Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

DZIWNY JEST TEN ŚWIAT...
Notatkę dodano:2013-05-26 15:12:21

Mój obiad dochodzi, chłopcy oglądają jakieś wyścigi formuły którejś tam. Ja jestem od tego daleko, nie potrzebuję emocji związanych z oglądaniem sportu w telewizji. Właściwie urządzenie zwane telewizorem jest mi średnio potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Umiem zagospodarować swój czas na różne sposoby i metody. Nie potrzebuję do szczęścia, choć nie powiem, zdarza się oglądać, ale bez pietyzmu, bez przymusu, nie jest to dla mnie koniecznością potrzebną do życia niczym tlen. Są wciągające mnie seriale, dokumenty dające szerszy obraz postrzegania rzeczywistości, pomagające zrozumieć jakieś wydarzenia. Jednak telewizor nie jest moim przyjacielem, który zostaje włączony wraz z chwilą mojego wejścia do domu. Lubię ciszę, jeśli chcę coś wysłuchać głośniej, zatopić się w tony i dźwięki nakładam słuchawki, wtedy mój świat odmienia się od tego, który mnie otacza. Staję się wyizolowana, ciałem jestem, duch nie w całości przebywa w tym samym miejscu gdzie ciało. W pewnym sensie rozumiem swoich mężczyzn, bo i cóż można robić skoro za oknami jedenaście stopni Celsjusza, porywisty wiatr i od czasu do czasu popadujący deszcz. Nie chce się wychodzić, spacer odkładamy na lepszy czas, pozostaje przebywanie w domu i czekanie na posiłek, który za chwilę zostanie podany. Tak rzadko razem spędzamy wspólny czas, wspólny posiłek jest świętem, więc cóż robić zanim wszyscy usiądziemy przy stole? Chłopcy z męskim zacięciem liczą przebyte okrążenia, wymieniają startujących zawodników a ja jestem gdzieś obok tego.

Mój starszy syn przysłał mi SMS, że zgubił portfel z dokumentami oraz gotówką w kwocie trzydzieści euro, za kolejne pięćdziesiąt Rosjanie oddali mu zgubę....Swoista dewaluacja uczciwości. Czy jest takie zachowanie godne pogardy czy pochwały? Sądzę, że znajdą się tacy, którzy nie zauważą nic złego w akurat takim postępowaniu, jednak ja do jakiejś innej gatunkowo nacji chyba należę. I nie istotne jest dla mnie czy akurat tym, który zgubił był mój syn, wobec każdej osoby, zachowałabym się inaczej niż ci co znaleźli. Oddałabym bez mrugnięcia okiem, bez gratyfikacji w formie gotówkowej. Może to chora zasada, ale stosowana przeze mnie w życiu, nie wzbogacam się na czyjejś krzywdzie. Zmiana wartości zwykłych ludzkich zachowań, tolerancja wobec czegoś nie do końca czystego moralnie. Przymykanie oka na zachowania, które jeszcze dekadę czy dwie temu były szokujące, wzburzające i zaskakujące. Obecnie złagodziło się i nasze patrzenie na świat i dziwność tego co dobre, co godne pochwały. Nie dziwią stosunki międzyludzkie, zachowania, których nie do końca potrafię zrozumieć. Pojęcia znikające z użycia, niedługo aby odkryć prawdziwe ich znaczenie, młodzi ludzie będą zaglądać do Wikipedii, będą dla nich niczym nie znaczącymi zlepkami liter. Szacunek, poważanie, uczciwość, patriotyzm, identyfikacja z narodem. Suche słowa, nie wprowadzane w życiu zamierają. Dzięki temu mamy nauczycieli z kubłami śmieci na głowach, staruszki stojące w przepełnionych autobusach, kobiety w zaawansowanej ciąży stojące nad siedzącym kwiatem młodzieży. Półuczciwość za którą należy się taksa, pełne chamstwo, któremu ze strachem trzeba ustąpić drogi. Czy zawsze tak było? A tylko ja nie zauważałam tej smutnej normalności. Jakoś inaczej pamiętam relacje z nauczycielami, kiedy chodziłam do szkoły, inne było podejście do starszych, szacunek nie było pustym słowem, jego znaczenie mam zaszczepione. I próbuję zaszczepić u swoich synów, tylko czy nie robię im tym krzywdy, kiedy taką prehistorię wciskam, jako coś co być powinno, kiedy wokół wszystko przeczy moim teoriom. Róbmy swoje a życie całą nawałnicą w trakcie konfrontacji nauczy otaczającej normalności nawet jeśli będzie ona inna od tej uczonej przeze mnie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MAMY, MAMUSIE, MAMUŚKI TO DO WAS
Notatkę dodano:2013-05-25 18:46:41

Każdy dzień jakoś rozpoczynamy. Radośnie, smutkiem, bezboleśnie, ziewając i żałując zbyt krótkiej nocy. Jakoś zacząć i nabierający rozbiegu dzień trwa, przechodzi, coś wnosząc lub jałowo zabijając trwający czas. Mój początek dnia nasunął mi pytanie, czy nie ma możliwości przeżycie życia bez poznania bólu zęba? Pewnie są takie jednostki, którym oszczędzone będzie to doświadczenie. Tylko pozazdrościć. Moje dzieci zarówno to starsze, jak i to obecnie przebywające pod moimi skrzydłami poznały smak bólu zęba. Starszy okaz z zamiłowaniem pochłaniający ogromne ilości słodyczy podpychanych przez kochających dziadków, ból zębów miał niejako przez te umiłowania kulinarne zapewniony, i pamiętając jego wizualnie odstręczające mleczne uzębienie, ten fakt zupełnie nie dziwił. Jednak młodszy osobnik z moją dbałością o higienę, o pewne nawyki, kontrolę miałam nadzieję przeżyje dzieciństwo bez poznania tego traumatycznego doświadczenia. Nic z tego, gdzieś w zakamarkach, szczelinkach międzyzębowych pozbawione kurateli coś się zepsuło, i zaalarmowało wczorajszej nocy swój wadliwy stan właśnie bólem. Bólem okraszonym łzami małego człowieczka, narzekaniem na świat cały i niezrozumieniem dlaczego właśnie jego ta niemiła przypadłość dosięgła. Pół nocy, tuzin moich zabiegów, bezsenności i smutku na obolałej buzi, dlaczego ja...Po dłuższych bezowocnych moich staraniach, wyprawie na pobliski CPN po przeciwbólowe ogólnodostępne środki, kawałeczku tego antidotum, cierpliwości, doczekaliśmy się ulgi i iluzorycznego zwycięstwa nad udręką. Dziecko zasnęło, jednak problem pozostał. Od razu z nastaniem poranka, decyzja - trzeba coś z tym robić, nie zaniedbać, bo kolejna noc może być długa, traumatyczna, zapamiętana na zawsze, osnuta cierpieniem dla nas wszystkich. Dziś sobota, wiadomo jak dzięki reformom lecznictwa jest wielka możliwość dostania się do wszelkiej maści specjalistów. Prywatna wizyta to jedyne co mamy szansę załatwić, jednak czego nie zrobi się dla cierpiącego dziecka? Drugi z czynnych w tym dniu gabinetów na naszym szlaku, parę chwil borowania, bohaterskie wytrzymanie zabiegu, otwarty już do swojego zgonu mleczny ząbek, portfel, opłata bez pieczy fiskusa, koniec sprawy. Ulga do następnych, bo wiem, że nastąpią wizyt i obecny spokój.

I taka normalność, otaczające prozaiczne bóle młodych, potrzeby starszych, spełniane zachcianki, sprawianie niespodzianek, fochy, spory, zwykła kratka lepszego i gorszego życia, trwa już wiele lat. Od prawie dwudziestu trzech lat jestem mamą, a to święto już jutro, taka specjalna okazja dla każdej z milionów mam na świecie. Jesteśmy kobietami, dzięki splotom w życiowym sudoku, niektóre z nas mają ten dar stania się matkami. Poznania i słonecznych dni, i bolesnych od udręczonego zęba nocy, nic szczególnego, zwykła kolej życia. Dajemy życie, pielęgnujemy je, współtworzymy człowieka, mamy wpływ, troska o drugą osobę, która kiedyś była częścią nas. To wielki dar, choć czasami wydaje się przerastający naszą wytrzymałość, zabierający czas, grzebiący cierpliwość, nie idący po wspólnej drodze z naszymi pragnieniami, ograniczający możliwości , jednak czy czasowe wahania i rozterki po przeanalizowaniu i rzuceniu na szalki przeważą to co dzięki byciu mamą zyskujemy. Każda z nas sama sobie odpowie na to pytanie. Stanie w drzwiach sypialni dziecka, popatrzy na ten wielki dar, cud, śpiący słodko, choć w dzień harpagan najgorszy, upierdliwiec złoszczący, i pomyśli jak wiele zostało jej dane w tej równo oddychającej istotce.

A wtedy, kiedy braknie cierpliwości do wysłuchania tysięczny raz tej samej historii z piaskownicy, jej wytrwałość w cudowny sposób się odbuduje i da radę jeszcze kolejny raz dać posłuch z uśmiechem do tego swojego prezentu od losu. I nie tylko przy okazji akurat tego specyficznego dnia okraszonego wilgotnym buziakiem za namową taty, laurką z abstrakcyjnym rysunkiem, podpowiadanymi życzeniami, będziemy dziękować za możliwość bycia mamą.

Pozdrawiam wszystkie mamy, które tu zajrzą i przy okazji życzę Wam pięknego dnia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


UFNOŚĆ DO ŚWIATA
Notatkę dodano:2013-05-24 20:56:07

I znowu zbliża się wieczór, kolejny dzień odchodzi bez piętna. Był, przeszedł, minął. Dziś pewna nieznana osoba zadała mi pytanie, na jednym z portali społecznościowych o moją dawną znajomą.

Nie znam tego pana, bo to był pan, jak wynikało z profilu z którego wysłana została wiadomość.

O dawnej znajomej mam śladowe ilości wiedzy. Jednak jakie mam prawo, dzielić się z kimś obcym tą wiedzą? Cóż mogę napisać, komuś kogo nie znam, komu mam prawo nie ufać, a co za tym idzie stać się ostrożna i nie do końca wylewna. Nie mam kontaktu, bo i taka prawda, choć coś mogłabym napisać o dawnej koleżance. Ostrożność osaczona przez anonimowość. Boimy się przedstawiać siebie z prawdziwych personaliów, nasz numer telefonu tylko dla prawdziwych znajomych. Jesteśmy nieufni w kontaktach z obcymi. Niektórzy mają złe doświadczenia i takich ludzi rozumiem, choć sama w całej swojej naiwności jakoś nie obawiam się internetowych zbirów, typów spod czarnej gwiazdy, czyhających na mnie i moje dane. Irytuje mnie kiedy idę do kogoś a w klatce zamiast listy lokatorów mam wykaz numerów mieszkań i nie umiem sobie przypomnieć czy miało być w adresie piętnaście czy trzynaście. Klatka trzydzieści cztery czy sześć. Im więcej natężam chęć przypomnienia tym bardziej kołowacieję i nie mając jak sprawdzić pukam do...przeważnie mylnego mieszkania. Tłumaczenia, uśmiech zażenowania i głupio mi, że komuś przerwałam prywatne życie. A przecież byłoby mi łatwiej jeślibym zerknęła na listę lokatorów, bez wahania zapukała tam gdzie pragnę i gdzie mnie oczekują. Ochrona danych. Ostrożność, czasami popadająca w przesadę. A ja ufam, wierzę, w ludzką uczciwość, w innych dobre wobec mnie zamiary. Sama nikomu nie chcę zrobić krzywdy, to dlaczegóż ktoś miałby chcieć mi takową uczynić. Może jestem wadliwym, w obecnych czasach, egzemplarzem. Jednak pomimo wszystko mam zaufanie do ludzi i wierzę w ich uczciwości. Skoro podałam ci swój numer telefonu to jestem przekonana, że nie zrobisz z niego żadnego innego użytku tylko do mnie zadzwonisz, napiszesz, skontaktujesz się. Nie ukrywam swojego numeru jak do kogoś dzwonię, bo masz prawo wiedzieć, że to akurat ja i jeśli będziesz chciał oddzwonić nie robię ci problemu swoją anonimowością. Jednak skoro ja się nie ukrywam, wymagam tego też od innych. Zastrzeżone połączenia ignoruję, bo mam prawo myśleć, że masz wobec mnie złe intencje skoro się konspiracyjnie ukrywasz. O ile prostsze byłoby nasze życie jeśli każdy byłby tak normalnie uczciwy, bez chęci przekrętu na czyjąś niekorzyść, bez pokrętnych planów wykorzystania i sprawienia przykrości lub moralnej lub materialnej szkody. Utopia, iluzja minionych czasów kiedy ufność była szerzej rozpropagowana a źli ludzie tworzyli margines. Obecnie proporcje dawnego marginesu poszerzyły się i stanem normalnym jest strach i obawa, tych uczciwych, łatwowiernych, którzy stali się marginesem w nawale tych, których należy się obawiać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DLA DWOJGA RODZICÓW
Notatkę dodano:2013-05-23 21:35:29

 

Dziś moje młodsze dziecię hucznie obchodziło w zerówce dzień mamy i niejako przy okazji, aby tatom nie było przykro także powiązany dodatkowo, dzień taty. Nowa jakość, nowa odsłona,swoiste „wash and go”. Nie ganię takiej formy bo jakoś ojcowie zawsze poszkodowani, traktowaniem ich w sposób niskogatunkowy. Tak jakby ich wartość była pośledniejsza od wartości matki. Z zasady będę zawsze wywyższać akurat matki, może z tej prostej przyczyny, że matką jestem. Jednak nie zaniżam też wartości prawdziwych, pełnowartościowych ojców. Nie trutniów, których ojcostwo polegało tylko na jednej wiadomej sprawie, a reszta niech się dzieje, bez ich udziału. Swoje zrobili i mogą lecieć w świat daleki. Taki osobnik w żaden sposób nie zasługuje na miano rodzica, ojca oraz ogólnie pojętej, odpowiedzialnej jednostki ludzkiej. Sama prokreacja z jej przyjemnym dreszczykiem nie świadczy ani o dorosłości ani tym bardziej powadze danej osoby. Rodzic to coś więcej. I nie chcę tu generalizować, że tylko ojcowie są takiego typu. Choć niestety występuje taki beztroski gatunek częściej wśród mężczyzn niż kobiet. Ale podkreślam, są kobiety nie zasługujące na miano matki. Nie zasługujące nawet na wspólnotę płci z resztą kobiet. Jednak nie moim dzisiejszym zamiarem wdeptywanie w glebę nieprzydatnych, nędznych i wartych potępienia jednostek. Nie sądźcie abyście sami nie byli sądzeni. I na tym poprzestanę swoje wywody.

Wracając jednak do samej uroczystości, Kleszczyk wyklepał, gdyż trudno nazwać jego wykonanie deklamacją, cztery linijki tekstu. Bez zająknięcia ani zacięcia. Nie byłam świadkiem uroczystości, na którą niejako wydelegowany został mój małżonek, występujący w roli ojca i zastępując zarazem pracującą mamę. Czasami na takich drobiazgach dla nas, a ważnych wydarzeniach dla dzieci też można sprawdzić swoje ojcostwo. Przyjęcie z pełną powagą „deklamacji” małego człowieka, znalezienie czasu i przyjście aby być w tym ważnym momencie z dzieckiem. Maleńkie znaczki bycia ojcem. Niekiedy nie zdajemy sobie sprawy, co zostanie zapamiętane przez nasze dziecko, które wydarzenie stanie się tym najważniejszym w swoistej hierarchii, co kiedyś w przebłysku przypomnienia w związku z rodzicem będzie zapamiętane.

A przecież każdy z nas pamięta jakieś epizody z własnego dzieciństwa, coś naprawdę mało znacznego, globalnie zupełnie bez wartości, a jednak zapamiętane, gdzieś wryte w naszą pamięć. Może mroźną niedzielę, kiedy przychodzimy z kochanym tatusiem do maleńkiego punktu, na rurki z bitą śmietaną. On jest taki duży, jego ręka szorstka i wielka w porównaniu do mojej maleńkiej, muszę czasami dobiegać aby wyrównać jego dorosły krok. Szarość dnia, bylejakość pogody, miejsce, którego na gastronomicznej mapie miasta już dawno nie ma, wyprawa, która ma na celu zakup na niedzielny deser czegoś, czego w domu sami nie przygotujemy i właśnie najważniejsza osoba dla dziecka, jego tato. Inne wspomnienia z czasów, oddzielonych od teraźniejszości ogromną przepaścią minionych lat, kiedy razem z tatą idziemy w pochodzie pierwszomajowym. Nie wgłębiam się w ideowe podejście do samego pochodu, dlaczego, po co. Wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką akurat to święto było forowane, wynoszone na piedestał. Nie przeszkadzało nikomu z dorosłych we wzięciu swoich dzieci i przejściu trasy. I nie same obchody goszczą w mojej pamięci tylko to, z kim w tym pochodzie uczestniczyłam, kto mnie pilnował, abym gdzieś w tłumie nie znikła, nie wystraszyła się, aby mieć mnie przy sobie. Wypady w lecie nad wodę, silne ramiona, które unoszą mnie nad wodą, rozkręcają w powietrzu, pozwalają na pełną beztroskę dzieciństwa dając bezpieczeństwo i oparcie. Właśnie takie drobiazgi zapamiętujemy, tkwią w naszych wspomnieniach, nic nie znaczące dla dorosłego chwile, które w sepii i wyblakłe a jednak zapamiętane na całe życie. Być może dzisiejszy dzień będzie właśnie takim zapamiętanym przez mojego synka. Że nie było mamy, ale był tata, że dla niego kierowany był wierszyk i że te chwilki dla małego człowieczka znaczą więcej niż dla nas dorosłych, bo zostaną w jego wspomnieniach nawet wtedy, kiedy nas już nie będzie.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


UCHO NA ŚWIAT
Notatkę dodano:2013-05-22 18:46:42

Maj identyfikujący się z kwietniowymi porzekadłami o przeplataniu sprawia niemiłe niespodzianki zmian pogodowych, których nie pragnę, ani nie oczekuję. Piękny, słoneczny ranek zapowiadał wspaniałością skąpaną w słonecznych promieniach dobry, pogodny dzień. Nastawienie i oczekiwanie takiego właśnie dnia rozbudziło się we mnie od samego rana, choć narastający ból głowy niweczył część pozytywnej energii, którą chciałam zaczarować swój wolny od obowiązków zawodowych czas. Już bez pomocy telewizyjnych pogodynek wiedziałam, coś się wydarzy, coś ulegnie zmianie. Bezchmurne niebo z rozciągniętym na całej swojej powierzchni błękitem nie straszyło, że szykuje niespodzianki, których symptomy czułam. Bezbłędnie moje ciało dało znak, parę godzin wcześniej, jakoś zaprogramowane przez naturę bez mojego udziału ono wiedziało. A ja tak bardzo pragnęłam ciepła, wiosennego słońca. Może aby choć odrobinę zarumienić tę swoją naturalną bladość skóry.

Moje znajome z pracy chcąc sprawdzić swój stopień opalenizny w ramach porównania przykładają swoje ręce lub nogi do moich i dziwnym trafem zawsze jestem o parę tonów jaśniejsza. Papierek lakmusowy. Wyznacznik intensywności melaniny. Nie przejmuję się tym, ani nie działam usilnie pragnąc zmiany na upodobnioną do Kreolki lub innej Metyski swej naturalnej karnacji. Przyjdzie intensywne letnie słońce, coś poczaruje i poprzez etap piegów, raczkowej czerwieni dojdę do zmiany kolorytu. Choć i wtedy będę o parę stopni jaśniejsza od znajomych.

Jednak nie dziś to nastąpi, a pewnie i jutro też nie. Piękne lazurowe niebo zaciągnęło się chmurami, objawił się silny, zimny wiatr, który spowodował spadek temperatury o około dziesięć stopni. Przeszywający wiatr zmusił do cieplejszego odziania się w maskujące krótki rękaw bluzy i kurtki. Dzieciarnia znikła z podwórka, wyludniło się i tylko ci, którzy muszą wychodzą na tę niemiłą aurę. Jeśli spadnie deszcz, a jest to niewykluczone, po przewidywaniach mojego organizmu, zrobi się jeszcze zimniej i wtedy jedynie najwięksi desperaci będą przemykać tam gdzie naprawdę muszą.

Mój mąż na moje żale nad bolącą głową zadał nieśmiertelne pytanie : „a ciśnienie mierzyłaś?” .

Nie, nie mierzyłam, bo nie chcę być postawiona w szeregu nadciśnieniowców łykających codziennie pastylki. Jeśli zacznie mi doskwierać i zabierać radość życia moje ciśnienie, wtedy zacznę coś z tym robić, a tak odsuwam problem, chowam pod dywan, udaję, że go nie ma. Nie chcę stać się chorą uwiązaną do leków i systematyczności ich zażywania. Jestem zdrowa, i tego będę się trzymać. Jeśli sama nie mam z tym problemu to na cóż mi lekarze, ich bardziej chore od choroby podejście, leczenie z książkową diagnozą nie zawsze utrafioną. Póki co zarabiają na mojej niechorującej osobie, zdrowe ciało w rejestrze, jakaś gotówka płynie w efekcie samego mojego zaopcjowania się do konkretnej przychodni oraz lekarza. Osiągnęłam pewien pułap wiekowy a jakoś żaden z lekarzy nie kwapi się aby dać skierowanie na na jakieś laboratoryjne badania, sprawdzić czy mój środek oprócz wiecznej młodości nie potrzebuje czegoś więcej. Może coś w zarodku trzeba zacząć naprawiać, czemuś zapobiegać. Nie ma chętnych do takich działań a i ja skoro nie czuję dyskomfortu, słabości formy nad treścią, nic nie robię, najmniejszych kroczków nie czynię aby poprawiać dobre. A że czasami wewnętrzny barometr bólem głowy zwiastuje zmiany meteorologiczne, że stałam się czulsza na pewne zbliżające się przeistoczenia i metamorfozy aury, cóż może jest to jedna z oznak dojrzałości i osiągnięcia pewnego uwrażliwienia na zewnętrzność otaczającego świata. Świata, który czasami do nas przemawia, a my go po prostu nie słyszymy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DOBRE DNI
Notatkę dodano:2013-05-21 21:38:45

Dzień jak co dzień, kolejny, z wartko upływających dni. Nic szczególnie odkrywczego ani nowego, budzimy się, pracujemy albo leniuchujemy, godziny przepływają, ciągnąc się lub lecąc na złamanie karku, kładziemy się spać i kolejna kartka w kalendarzu odkreślona. Wyrwana, zapomniana. Jeśli nic szczególnego się nie wydarzy będzie to następny ze zwykłych, mijających dni, o którym zapomnimy. Nic nie przyniósł, niczego nie zabrał, przeszedł, bez odciśnięcia się na naszej pamięci. Są dni, które tkwią w nas czy to dobrymi wspomnieniami czy też jakąś złą zadrą, nie dającą się zapomnieć. Nie zawsze pamięta się konkretną datę, ale wydarzenie, jakiś znak jest synonimem takiego dnia. I zdarza się, że po latach wspominając takie dni snujemy całą opowieść konkretnego wydarzenia. Przemijający czas zaciera szczegóły, rozmazuje kontury pamięci, zostawiając samo jądro, zdarza się że przeinaczone, a jednak zapamiętane.

Czymże mogłabym zapamiętać dzisiejszy dzień, skoro nic szczególnego się nie wydarzyło? Że był bezproblemowy?, że przeszedł spokojnie? To nie jest powód do pamięci. Zapomnę, ten dzień już za tydzień, nie będę z niczym kojarzyć dzisiejszej daty. Zresztą nie wymagam aby każdy dzień zostawał zapamiętany, odciśnięty gdzieś w podświadomości. Tak wybiórczo zapamiętane chwile są lepsze, bardziej wyraziste, kontrastują z szarością normalnych dni. Nie narzekam, na brak ani nadmiar tych kolorowych pozytywnie ani tych czarnych w głębokiej rozpaczy minionych dni. Dostaję tyle ile odgórnie przyznano, ile wystarczy, aby życie nie było miałkie i bez wyrazu. Wypośrodkowana doza różnych stanów dająca rozmaitość zarówno na chwilę obecną jak i na przyszłe wspomnienia. Bywa, że sami stwarzamy dzień do zapamiętania jakimiś swoimi działaniami, bywa też że dni zapamiętujemy dzięki innym, sami będąc niejako obserwatorami i nie do końca świadomymi uczestnikami wydarzeń, a czasami dni zostają w pamięci choć sami nic nie czynimy aby takie się stały. Splot wydarzeń, coś co przyszło gdzieś, skądś spadło na nas i dało zapamiętanie. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystkim możemy sterować, choć dzięki sobie i wewnętrznemu chceniu można pozytywnie podbarwić dobry dzień aby stał się wspaniały, ten słabszy aby mniej odczuwać jego kiepskie strony. Nasze nastawienie daje bardzo dużo, staranie się aby dobrze zacząć, zrobić wszystko aby było dobrze a jeśli nawet dzięki zewnętrznym nawałnicom dzień skończy się nie do końca miło, coś nam humor zepsuje to miejmy świadomość, że daliśmy z siebie sporo aby nasz dzień miał dobry wydźwięk.

Czasami nasze nastawienie to wszystko co możemy uczynić ale czyńmy, choć wiemy, że mający nastąpić dzień będzie ciężki, ma szansę dać nam w kość, zmęczy, i choć nie zapamiętany na przyszłość, jego teraźniejszość może być tak po ludzku trudniejsza do przejścia. Przejść musimy ale dajmy mu szansę być pomimo problemów dobrym dniem. I nie ważne, że ze stresem na tle samochodowych usterek, jadę do pracy na godzinę piątą rano, że czeka mnie sporo fizycznej pracy. Odstawiam to wszystko co może dołować na bok, uśmiech na twarz, i maleńka prośba bądź dobry mój zwykły dniu, abym nie musiała zapamiętać cię jako złego dnia. I posłuchał mnie...był normalnie dobrym dniem, choć go nie zapamiętam, a jego żywot wraz z tą wieczorną godziną się kończy tak normalnie, spokojnie. Dobrej nocy mój dniu...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PONIEDZIAŁKOWY KOŁOWRÓT
Notatkę dodano:2013-05-20 21:37:05

 

Kolejny dzień, kolejny tydzień, zwariowane etapy, nie bardzo od siebie odgrodzone czymkolwiek. Mój świat obierając zawrotne tempo już przy pierwszym dniu kolejnego tygodnia nie dał szans na wytchnienie, na relaks, odpoczynek. Teoretycznie minione dwa wolne dni powinny dać tyle wyciszenia i tak naładować akumulatory aby wystarczyło na cały pracowity tydzień. Może nie potrafię się zorganizować, a może nawał tego co czeka na wykonanie nie daje możliwości aby wszystko pogodzić, zaplanować, skoro ponad plan wyskakują sprawy do załatwienia, rzeczy do zrobienia. I tak to wszystko gna, poganiane wewnętrznym nakazem, aby jak najwięcej udało się zrobić. Dziś zaliczyłam kolejną wizytę u dentysty, mam nadzieję, ostatnią z nieszczęsnymi zabiegami protetycznymi, i starszy syn wraca na obczyznę. Chcę go wyszykować, zaprowiantować, a jego upór nie daje takiej szansy, na każdą propozycję stanowcze NIE. Nie dawaj nic do jedzenia, bo mam, nie szykuj tego co chcesz dać, bo nie mam jak się z tym zabrać. Ciągłe nie i nie.

A chciałabym pomóc, ulżyć, poratować. Cóż samodzielna jednostka ludzka nie daje sobie udzielić tego matczynego wsparcia. Jakiś wpływ na powstanie akurat takiego stanowczego osiołka miałam, swoim „chowem” w niejakiej samodzielności od najmłodszych lat. To nie jest złe, i zdaję sobie z tego sprawę, a zarazem chciałabym choć odrobinkę pomóc. Nie namawiam, choć przebąkuję propozycje kolejnego wsparcia. Na wszystkie jedno i to samo „nie” słyszę. Jakieś sprzeczności mną targają bo i radość, że sobie radzi i chęć pomocy. Choć z dwojga złego jeślibym miała mieć w rodzonym synu mameję, nie do życia, niedorajdę życiową, trzymającą się mojej spódnicy, pewnie byłoby to bardziej frustrujące i dołujące. A tak wiem, że sobie radzi, że umie pogodzić obowiązki, że płynie na powierzchni choć pewnie czasami ciężko. Nie idzie na dno jeśli tylko ratunkowe koło w postaci nadopiekuńczej mamuśki zniknie z pola widzenia. Daje mi to niejaki komfort, wiem, że nie muszę się zamartwiać, bo podstawy do życia są mocne. Wiele mi się w moim starszym synu nie podoba, jednak są też takie umiejętności czy też nawyki, wpojone może przykładem, może genetycznie przekazane z których wewnętrznie jestem dumna. Choć część udało się przekazać, coś zostało, kilkanaście lat z mojego życia nie poszło na marne. Bywa, że jako matka odczuwam pewnego rodzaju dumę, z jakichś zachowań na których wyrobienie czy też naukę miałam wpływ. Nie uzurpuję sobie wszelkich zasług, że to co dobre tylko ode mnie pobrał, ale jakaś cząstka dzięki akurat moim zabiegom mam nadzieję została zasiana i gdzieś się rozwija aby zebrać z niej kiedyś plony. Coś co zaprocentuje, dając jakiś zbiór wymiernych korzyści na przyszłość. Może właśnie umiejętność samodzielności to taki największy sukces każdego z nas. Odwaga do zmierzenia się z samodzielnym życiem, bez zaplecza w postaci rodziców. Może właśnie to jest największym wyznacznikiem dorosłości. Nie metrykalna pełnoletność tylko samodzielność w przyjęciu na siebie życia z jego kosztami i korzyściami. Dzięki samodzielności mojego syna mogę z pełną powagą, powiedzieć: mam w swoich sukcesach życiowych wypuszczenie w świat dorosłego mężczyzny, już nie chłopca ale właśnie mężczyzny. Wyleciał z mojego gniazda i leci całkiem stabilnie i pewnie, a ja mogę z czystym sumieniem poświęcić czas drugiemu z moich potomków, młodszemu, jeszcze potrzebującemu mojego wsparcia i pomocy. Daleka droga do samodzielnego wypuszczenia w dorosły lot. Jednak idę tą drogą, bo warto mieć tyle swoich sił aby ich starczyło drugiemu człowiekowi, zwłaszcza, jeśli tym człowiekiem jest własny syn.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MIGAWKA NA JUTRO
Notatkę dodano:2013-05-19 21:30:41

 

Piękny dzień, pachnący wiosną, cieszący oczy intensywną żółcią kwitnącego rzepaku, wielu odcieni otaczającej zieleni. Mogłam uczestniczyć jako obserwator tej emanującej energią przyrody. Kiedy nadchodzi rozbuchana wiosna pełnią rozkwitu, świeżością zieleni, mam wrażenie, że nie zdążę się napatrzyć na to wszystko co jest do zauważenia. Nie zdążę nawąchać się tej świeżości, a ona przeminie jak tylko się odwrócę. Przyszła gwałtownie, choć akurat w tym roku niesamowicie długo wyczekiwana i wyglądana, a teraz w tym galopującym tempie mogę nie zdążyć aby naładować jej widokiem wszystkie swoje wewnętrzne baterie. Musi mi tego widoku wystarczyć na późniejsze, mniej sympatyczne pory roku. Łapię więc całą sobą co tylko się da, obfotografowuję posiadanym zawsze przy sobie telefonem. Zdjęcia nie są pierwszych lotów, jednak dla moich potrzeb wystarczy taka jakość. Pamiętam, dawno temu każde zdjęcie wykonywało się z niejakim pietyzmem, nie można było skorygować, poprawić. Film miał trzydzieści sześć klatek, i każda z nich była wielokrotnie przemyślana zanim nacisnęło się spust migawki. Nigdy nie miałam polotu do wykonywania zdjęć tymi archaicznymi metodami, może dlatego, że moja ograniczona cierpliwość nie dawała doczekać odpowiedniego momentu, może nie potrafiłam przewidzieć efektu na zdjęciu tego co akurat fotografuję. Jakoś nie byłam kompatybilna z niegdysiejszymi prymitywnymi aparatami, żadne zdjęcie nie było warte pozostawienia dla potomnych. Jednak zawsze znalazł się na mojej życiowej drodze, ktoś , kto fotografią parał się w stopniu większym niż ja, z efektami na głowę bijącymi moje wypociny. Obecnie technika daje mi szansę uchwycenia tego co może minąć bezpowrotnie a dzięki mojej, mało artystycznej interwencji ma możliwość zostać utrwalone. Dzięki maleństwom zamontowanym we wszechobecnych telefonach można chwytać chwilę, kolor, uwiecznić sytuacje, dać pamięć osobom. Nie trzeba się krygować, ani ograniczać. Nie podoba się, nie po myśli, coś nie tak, zmyślnym guziczkiem usuwamy z aparatu, z pamięci, rzucamy w niebyt.

Dobre czasy dla takich jak ja, laików fotograficznych. Bez wysiłku i emocjonalnych kosztów uwieczniam co chcę i kiedy chcę. Nie mam skrupułów, pstrykając czasami zupełnie bez sensu, nie ograniczając się. Przyjdzie czas to sobie sprawdzę, i albo coś zostawię albo puszczę w niepamięć jak niepotrzebny śmieć. Jeszcze dwadzieścia lat temu takie zachowania fotograficzne nawet mi się nie śniły. Nie tylko zresztą ta dziedzina w obecnym stanie, dwie dekady temu byłaby nie do wyobrażenia i brzmiałaby niczym całkiem fantastyczna bajka. Dwadzieścia lat, niby niewiele a przepaść ogromna. Teraz tylko nie pozostaje nic innego jak choć troszkę starać się nie pozostać w tyle za pędzącą techniką, taką, która może się przydać na wykorzystywanych w codziennym życiu poziomach. Umieć odebrać telefon, napisać SMS, przesłać zdjęcie, stało się to codzienną normą, coraz więcej niuansów i zawiłości, sprzęty coraz większe spektrum i możliwości posiadają, a naszym zadaniem to choć odrobinę doganiać, aby nie odstawać od tłumu tych co umieją obsłużyć, wykorzystać, pomóc sobie w kontaktach i dawać radę choćby w utrwalaniu przemijających chwil.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OCZEKIWANIE
Notatkę dodano:2013-05-18 20:36:14

Bywa, że na coś czekamy, niecierpliwie, tęskniąco. Każda minuta wydłuża się, trwa zdawałoby się więcej niż normalnie. Nasza cierpliwość staje się wystawiona na próbę, zegar staje się naszym wrogiem, który nie przybliża a wręcz przeciwnie w całej pełni ukazuje jak daleko jeszcze to tego, na co oczekujemy. Czekamy, wyobraźnia mając pole do popisu podsuwa scenariusze, co będzie, jak będzie, kiedy już będzie. Karmieni wizjami coraz mniej cierpliwie czekamy udając zobojętnienie i brak zainteresowania. Aż wreszcie następuje, kurtyna odsłania dalszą część przedstawienia zwanego życiem i okazuje się, że nasze scenariusze gdzieś w podświadomości zupełnie rozbieżne z tym co na scenie teraźniejszości.

Podobnie sprawa się miała w dzisiejszym moim oczekiwaniu na przyjazd starszego syna z pracy. Minął przeszło miesiąc od kiedy wyjechał a dziś uzbrojona w oręż oczekiwania, przygotowana na jego przyjazd starałam zająć się innymi sprawami, aby nie myśleć, że jeszcze parę godzin, chwil, minut... Moje starania nie do końca odnosiły skutek jaki miałam nadzieję osiągnąć. W końcu stanął w drzwiach, pojawił się, przywitał, zjadał obiad, zamienił parę zdań i już pognał w swój świat. Moje oczekiwanie mało istotne i zupełnie nie zauważalne przez syna. Tak czasami bywa, że jedni czekają na innych, a ci wyczekiwani pochłonięci swoimi sprawami zupełnie tego nie zauważają. Wpadną jak po ogień, niczym fryga zakręcą i już ich nie ma, a czekający zdębieli z niezrozumienia stoją i czekają na ciąg dalszy. Bo przecież nie możliwe, żeby moje oczekiwanie trwające tyle czasu, tak mnie absorbujące miało odnieść taki skutek. A jednak tak bywa, długo czekamy, a w zamian dostajemy krótką chwilkę, momencik. Zdarza się też, że czekamy a w zamian nie dostajemy nic, nasze oczekiwania i pragnienia rozmijają się z tym co w efekcie otrzymujemy. Nasze scenariusze nie zbiegają się z tym co zaplanowało życie. Nie jest to złe, bo cóż za przyjemność mielibyśmy z naszego życia jeślibyśmy sami je sobie układali bez tej odgórnej interwencji. Żadnego zaskoczenia, żadnej niespodzianki, wszystko przewidywalne przez nas samych, obmyślone i zaplanowane oraz doskonale bez żadnej rozbieżności wykonane. Nuda i nic ciekawego. Oczywiście na tym łez padole nie znalazłoby się żadnego desperata, który chciałby przeżywać jakiekolwiek katusze czy to miłosne, czy zdrowotne, wszyscy musieliby być szczęśliwi i radośni bez łez i bólu, bez strachu i smutku. Niewykonalne, niemożliwe i zupełnie nierealne. Raj ?? A może właśnie piekło w myśl pogłębionej zasady,że jak Bóg chce kogoś ukarać, spełnia mu marzenia. A jeśliby tak spełnił marzenia wszystkich? Nic innego tylko piekło .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KONTROLA JAKOŚCI
Notatkę dodano:2013-05-17 21:24:31

 

Ciągle brakuje mi ustrojstwa sprawdzającego ortografię w moich tekstach, wiem, że niewiele robię błędów, jednak świadomość, że coś mnie kontroluje na każdym kroku, przy każdym napisanym wyrazie czasami pomaga. Wyklucza powstanie literówek, wyłapie braki lub nadmiary, swoista kontrola jakości. Potrzebna, aby choć w jakimś niewielkim stopniu zmniejszyć powstanie tekstowego brakoróbstwa. Otoczeni jesteśmy przez szmirę, tandetę, rzemieślniczą chałturę, to choć odrobina kontroli staje się niezbędna. Oczywiscie proszę nie pomyśleć, że o swoich tekstach myślę jak o wybitnych dziełach literackich. Absolutnie nie mam nawet cienia takiego mniemania. Brak mi warsztatu, popartego wiedzą, brak merytorycznych podstaw, ot parę zdań w codziennych wynurzeniach pani w pewnym wieku. Dla siebie, może dla paru osób, które tu trafią i będą się z moimi poglądami identyfikować a dodatkowo może zauważą coś co pozwoli uwierzyć, że na tym globie nie jesteśmy sami, może ktoś odczuje wspólnotę myśli, dostrzeże rozterki takiej jak ja i uśmiechnie się nad nimi, wracając następnego dnia w oczekiwaniu na ciąg dalszy. To miłe i podbudowujące, i choćby z tego względu chciałabym aby moje słowa były zrozumiałe i przede wszystkim bez niepotrzebnych błędów.

Dążymy do samodzielnej doskonałości pragnąc zarazem posiadać gdzieś ukrytego kontrolera, niech nie krytykuje tylko w milczeniu koryguje podobnie jak ten mój brakujący sprawdzacz pisowni. Możliwe, że każdy z nas na wielu poziomach powinien takiego wewnętrznego jakościowca mieć. I w życiu prywatnym na niwie rodzinnej, aby głupstw w relacjach z członkami rodziny nie czynić, i w trakcie wykonywania pracy zawodowej , gdzieś ostrzegawczy sygnał powinien być wysyłany. Czujemy, że robimy coś niepewnie a tu, gdzieś w środku dzwonek alarmu: NIE TAK , NIE TAK...

Mój dentysta chyba nie miał takiego sygnału, też wysiadł korektor działania. Chodzę ze swoim problemem, który problemem miał wcale nie być, i końca tych wizyt ciągle nie dostrzegam. Mam nieodparte wrażenie, że na moim zgryzie miły doktor uczy się rzemiosła. Liczyłam na fachowość a przeraża mnie i kolejność działań i wykonanie . Spiłował nieskazitelnie zdrowego zęba pod koronkę do tego stopnia, że po jej nałożeniu nieustanny ból nie dawał szansy na normalne funkcjonowanie. Kolejnym etapem było rozwiercenie istniejącej już koronki i kanałowe leczenie zęba pod nią. Zatruł, wypełnił, zalepił i cóż mam po drugim dniu od ostatniego zabiegu? Wszystko co nałożył rusza się i chwieje.

Kolejna wizyta mnie czeka, poziom irytacji wzrasta, temeperatura negatywnych odczuć na granicy alarmowej. Czyż powinnam odsunąć na bok całą swoją latami wypracowaną kulturę i poziom, wejść na pewnien stopień chamstwa i wygarnąć co myślę o tych praktykach , stając się brutalnym kontrolerem , czy powinnam zachować się podobnie jak mój uśpiony niesprawdzający błędów system, przyjmując w milczeniu i dając możliwość samodzielnej poprawy przez lekarza?

Zapewne nie porzucę poziomu ani kultury, dam kolejną szansę na poprawę. Choć niesmak pozostaje.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163207
Osób: 145662