i o szerokich horyzontach, nie posiedli tej umiejętności także maluczcy. Dogadanie na wysokich szczeblach mogłoby pomóc narodom, może ludzkości, dzięki temu coś globalnie ważnego mogłoby być załatwione bez rozlewów krwi, bez masowych mordów. Najprostsze a zarazem najtrudniejsze. Jednak ci zwykli, mijani na co dzień, ci z którymi nas łączą różne relacje też nie umieją wyciągnąć tego co najlepsze z najprostszych sposobów. Umiejętność rozmowy, konstruktywnej, może oczyszczającej, dającej możliwość na zauważenie racji drugiej strony nie każdemu ofiarowana od natury. Czasami trzeba lat, czasu a bywa, że i namolnego partnera, który będzie robił podchody, będzie próbował okrężną lub drogą na wprost, będzie wciągał w słowa, będzie nimi zasypywał aż w końcu zdarza się nauczy wspólnej ich wymiany. Ułatwią sobie życie, takim prostym sposobem, który daje możliwości poznania i zdania drugiej osoby i przekazania jej swoich racji. Pozbycie strachu, wciągnięcie w wymianę słów, otrząśnięcie ze sztuczności i skrępowania a życie staje się dużo prostsze. Pamiętam pewien pierwszy spacer....ta osoba wie, że o niej piszę...każde słowo było poprzedzone nerwowym sykiem, choć wiedziałam, że nie występuje żadna wada wymowy. Blokada. Czy będzie akceptacja, jak mnie będzie postrzegać druga strona. Zapytałam: czy ty się denerwujesz? Dlaczego? Choć w głębi duszy wiedziałam, o coś szła gra, coś było do zyskania, coś do stracenia, choć jeszcze wtedy brak było świadomości ile się zyska i ile straci. Sycząca blokada przeszła, potem przyszła pora na wciągnięcie w rozmowę. Nie było łatwo. Nieustępliwa rozmówczyni, miesiące treningów, nieodpuszczanie i nieuciekanie w milczenie. I potrafimy rozmawiać, milczek stał się nie tylko słuchaczem choć proporcje gadania zawsze na moją korzyść wypadają, więcej słów ode mnie, niż do mnie. Ale wystarczy, choć nie wszystkie stare nawyki zostały wyeliminowane, to i tak postęp zadowalający, a i rozmowa daje poznać drugą osobę na tyle, że jak coś w myślach mam, chcę, pragnę to w rzeczywistości i na jawie się doczekam, niby nic nie mówiąc...

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RÓŻNOŚCI Z WTEDY I Z TERAZ.
Notatkę dodano:2013-07-02 18:07:10

 

Nowy miesiąc, kolejny do odkreślenia. Niegdyś wyrywało się kartki z grubiutkich początkiem roku kalendarzy. Ich codzienne szczuplenie stawało się rytuałem, z dziwną pasją szczególnie małych dzieci, które pilnowały aby właśnie im w udziale przypadło to zajęcie. One po prostu nie zdawały sobie sprawy z upływu czasu, była tylko zabawa, czasami spory, bo udało się wyrwać zaczarowaną karteczkę komuś innemu. Teraz kalendarze inne, kolorowe, takie jak kiedyś zapewne tylko w dewizowych sklepach reklamy bywały. Nie sądzę, aby kalendarze też w tych sklepach były, jednak kto dorastał w czasach schyłku lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych, pamięta kolorowe dawno przeterminowane katalogi Quelle. Może męskiej części mojego pokolenia nie interesował akurat ten „periodyk”, jednak ówczesne dziewczyny myślę, że mają we wspomnieniach uczucia, które budziło wielkie, ciężkie, na śliskim,błyszczącym, żywo kolorowym papierze tomisko. Oglądało się to od początku do końca i od końca do początku, i nigdy nie następował przesyt. Coś co nie było do uwierzenia, przy szarzyźnie i brakach towarowych naszych sklepów. Przy każdym przewróceniu strony następowało krótkie : „... ooooo i to bym chciała...”.

Tak przepływało to nasze dzieciństwo i młodość z ciągłym – i to bym chciała....A rzeczywistość dawała nam dżinsy „ELPO” , trampki i tenisówki z wymownym „Stomil” na podeszwie, i parę jeszcze całkiem niekolorowych, swojskich wyrobów, będących nie do zdarcia a czasami też nie do noszenia. Może też dzięki temu, ujednoliconemu obuwiu czy odzieniu wszystkie dzieciaki stawały się równe. Nie było nie bawię się z tobą, bo masz gorsze tenisówki. Mieliśmy je wszyscy, podobnie granatowe z białą lamówką lub białe, czyszczone kredą lub pastą do zębów. Rodzic dyrektor kupował takie samo obuwie swojemu dziecku, jak matka sprzątaczka. A dzieciakom było najzupełniej obojętne jakiej profesji są rodzice. Obecnie siermiężnych, na makulaturowym papierze drukowanych kalendarzy pewnie nie ma, katalogi stały się normą, kolory buchają zewsząd, „ELPO” i „Stomila” brak, podobnie jak jakości nie do zdarcia, tylko co zyskaliśmy w zamian? Pewnie każdemu przyjdzie do głowy wiele i dobrego i złego, choć w kontekście minionej epoki każdemu inne porównania się objawią. Nie wszystko było złe, jak i nie wszystko było dobre. Ja z perspektywy wieku dziecięcego i młodego przypadającego na tamte dekady widzę coraz więcej tych dobrych a zarazem minionych rzeczy, których powrót nie zaszkodziłby a może czasami wręcz pomógł. Nie muszą to być makulaturowe kalendarze, ale ówczesne półtrampki z podeszwą na wielokrotność noszenia chętnie przyjmę nie tylko jako relikt przeszłości.

 

Burza, której oczekiwałam, miała miejsce, choć nic nie wyjaśniła, ferment tylko i większe zagęszczenie niewiedzy. Umiem słuchać, potrafię udzielić dobrej rady jednak w relacjach z własnym synem napotykam wieczne przeszkody. Może kiedyś o tym napiszę, teraz tylko krótko : dalej wiem, że nic nie wiem. Nie jest mi z tym lepiej, ale dam czas na okrzepnięcie. Wysłucham wszystkich żalów z każdej strony, i kolejny raz podźwignę się ze złej oceny wszystkiego co robię, jaką matką jestem, całej lawiny pretensji ze strony mojej mamy. W środku mój kłębek nerwów jeszcze bardziej się zapętli a zewnętrzny pancerz znowu nabierze kolejnych milimetrów grubości. Życie.... i to miłe i to trudniejsze.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


A MOŻE PIELUCHY ZOSTANĄ....
Notatkę dodano:2013-07-01 19:41:43

Nie wiedzieć jakiego cudu dokonała dziwnie pędząca rzeczywistość, a staje się kolejny początek tygodnia. Nie wiem jaka jest nazwa najszybszego biegu, choć nie jest żadnym kłopotem sprawdzenie. Cóż za problem parę literek i wszystko w pełnej krasie mamy podane jak na tacy. Ułatwienie życia w każdej formie. Czegoś nie wiesz, internet, coś wiesz a chcesz się upewnić, internet. Współczesne lekarstwo, choć nie leczące, Placebo wiedzy. Surogat. Nie jestem przeciwna, bo byłoby wstecznictwem z mojej strony potępienie tego cudownie ułatwiającego życie urządzenia. Jednak czy z tego sprawdzania zostaje coś w głowach. Przecież nawet nie trzeba znać alfabetu aby liznąć internetowej wiedzy. Kiedyś standardem w każdym domu były encyklopedie, leksykony. Kartkowało się cieniutkie niczym mgiełka strony w poszukiwaniu hasła. Im lepiej opanowany był ustalony ciąg polskich literek w postaci alfabetu, tym szybciej można było uporać się ze szczęśliwym finiszem poszukiwań. Teraz umiejętność konkretnej kolejności liter coraz bardziej zatraca swój wymierny sens. Młode pokolenie nie ma czasu ani na alfabet ani na czystą polszczyznę, problemem bywa zwykła tabliczka mnożenia w skali do stu. Na każdą przypadłość wymyślono lekarstwo. Kalkulatory, poprawiacze w programach językowych. Można wyłączyć myślenie, maszyny zrobią za nas. Ba, one zrobią lepiej niż my. Kaligrafia, zapomniana sztuka. Brakuje czasu na rzecz tak niepotrzebną. A szkoda, wielka szkoda. Niektóre jednostki mają predyspozycje, mogłyby, gdyby ktoś chciał i miał czas nauczyć. Może właśnie tego czasu najbardziej brakuje. Dzięki brakowi czasu, coś ominie młodych ludzi i ani się nie obejrzą zapomną umiejętności zwykłego podpisania się . Zakrólują trzy krzyżyki. Zatoczymy ogromne koło aby wrócić do stanu analfabetyzmu. Papierowe, wyczekiwane listy już odeszły do lamusa, a ja mam, jeszcze parę prehistorycznych okazów, których nie pozbędę się za żadne skarby. Przewiązane, posegregowane istnieją tworząc archiwum zamierzchłych czasów. Mail nie da się przewiązać, nie da się ukryć w głębi szafy. Można go zarchiwizować, jest, choć taki mało namacalny. Nawet jeśli wyczekiwany, potrafi umknąć w spamie, zjedzą go wirusy, pochłonie kosmos. Nie to co dawniejsze papierowe wersje wiadomości. Ktoś przykleił znaczek nie myśląc, że zostawia na jego klejącym odwrocie swoje DNA, ktoś przyniósł, zostawiając odciski palców, a później nasze wyczekiwanie i radość na sam widok bielącej w otchłani skrzynki koperty. Niecierpliwe rozrywanie z pietyzmem, równiutko, nożykiem już w domu, lub gwałtownie, szarpiąco jeszcze nim do mieszkania się weszło. Minęła epoka listów, kiedyś pewnie minie epoka internetu. Moja wyobraźnia nie jest w stanie podpowiedzieć co będzie dalej, jak bardzo zabraknie czasu, ile ominie następne pokolenia, które dopiero zaczynają swoją drogę, w pieluchach. Jeszcze w pieluchach, bo pewnie i one czymś zostaną zastąpione. Tu też wyobraźnia pasuje. Nie nadąża za postępem, postęp cwałuje a ona spacerowo z naznaczeniem minionej epoki, z naleciałością , patyną tego co jeszcze wczoraj stanowiło nowoczesność, a już teraz zaczyna być zapomniane i historycznie archaiczne.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163609
Osób: 146064