Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

DAR INTUICJI
Notatkę dodano:2013-05-16 19:59:59

Coś wisi w powietrzu, coś zostanie przywiane porywistym wiatrem. Nie wiem, co to będzie, póki co jednyne co zostało przywiane to mój pulsujący ból głowy. Wskaźnik metereopatki, gdzieś, coś nastąpi, może będzie to burza, może deszcz, nie wiem bo mój ból głowy nie jest aż tak dokładny abym wiedziała co w przyrodzie się wydarzy. Mam tylko mały punkt zaczepienia, coś wiem, choć wiem niewiele, istnieje zaledwie ślad wiedzy. Ślad przewidywania, jakaś intuicja, która coś podpowiada, zarazem nie dając pewności ani przyznania racji moim odczuciom. Może będzie burza, dziesięć kilometrów ode mnie, a może pojawi się tuż obok. Nie wiem dopóki nie przyjdzie, nie pojawi się nagła i gwałtowna.

Podobnie sprawy mają się z intuicją, tą kobiecą, która jest nam gdzieś odgórnie w różnych porcjach ofiarowana.Choć nie generalizuję i nie podejrzewam, że każda z nas ją posiada. Bywa, że jej nie mamy, choć bardzo chciałbyśmy, istnieje wiara, że w jakimś przełomowym momencie życia akurat się objawi jej obecność. Ustrzeże nas przed złem, nakieruje tam gdzie lepiej, pomoże znaleźć rozwiązanie nurtujących problemów. I tak przepełnione wiarą w jej moc i posiadanie, stawiamy wszystko na jedną kartę. Podejmujemy irracjonalne decyzje wierząc, że intuicja nas nie oszukuje, że podpowiada właściwie. Niekiedy odbieramy wewnętrzny głos jak nakaz do wykonania czegoś akurat w określony sposób. I lecimy jak ćma do światła, dokonujemy wyboru, jedynego słusznego w naszym mniemaniu. Sztandar z napisem "INTUICJA" powiewa nam w myślach. Wiara w nią nas prowadzi i bywa zwyciężamy, jednak zdarza się ponosimy porażkę z kretesem, na całej linii, na wykonanej głupocie leży zbrukany sztandar, którego hasło już nie daje mocy. Stworzyło brak wiary w posiadanie, zawiodło coś w co wierzymy. Dochodzimy do wniosku: - nie posiadam tego cudownego daru intuicji, nie mam, ogarnia mnie smutek, dlaczego akurat ja w całym tłumie kobiet jestem pozbawiona czegoś co nawet w nazwie powinno przynależeć do określonej płci. Czyżbym nie była pełnowartościową kobietą, czy ten brak jest stały, czy może wykształtuje się ten dar później, a może gwałtownie wystąpi przy kolejnym życiowym zakręcie. I choć myślimy racjonalnie, materialnie, na jakimś poziomie wykształcenia w oparciu o zdobytą wiedzę chcemy tej odrobiny czarów o nazwie "KOBIECA INTUICJA" bo ona nam pomoże pomimo wszystko. I zapominamy o porażce dalej wierząc, że gdzieś w środku nas jest jej odrobina, jej maleńka szczypta, która w najmniej spodziewanym momencie jednak pomoże. Przecież skoro w swojej nazwie ma przymiotnik "kobieca" jej prawem być zmienną. Czasami kapryśną, robiącą po swojemu co jest do zrobienia i wtedy, kiedy sama zadecyduje . A my musimy po prostu cierpliwie czekać na objawienie i pomoc, oraz mieć spore pokłady wiary w to, że posiadamy ją w sobie. Mieć takiego sprzymierzeńca pomaga, a nawet jeśli tylko naparstek jej w nas istnieje to wiara czyni wielkie cuda, więc wierzmy w to, że mamy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOJE WPŁYWY
Notatkę dodano:2013-05-15 21:11:09

Pogoda to coś, nad czym podobnie jak nad zachowaniem dzieci nie do końca możemy zapanować. Jednak pogodę i jej wybryki musimy tolerować bez zbyt wielkiej możliwości zmian natomiast sprawa z dziećmi, zwłaszcza swoimi to już zupełnie inna historia. Staramy się, czasami zamieniamy w grzmiącą rękę terroru, czasami piłujemy, naginamy, kładziemy do głów nasze mądrości. Staramy się stanąć na wysokości wychowawczego zadania i z małego szkraba wyrzeźbić wartościowego dorosłego. Różne skutki tych naszych działań. Bywają osobnicy z zaburzonym ośrodkiem reformowania, my się staramy a u niego opór, nie do pokonania normalnymi próbami perswazji. Niczym litanię powtarzamy :nie rób tego, zrób inaczej, to źle, tamto z kim innym.

A mały człowiek próbując naszą wytrzymałość staje okoniem i za wszelką cenę pragnie udowodnić, że zrobi po swojemu, byle tylko inaczej niż chcą rodzice. W związku z tym, że jednego osobnika niejako już czas jakiś temu "przerobiłam", nie są dla mnie żadnymi nowościami różnorakie wybryki i wieku dziecięcego, i pełnego buntu nastoletniego. Obecnie po prostu mam powtórkę młodszej wersji. Moje dziecko mnie wypróbowuje, sprawdza, bada grunt. Chce zorientować się na ile dam swobody i kiedy zacznę interwencję. Ostatnimi czasy doszedł do niepisanego porozumienia z jednym z kolegów z grupy zerówkowej i uzupełniają się w grze nauczycielce na nerwach. Wykazują nieokiełznany żywioł, kiedy tylko zejdą się w ten specyficzny duecik. Każdy z osobna – bez zastrzeżeń, spokojne dziecko, sama przyjemność. Tłumaczenia nie na wiele się zdają, póki patrzy niewinnymi, niebieskimi oczyma w moją twarz zdaje się przyjmować moje argumenty i prośby, kodować je, aby później wprowadzić w życie. Jednak to tylko moje zbożne życzenia i działająca w pełnym nadziei moja wyobraźnia daje szansę na spokój i równowagę. Nic bardziej błędnego, dwa ananasy kiedy tylko poczują swoją bliskość, cała polka zaczyna się od nowa. Zaczynam sięgać po coraz nowe argumenty, zobaczę jak potoczy się jutrzejszy dzień po dzisiejszym przemówieniu. Czy całe moje gadanie miało sens, czy też stało się pustosłowiem bez żadnego efektu. Zobaczę czy miałam wpływ na zmianę na przywrócenie do pewnego pionu zachowania.

Na pogodę wpływu nie mam, jednak dziś zaskoczyła w całej pozytywnej krasie. Powinna być zimna Zośka a stała się piękna, cieplutka, słoneczna, całkiem letnia Zosieńka. Pogodowe anomalia związane z konkretnymi solenizantami przeważnie nie są przeze mnie zapamiętywane. Nawet potrafię zapomnieć efekt mający nastąpić po przysłowiu z moim imieniem i kiedy następuje czas sprawdzenia rzetelności przepowiedni, nie pamiętam czy była Barbara po wodzie, czy po lodzie. Nigdy nie zwracałam na to zbytniej uwagi, ale jedną datę związaną z piętnastym maja pamiętam, jakby to było wczoraj. Wiele lat temu w tym konkretnym dniu przystąpiłam do pierwszej komunii i tamten dzień pamiętam, jego szarość, padający deszcz, zimny wiatr rozkręcający mozolnie układane przez rodzicielki pukle naszych włosów. Jak sobie pomyślę ile lat minęło od tamtego czasu to mam wrażenie, że to jakaś chochlikowa pomyłka, kolejna w piorunującym tempie przepływającego życia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


REZYGNACJA Z EGOIZMU
Notatkę dodano:2013-05-14 22:00:16

Upadek dnia, horyzont zasłaniany przez nastającą szarość, koniec gier jasnych barw. Jeszcze parę chwil i dzień zamieni się w noc, a to co było teraźniejszością stanie się historią. Moją maleńką, codzienną historią. Było, minęło, jutro zacznie się od nowa, z nowymi pokładami sił i mocy do dźwigania codzienności, do przyjęcia tego co spłynie dla mnie w całej swojej szczodrobliwości. Mój pierwszy z dwóch wolnych dni, który jak zawsze pracowicie minął, kończy się. Ciemniejący wieczór spowalnia i daje chwilę dla siebie, na to co chcę, co mogę, co akurat w tym momencie przyszło na myśl i co sobie zrealizuję. Lapmka wina akurat dziś jakoś współgra z mijającym dniem, towarzyszy mi podobnie jak goszczący w słuchawkach Grzegorz Turnau. Oboje kończą mój przepełniony życiem dzień. Za każdym razem, kiedy mam wolne obiecuję sobie, że dziś poświęcę te wolne chwile na zupełny czas dla siebie, a później okazuje się, że plany poszły w siną dal a ja płynę z nurtem codziennych spraw. To załatwić, tamto zrobić, gdzieś zadzwonić, na jakimś pulsie trzymać rękę, komuś zrobić niespodziankę, czymś zaskoczyć, nadrobić jakieś zaległości i nagle okazuje się, ciemne chmury przesłaniają widnokrąg, dobranocka się kończy, dziecko idzie spać a i moich prywatnych chwil ubyło, nie ma. Mój będzie sen, moje będzie oderwanie od rzeczywistości w niebyt sennego stanu. Nawet mój komputer zaczyna szwankować, nie chce sprawdzać błędów ortograficznych, więc nie dziwnym będzie jeśli jakiś się wkradnie, gdzieś zostanie przez nieczuły system przepuszczony. Liczę na wyrozumiałość i pełne zrozumienie. W zasadzie nie mam problemów z ortografią, jednak czasami coś, gdzieś się wkradnie korzystając z mojej mniejszej, akurat dziś, złagodzonej akoholem czujności. Nie ma ludzi doskonałych, wiem o tym i mam pełną świadomość. Podobnie, jak nie ma tych nie do zastąpienia. Każdego można zastąpić, czasami miernotą , czasami dwoma miernotami, ale zastępuje się i zapomina o pierwowzorze, któremu wydawało się, że jest jedynym nie do podrobienia okazem. Im wcześniej się tę prawdę przyjmie do wiadomości, tym lepiej dla zainteresowanych. Łatwiej pogodzić się z porażkami, mniejszy szok przy przyjęciu do wiadomości różnych decyzji, które przewracają życie i sprawiają, że jego podstawy stają się nagle nic nie wartymi mżonkami. Ilu z nas ma o sobie wygórowane mniemanie, o swoich umiejętnościach zawyżone oceny. Nasze o sobie wyobrażenie jest subiektywne, czasami zdobycie umiejętności kosztuje dużo pracy, więc nie powinno dziwić, że się cenimy. A w oczach innych tak niewiele znaczymy razem ze swoimi o sobie mniemaniami. Bywają porażki, bo ktoś oceni poniżej wartości, i teraz ogromnie wiele zależy od tego naszego podejścia. Aby nie dać się wdeptać w ziemię, aby mimo wszystko umieć podnieść dumnie głowę i z wiarą w swoje możliwości zacząć od nowa, iść w nowe, nieznane nie dając się pokonać w swoim harcie ducha.

I tak każdego dnia, codziennie choć wiem, że można mnie zastąpić a jednak robię swoje, bo czas, kiedy mnie zastąpią kimś innym jeszcze nie nastąpił. A póki mój czas trwa robię wszystko najlepiej jak potrafię, choć bywają chęci aby zrobić coś tylko dla siebie, bez oglądania się na innych.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOŻE WRÓCĄ ...
Notatkę dodano:2013-05-13 20:56:11

W którąkolwiek stronę się nie obrócę, wszędzie widzę, ciągle słyszę, zewsząd docierają do mnie urywki informacji, półsłówka i strzępy wiadomości o opuszczaniu przez wielu z moich znajomych, naszego kraju. Jeśli uciekają ludzie obcy mi, staje się taka wiadomość obojętna, bez mojego zaangażowania. Jeśli jednak opuszczają kraj osoby, z którymi jestem jakoś, choć cieniutką nitką związana, ogarnia mnie smutek. Kolejna osoba próbuje zakotwiczenia się gdzieś indziej , szuka lepszego tam, skąd będzie mi do niej dalej, gdzie ja się nie wybiorę. Świat się skurczył, możliwość kontaktów jest przeogromna, tylko wiem jak wyglądają te kontakty na odległość. W początkowej fazie żywe, pełne emocji z czasem coraz bardziej suche, zobojętniałe powoli umierają aby zniknąć w niebycie obczyzny. Wiadomości przestają przychodzić, godzimy się z ciszą, nie narzucając się drugiej stronie. Czasami zastanawiamy się co porabia znajomy, jednak nie mamy odwagi na przeszkadzanie w poukładanym życiu. Oddalamy się, zapominamy, żyjemy mając gdzieś w szufladce wspomnień osobę, o której czasami ciepło pomyślimy, uśmiechniemy się na nagłą myśl o czymś co kiedyś było, minęło i nie wróci. Nasze życie zbudowane z takich relacji, z minionego czasu, minionych osób. Przyzwyczajamy się do braku, i choć ta osoba gdzieś jest, w naszych relacjach nastąpiła śmierć. Po której zostało milczenie, niedopowiedzenie dalszego ciągu i wspomnienia okazjonalnie w przebłyskach przypominane. Z tego składa się życie, mam tego świadomość, a zarazem sprawia mi to przykrość. Przemijanie przybiera różne formy, niektóre gwałtownie przecinane niczym samurajskim mieczem, niektóre powolutku cięte jakby czyniło to niewprawne w posługiwaniu się nożyczkami małe dziecko. Tak się kończą bliskie związki, tak się kończą przyjaźnie, znajomości na wielorakie sposoby i możliwości, których czasami nie potrafimy przewidzieć. Scenariusz życia każdego z nas jest nieprzewidywalny i nie ma mocnych na dokładne ujrzenie, co za chwilę, co za rok, co pod koniec życia. Wiem,że są ludzie z darem przewidywania, z umiejętnością dostrzeżenia tego co ukryte przed całą resztą. Nie znam takiej osoby, która potrafi czytać w przyszłości, choć nie wiem też czy chciałabym aby ktoś mi ciąg dalszy mojego życia przeczytał zanim ja je przeżyję. Może jakieś uryweczki, strzępy te szczęśliwe, te piękne chciałabym wiedzieć kiedy będą i czy będą, aby mieć na co czekać, bo o tych złych wiedza mogłaby spowodować ciągłe oczekiwanie czającego się fatum. Oczekiwanie złego naznacza smutkiem, nie daje nadziei na dobry czas, dlatego niech przyjdzie zgodnie z harmonogramem zapisanym na górze, a ja dowiem się o tym we właściwym, jeśli dla złego jest właściwy – czasie. Teraz liczę w głupim optymizmie, że tych złych będzie mało i dam radę je udźwignąć, że nie będą sprawdzać mej wytrzymałości, dadzą tyle smutku abym dała radę unieść, zrównoważą radością, która da zapomnieć o smuteczkach. I innymi radościami będę musiała zapełnić brakujące, wyjeżdżające za dobrobytem znajome osoby. One jadą z nadzieją na lepsze, niech im się wiedzie, choć sprawiają mi przykrość swoim brakiem. Istnieje jeszcze nadzieja, że może wrócą bo jednak tu też da się jakoś żyć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PEWIEN WYMIERAJĄCY GATUNEK
Notatkę dodano:2013-05-12 22:23:35

 Przepaść między pokoleniami sprawia, że nie zawsze potrafimy dojść do porozumienia. Nie potrafimy zrozumieć swoich racji nie wgłębiając się w kąt widzenia tej drugiej strony. Różne płaszczyzny naszego postrzegania, różne sposoby interpretacji, wielorakość podejścia do tych samych spraw sprawiają czasami przeogromne trudności w prostym z pozoru przyznaniu racji drugiej stronie. Czasami młodzi mają rację,dzięki świeżemu spojrzeniu, czasami my starzy większym doświadczeniem, szerszym spektrum przeżyć i znajomości realiów. Ciężko przyznać rację drugiej stronie, kiedy chciałoby się tę rację mieć zawsze i wszędzie. Trzeba pokory, umiejętności, spokoju i cierpliwości. Tych cech brakuje i młodym, i starym.

My o młodych : co, ty tam wiesz... Młodzi o nas : archaizm. Tylko czy wszystko co archaiczne z pozoru jest zupełnie pozbawione podstaw do tego aby mimo pewnych unowocześnień teraźniejszości jednak istniało?

Jadąc w sobotę do pracy byłam uczestniczką następującej sytuacji. Przepraszam za ewentualne dłużyzny tekstowe, jeśli zbytnio namotam też proszę o wyrozumiałość. Cóż wiek …..

  W prawie pełnym busiku, który ma mnie dowieźć do pracy, widzę wolne miejsce, do którego dostęp niejako blokuje swoją postacią osoba lat około siedemnastu. Marsowa mina, posępne oblicze, udawane lub wrodzone niezrozumienie mojej mimiki ukazującej w pełnej krasie cel siedzenia na wolnym krzesełku. Gesty, niewiele młodej osobie mówią, trzeba użyć zrozumiałego tekstu : czy może się pani posunąć, chciałabym tu usiąść.

- Ale ja tu zajęłam...

Nie drążyłam problemu, zauważając jeszcze jedno miejsce. Pomimo moich odczuć, to ja ustąpiłam, nie drążąc sytuacji. Jednak parę sekund później weszła kolejna pasażerka i sytuacja powieliła się w sposób niemal identyczny, z tą różnicą, że to było ostatnie wolne miejsce, i kolejna chętna do siedzenia w trakcie drogi nie miała zamiaru ustąpić. Dziewoja z miną jeszcze bardziej marsową, sposępniałym po wielokroć obliczem przesunęła sporych rozmiarów siedzenie ustępując miejsca.

Nie zrozumiała czegóż mogą od niej młodej, zmęczonej, steranej siedemnastoletnim życiem osoby chcieć. Pani po pięćdziesiątce powinna stać, kołysząc się nad dwoma szczęśliwymi z faktu siedzenia siedemnastolatkami.....

  Kiedy, po dotarciu do docelowego przystanku namolna, dopraszająca się o możliwość miejsca starsza osoba wysiadła, na jej miejscu całym ciężarem swojego jestestwa usiadła koleżanka siedemnastolatki i miała okazję wysłuchać relacji podbudowanej kwiecistym słownictwem wymieszanej z opisem stanów emocjonalnych próbującej zająć miejsce koleżance.

-Ale mnie ta baba wk......wiła, nóż w kieszeni się otwiera, jak ja tej baby nienawidzę....zabiłabym.....Tak brzmiał początek, po którym kwiecistym językiem doszło parę więcej słów opisu.

Po chwili nie wytrzymałam i powiedziałam, że są pewne zasady, których dobrze byłoby się nauczyć. „Panienka” nie pozbawiona rezonu, bez jakiegokolwiek odczuwania respektu przed starszymi, obcymi oraz pozostałymi pasażerami, wykrzyczała mi swoje racje, które pominę milczeniem. Dla mnie te racje są nie do przyjęcia i nie do tolerowania.

Poziom umysłowy pantofelka. Nie chcę obrazić całej młodzieży, bo są wśród nich świetni, wartościowi ludzie, którzy potrafią rozmawiać, umieją się znaleźć nie tylko wśród swoich rówieśników, którzy oprócz dwóch słów w wielu odmianach potrafią się wypowiedzieć i rozumiejąc, i zrozumiale. Tylko szkoda, że jest ich tak niewielu, że trudno wypatrzyć wśród nawały podobnych do wspomnianego okazu całych rzesz nie do przyjęcia w moim odczuwaniu i budzących moją dezaprobatę i bunt.

      Mam dwóch synów i tak sobie myślę, co będzie, jak przy całym moim specyficznym szczęściu któryś z nich przyprowadzi kiedyś podobnego jamochłona przedstawiając mi go jako swoją wybrankę.....? W zasadzie wiem co będzie, będę kolejną teściową z serii dowcipów o strasznych teściowych. Oj będę strasznie, straszna....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DESZCZOWA PIOSENKA
Notatkę dodano:2013-05-10 19:07:19

Cały dzisiejszy dzień pod znakiem wielkiej kropli przeszedł, a może bardziej pasujący znak to znak milionów kropel. Każdy sobie odpowiedni herb może dla mijającego dnia dopisać. W innych regionach naszego kraju zapewne i pogoda inna bywała, jednak w moim kawałeczku Dolnego Śląska od wczesnych godzin porannych z zaciągniętego chmurami nieba, z różną intensywnością, jednak w stopniu ciągłym padał deszcz. Jeszcze nie ten ciepły, letni, w którego delikatnej wilgoci nie odczuwa się zimna, który bywa ulgą dla parnego dnia. Uwielbiam moknięcie w takim ciepłym, darze z niebios, po duszności, która jakby krzyczała: za chwilę dam wam chwilę wytchnienia. Letni ciepły deszcz, niech będzie intensywny, niech mnie obmywa, zmoczy do najgłębszej warstwy odzieży, niech spływa wielkimi kroplami po przemoczonych włosach, z których powstają skręcające się ciężkie kosmyki pozbawione jakiegokolwiek normalnej w stanie suchym puszystości. Nie przeszkadza mi to, mogę moknąć, mogę taka właśnie przemoczona i nasączona wilgocią niczym kąpielowa gąbka, patrzeć na parujące chodniki w początkowej fazie deszczu, oraz na przepływające szerokimi strumieniami porywające mniejsze kamyczki potoki deszczówki w późniejszym jego etapie. Nie wiem jaka jest przyczyna tego mojego zamiłowania, jest i już. Deszcz rzęsisty, ulewa, kapuśniaczek, mżawka wszelkie odmiany w porze letniej po gorącym dniu dla mnie są do przyjęcia, i choć bywa komplikują czasami życie, lubię i toleruję. Inaczej sprawy mają się z takim wiosennym deszczem w nie do końca ciepły dzień, to przyjmuję, gdyż niejako wyjścia nikt z nas nie ma. Nie mamy wpływu na to co w przyrodzie się dzieje, powiedzmy, my, zwykli obywatele nie mamy wpływu. I jesteśmy skazani na dojście do pracy, na powrót z niej, na przemierzanie swoich dróg w różnych celach i kierunkach, bez względu na to czy pada, czy też nie.

Miałam pewien komfort, że o wczesnych godzinach porannych czyli przed piątą, kiedy wychodziłam do pracy, deszczu nie było. Przeszłam suchą stopą, nie spodziewając się, że już za parę chwil rozpocznie się całodzienny płacz nieba. I tak to niebo się rozpłakało, rzewnymi łzami, od rana łkająco racząc nas wilgocią. Praca pod dachem, minęła można powiedzieć komfortowo, jednak po jej skończeniu trzeba przyjazny dach, lub raczej pobyt pod nim opuścić. Pójść prosto w mokry żywioł. Konieczność powrotu, przejścia przez całe niemal miasto aby dostać się do swojego busika, który dostarczy mnie do domu. Uzbrojona w dobrej marki parasolkę w naiwności swojej wierząc w suche dotarcie do domu wyruszyłam w codzienną trasę, którą mogłabym prawie pokonać z zamkniętymi oczyma. Pierwsze kroki uświadomiły mi pełną infantylność mojego myślenia. Niewsiąkająca w ziemię warstwa wody, była silniejsza od mojego za niewielkie pieniądze kupionego obuwia. Wyprodukowane zapewne przez przedstawicieli najliczniejszej na świecie nacji, za niewolniczą zapłatę, sprawiły się w kontakcie z wodą niczym bibułkowy wyrób służący do ekspozycji a nie do używania w dzisiejszych warunkach pogodowych. Po paru krokach stało się obojętne czy napotkane kałuże przechodzę wpław, czy też szerokim łukiem je omijam. Świadomość

obuwia pełnego wody, z którego wydobywają się różne dziwne dźwięki, niejednokrotnie istniejące tylko w mojej wyobraźni, z początku mnie zirytowała, później rozśmieszyła. I szłam sobie taka radosna w tym nie ciepłym, majowym deszczu, któremu daleko do ulubionych letnich opadów. Przestało mi przeszkadzać, że jest mokro, w myślach powstawały scenariusze, zagubienia gdzieś w środku kałuży podeszwy, lub rozpuszczenia się szczątkowego lub całkowitego tego niewiele wartego obuwia. Żaden ze scenariuszy się nie urzeczywistnił. A może szkoda, bo w ten prosty sposób ustawa śmieciowa nie objęłaby moich nadających się do wyrzucenia butów, nie musiałabym ich segregować, wrzucać do odpowiedniego pojemnika, skoro wcześniej by się zdematerializowały. Problem sam by znikł.

Było jeszcze jedno pytanko, które kołatało mi się po wilgocią naznaczonej głowie. Ciekawość mnie ogarnęła, jak dalece wzrosła moja odporność dzięki pobytom w innej niż ta zalegająca w mokrych butach wodzie. Czy dzięki basenowej przyjemności ominie mnie wiosenny katar spowodowany tym przemakającym spacerem. Jednak odpowiedzi na to pytanie, życie udzieli mi w ciągu paru najbliższych dni.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KONIECZNE ZMIANY
Notatkę dodano:2013-05-09 18:41:13

Nasza studnia bez dna, czyli samochód, którego coraz częstsze naprawy doprowadzają do konsternacji i przysparzają sporo wydatków i stresu, został naprawiony z jednej bolączki a już musimy szykować się wytrzymałościowo do następnych poprawek dalekiego od ideału stanu. Skończy jeden mechanik, wybierzemy się do innego. Gdybym ja tyle siedziała u kosmetyczek i innego autoramentu fachowców od urody to na przedbiegach zdeklasowałabym wszystkie poprawione i zrobione ślicznotki. Wstyd się przyznać u kosmetyczki byłam raz w życiu na oczyszczaniu skóry, za namową koleżanki jeszcze w czasach panieńskich i drugi raz jakieś trzy lata temu w celu wyregulowania brwi. Mina pani zabierającej się za moje krzaczory bezcenna, kiedy po jej pytaniu o moją ostatnią wizytę, odpowiedziałam, że nigdy nie byłam i to jest forma rozdziewiczenia moich brwi. Nie wiem czy większe zaskoczenie było moim podejściem, czy też indolencją w temacie dbałości o zewnętrzne walory urody. Cóż nie przykładam wagi do tego, czy moje brwi są idealne, rzęsy systematycznie pokrywane henną. Jakoś życie mija a to nie staje się moim nadrzędnym problemem. Może męski pierwiastek w moim składzie nie czuje potrzeby, może mało we mnie wampa, flirciary, zadowalam się tym, który u mojego boku, nie szukając nowych wrażeń, którym odpowiednia oprawa zapewne by pomogła.

Pomijając fakt, że lata, których mam na swoim karku już sporo, musiałabym spędzić wiele godzin u poprawiaczek urody a wtedy okazałoby się, że mamy w domu dwa potrzebujące regeneracji okazy: wrak motoryzacyjny, gdzieś na kanale u mechanika i wrak żeński wpuszczony w kanał iluzji kosmetycznych wizji poprawy rzeczywistości. Nie potrzebuję poprawek zewnętrzności, ot po kobiecemu czasami sama sobie coś poprawię, jednak żadnych drastycznych zmian. Nie malowałam się przez czterdzieści lat życia, zmieniając odrobinę podejście po przekroczeniu tego magicznego wieku. Jednak czy jestem szczęśliwsza dzięki temu, że podmaluję oko? Może moje samopoczucie się zmienia jeśli zauważę akceptację w oczach mijanych ludzi, cień uśmiechu nie zabarwiony pobłażliwością w której widoczne jest coś na wzór :” ot , się odwaliła”.

Są kobiety trwające w swej niezmienności od lat wielu. Pamiętam ich wygląd, który pomimo mijających dekad nie zmienia się, posągowo trwając przy swoim raz utartym schemacie. Jest jedna osoba , obecnie w wieku około siedemdziesięciu lat a jej czas, stroje, zatrzymał się na modzie lat sześćdziesiątych. Wydekoltowana sukienka, z niejaką ekspozycją sporych rozmiarów biustu, rozkloszowana, przed kolanko, nieśmiertelne szpileczki zdeformowane od częstego użytkowania, natapirowane w dziwne loki włosy. Byłam dzieckiem, ona tak się ubierała, jestem dojrzałą kobietą a ona trwa w swej niezmienności. Twarz nie jest już nieskazitelna, kolanka straciły swój powab, atrybuty kobiecości ustąpiły miejsca młodszym o pół wieku egzemplarzom a jednak ona nic nie zmienia, nie widzi swojej śmieszności. Chce być ciągle tą samą dziewczyną, choć lata świetności minęły. Zapomniała dojrzeć do dorosłości, do zmian, do bycia babcią, chcąc być wiecznym kwiatem i nie przyjmując do wiadomości, że kwiaty przekwitają .

Nie oceniam, jeśli czuje się w tej swojej fikcji młodości dobrze, jeśli to ją utrzymuje w formie, niech będzie wiecznym podlotkiem. Moje podejście inne, staram się podążać za mijającymi latami dając im wyraz w swojej zewnętrzności, bo środek to już zupełnie inna bajka.

Tam mogę ciągle mieć swoje dwadzieścia lat, nie narażając się na śmieszność i wytykanie palcami.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WPUSZCZONA W KANAŁ
Notatkę dodano:2013-05-08 20:40:20

Kanał, słowo wywołujące różne skojarzenia. Dziś dla mnie kanał to ból leczonego zęba. Samo leczenie nie było niczym szczególnym ani bolącym. Dziś w pełni zmobilizowana wybrałam się do swojego miłego stomatologa , który stwierdził, że ząb ukryty dwa tygodnie temu pod koronką wybawi od bólu sposobem leczenia kanałowego . Tym razem „heroina wytrzymałości”nie oponowała przed znieczuleniem, choć do tej pory, swojego przeszło czterdziestoparoletniego życia nigdy nie leczyłam zębów w żaden z możliwych sposobów przyjmując ułatwiające zniesienie bólu farmaceutyki. Da się przeżyć, kwestia nastawienia i podejścia. Dziś jednak odrzuciłam swoje zakorzenione zasady aby usunąć coś z korzeni zębów. Zdrętwienie, paraliż, odczucie opuchlizny, całej lewej strony. Czułam się niczym miś wargacz, którego natura obdarzyła zbyt hojnie.

Pan doktor, chcąc pozbawić mnie zupełnie czucia, może przeholował, a może ja nie „nawożona” dotychczas zbyt często znieczuleniami zatraciłam odczuwanie na dobrych parę godzin. Teraz wszystko zaczęło puszczać, wargacz chce normalności, bez bólu. Naturo, dlaczego nie dałaś mi zębów na miarę rekina, drapieżnego ssaka lub ewentualnie bezproblemowego uzębienia zwykłego człowieka? Nie jesteś sprawiedliwa w podziale dóbr.

Chociaż, doświadczenie uzyskane dzięki znieczuleniu dało mi momenty refleksji. Przez chwilę miałam możliwość zatracenia panowania nad niewielkim kawałkiem swojego ciała a przecież są ludzie sparaliżowani , bez możliwości kontroli swojej mimiki, ruchów, bez szans na określony gest, czy też odruch. Nic nie mogą uczynić aby ten stan zmienić, żyją ze świadomością swojej „ułomności” bez nadziei na inną normalność. Czyż mogę narzekać, czy mogę mieć pretensje, że ktoś chciał ulżyć mi w spodziewanym bólu? Wykreślam, wymazuję, nie narzekam, jutro będzie normalnie bez bólu i zdrętwienia. Jutro będzie kolejny pracowity, zwykły, miejmy nadzieję słoneczny dzień, który dobrze się zacznie, świetnie będzie trwał i bez smutku zakończy. A jeśli nawet będzie burzowy jak przepowiadają prognozy, to też się nim będę cieszyć, podziwiając cud natury, ogrom sił w niej drzemiących, o których wiemy a zauważamy dopiero wtedy kiedy są bliziutko, kiedy nasz strach potęguje odczuwanie i daje możliwość dostrzeżenia naszej ludzkiej małości. Bo czymże jesteśmy w konfrontacji z ogromem otaczających możliwości natury? Nic nie znaczące istotki, które budują coś całe życie a jeden podmuch potrafi obrócić wniwecz tę naszą pracę. Jedna fala zmyje dobytek, zostawiając tylko iluzję, że coś, kiedyś było, mieliśmy, osiągnęliśmy a została po tym nicość i smutna pamięć. Wczoraj w jednej z sąsiednich wiosek, komuś spalił się dom. Właścicielka – starsza osoba, której zapewne zabraknie już życia na odrobienie powstałej straty. Może dobrzy ludzie przyjdą z pomocą, czasami ogrom ludzkiej solidarności potrafi zdziałać dużo, choć nigdy nie przywróci utraconego mienia, dobytku. Może jednak przywrócić wiarę w nasze ludzkie,zwyczajne dobro. Oby starczyło go do odbudowy zniszczonego domostwa i dania możliwości spokojnego dożycia swoich dni tej starszej pani.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


I CÓŻ Z TEGO , ŻE MAJ?
Notatkę dodano:2013-05-07 21:08:54

Kolejny dzień zaliczony, Kleszczyk za ścianą czeka na objęcia Morfeusza. Ja błogosławię tę otaczającą ciszę. Za chwilkę przeczytam parę stron aktualnie pochłanianej lektury aby po chwili, stanowczo doprowadzić się do niejakiego pionu i przed kolejnym pracowitym dniem zdążyć odpocząć. Dziś był pierwszy z siedmiu dni które będą pracą dawać znak mojego aktywnego i nie do końca beztroskiego żywota. Nic szczególnego ani nad wyraz pięknego. Coś co trzeba przeżyć choć bez euforii i ogólnych wiwatów.

„Praca to mus” , przynajmniej dla mnie taki to obraz przyjęło. Jeślibym zrządzeniem opatrzności nie musiała pracować, to bez żadnych oporów przyznaję nie pracowałabym.

„Praca uszlachetnia” , może ta za normalną płacę, kiedy możemy mieć nadwyżki finansowe pozostałe po wydatkach bytowych, kiedy pracujemy aby żyć a nie przeżyć czy prze-wegetować.

Drobna różnica a przepaść ogromna.

Podobnie jak z powiedzeniem: „syty głodnego nie zrozumie” rzecz ma się z ustaleniami dotyczącymi płac minimalnych, średnich. Można powiedzieć , szukaj sobie takiej pracy, która cię usatysfakcjonuje finansowo. W tym kraju próżno szukać normalności, bo jak już praca daje niejakie finansowe zapasy to drugą rączką zabiera życie prywatne, normalność rodzinną, czas na cokolwiek poza nią samą. Coś kosztem czegoś. Jakoś dziwną koleiną dziś ze swoim tekstem pojechałam.

A przecież mamy maj, piękny miesiąc, w którym tysiące młodych ludzi podchodzi do matur. Przeżywają stresy i zarazem karmią się nadzieją na przyszłe dorosłe życie. Że właśnie oni zbawią ten zepsuty, zakłamany świat, że właśnie im uda się to czego nie byli w stanie dokonać rodzice. Jak wiele tej wiary w niepowtarzalność i odkrywczość, która dzięki nim się stanie. Poczucie, że świat stoi otworem, przypada w udziale każdemu młodemu człowiekowi, na tym pierwszym dorosłym, życiowym zakręcie. I tacy optymistyczni idą w stronę nieznanego a w myślach i wyobrażeniach są mocarzami, niepokonanymi tytanami. Przechodzą szlaban dorosłości, nie metrykalnej tylko takiej mentalnej, może czasami wmówionej przez innych. Wielkie plany, sukcesy, piękne nieznane. A za szlabanem okazuje się, nic niezwykłego nie czeka. Codzienność różni się paroma drobiazgami, znika beztroska, powoli uchodzą iluzje zdobywców, rozmywa się magia nieznanego, a zaczynają inne wymagania, nauka elastyczności, czasami konieczność przymknięcia moralnego oka. I powoli zdobywając szczeble dorosłości, zaczynają choć bezwiednie powielać błędy i żyć podobnie do pogardzanego starszego pokolenia. Łapią się na sformułowaniach, czynach, gestach podobnych do tych, których tak bardzo chcieli jeszcze przed dorosłym zakrętem uniknąć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŻYCIE ZGODNIE Z PLANEM
Notatkę dodano:2013-05-06 14:36:07

Minął czas wielkiej majówki, zakończyłam ten etap wracając dziś w domowe pielesze. Po dwóch dniach pracy, dziś wolne pełne zajęć. W mieszkaniu pachnie wyciągniętym z piekarnika parę chwil temu gorącym chlebem, którego wypiek stał się niejako cotygodniowym rytuałem. Ulepszam, wprowadzam innowacje, i piekę, nie zważając na nic. Dodatkowo temperaturę podnosi pyrkocący krupnik, za którym się jakoś stęskniłam. Będzie jak znalazł kiedy Kleszczyk wróci z przedszkola. Miałam dziś jechać do dentysty, jednak daruję sobie, skoro wytrzymałam tydzień wytrzymam jeszcze dzień lub dwa. Chcę w tym wolnym dniu choć chwilę lenistwa zażyć. Po-pławić się w nim, otoczyć błogim nic nierobieniem. Ot takie marzenia nie do realizacji. Za chwilę wróci Kleszczyk i cichość samotności wymieciona zostanie przez jego obecność. Za oknami pogoda nie zachęca do wyjść, podobnie zresztą było podczas minionej majówki. Wielkie plany, prace na działce, które czekały na realizację i wszystko pozostało tylko w sferze planów. Możliwe, że dziś ta moja niechęć do wyjazdu do stomatologa po części też od pogody jest uzależniona. Przyznam się, obawiam się troszkę, mając świadomość kolejnego bólu oraz nieznanego, które mnie czeka. Jednak siąpiący deszcz dodatkowo utrudnia wybranie się do miasta. Musiałabym ciągnąć za sobą młodego, a on nie jest tak zaprawiony w marszrucie jak mama, i nie obyłoby się bez jęków dezaprobaty.

Jak wielki i przemożny wpływ ma na nas pogoda. Niby nic wielkiego, cóż z tego, że pada? A jednak człowiek nie ma ochoty na wychodzenie z domu, gubi gdzieś zapał, najchętniej wtuliłby się w miękki kocyk i przespał słabszą aurę. Sam deszcz, jeśli spadnie w gorącym dniu, dając nozdrzom odczucie letniego zapachu, świeżości, obmycia z kurzu, oczyszczenia otaczającego powietrza jest tolerowany. Natomiast jeśli pada w chłodny, szary dzień stajemy się pozbawieni energii, opuszczeni przez chęci. Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się na taki koszmarek, jego początek był osłoneczniony, ciepły, energetyzujący i pobudzający do działania. Dlatego, być może zabrałam się za pieczenie chleba, bo jeszcze pod wpływem czegoś lepszego działałam. Teraz minęło, przeszło a otaczająca aura bardziej ciągnie w stronę łóżka niż do wydumanych zadań. Łóżko to nieosiągalna sfera marzeń, które tylko w mojej głowie pozostaną. Pewnie na wieczór zaplanuję sobie wcześniejsze udanie się spać a wyjdzie jak zawsze, czyli powitam wracającego z drugiej zmiany męża... Życie swoją drogą, plany swoją .

Podziwiam ludzi, którzy potrafią zaplanować i konsekwentnie trzymać się wyznaczonego celu. Mają zaplanowane budowy domów, rodzenie dzieci, wyjazdy, wczasy i pilnują się robiąc wszystko według konspektu. U mnie nigdy nic z planów nie wychodzi. A to choroba wyskoczy, a to pogoda zawiedzie. Moje dzieci też niejako poza planowo przyszły na świat. Nie było czegoś w stylu : teraz się pobieramy , za trzy lata synek, za sześć lat córeczka. I licząc kwadry księżyca, zgłębiając tajemne nauki doprowadzamy do takiego rozwiązania jakie sobie pierwotnie ustaliliśmy. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Raczej wyglądało to na płynięcie z prądem życia. Pobieramy się, kiedyś będą dzieci w ilości ….kto to wie? I czy będą …. kto to wie? Tam na górze mają takie scenariusze na nasze życie, że i tak nasze planowanie możemy włożyć między bajki. Możliwe, że moje podejście zakładające z góry taką istotę rzeczy wyklucza niejako mój udział w planowaniu, dając tylko możliwość realizacji tego, co z góry ustalone i wytyczone. Jednak na własny użytek mogę popodziwiać tych, którym nie wystarcza scenariusz napisany na górze i po swojemu licząc na stu procentową realizację trzymają się założeń, które wprowadzają bez oglądania się na innych.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162880
Osób: 145335