Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CIĄGŁA CISZA PRZED BURZĄ
Notatkę dodano:2013-06-30 19:00:23

Zepsuta konstrukcja, choćbym nie wiem jak bardzo starała się wyprzeć myślenie o czymś co za chwilę nastąpi, nie potrafię. Atakują te myśli z ukrycia, złośliwie ciągle są, same nie odchodzą, a odpędzić nie potrafię. Zabierają apetyt, niweczą radość życia, tłamszą optymizm. Brak lekarstwa na ich odsunięcie. Może jeszcze nie dorosłam do stoickiego podejścia, choć świadomość, niemocy w przyspieszeniu życiowych niespodzianek jest we mnie głęboka. Dorosłe życie wielokrotnie kazało czekać, dawało niepewność, iluzję spokoju. A ja pomimo tego nie potrafię normalnie funkcjonować jeśli wiem, że coś się szykuje. Osacza mnie myśl, z każdego kąta się czai, i atakuje w każdym momencie. Wydaje się, już, na chwilę udało się oderwać, nie myślę, ale to tylko złudzenie, bo za sekundę uderzy świadomość wielokrotnie skomasowanym atakiem. Strapienia muszę przejść z całym ich korowodem, żadnej z niewielkich części nie uda się ominąć. Full wypas, a to zawsze się na mnie odbija. Mam świadomość, że łatwiej byłoby się odciąć, przyjemniej byłoby nie czekać niecierpliwie bo i tak moje nerwy niewiele zmienią. Nie potrafię. I ponosi mnie, że nic nie umiem temu zaradzić. Każde doświadczenie którego dostąpiłam, czegoś uczy, w myśl zasady, że skoro nie zabije to powinno wzmocnić. Powinno powodować moją twardość, a jednak nie udaje się być obojętną. Jakiś pokład wrażliwości, której chętnie bym się pozbyła nie daje się zmienić. Jak coś dogłębnie zaboli to muszę odcierpieć, jak ktoś ukłuje złym słowem to choćbym udawała gruboskórność muszę ból przejść w sobie wiadomy sposób. Męczące taki podejście, nie polecam. Jednak sądzę, że nie od nas zależy jaka nasza konstrukcja. Jeden wykrzyczy i ulży, drugi walnie setkę wódki a ja muszę przeboleć. Krzyk nie pomaga, alkohol nie tłumi, wysiłek fizyczny na krótki moment daje zapomnienie. Nie ma lekarstwa. Nie udaje się obejść ani tego myślenia ani konsekwencji, trzeba przeżyć. Cierpliwie przyjąć na barki kolejny życiowy bagaż doświadczeń.

Nie da rady oddać do przechowalni, ciągle trzeba ze sobą nosić. Choć z upływem lat nie ubywa to mimo wszystko dajemy radę dokładać kolejne manatki, staramy się ogarniać i trzymać wszystko w coraz większym podręcznym bagażu. Tu nie ma ograniczeń wymiarowych, wagowych, przechowalnia i tak tego nie przyjmie. Męcz się człowieku sam z tym co ci los w hojności ofiaruje.

Myśl, że innym gorzej, ciężej nie pomaga. Każdego boli jego ból. U mnie jeszcze tego bólu nie ma ale świadomość, że za chwilę coś się wydarzy już stwarza pewną gotowość do ataku losu na moją osobę. Warianty wszelkie możliwe wydają się być zauważone, jednak jak zdążyłam nieraz się przekonać dzieci są źródłem ciągle nowych, nieznanych i niespodziewanych doświadczeń.

Kto ma ule.....

Już dawno przestałam wytykać komuś błędy jego dzieci. Nie ganię, rodzica za zło jego dziecka. Moje własne pokazują na jak wiele może być stać i jak dalece potrafią przewrócić mój świat. Szykuje się kolejna rewolucja. Przeżyję, policzę straty, wyliżę rany i dalej będę żyć tak, żeby inni myśleli że moje życie to sielanka i ciągły uśmiech. Popłaczę tak, że tylko wybrańcy będą uczestnikami tego wydarzenia. Dla reszty pozostanie maska z przyklejonym uśmiechem. Powolutku dojdę do stanu usunięcia maski i dla obcych niewiele się zmienię a sama kolejny bagaż dołożę i mało spokojnie poczekam na kolejną rewolucję.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PUSTA SOBOTA
Notatkę dodano:2013-06-29 19:49:13

Cichy poranek, zepsuty całonocną rozmową ulubionego sąsiada z górnego piętra. Pełna ironia i sarkazm w słówku ”ulubiony”. Istnieją między nami animozje których korzeni ani przyczyn przytaczać tu nie będę. Nie przepadamy za sobą, i tyle tutaj, przynajmniej na teraz musi wystarczyć. Często funduje nam takie całonocne rozmowy, które niesione systemem wentylacji, przesączające poprzez dzielące ściany, uświadamiają jego obecność. Pan na włościach, który w dziwnie uparty sposób nie przyjmuje do wiadomości obecności innych mieszkańców w bloku. Całonocna rozmowa to tylko namiastka atrakcji, które ten osobnik jest w stanie dostarczyć. Cóż czasami jesteśmy skazani na przebywanie w sąsiedztwie nielubianych ludzi. Odgórne zrządzenie losu. Życiowy pech. Pewnie gdyby nie samotna noc spałabym jak zabita i dopiero nad ranem słyszałabym te głosy z góry. Jednak mój sen czujniejszy bez ukochanego mężczyzny przy boku to i więcej wyłapuję dzięki temu. Idąc prawem serii dzisiejsza noc zapewne będzie podobna w swych atrakcjach. Nic to przetrzymam, jak już nie jeden raz.

Sami z młodym rządzimy, miał miejsce porządny obiad, była wycieczka rowerowa wśród okolicznych pól. Długi odcinek mieliśmy okazję jechać wzdłuż rzeki, widoczne jest w wielu miejscach przesiąkanie wałów, rozlewiska na polach. Rzeka toczy swoje brudne podobne do rozpuszczalnej kawy zabielonej śmietanką, wody. Ogrom tej wody, zupełna nieprzejrzystość, wiry i groza. Taka woda budzi strach ze swym szumem i łoskotem, specyficzną rzeczną mową.

Mijaliśmy pola z pełnymi kłosami zbóż, dojrzewającym pęczniejącymi strączkami rzepakiem, który już zapomniał o swej żółci w którą przybrany jeszcze kilkanaście dni temu. Teraz intensywność zieleni powoli zmierza do złota dojrzałości. I tak te przemiany na całej trasie oglądaliśmy i syciliśmy nimi oczy. Przy pełnych łanach jęczmienia mój syn stwierdził, że wygląda to jak sierść. Faktycznie kłosy niczym obrośnięte w swym ogromie dawały wrażenie niewyliniałego stwora. Spodobało mi się to porównanie do jęczmienia, było całym obrazem tej pełni i gęstości szykującej się do żniw. Zapachy, które chłonęliśmy takie letnie, choć w ten chłodnawy dzień mniej intensywne niż bywa to w upały. Prowadził nas zapach ostatnich baldachów czarnego bzu, które atakowani przez roje komarów zrywaliśmy w zacienionych poboczach. Krzewy rosnące w nasłonecznionych miejscach już przekwitły, widoczne są maleńkie jeszcze zielone owoce, które ani się spostrzeżemy zmienią swą barwę już w sierpniu na onyksową czerń. W mijanych domostwach już ludzie tną drewno na zimowy opał. Ta czynność też przypomina o pędzącym nieubłaganie czasie. Ten zapach też odcisnął się na naszych odczuciach dzisiejszej wycieczki.

Jadąc po pustych drogach natknęliśmy się na cały łan pięknych, zgromadzonych w jednym miejscu polnych kwiatów. Czerwieniło się od maków, niebieściło od chabrów, bielą i żółcią akcentowały swą obecność polne rumianki. Kleszczyk za wszelką cenę chciał uwiecznić mamę wśród tych kwiatów, kiepskie to zdjęcia wyszły. Inne niż te, które robi mój mąż. Jakoś smutno wyglądałam pomimo tego cudnego otoczenia. Może to tak, że moja radość widoczniejsza, jak ten dla którego najwięcej kobiecej miłości mam jest tuż obok.

Szczęście wypisuje się na całym ciele. Promieniejemy nim, emanuje światłem, którym jaśniejemy nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A bez tego jednego smutniej i puściej choć przecież wiem, że jest, i za dłuższą chwilę będzie ze mną. Zrobię to co najczęściej przychodzi mi czynić ….poczekam.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DWUDNIOWA SŁOMIANA WDÓWKA
Notatkę dodano:2013-06-28 20:46:37

Czarne ptaszyska złych emocji siadają mi na ramiona. Całą swoją optymistyczną mocą odganiam, a one niepostrzeżenie kołują, i znów są blisko, coraz bliżej. Uszy przepełnione energetycznymi nutami, po raz kolejny i kolejny słucham czegoś co w normalnych warunkach zawsze pomaga. Dziś krótkotrwała ta pomoc. Sama zdiagnozowałam w czym tkwi problem. Jednak niewiele mogę sobie pomóc. Z jednej strony niewiadome czekające za czasowym winklem, za sprawą synalka, z drugiej za chwilę mający nastąpić wyjazd męża. Nie lubię tych nawet krótkotrwałych rozłąk. Przez tyle lat razem człowiek przywykł do ciągłej obecności, nawet jeśli nie byliśmy jednocześnie w domu, to jakaś świadomość, że tylko chwila i będziemy znowu już za momencik przy sobie. Wiem, że on czeka na ten wyjazd podobnie jak ja czekałam na swój. Wtedy ja się dobrze bawiłam a on sam sobie tu panował, teraz sytuacja odwrotna. Zagospodaruję sobie te godziny, będę uwiązana do swojej miejscowości, jednak dzięki Kleszczykowi nie dane mi będzie się nudzić. Dodatkowo coś wymyślę, czymś zajmę i jego, i siebie. Teraz czekam na moment aby dziecko poszło spać wyszarpnę się spod czarnych ptaszysk, wezmę gorącą kąpiel, otulona zapachem lawendy, wyciszona będę zabijać czas. Nie pójdę wcześnie spać, bo nie potrzebuję tego. Nawet łóżko w swoim samotnym ogromie nie jest gościnne, brak w nim choćby świadomości obecności mojej połówki. Głupie to, kiedy śpi się razem w jednym łóżku, nie ważne czy wtuleni w siebie, czy też odwróceni plecami wystarczy sam fakt, że ta druga osoba jest tuż obok. Nie mam problemów z zasypianiem a wtedy kiedy jego nie ma tuż obok walam się, i ten brak nie daje zasnąć. A przecież wiem, że to tylko chwila, dwie noce, które miną ani się obejrzę. Cóż poradzić skoro jakoś tak mam, i żadna walka nic tu nie pomoże. Obciążenie drugą osobą. Dawno temu zastanawiałam się jak to możliwe, że ludzie żyją ze sobą po pół wieku i im się nie nudzi, nie spowszedniało, nie przejadło. Teraz wiem, że jeśli trafi się na tą właściwą osobę to i za sto lat się nie przejada, choć czasami strzelamy fochem, czasami wejdziemy w czarny wór milczenia, czymś się trapimy czy smucimy. Nie nudzi się, nie powszednieje. Ciągle coś przyciąga, coś pcha do siebie. Cieszę się, że w całym wielkim ogromie ludzkości udało mi się trafić na tę swoją połówkę. Może nie zawsze jest idealnie i idyllicznie, jednak zawsze jest tak, że i tęskni się i chce tej drugiej osoby. I może to zabrzmi świętokradzko i wbrew ogólnie przyjętym normom. Moja połówka jest dla mnie ważna jakoś ponad wszystko, to był mój akceptujący wybór. Coś zesłane odgórnie, odgórnie przeznaczone. Pierwotnie obcy człowiek staje się kimś najważniejszym. Dzieci to jakby poboczny wynik tego co między nami. Tu nie ma wyboru, nie ważne czy tych dzieci chcemy czy też się ich nie spodziewamy, kocha się je jakoś bezwarunkowo, samoistnie. Inaczej niż tą drugą dorosłą osobę, która musi i zrobić wrażenie i to wrażenie utrzymać przez resztę życia. Musi pokazać jak ogromnie jej na tobie zależy, jak wiele jest w stanie zrobić aby z tobą być. Udowodnienie że w całym ludzkim mrowiu właśnie ty jesteś tą lub tym jedynym, na którego lub którą czekało się całe życie. A potem to życie razem spędzić i ciągle czuć niedosyt, ciągle odczuwać brak kiedy nawet na krótką chwilę wyjeżdżasz. Dzieci odejdą, znajdą swoje miejsce na ziemi, swoje połówki, a my zostaniemy razem, sami tak jak to było na początku wspólnej drogi. I ciągle będziesz tym moim wybawicielem bez którego smutno i pusto. Baw się dobrze, a ja tu będę na Ciebie czekać …..


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


COŚ SIĘ KROI
Notatkę dodano:2013-06-27 19:54:08

 

Dwa na dwa, zaraz zacznę żyć tą proporcją. Tyle dni pracy i tyle wolnego czeka mnie na te ostatnie dni czerwca. Nie wiadomo kiedy i już za chwilę skończy swoje trwanie ten miesiąc, który miał rozpocząć lato, początkiem swoim a naszą wyobraźnią dawał nadzieję na piękną pogodę, na wstęp do wyczekiwanej pory roku. Co przyniósł, każdy na swoim małym wycinku świata sam obserwował. Nie spełnił oczekiwań, nie zaskoczył urodą. Czasami spodziewamy się więcej niż w efekcie dostajemy. Ja na te swoje nadchodzące i pracowite i wolne niewiele się spodziewam. Przez weekend będę słomianą wdową. Jakoś sobie poukładam te samotne godziny. Moja połówka wyjeżdża w sentymentalną dwudniową podróż, podobnie jak miało to miejsce u mnie początkiem miesiąca. Już gdzieś zawadzając, pod nogami pałęta się turystyczna torba, sam fakt jej wypełnionej obecności stwarza obraz gotowości, alertu. Sygnał, odpowiedni czas, i można wyruszać. Podobny do mojego kierunek, tylko troszkę dalej. Dawna stolica, piękne miasto a dla niego wspomnienia z czegoś co kiedyś było i zostawiło swój ślad. Moje koleżanki z pracy śmieją się, że efektem tego wyjazdu może być najazd na mój dom niewiasty o imieniu Mariola.

Mariola z Krakowa.

Wytrzasnęły to imię z jakiegoś durnowatego programu w tv i bardzo im przypasowało zarówno imię jak i miasto do którego wybiera się mój mąż. Męża irytują moje żarty, a ja wiem, że żadna Mariola ani inna przedstawicielka mojej płci nie będzie w stanie przebić mnie i tego co między nami. Stabilizacja to coś czego wartość oboje doceniamy, zaufanie które jest w nas zakorzenione i pewność drugiego, niezachwiana i stała od wielu lat. Dzięki temu że oboje mamy takie podejście nie obawiam się żadnej Marioli. Jednak droczę się z mężem, on przed moim wyjazdem nie wykorzystał możliwości aby mi docinać, to teraz ja sobie poużywam.

Za spokojne moje życie chyba ostatnio bywało, a za najbliższym zakrętem coś się kroi. Starszy synalek w dwuszarokomórkowym móżdżku coś zaczyna motać. Muszę uzbroić się w cierpliwość, aby dowiedzieć się jakie zmiany życiowe szykuje dorosły synek. Kto wie czym mnie uraczy. Moje spekulacje na niewiele się zdadzą, najlepszym lekarstwem jest cierpliwość. Potrafię czekać, choć wolę wszystko jak najprędzej mieć wyjaśnione. Nie lubię niepewności, niedopowiedzeń.

Wyobraźnia podsuwa różne warianty, aby się przygotować, aby być jak najmniej zaskoczoną, to pozwala się przygotować do różnych ewentualności. Być może trafię a może życie w całej swojej nieograniczoności zupełnie mnie zwali z nóg. Przy obecnym podejściu młodych ludzi do życia, spraw kiedyś uważane za najważniejsze dziwna lekkość panuje. Łatwo im podejmować życiowe decyzje z jednym hasełkiem na ustach :”to przecież moje życie”. Fakt sami je przeżyjecie sami sobie poukładacie jednak w hardości swej dobrze byłoby mieć świadomość, że wasi starzy parę sytuacji więcej mają w dorobku i czasami wcześniej potrafią wyprorokować jaki będzie efekt konkretnego postępowania. Cóż skoro nie chcą słuchać, nie chcą przez moment dać spokojnie przemyśleć, nie pozwalają na dobrą radę bo skoro pochodzi ona od rodzica to od razu na przedbiegach jest uznana za złe doradztwo, za coś czemu z samej zasady trzeba wykazać opór.

Pogodzenie i cierpliwość, będę się nurzać w tych dwóch stanach może dodatkowo dojdzie jeszcze zaskoczenie, jakieś nerwy, przerośnięcie przez sytuację ale to zobaczę dopiero za jakiś czas . Teraz mam cierpliwie czekać. Już zaczęłam. Czekam,czekam, czekam....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŚWIADOMOŚĆ ŚRODY
Notatkę dodano:2013-06-26 19:00:51

Wyczekiwany wolny od pracy dzień. Rachuba dni tygodnia przy pracy w weekend dużo trudniejsza. Wiem, że dziś środa tylko dlatego, bo mam wyznaczoną wizytę u okulisty. Cóż wiek, nawet jeśli tego nie pragniemy, nie chcemy się przyznać razem ze swoim upływem coś zabiera.

Mi zabiera po kawałeczku wzrok. Już daleko mu do określanego jako sokoli, już przestałam mu ufać, powoli ze mnie znika. Kiedy człowiek młody, jego nieodparte wrażenie czucia się jak „młody bóg”oraz odbierania swojego doskonale funkcjonującego ciała niczym maszynki której awaria nigdy nie nastąpi. Jednak niepostrzeżenie następuje zużycie. Trudno się przestawić na pewne dysfunkcje, przecież jeszcze wczoraj drobiłam białą nitką serwetki haftem angielskim. Liczyłam osnowę w krzyżykowym... Aż nagle nawleczenie nitki bez okularów staje się wyzwaniem nie do pokonania. Nie udaję hurraoptymizmu jeśli zdarzy się jakoś szczęśliwym trafem za pierwszym razem trafić w igielne uszko. To tylko fuks, nie norma.

Wiem, że muszę zmienić szkła o kolejny ułamek, a przecież nie minęły dwa lata od ostatniej wizyty. W takim tempie za dziesięć lat jakieś musztardówki przyjdzie mi nosić. Pewnie przywyknę, nie będę oponować. Tak jak przywykłam do swojego wieku, do pewnych niemożności, do przyhamowania w działaniach. Póki co nic nie zmieniam w przyzwyczajeniach, z drukowanego tekstu nie rezygnuję, kompa raczej nie odkładam w niebyt działalności. Co trzeba to załatwię choćby nawet mrużąc oczy za coraz mocniejszymi szkłami.

A przecież i tak sporo widzę, nie tylko oczyma, także sobą całą. Odbiór świata, ludzi, tego co mnie otacza nie odbywa się tylko wzrokiem. Bywa, że coś zauważamy jakimś odruchem intuicji, potocznym sercem, tym co mamy w głowie. Nie tylko wzrok daje pogląd na świat. On czasami nawet przeszkadza, zamykamy oczy aby zadziałała wyobraźnia, patrzymy nie widząc i dostrzegamy nie patrząc. Każdy z nas ma swój, często odmienny od innych odbiór świata. Niektóre spostrzeżenia są zbieżne z obserwacjami innych, niektóre wywołują polemikę, spory, kłótnie i awantury. Widzimy inaczej inaczej określamy, swoją miarką oceniamy. Łatwe jest ocenianie czegoś skrajnego, ostatecznego zła czy dobra, czegoś przy czym każdy może mieć podobne zdanie ale życie nie składa się z kontrastowych czerni i bieli. Cała gama szarości pomiędzy, daje już wielkie pole manewru i odbioru każdej zaistniałej sytuacji. Im więcej tych odcieni tym więcej ludzkich opinii na dany problem czy temat. Im głębiej wchodzimy w zagadnienie tym większa szansa aby zostać przekonanym do czyichś racji, lub przekonać do swojego zdania. Lubię rozmawiać z niektórymi ludźmi. Wymieniamy poglądy nie przekrzykując się nie naciskając zbytnio tylko wykładając swoje argumenty. Każde z nas ma swoje zdanie na temat, często odmienne, a jednak nie odchodzimy po skończonej rozmowie skłóceni tylko z szerszym poglądem na zagadnienie. Daje to szansę na głębsze przemyślenie, na poznanie kolejnej może niezauważonej dotychczas warstwy. Dokopujemy się na niższy pokład, analizujemy co tam jest i bywa zmieniamy swoje niezachwiane dotychczas zdanie. Dyskusja ze spokojną wymianą poglądów to coś czego mało w tv, mało w życiu. A przecież trzeba tak niewiele, trochę dobrej woli, spokoju w wysłuchaniu tego co od kogoś i przekazaniu tego co od nas. Drobiazg a tak trudno osiągnąć bez zacietrzewienia i złości. Bez wzajemnej obrazy. Niewiele a zarazem tak dużo, że czasami wręcz staje się normalna rozmowa niemożliwością i bywa mijają dziesiątki lat w milczeniu i błędnych osądach a kiedy już stajemy się gotowi do wysłuchania okazuje się, że stało się za późno, za daleko odbiegliśmy, nie mamy o czym rozmawiać i nie potrzebna ta rozmowa. Czas przysypał swoim upływem, życie przydeptało a najlepszym lekarstwem stało się milczenie i trwanie w niedopowiedzeniach oraz pielęgnowanie zamierzchłych żalów .

Mój wolny dzień spokojnie dobiega końca, na basenie podniosłam sobie poprzeczkę, chyba moja osoba zaczyna nudzić ratowników. Okulary zwiększyły swą moc o całe pół, choć zaskoczyłam miłą panią doktor odczytując na odległość najdrobniejszy druk z przymrużeniem oka prosząc o coś mniejszego kalibru bo w dali to stanowczo za duże te cyferki, żadnej zabawy z takim rebusem nie ma. Człowiek oślepnie to choć niech humor mu dopisuje. Dobry to był dzień a przecież do jego końca jeszcze parę godzinek zostało. Zapomniałam, że nie powinnam chwalić dnia przed jego zakończeniem. Nie chwalę więc, jednak nawet słoneczko się ukazało więc mogę powiedzieć, finiszuje ten dzień pogodnie. I te moje godzinki też postaram się aby były pogodne.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MYŚLI MIĘDZY KROPLAMI DESZCZU
Notatkę dodano:2013-06-25 20:29:42

 

Rozpłakane niebo, szlochające przez całą noc i nastały po niej ranek. Nawet metalowe drzwi do szkoły mojego syna wydają się być wypaczone przez tą wszędobylską wilgoć. Ogromne kałuże, których powierzchnia z każdą chwilą zdaje się powiększać nie przepuszczają chcących przejść beztrosko. Każą uważać gdzie stawiasz kroki. Musisz stać się ostrożnie stąpającym i uważnie obserwującym przechodniem. Nie może być beztroski i gapiostwa.

W szkole czuć już rozprzężenie, którego powodem jest mający za parę dni nastąpić koniec roku nauki. Zawsze tak było, odczuwalne poluzowanie z chwilowymi jeszcze oznakami mobilizacji a zarazem z pełną świadomością, że jeszcze tylko chwilka a życie potoczy się innymi torami przez kolejne dwa miesiące. Wyczekiwanie. Od małego trzeba czekać. Na wakacje, na dorosłość, na samodzielność. Na wiele spraw, które zdaje się, że jak już nastąpią uszczęśliwią, spowodują, że razem z ich osiągnięciem, przejdziemy kolejny etap życia, zmierzający w jakimś kierunku. Jak człowiek mały chce być dorosły jak dorosły chce innych czekających za zakrętem uszczęśliwiaczy. Póki nie osiągnie pewnego stopnia mądrości życiowej ciągle na coś czeka. Osiągając tę mądrość nie ustaje w czekaniu. Ono niezmiennie przy nas jest. Dziś wielu z nas czekało na rozstąpienie się stalowych, nisko wiszących, popychanych wiatrem chmur niosących deszcz. Nie chcemy tego deszczu. Ludzie na terenach narażonych na podtopienia z trwogą patrzą na przybierające strumyki. Oni też czekają.

Wracając z pracy, osłaniając się wielkim parasolem, obuta w swoje „leśne kalosze” otoczona przez zacinającą wilgoć, miałam okazję zobaczyć dwóch panów przybyłych z innej beztroskiej planety. Wsparci jeden na drugim, odporni na deszcz, niewrażliwi na kałuże szli wzajemnie się podpierając, lekko księżycowym krokiem, nic sobie nie robiąc z aury.

Inny jakiś wieczny traper, unowocześniony objuczonym w turystyczny ekwipunek rowerem, zabezpieczony przeciwdeszczowym odzieniem, dodatkowo skrywający się za foliowy płaszcz też zdawał się nie czekać na bezdeszczową pogodę. Było im obojętne, nie wykazywali objawów wyczekiwania suchej aury.

Deszcz jednostajnie stukał o mój parasol, a ja nie czekając tym razem po prostu sobie szłam obserwując i snując swoje myśli, które dziwnie krążyły wokół przykrości, którą ktoś z przeszłości, parę dni temu mi słowem uczynił. Teraz próbuje zniwelować moje złe odczucia. Chyba nie potrafię przychylić się do sposobu stopniowania słowa nienawiść. Jeśli nienawiść jest antonimem słowa miłość, pomiędzy nimi występuje cała gama uczuć i tych odbieranych jako negatywne jak i tych z pozytywnym podbarwieniem. Jednak zarówno miłość jest tu najwyższym stopniem w tę dobrą stronę jak nienawiść ostatnim ogniwem złych uczuć. Jak można nienawidzić w części, w kawałku, wycinku. To się wyklucza. Nie przekonuje mnie argumentacja. Nienawiść zawsze jest tym najgorszym z odczuć drugiej osoby. Może źle mi wpojono, źle zakodowano jednak tak to odczuwam i nic złego posmaku nie jest w stanie osłodzić. Słowa napisane pozostają, czasami dają radość, czasami niczym to łzawe niebo dzisiaj, powodują smutek i jakiś żal.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KAŻDE WCZORAJ MIJA
Notatkę dodano:2013-06-24 20:26:55

Śpiący,siąkający deszczem dzień, skaczące w dal, i wzwyż ciśnienie pulsuje chęcią przytulenia się do poduszki. Przyciąga ona z całych sił, oczy chciałyby choć na krótką chwilę potrwać w zamknięciu. Minęła dziewiętnasta, wróciłam właśnie z pracy, gdzie przez większą część czasu musiałam z całych sił bronić się przed uczuciem senności. Miniona noc była krótka, a teraz jeszcze ten usypiający dzień.

Moje wczoraj, nie dość, że z pracą, z wizytą u mojego Taty, to jeszcze z pewną aktywnością na naszej działce. Nie, nie wykonywałam żadnych nie pasujących do niedzieli prac, jakkolwiek nogi dziś mam niczym ze stężałej waty. Wszędzie na piechotę, musiałam rozchodzić, przemyśleć, przetrawić. Udało się, dziś już niczym kaczka z wody, otrzepałam się ze złych emocji, które zaprzątały moją głowę. Terapia uczuciem którego ogrom mam od swojego męża. Wczoraj znowu udowodnił jak bardzo mu na mnie zależy, ale po kolei...Czemuż bolą mnie nogi? Moja ogromna czereśnia obsypana wielką ilością owoców, które stopniowo dojrzewając stają się stołówką dla wszystkich okolicznych szpaków. Zawsze między nami, udającymi właścicieli działki osobnikami a szpakami trwa rywalizacja, komu uda się zdążyć przed drugim, i zgarnąć jak najwięcej z czysto ekologicznego drzewa. Skoro już byłam w pobliżu, dysponowałam dużą ilością czasu postanowiłam stanąć na wysokości i zadania, i ogromnego drzewa. Z moim lękiem wysokości sama nie wiem jak dokonałam wejścia dostając się tak wysoko jak tylko się dało. O lęku nie myślę, nogi napięte wykonują jakieś dziwne rozstawy, zapierając się na co grubszych gałęziach. Sięgam ile się da, wyprzedzam ptactwo. Przez moment świta myśl, przecież jak spadniesz, to nikt nawet nie wie, gdzie jesteś, telefon został w domu u mamy, nikt nie wpadnie na pomysł aby szukać cię tutaj. Poszłaś do Taty - jesteś tu, na tym ogromnym drzewie, chwiejąc się i kołysząc.

Kolejna bezmyślność.

Tak mam czasami realizując coś o czym nikt nie wie. Segregując dojrzałe owoce od tych, które mogą jeszcze powisieć narwałam całe wiaderko, po delektowałam się krajobrazem, pogodnym sunącym ku upadkowi dniem, po rozkoszowałam się ciszą. Spokój który tam panuje jest kojący, łagodzący i gaszący smutki. Każda przyjemność kiedyś się kończy. Oczywiście uzasadnione wymówki rodzicielki trzeba było przejść, wysłuchać, załagodzić. Jeszcze parę godzin i jedyny a zarazem ostatni niedzielny autobus zawiezie mnie do domu, do mojej przylepki. Mama denerwuje się bardziej niż ja, tym, że pójdę tym początkiem nocy na drugi koniec miasta. Przecież jeśli coś ma się zdarzyć to nie ucieknę przed tym. Jest czas na spotkanie z przeznaczeniem i ani go nie przyspieszymy ani nie opóźnimy, nie wywołamy ani nie ominiemy. Co ma się zdarzyć niewątpliwie w określonej godzinie przyjdzie. Tu nie wywołam wilka z lasu, kiedy przyjdzie pora sam opuści knieję i dorwie mnie.

Minęły godziny wyczekiwania, szczęśliwie dotarłam na daleki dworzec autobusowy, zgodnie z normą obładowana zarówno owocami jak i innymi manatkami, które pojedynczo „nic nie ważą” w mnogości sztuk dają się odczuć. Pospieszny autobus wiozący niektórych szczęśliwców prawie nad morze, oczywiście nieźle spóźniony, komórka zupełnie niekompatybilna ze swoim operatorem. Nie mam możliwości poinformowania męża, że sporo się spóźnię. A on już postawił na nogi mamę, która nie przywykła do tak późnej pory zasypiania pewnie była gotowa iść mnie szukać przez całą przebytą przez mnie trasę. Dojeżdżam, moja połówka czeka, niemal słyszałam jak wielki kamień troski spadł mu z serca na mój widok. Dochodzi północ,emocje zagęściły atmosferę, w której czuję jak wiele miłości mam w tym, który na mnie z takim wytęsknieniem czeka. Dbałość i chęć ochrony, pewnej niepozornej pani w pewnym wieku. Dziękuję Ci za to, że jesteś....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MYŚLAŁAM, NIE MAM WROGÓW...
Notatkę dodano:2013-06-24 00:18:13

 

Spotkała mnie wielka przykrość.

Słowo, wysłane w moim kierunku z całą przemyślaną stanowczością.

Nie głupie dziecięce, nie w afekcie wypowiedziane, nie bezmyślnie rzucone.

Ja cię nienawidzę.........

Zabolało, słowo od kogoś z przeszłości. Pierwszy odruch, zamurowało mnie, szok, jakieś irracjonalne ściśnięcie gdzieś w gardle.

Ja cię nienawidzę.

Znaczy dla mnie tyle co: jesteś moim wrogiem. Źle ci życzę.

Nienawiść, to uczucie ogromne, złe, destrukcyjne dla obiektu nienawiści.

Nie ma na świecie, nie ma w moim minionym życiu osoby do której pałałabym takim uczuciem. Mogę odczuwać złość, irytację, wściekłość. Mogę w sytuacji gwałtownych emocji wypowiedzieć się źle o kimś, wylać wiadro pomyj, zmieszać go z błotem. Przychodzi opamiętanie, z całą skruchą przepraszam. Jest mi źle i głupio jeśli w tak niekontrolowany sposób wybuchnę, mało we mnie tego zła do ludzi. Jeśli ktoś z jakąś upartością i systematycznością depcze mi po odciskach mogę wybuchnąć, a później usuwam się z drogi nielubianego osobnika.

Ale nie nienawidzę.

Ściśnięte gardło, moje próby zatopienia tego zła, które ktoś do mnie odczuwa. Kolejny nawrót, ratownicy obserwują mnie, mija godzina, a po głowie ciągle kołacze się jedno: nienawidzę.

Słowo stało się niczym pijawka, przyklejona do mojego ciała. Odporna na wodę, ciągle jest.

Może mój wygląd, zaciętość jakaś w pokonywaniu kolejnej długości, tempo dotychczas nie mające miejsca kazała im siedzieć i obserwować. Nie miało to sensu. Roznosi mnie, wewnętrzne zaskoczenie nie przechodzi. Trzeba przetrawić, rozbić na części pierwsze. Wydalić się nie da. Takie słowa zostają niczym raz zrobiony tatuaż. Można zetrzeć ale ślad pozostanie.

Jestem poza domem, daleko mi do ramion mojego pocieszyciela, i tak się dowie, bo czytuje te moje zapiski. Jutro mu opowiem, jutro on mnie pocieszy i powie słowa, które czarodziejsko ukoją, choć nie wymażą tego co już padło od kogoś. Smutne, jednak skoro ktoś tak myśli, jego prawo.

Czy zasłużyłam na nienawiść? Akceptuję, że w czyichś oczach jestem wrogiem. Nie jest to dla mnie miłe, nie jest przyjemne. Przyjmę do wiadomości, przemyślę, usunę się z drogi, nie zapałam podobnym uczuciem życie jest zbyt piękne abym miała kwasić je takimi uczuciami. Czasami nie jest miło, takie chwile ludzie ludziom też ofiarowują. Trzeba przejść, nie dać się wciągnąć, nie dać się zbrukać złymi myślami.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BURZA PŁCI
Notatkę dodano:2013-06-22 19:32:57

 

Burze, które w dniu wczorajszym straszyły nie zahaczając mojej miejscowości, może powinny jednak tu zagościć. Atmosfera dziwnie przesiąknięta niewidoczną a zarazem odczuwalną iskrowatością. Może to tylko moje odczucie, a może jakieś kobiece przemiany we mnie zachodzą, sprawiając stan poddenerwowania i jakiejś wewnętrznej frustracji. My kobiety w oczach innych, mamy swoje wymówki na wiele okazji. Złość na świat cały, to zaraz jakieś syndromy przedmiesiączkowe , PMS – y .

I nawet jeśli nie zgodne to z cyklem danej białogłowy, otoczenie tym sobie tłumaczy. Jeśli za wiekowa metrycznie jest dana kobieta to zaraz przypina jej się łatkę menopauzy, zaburzeń hormonalnych i innych przypadłości. Tak jakbyśmy my kobiety nie miały prawa do gorszego nastroju, złego humoru czy po prostu swoich małych smuteczków, których faceci nie zawsze chcą lub potrafią zrozumieć. Naszym zadaniem, być piękną od samego rana do późnego wieczoru. Wypoczętą, dającą sobie ze wszystkim radę, tryskającą energią z wieczną ochotą na damsko - -męskie figle. A może dobrze byłoby zrewidować pewne oczekiwania i zastanowić się nad przyczynami złych nastrojów. Mam znajomą, w podobnej liczebnie i płciowo rodzinie. Ona jedna i trzech mężczyzn. I tak jak u mnie pewne obowiązki zostały podzielone na wszystkich, każdy z mężczyzn w jakiś sposób uczestniczy w działalności naszej małej spółki, tak u niej każda najmniejsza sprawa spada na jej barki. Codzienne gotowanie obiadów, z wymogami diety dla męża, ograniczeniami pokarmowymi przez jakieś widzimisię dla dwóch synów, sprzątanie, dogadzanie, śniadanka do szkół i pracy, wyjście z pieskiem, czekające śmieci. Dziewczyna się mota, nikt nie zauważa jej niechęci do niektórych czynności, braku czasu dla siebie. Rozmawiam z nią, i zadaję proste pytanie czy to cię uszczęśliwia? Wymowne milczenie. Bo męża tak nauczyła mamusia, i jakoś tak …. - Ale przecież ty tego samego uczysz swoich synów ściągając z nich jakiekolwiek obowiązki? No ...wiem.

Same sobie czasami jesteśmy winne. Przyznajemy się do win, jednak ze zdwojoną energią zaczynamy każdy nowy dzień. I tych dni może być wiele, jednak przychodzi taki jeden, i dopada nas złość na świat, na to co blisko i to co poza zasięgiem. Obwiniamy cały świat, mamy do niego żal. A w zamian spotyka ironiczne : pewnie ma trudne dni. Może nawet ma, ale czy ty cudowny kiedyś mężczyzno tej pięknej niedawno dziewczyny nie masz sobie nic do zarzucenia? Kiedy ostatnio wziąłeś ją za rękę? , kiedy sprawiając niespodziankę sam umyłeś okna ? Sam na sam ciepłym wieczorem poszliście bez celu spoglądając na księżyc? A przecież kiedyś nie było trudnych dni, bo ona się przygotowywała dla ciebie tak jak ty robiłeś to dla niej. Staraliście się oboje, i tak miało być zawsze, tylko coś się przewartościowało, i troszkę zeszło z planów. Może warto wrócić do czasu pięknej dziewczyny i męskiego chłopaka....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


IMPULS PO MOJEMU
Notatkę dodano:2013-06-21 14:56:42

Iskra, krótkie szybkie działanie. Są rzeczy, których nigdy w życiu nie zrobiłabym po gruntownym przemyśleniu. Zastanowienie i zadumanie nad efektami i konsekwencjami nie dałoby mi zrobić niejednej życiowej głupoty. Nie są te głupoty wielkie i częste a jednak bywają efektem mojego impulsywnego działania. Impuls czasami jest dobrym doradcą. Jeśli poczuję jego na siebie działanie w trakcie zakupów to wiem, że powinnam się poddać, bez zastanowienia. Ta pierwsza zakupowa myśl jest w większości przypadków najlepsza i wynikiem takich sprawunków jestem zazwyczaj zadowolona. Torba, bluzka, but, który wpadnie mi pierwszy w oko, spowoduje zachwyt, jakiś objaw wielkiej akceptacji powinien zostać zakupiony. Nie powinnam się zastanawiać, odraczać, tylko tu i teraz dokonać transakcji. A u mnie niczym u zepsutego modelu ludzkiej jednostki najczęściej zastanawiam się, odkładam na jutro, przemyślam i wychodzę ze sklepu już przekraczając próg niejako nieszczęśliwa, z postanowieniem zakupu za chwilę, jutro … A przecież powinnam się poddać impulsowi, bo zdaję sobie sprawę, że akurat tu nieobliczalne moje zachowanie dobre przynosi efekty.

Jednak bywają impulsy, których nikt się po mnie nie spodziewa, zachowania zupełnie odmienne od mojego w miarę stonowanego charakteru. Wtedy bierze górę jakaś przekora, a właśnie, że ci pokażę, i zrobię tą głupotę, której się po mnie zupełnie nie spodziewasz. Wsiadam na zdezelowany rower i w pełnym pędzie po stromej, porośniętej wielkimi kępami traw górce zaczynam swą szaleńczą jazdę, która może doprowadzić do skręcenia karku. Pamiętam wzrok swojego starszego syna po tej jeździe. Zaskoczenie, totalne zdumienie takim właśnie zachowaniem rodzicielki. No i czemuż ja głupia się tak dziwiłam jego szaleństwom skoro takie podstawy od matki mógł przejąć. Zrobienie na przekór, inaczej niż zawsze, nie wiem czy każdemu to dane. Mi od czasu do czasu się przytrafia, wychodzi wariat ze spokojnej niewiasty. Bywało wyszłam z domu długowłosą wróciłam ścięta na zapałkę, którym to faktem dołowałam parę osób, niektóre zaskakiwałam z fryzjerką na czele, która wielokroć zadawała pytanie czy tyle ma podciąć, a ja jej ciągle, podgolić tam, na dwa centymetry tu. Zdarzało się wyjść z domu jako pracownik, wracać jako bezrobotna. Impulsywne podjęcie decyzji. Jedna chwila i obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Nikt się nie spodziewa...ja pewnie też nie jestem świadoma przemożnej mocy tych moich impulsów.

Pewnie gdyby nie narzucone samej sobie ograniczenia takich wariactw byłoby więcej. Burzące mój obraz, wprowadzające chwilowy chaos. A cóż sama osiągam takimi wyskokami? Pewnie początkiem nie analizuję, a może jest to sprawdzenie na jak wiele mnie stać w robieniu wbrew sobie, wbrew mniemaniu o mnie i wbrew całemu przyzwyczajonemu do mojego spokoju światu. Niektórzy wiedzą o tej mojej przypadłości, prowokują, podpuszczają, podjudzają abym zrobiła coś czego w normalnych warunkach nie robię. Tym prowokacjom przeważnie się nie daję, bo oni liczą na atrakcję mojego przeistoczenia w Mr. Hyde. Jednak jeśli się nie spodziewają, różne niespodzianki mogą się wydarzyć. I znowu Basia zaskoczy niedowiarków, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że byłaby zdolna do …paru rzeczy o które się jej nie podejrzewa.

A przecież życie pełne jest niespodzianek ….


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163653
Osób: 146108